Miasto

Gerwin: Co zamiast szkła i betonu?

Czy mieszkańcy nie powinni być włączeni w ustalanie ogólnych założeń estetycznych, skali i gęstości zabudowy, tego, jak ma wyglądać miasto?

Niejednokrotnie zdarza się, że nowe inwestycje w miastach budzą kontrowersje wśród mieszkańców, którzy kręcą głowami na widok kolejnych ścian ze szkła lub ponurych, betonowych gmachów. Gdy zaczynają protestować, słyszą, że tak się teraz projektuje i że trzeba iść z duchem czasu. Szczególnie kontrowersyjne są nowoczesne realizacje w miastach z historyczną zabudową. W Sopocie ze sprzeciwem mieszkańców spotkał się projekt utworzenia centrum handlowo-usługowego przy dworcu. Prof. Marek Sperski z Towarzystwa Przyjaciół Sopotu wskazywał wówczas, że „kolejny raz gigantomania i ślepe naśladownictwo archaicznych już wzorów zachodnich wzięło górę nad zdrowym rozsądkiem i specyfiką sopockiej skali zabudowy”.

Prezydent Sopotu i radni nie przejęli się zbytnio protestem mieszkańców i wydali zgodę na realizację projektu. I tak oto wielkie, zardzewiałe kloce wyrastają w samym centrum Sopotu. Przed głosowaniem w tej sprawie zapytałem jedną z radnych, czy podoba się jej projekt. Odparła szczerze, że nie. Ale skoro eksperci mówią, że jest dobry, to niech budują, więc głosować będzie za.

Czy można jednak uznać, że projekt jest dobry, skoro wzbudza sprzeciw jego przyszłych użytkowników i mieszkańców miasta?

Część architektów uważa, że mieszkańcy i mieszkanki nie znają się na architekturze i mają kiepski gust. Tymczasem oni, architekci, są ekspertami, gdyż przeczytali tomy książek o projektowaniu, wysłuchali dziesiątek wykładów i najlepiej wiedzą, jak należy projektować. Uważają zatem, że to ich głos powinien być decydujący. W kwestiach konstrukcyjnych, które wymagają technicznej wiedzy – zgoda. Udział mieszkańców w podejmowaniu decyzji na temat grubości ścian nośnych jest całkowicie zbędny. Czy tak samo jest jednak w kwestii estetyki budynku, tego, jaki będzie tworzył klimat i jak będzie odbierany przez mieszkańców?

Dla kogo bowiem projektuje architekt? Czy tylko dla siebie? Architektura tym różni się na przykład od malarstwa, że obraz można powiesić w prywatnym salonie, a budynki znajdują się w przestrzeni wspólnej, publicznej, przez którą każdego dnia przechodzą mieszkańcy. Budynki mają wpływ na klimat danego miejsca. Czy zatem mieszkańcy nie powinni być włączeni w ustalanie ogólnych założeń estetycznych, skali i gęstości zabudowy, tego, jak ma wyglądać miasto? Przecież miasto nalezy do nich, a nie do architektów.

Spójrzmy tu na inną branżę. Przy tworzeniu oprogramowania użytkownicy i użytkowniczki są zachęcani do tego, by pokazywać jego słabe punkty, by zgłaszać błędy i sugestie odnośnie tego, co warto poprawić. Te uwagi są niezwykle pożądane, gdyż dzięki nim korzystanie z programu może stać się bardziej satysfakcjonujące. Nie ma tu znaczenia, że użytkownik nie jest programistą. Istotne jest natomiast to, jak mu się z danego programu korzysta. Podobnie jest przy projektowaniu budynków – dzięki współpracy z mieszkańcami można stworzyć projekt, który będzie trafiał w ich oczekiwania. Coś, z czego mieszkańcy będą zadowoleni, zamiast na widok nowej inwestycji zgrzytać zębami.

Dla niektórych architektów takie podejście jest sporym ukłuciem w ich ego. Uważają się za artystów, którym nie wolno przeszkadzać w procesie twórczym. Uwagi ze strony mieszkańców nie są im potrzebne przy tworzeniu dzieła, bo sami wiedzą lepiej, jak należy projektować. A estetykę mogą mieszkańcom narzucić siłą. Architekci są bowiem w o tyle innej sytuacji niż programiści, że nie muszą przejmować się tym, że gdy jakiś program przestanie dobrze działać, to jego użytkownicy zmienią go na inny. Budynku tak łatwo się nie usunie. Cóż więc z tego, że na przykład budynek Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku nie podoba się wielu mieszkańcom? Nikt go przecież nie rozbierze za rok czy dwa. Czy jednak takie podejście pomaga w budowaniu miasta o dobrej jakości życia?

Pomimo całej wiedzy na temat projektowania, jaką bez wątpienia architekci mają, to gdy patrzy się na nagradzane i wychwalane przez nich współcześnie projekty, można zauważyć, że coś istotnego im umknęło. Jest to urok architektury. Zdecydowana większość architektów stara się nas przekonać, że współczesne budynki powinny być „martwe” w odbiorze, „odhumanizowane”, przemysłowe i zimne. Na tym ma ich zdaniem polegać nowoczesność. I to jest kolejna kwestia, która wzbudza opór wśród mieszkańców. Widzą oni bowiem, że projektowane w przeszłości budynki były przyjazne i „żywe” w odbiorze, że tworzyły urokliwe miejsca. W naturalny sposób nasuwa się więc pytanie – dlaczego nie budować tak również dziś?

Architekci argumentują, że architektura powinna oddawać ducha epoki. Czy oznacza to jednak, że nie można już projektować budynków, które będą dawały odczucie piękna i harmonii, a jedynie budynki o przemysłowym charakterze? Żyjemy co prawda w społeczeństwie konsumpcyjnym i być może właśnie przywiązanie do konsumpcji i materializm starają się w swoich projektach oddać architekci. Pytanie jednak, czy warto?

U góry: spichrze nad Wisłą w Grudziądzu (fot. Marcin Gerwin). Na dole: Brama Poznania – Centrum Historii Ostrowa Tumskiego (wiz. ICHOT).

Estetyka architektury ma istotny wpływ na jakość życia w mieście. Jest jak sposób umeblowania mieszkania. Gdy wstawimy do pokoju brzydką szafę i okropną kanapę, będzie się nam w nim gorzej mieszkało, niż gdyby wystrój pokoju tworzył przyjemną, domową atmosferę. Tak samo jest z budynkami w przestrzeni miasta – przemysłowy gmach, który pokryty jest szkłem lub metalem, będzie tworzył inną atmosferę niż secesyjne wille czy średniowieczne kamieniczki. Będzie on wyglądał na „nowoczesny”, cóż jednak z tego, skoro jakość przestrzeni, którą tworzy, jest znacznie gorsza od tej, którą zapewniała estetyka z poprzednich epok? Nie ma przecież żadnych przeszkód, aby nowe budynki miały estetykę podobną do dawnych.

– Kiedy architekci zaczynają projektować tak, aby budynek był odbierany przez ludzi w pozytywny sposób, odkrywają, że w historycznej architekturze jest bardzo wiele dobrych rozwiązań – mówi Nikos Salingaros, teoretyk architektury i urbanista, mieszkający w Stanach Zjednoczonych. – I choć projektowane w taki sposób budynki wyglądają jak historyczne, to nie jest to kopiowanie przeszłości. Kopiowanie oznacza, że bierzemy projekt z 1850 roku i go przerysowujemy. Tak jednak nie jest. Są to nowe projekty, w których korzysta się ze współczesnych materiałów. Z dawnymi budynkami łączy je natomiast to, że ludzie dobrze się w nich czują i że je lubią.

Wielu architektów ma jednak inne priorytety i obawia się projektowania czegokolwiek, co nawiązuje do przeszłości. – Gdy oglądają budynki, które projektuje mój zespół, stwierdzają, że przypominają architekturę historyczną, a tak ich zdaniem nie wolno projektować – opowiada Salingaros. – Dlaczego nie? To przecież jest dogmat. Najważniejsze jest to, aby budynki wzbudzały w ludziach pozytywne odczucia.

Nie chodzi tu o wymuszenie jakiegoś konkretnego stylu architektonicznego, na przykład secesji. Przez stulecia, a właściwie przez tysiące lat, ludzie z różnych kultur budowali domy, które nie tylko miały im dać dach nad głową, lecz także dbali o to, by tworzyć przyjemne otoczenie. Styl mógł być różny – mógł to być gotycki zamek, barokowy dworek, dom w antycznej Grecji czy świątynia w dawnej Japonii. Jednym może podobać się bardziej estetyka kamieniczek ze średniowiecznych miast w Niemczech, innym tradycyjna architektura w Toskanii we Włoszech. Rzecz gustu. Wszystkie te budynki miały jednak wspólną cechę – były harmonijne i przyjazne w odbiorze. I dokładnie tego brakuje współcześnie. Nowoczesna architektura jest w zdecydowanej mierze bezduszna i nijaka. I takie też tworzy przestrzenie w miastach.

Nie ulega jednak wątpliwości, że mamy w Polsce wielu uzdolnionych architektów. Problem polega wyłącznie na przyjętych założeniach. Dziś głównym nurtem jest „nowoczesność” i estetyka przemysłowa i takiego podejścia broni z całych sił grono konserwatystów, którzy próbują przekonać mieszkańców, że powinno się nam to podobać. Konserwatyzmem jest bowiem obrona status quo, a status quo to dziś odhumanizowana architektura. Co jednak, gdyby zamiast brył ze szkła i betonu architekci zaczęli projektować z myślą o tworzeniu przyjaznych przestrzeni w mieście? Co, gdyby zaczęli się zastanawiać, jak powinien wyglądać budynek, który poprawi jakość życia? Budynek, który będzie przyjemny w odbiorze, który sprawi, że okolica zyska na uroku? To właśnie, przynajmniej moim zdaniem, będzie można nazwać postępem i rozwojem.

Bio

Marcin Gerwin

| Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i partycypacji
Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i demokracji deliberacyjnej. Z wykształcenia politolog, autor przewodnika po panelach obywatelskich oraz książki „Żywność przyjazna dla klimatu”. Współzałożyciel Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej, publicysta Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.