Kraj

Mariusz Kamiński szefem MSWiA. Służby specjalne mogą być wykorzystane przeciwko opozycji

Nominacja Mariusza Kamińskiego dokładnie dwa miesiące przed wyborami powinna być sygnałem ostrzegawczym dla opozycji. Znajomość Kaczyńskiego z Kamińskim stanowi prawdziwy perfect match – obaj są zawistni, ascetyczni i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki.

Trudno o większy policzek wymierzony praworządności w Polsce niż środowe słowa Andrzeja Dudy, który wręczając nominację na szefa MSWiA Mariuszowi Kamińskiemu, mówił, że ma absolutne przekonanie, że to właściwa osoba na właściwym miejscu.

Kamiński to jedna z najważniejszych osób w układance Jarosława Kaczyńskiego. Mimo że przez lata kolejni politycy tracili zaufanie prezesa PiS, Kamiński zawsze był potrzebny. Najpierw jako szef CBA, później architekt dwóch afer – tej z Beatą Sawicką i afery gruntowej – które finalnie zmiotły pierwszy rząd PiS-u, a także doprowadziły go do wyroku trzech lat pozbawienia wolności i dziesięcioletniego zakazu pełnienia funkcji publicznych. Następnie Kamiński został, wbrew konstytucji, jeszcze przed uprawomocnieniem wyroku uniewinniony przez Andrzeja Dudę, by zostać szefem służb specjalnych (nawiasem mówiąc, był to pierwszy przypadek w historii, kiedy premier zrzekł się części władzy na rzecz ministra).

Dziś powraca do politycznej ekstraklasy, otrzymując niemal pełnię władzy nad państwowym aparatem nacisku. Cel: utrzymać PiS przy władzy.

#JurnyStefan, #dinozaury, sejf Giertycha. Jaką moc mają kolejne afery?

Z pozoru nominacja dla Kamińskiego mogłaby wyglądać na przypadkową. Afera dotycząca rozlicznych lotów Marka Kuchcińskiego doprowadziła do dymisji byłego marszałka. Zastąpiła go Elżbieta Witek – świeżo upieczona ministra resortu spraw wewnętrznych – która weszła na miejsce lecącego do Brukseli Joachima Brudzińskiego.

Kamiński to jedna z najważniejszych osób w układance Jarosława Kaczyńskiego. Mimo że przez lata kolejni politycy tracili zaufanie prezesa PiS, Kamiński zawsze był potrzebny.

Choć od tego czasu minęły raptem dwa miesiące (Witek została najkrócej sprawującą władzę ministrą spraw wewnętrznych w historii), sporo zdążyło się wydarzyć, choćby Marsz Równości w Białymstoku czy głośna medialnie sprawa śmierci boksera Dawida Kosteckiego. Trudno powiedzieć, żeby MSWiA w tych wypadkach stanęło na wysokości zadania. Znany z porywczego charakteru Brudziński mógłby przynajmniej pozorować jakieś ruchy, podczas gdy jego następczyni wolała milczeć. A taka postawa na dwa miesiące przed wyborami mogłaby osłabić wiarę elektoratu PiS w siłę przywództwa. Za karę Witek została marszałkinią Sejmu i jako druga osoba w państwie poprowadzi dwa posiedzenia parlamentu.

Tymczasem Mariusz Kamiński rozgości się w dobrze sobie znanym gmachu MSWiA.

Płaszcz i sztylet

Syn nauczycielki i magazyniera z Sochaczewa już we wczesnej młodości dał się poznać jako krewki chłopak. Mając 16 lat, został przyłapany na próbie dewastacji Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej w warszawskim parku Skaryszewskim, za co trafił do poprawczaka. Kamiński nic sobie nie robił z relegowania z liceum – dalej sięgał po środki walki z władzą znane z „małego sabotażu”.

Odnalazł się w założonej w 1984 roku Federacji Młodzieży Walczącej. Wyróżnikiem FMW było to, że nie posiadała żadnego programu politycznego – określała jedynie swojego wroga. I choć często była brana za młodzieżówkę „Solidarności”, to dystansowała się od niej, mając ją za organizację zbyt mało radykalną i doszczętnie pozbawioną bliskiej członkom FMW punkowej estetyki.

