Kraj

Czy koronawirus zakończy hodowlę norek na futra?

Po odnotowaniu przypadków koronawirusa u norek rząd Holandii zdecydował o przyspieszeniu likwidacji hodowli tych zwierząt. 155 holenderskich farm, które miały zakończyć swoją działalność do 2023 roku, będzie musiało to zrobić do końca marca tego roku. Być może warto pójść za przykładem Holandii i zamknąć biznes, który nie tylko jest okrutny, ale też poważnie zagraża zdrowiu publicznemu.

Po wykryciu koronawirusa u norek na fermie na Pomorzu cała hodowla poszła do uboju. To pierwszy taki przypadek w Polsce, ale hodowcy drżą o swoją przyszłość. Przez koronawirusa w Danii wybito kilkanaście milionów norek, a w Holandii o trzy lata przyspieszono planowaną likwidację hodowli.

Rutynowe testowanie norek na obecność koronawirusa trwa od końca ubiegłego roku. Próbki wymazów z gardła lub noso-gardzieli zwierząt badane są w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach. Pod koniec stycznia koronawirus został wykryty u czterech z dwudziestu przebadanych norek z fermy pod Kartuzami w woj. pomorskim. Decyzją powiatowego lekarza weterynarii wszystkie norki z ogniska choroby, czyli około sześciu tysięcy osobników, zostało zagazowanych. Zlikwidowano też klatki i wiaty, a pracownicy zostali wysłani na kwarantannę. W promieniu 10 km znajdują się dwie inne fermy, na których trwają wzmożone kontrole.

Właściciel firmy hodowlanej wycenił straty na 10 mln zł. Może mieć jednak trudności z odzyskaniem pieniędzy, ponieważ rozporządzenie ministra rolnictwa o zwalczaniu koronawirusa u norek nie przewiduje bezpośrednich odszkodowań. W przypadku uboju gospodarz otrzymuje od państwa rekompensatę na podstawie przepisów o zwalczaniu chorób zakaźnych u zwierząt. Ustawa wymienia te choroby z nazwy, ale ich lista nie została zaktualizowana, bo COVID-19 na niej nie ma. Już po wykryciu obecności wirusa u norek na Pomorzu Główny Inspektorat Weterynarii poinformował, że rekompensaty będą uzależnione od tego, czy właściciel fermy zadbał o przestrzeganie pandemicznych obostrzeń przewidzianych dla hodowców norek.

Czas na zakaz hodowli zwierząt na futra!

czytaj także

− Hodowcy zaproponowano około 230 zł od każdej samicy, bo kontrola wykazała, że współpracował przy usypianiu i utylizacji norek, a wcześniej trzymał się zasad bioasekuracji − tłumaczy Daniel Chmielewski, prezes Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych, w którym zrzeszonych jest 85 proc. wszystkich hodowców norek w Polsce. Chmielewski podkreśla, że przyznana kwota nie pokryje strat poniesionych przez hodowcę, i dodaje, że w Danii odszkodowania były nawet dziesięciokrotnie wyższe. Duńscy fermiarze dostali także dodatkowe kwoty za zniszczone obiekty oraz za utracone przyszłe zyski. Polscy hodowcy obawiają się, że rząd PiS nie będzie taki hojny, jeśli dojdzie do masowego zabijania norek. − Uczciwe rekompensaty pomogłyby nam spłacić zaciągnięte kredyty. Ale zaproponowana kwota na to nie pozwala – komentuje prezes.

Łzy premierki

Dania była największym producentem norek w Unii Europejskiej, lecz w ubiegłym roku niemal cała ich populacja została zlikwidowana. Decyzję taką podjął duński rząd po tym, jak w kraju wykrywano kolejne przypadki przenoszenia zmutowanej wersji wirusa między ludźmi i norkami, w jedną i drugą stronę.

Z obawy, że nowa mutacja zniweczy prace nad skutecznością szczepionki na koronawirusa, w listopadzie zabito ponad 15 mln zwierząt. W międzyczasie okazało się, że rząd nie miał podstawy prawnej, by zarządzić to na skalę masową. Zgodnie z duńskim prawem dozwolone było tylko likwidowanie zwierząt w miejscach ogniska koronawirusa. Minister zdrowia podał się do dymisji, a premierka grzęznącego w politycznym kryzysie rządu nie kryła łez po wizycie na jednej z opustoszałych ferm.

W Danii obowiązuje tymczasowy zakaz hodowli norek – potrwa on do końca tego roku. Wkrótce po zgładzeniu milionów zwierząt duński państwowy instytut badawczy ogłosił, że nowa mutacja koronawirusa została wypleniona. Teraz Duńczycy walczą z kolejnym problemem. W miejscach masowych grobów rozkładające się zwłoki już zanieczyściły grunty. Żeby zapobiec dalszym skażeniom, Duńczycy muszą wykopać zwłoki czterech milionów zwierząt i poddać je kremacji.

Po wydarzeniach w Danii Polska stała się największym producentem futra z norek w Unii Europejskiej. W kraju jest około 810 ferm, na których znajduje się 8 mln tych zwierząt. U norek na podkartuskiej fermie nie wykryto nowej mutacji wirusa, ale jego dominujący wariant. Mimo to hodowcy norek są pełni obaw, bo nie wiadomo, co się będzie działo dalej. − Wszyscy są tym przestraszeni – kwituje Chmielewski.

Jednak jak poinformował nas Główny Inspektorat Weterynarii, aktualnie obowiązujące przepisy prawa nie przewidują najgorszego scenariusza: „aby coś się w tej materii zmieniło, potrzebne byłyby zmiany prawne”.