Podczas studiów historycznych na UW Kamińskiego najbardziej pociągały tematy konspiracyjne: działalność Armii Krajowej, bojówek PPS, wreszcie grupy opisanej w jego pracy magisterskiej – sztyletników.

Fascynacja tą organizacją zdaje się wiele mówić o Mariuszu Kamińskim. Sztyletnicy byli głęboko zakonspirowaną grupą, zaangażowaną w walkę podczas powstania styczniowego. Mieli być odpowiedzią zarówno na carski terror, jak i rozpracowujący działania powstańców wywiad. Pięknym za nadobne. Jednocześnie zrywali z romantyczną tradycją polskich żołnierzy walczących w sposób rycerski i broniących przedmurza chrześcijaństwa. Miarą ich działań miała być jedynie skuteczność.

Wraz z rozwojem walk sztyletnicy pozwalali sobie na coraz więcej – ich ofiarami mogły paść osoby, uwaga: „czymkolwiek szkodliwe”. Dla jasności, nie chodziło wyłącznie o Rosjan. Wręcz przeciwnie, konspiratorzy mieli wyszukiwać i likwidować każdego, kto jakkolwiek mógł zaszkodzić powstańczej sprawie. A to rozszerzało zakres potencjalnych ofiar: od margrabiego Wielopolskiego, przez nieroztropnie dobierających pacjentów lekarzy, aż po całe wsie, które udzielały wsparcia Rosjanom (za przykład mogą posłużyć Lipie niedaleko Opoczna).

Nie od razu trzeba ludzi aresztować – rozmowa z Piotrem Niemczykiem

W przerwach od studiowania dziejów XIX-wiecznych terrorystów Kamiński angażował się w działalność Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W 1988 roku przewodził grupie, która sprzeciwiała się zakończeniu strajków (te pośrednio doprowadziły do rozpoczęcia rozmów Okrągłego Stołu). Za tamtą działalność w 2010 roku Lech Kaczyński wręczy mu Order Odrodzenia Polski.

Weteran walk wszelakich

Transformacja ustrojowa przyniosła Kamińskiemu serię rozczarowań. Pierwszym było nieprzyjęcie go do pracy w tworzącym się Urzędzie Ochrony Państwa. Mimo tego, jako człowiek zdeterminowany do prowadzenia działalności wywiadowczej lub chociaż quasi-wywiadowczej, Kamiński wkręca się do kierowanego przez Kaczyńskiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Później ląduje w Generalnym Inspektoracie Celnym, a jeszcze później w Biurze Kontroli TVP.

Wnioski wyniesione ze wszystkich tych miejsc pracy są łatwe do przewidzenia – państwo jest przeżarte przez korupcję i postkomunistyczny układ. Zwykłe instytucje nie dają sobie z tym rady, dlatego trzeba powołać nową superinstytucję, która dla dobra Polski, będzie – tak jak sztyletnicy – odpowiadać wyłącznie przed Bogiem i historią.

Do wzmocnienia powyższej tezy doprowadziły też wydarzenia polityczne i związane z nimi kolejne rozczarowania Kamińskiego. Pierwszym była porażka rządu Olszewskiego i ustawy lustracyjnej. Kamiński – opętany myślą o dekonspiracji układu – będzie do tego wracał przez całą swoją karierę. Ostatni raz w kwietniu bieżącego roku, gdy próbował pozbawić dostępu do informacji niejawnych wszystkich byłych współpracowników SB.

PiS nie kiwnął palcem, by wyjaśnić aferę taśmową [rozmowa]

Drugim rozczarowaniem było zwycięstwo SLD w wyborach w 1993 roku. Wstrząśnięty nim Kamiński decyduje się wrócić (o ile kiedykolwiek z niej wyszedł) do konspiracji. Powołuje do życia Ligę Republikańską, która zdobywa zainteresowanie za sprawą akcji happeningowych, podobnych do tych z lat 80. A to rzuca jajkami w prezydenta Kwaśniewskiego, a to biega za Józefem Oleksym z transparentem „KGB–SLD”, a to 13 grudnia chodzi pod dom Wojciecha Jaruzelskiego (taką akcję można zobaczyć w filmie Teresy Torańskiej Noc z generałemjest na YouTube). Poparcie dla Ligi oscyluje w granicach błędu statystycznego. Kamiński dostaje się do Sejmu pod egidą łączącego różne prawicowe kanapy AWS.

Być jak J. Edgar Hoover

W 2000 roku bezskutecznie próbuje powołać urząd antykorupcyjny. Po rozpadzie AWS dołącza do swojego byłego przełożonego. PiS robi z pomysłu utworzenia specsłużby walczącej z korupcją jeden ze swoich projektów flagowych, w czym walnie pomagają kolejne afery rządu Leszka Millera.

Jesienią 2005 roku Kaczyńscy wygrywają wybory, a marzenia Kamińskiego pierwszy raz stają się realne. Centralne Biuro Antykorupcyjne ma być komórką jak z amerykańskich filmów. Z groźnym – dziwnie podobnym do znaku rozpoznawczego FBI – logotypem, agentami noszącymi przy sobie broń mimo braku wyraźnej potrzeby i nieugiętym szefem, gotowym poświęcić życie w walce z przestępczością. Wzorem Kamińskiego nie są już sztyletnicy, a raczej J. Edgar Hoover, niesławny dyrektor Federalnego Biura Śledczego, który brał czynny udział w szerzeniu antykomunistycznej histerii i zbieraniu haków na polityków wszystkich opcji.

Do służby w CBA Kamiński rekrutuje byłych kolegów z Ligi Republikańskiej, choć tożsamość większości pracowników biura pozostaje tajna. Na ich biurka mają być przekierowywane najbardziej medialne sprawy z innych służb. Na pierwszy ogień poszło zatrzymanie Mirosława Garlickiego – dyrektora warszawskiej Kliniki Kardiochirugii. Media obiegły zdjęcia lekarza wyprowadzanego w kajdankach. Na konferencji prasowej minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ogłosił, że lekarzowi postawiono 20 zarzutów. Powiedział także, że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Z zarzutu nieumyślnego doprowadzenia do śmierci pacjenta Garlicki został uniewinniony dopiero w marcu bieżącego roku.

Siłą rzeczy media coraz bardziej interesowały się Kamińskim, ale jeśli jakiś wizerunek szefa CBA w ogóle się do nich przedostawał, to był to obraz żyjącego w ascezie jezuickiego inkwizytora. Mówiono, że po rozwodzie z żoną Kamiński mieszka w wynajmowanej kawalerce. W oświadczeniu majątkowym swoje oszczędności oszacował na 11 tys. złotych i 300 dolarów. Pierwsza skaza na tym wizerunku miała pojawić się dopiero w zeszłym roku, gdy syn Kamińskiego dostał z rekomendacji prezesa NBP intratną posadę w Banku Światowym.

Siłą rzeczy media coraz bardziej interesowały się Kamińskim, ale jeśli jakiś wizerunek szefa CBA w ogóle się do nich przedostawał, to był to obraz żyjącego w ascezie jezuickiego inkwizytora.

Od swojego powstania CBA reagowała jak sejsmograf na notowania PiS-u. Gdy w drugiej połowie 2007 roku władza Jarosława Kaczyńskiego zaczynała chwiać się w posadach, Kamiński postanowił zareagować. Najpierw w lipcu wybuchła afera gruntowa. W dużym skrócie: PiS-owi, któremu wybitnie nie szło współrządzenie z LPR-em i Samoobroną, chodziło o zniszczenie nadwątlonego już wcześniej tzw. seksaferą zaufania wyborców do tej drugiej partii i wzmocnienie wizerunku polityków PiS-u jako bezwzględnych szeryfów. W tym celu funkcjonariusze CBA mieli wręczyć 3 mln złotych łapówki ludziom powiązanym z Andrzejem Lepperem w zamian za to, że ci, podzieliwszy się pieniędzmi z ministrem rolnictwa, doprowadzą do przekształcenia gruntu rolnego w okolicach Mrągowa w działkę budowlaną. Łapówka nie dotarła do celu ze względu na przeciek i akcja skończyła się fiaskiem.

Rząd PiS atakuje każdy przejaw swobody myślenia i niezależności. Pora na bunt instytucji

Z kolei w październiku – co ważne, był to miesiąc wyborczy – CBA zatrzymało posłankę PO Beatę Sawicką. Postawiono jej zarzuty ustawienia przetargu. Sawicka broniła się, mówiąc, że została uwiedziona i zmanipulowana przez agenta CBA, późniejszego posła PiS, Tomasza Kaczmarka. Na cztery dni przed wyborami Kamiński zorganizował konferencję prasową, na której przedstawiał kolejne dowody mające obciążać Sawicką, powiedział też, że „Polacy sami powinni wyciągnąć z tego wnioski”. Dla wzmocnienia przekazu Prawo i Sprawiedliwość wykupiło billboardy z pułapkami na myszy, w których schowane były pieniądze – przynęta na łapownika. Wyemitowana też spoty wyborcze pokazujące spotkania towarzyskie „układu” ze słynnym hasłem „Mordo ty moja”.

W kwietniu 2013 roku Beata Sawicka została uniewinniona ze względu na techniki, jakimi posługiwało się CBA. Z kolei w marcu 2015 roku Sąd Rejonowy Warszawa Śródmieście skazał Mariusza Kamińskiego za przekroczenie uprawnień w sprawie afery gruntowej na 3 lata pozbawienia wolności i 10 lat zakazu pełnienia funkcji publicznych. Jedną z pierwszych decyzji Andrzeja Dudy – wydaną trzy miesiące po zaprzysiężeniu – był akt łaski dla kolegi. Jest to o tyle absurdalne, że wyrok warszawskiego sądu był nieprawomocny. Oznacza to, że nie do końca wiadomo, od jakiej kary Duda zwolnił Kamińskiego. Potwierdziło to jedynie, jak niezwykle ważną osobą w planie Jarosława Kaczyńskiego jest Kamiński. Ten – dzień po ułaskawieniu – został ministrem bez teki w rządzie Beaty Szydło i koordynatorem służb specjalnych.

Będzie się działo

Tak docieramy do dnia, gdy Mariusz Kamiński zostaje szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jako koordynator służb specjalnych sprawował kontrolę nad Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencją Wywiadu i swoim ukochanym CBA (które w międzyczasie dorobiło się prawie 900 agentów na terenie całej Polski). Teraz otrzyma dodatkowo władzę nad Strażą Graniczną, służbami: więzienną, ochrony państwa, wywiadem skarbowym i policją.

I nikt go nie będzie w korzystaniu z tej władzy ograniczać, albowiem cały jego życiorys układa się w jeden wyraźny wizerunek. To wizerunek człowieka pozbawionego skrupułów, który dla politycznej korzyści gotów jest uciec się do wszystkiego. To opozycjonista nie tyle nienawidzący peerelowskiego aparatu represji, ile zazdroszczący komunistom, że mogą sobie na tyle pozwolić. To wreszcie trickster rzucający jajkami w prezydenta, ale z dostępem do służb specjalnych. Polski J. Edgar Hoover – obecnie z większymi uprawnieniami niż kiedykolwiek wcześniej.

Przez lata „trzecim bliźniakiem Kaczyńskich” nazywano Ludwika Dorna. Tymczasem prawdziwy „trzeci bliźniak”, z podobną do Jarosława Kaczyńskiego aksjologią, wizerunkiem i stylem życia, był zupełnie gdzie indziej.

PiS. Zwyczajna polska dyktatura

**
Jan Rojewski – poeta, dziennikarz. Autor tomu poetyckiego Ikonoklazm (2018), za który otrzymał nominację do Nagrody Poetyckiej Silesius oraz Nagrody Literackiej Gdynia. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Onecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Miesięczniku Znak”. Stale współpracuje z „Polityką”. Obecnie pracuje nad książka reporterską.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.