Zamrożenie prac nad tzw. piątką dla zwierząt nie może trwać wiecznie. Jesienią ubiegłego roku przedstawiciele rządzącej koalicji zaproponowali uchwalenie pakietu ustaw o ochronie zwierząt, który zakładał wprowadzenie całkowitego zakazu hodowli zwierząt na futra. Różnica stanowisk między koalicjantami doprowadziła do kryzysu politycznego, którego skutkiem było zaprzestanie prac nad ustawą. Polska ciągle więc nie zdecydowała się na likwidację hodowli norek. Tymczasem hodowcy są gotowi do rozmów o wygaszaniu hodowli, ale tylko na określonych warunkach. − My walczymy o nasze interesy i o nasze rodziny, tylko że mało kto chce z nami rozmawiać. Jeśli dostaniemy kilka lat na wyjście z biznesu, godne rekompensaty i środki na przebranżowienie, to możemy usiąść do stołu i negocjować − stwierdził Chmielewski.

„Piątka” zbyt problematyczna

W czasie pandemii do hodowli bardziej zdecydowanie podeszła Holandia. Po odnotowaniu przypadków koronawirusa u norek tamtejszy rząd zdecydował o przyspieszeniu likwidacji hodowli tych zwierząt. 155 holenderskich farm, które miały zakończyć swoją działalność do 2023 roku, będą musiały to zrobić do końca marca tego roku.

Daniel Chmielewski obawia się, że Prawo i Sprawiedliwość też „wykorzysta koronawirusa u norek jako pretekst do niszczenia hodowli w Polsce”. I argumentuje, że z „niezależnych międzynarodowych badań wynika, że nie ma zagrożenia dla zdrowia publicznego z uwagi na prowadzoną hodowlę zwierząt futerkowych”.

Innego zdania jest prof. Marcin Bańbura ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, wirusolog, specjalista medycyny weterynaryjnej. − Ludzki wirus, który przedostanie się do norek, może u nich mutować i nabierać nowych właściwości. Te objawią się, dopiero gdy zmutowany wróci na człowieka. Przy czym nie jesteśmy w stanie przewidzieć tych właściwości – tłumaczy. Bańbura podkreśla, że norki są „szczególnym gospodarzem” dla wirusa. − Stłoczenie tysięcy zwierząt na małej powierzchni sprzyja jego transmisji. Chorują też pojedyncze psy i koty, ale te mają skrajnie mniej okazji do kontaktu z innymi przedstawicielami swojego gatunku.

Na zagrożenia wynikające z hodowli norek wskazuje też Dorota Niedziela, posłanka Koalicji Obywatelskiej, prywatnie lekarz weterynarii. W listopadzie wraz z grupą posłów interpelowała do ministra rolnictwa i rozwoju wsi w sprawie działań podejmowanych w przypadku występowania mutacji koronawirusa u norek. W odpowiedzi dowiedziała się m.in. o nikłej skali rutynowych kontroli. − Liczba przeprowadzanych prób nie jest adekwatna do zagrożenia. Wirus u norek może stać się rezerwuarem chorób ludzi, tym bardziej że może również zmutować i ta zmutowana forma będzie niebezpieczna dla ludzi. Choć w Polsce nie wykryto niebezpiecznych mutacji wirusa u norek, to niewykluczone, że stanie się to w przyszłości – mówi posłanka.

Ludzie nie chcą cierpienia zwierząt

Niedziela tłumaczy, że w obecnej sytuacji najważniejsze jest osiągnięcie jak największej skuteczności szczepień wśród ludzi. Jednocześnie podkreśla, że niezbędne jest, by właściciele hodowli, w których dojdzie do likwidacji stada, dostali uczciwą rekompensatę za poniesione straty. Posłanka nie spodziewa się powtórki duńskiego scenariusza, bo w Polsce jest mniejsze pogłowie norek i jak dotąd nie stwierdzono mutacji wirusa. Ale zaznacza, że sytuacja jest napięta. − Sprawę komplikują obostrzenia związane z COVID-19, problemy z eksportem, spadek popytu na futra w Chinach. Piątka dla zwierząt ciągle odbija się echem w branży, mimo że rząd i sejmowa większość nie chcą na razie do niej wracać i przedstawić jasnych zasad dalszego postępowania − mówi Niedziela.

Obecnie zapowiada się, że rząd będzie wypłacał rekompensaty dwukrotnie – raz przy spłacaniu strat spowodowanych pandemią i ponownie, jeśli zdecyduje się na zakaz hodowania zwierząt na futra. − Powrót do pomysłu jak najszybszego wygaszenia hodowli jest teraz najlepszym rozwiązaniem – tłumaczy Dominika Sokołowska z Greenpeace’u. Aktywistka podkreśla, że ryzyko epidemiologiczne, jakie wiąże się z intensywną hodowlą zwierząt, jest znane od lat. Co więcej, problem dotyczy także innych zwierząt hodowanych w warunkach przemysłowych. − I jest jednym z wielu powodów, dla których fermy norek powinny być zamknięte jak najszybciej.

Być może warto pójść za przykładem Holandii i zamknąć biznes, który nie tylko jest schyłkowy, ale poważnie zagraża zdrowiu publicznemu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Mateusz Kowalik
Mateusz Kowalik
Dziennikarz Krytyki Politycznej
Dziennikarz, stały współpracownik Krytyki Politycznej. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, publikował m.in. w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco