Kraj

Majmurek: Odpieprzcie się od bankierów

Łatwość, z jaką nawet najbardziej neoliberalne media krytykują dziś „chciwość bankierów”, pokazuje, że prawdziwe stawki w tej grze są gdzie indziej.

Po gospodarczym krachu z 2008 roku żadna profesja nie miała chyba tak złej prasy jak bankierzy. Nawet wcześniej sprzyjające neoliberalnym deregulacjom media zaczęły nagle w nich upatrywać głównych winnych kryzysu. Powszechnie oskarżano bankierów o niesprawiedliwie wysokie wynagrodzenia, bezprzykładną chciwość, niekompetencję, naruszanie zaufania, a nawet oszukiwanie klientów i niszczenie życia zadłużonym rodzinom. Twierdzono, że szybki zysk jest dla nich ważniejszy od interesów ich własnych spółek, o jakimkolwiek długoterminowym społecznym interesie nie wspominając.

Zapewne wiele, jeśli nie wszystkie, z tych zarzutów są trafione. Jak to jednak często bywa, prawdziwe stwierdzenia też mogą wprowadzać w błąd, pokazując jedynie wycinek prawdy, wyrywając ją z kontekstu, w którym dopiero zyskuje ona znaczenie. Tak samo jest z „winami” bankierów. Są one nie tyle źródłem naszych obecnych problemów, co symptomem o wiele szerszych, systemowych tendencji. Finansjeryzacja, gospodarka oparta na długu i spekulacji, kapitalizm kasyna pojawiają się wtedy, gdy gospodarka wkracza w fazę „zwijania” długiego koniunkturalnego cyklu – to, co działo się przed kryzysem roku 2008, wcale nie wydarzyło się więc po raz pierwszy.

Długi bankowy cień 

Czym właściwie jest finansjeryzacja? Najprościej rzecz ujmując, to wzrost znaczenia sektora finansowego w całej gospodarce. Ja definiuje to amerykańska badaczka Greta Krippner, finansjeryzacja to model gospodarki, w której „akumulacja kapitału przebiega przede wszystkim finansowymi kanałami, a nie za sprawą handlu i produkcji towarów na rynek”. Od lat 80. XX wieku wyraźnie możemy zaobserwować taką tendencję w krajach rozwiniętych. W ciągu ostatnich dwudziestu lat w większości z nich udział sektora bankowego w PKB niemal się podwoił. Jak podają Robin Greenwood i David Scharfstein, badacze z Harvardu, w 1950 roku różnego rodzaju usługi finansowe stanowiły 2,8% amerykańskiego PKB, w 1980 roku – 4,9%, a w 2006 aż 8,3%. Na początku lat 80. udział zysków banków w ogóle zysków amerykańskich przedsiębiorstw nie przekraczał 10%, przed kryzysem z roku 2008 roku wynosił prawie 40%. Podobny schemat wzrostu możemy zaobserwować w większości gospodarek krajów rozwiniętych. W latach 70. zyski sektora produkcyjnego przekraczały zyski sektora finansowego, od lat 90. jest odwrotnie – „banki” są bardziej zyskowne od „fabryk”.

Kiedy mówimy o finansjeryzacji, warto pamiętać, czym tak naprawdę zajmują się dziś banki. „Klasyczna”, czy też raczej intuicyjna, definicja mówi, że celem tej instytucji jest zbieranie depozytów od klientów i generowanie z nich kredytów dla podmiotów fizycznych i prawnych. Dziś ta definicja więcej zaciemnia, niż wyjaśniania, zwłaszcza jeśli spojrzymy na całość systemu bankowego. By zrozumieć, co się zmieniło, brytyjski dziennikarz Paul Mason, podsuwa użyteczną analogię z firmą Nokia. Przedsiębiorstwo to zostało założone w 1865 roku jako papiernia, w 1898 roku zaczęło produkować gumę, w 1967 roku nabyło pierwszą fabrykę kabli, a dopiero w latach 80. weszło do sektora telekomunikacji.

Współczesne banki mają mniej więcej tyle wspólnego z naszą intuicyjną definicją banku, co wyprodukowana przez Nokię w 1890 roku kartka papieru z Nokią Lumia Windows Phone. Czyli głównie nazwę.

Od wielkiego kryzysu do lat 90. w najbardziej rozwiniętej gospodarce kapitalistycznej – Stanach Zjednoczonych – istniał ścisły rozdział bankowości detalicznej i inwestycyjnej. Banki detaliczne, obsługujące większość populacji, zbierały depozyty od klientów i tworzyły z nich pożyczki. Nie spekulowały pieniędzmi zwykłych obywateli na giełdzie, z depozytów finansowały indywidualną konsumpcję i drobną produkcję czy usługi. Obok nich istniała wyspecjalizowana bankowość inwestycyjna. Tworzące ją instytucje prowadziły rachunki klientów, w imieniu których kupowały aktywa na rynku kapitałowym oraz same inwestowały na nim swoje środki. Ten stary system bankowy radykalnie zmienił się od lat 90. Administracja Clintona zniosła ustawę bankową z lat 30., umożliwiając bankom detalicznym prowadzenie działalności dotąd zastrzeżonej dla banków inwestycyjnych. Innymi słowy Clinton i jego sekretarz skarbu Larry Summers pozwolili bankom na spekulację depozytami „zwykłych obywateli”.

Spekulacja nie ograniczała się do obrotu znanymi, oswojonymi instrumentami, takimi jak obligacje (papiery dłużne państw i innych osób prawnych) czy akcje. Finansjeryzacji towarzyszył bowiem rozwój tak zwanych instrumentów pochodnych (derywatów). Są to instrumenty finansowe, które same w sobie nie mają żadnej wartości, opierając ją na wartości innych aktywów: towarów, akcji, obligacji, kredytów, depozytów itd. Przykładami derywatów mogą być kontrakty typu future (gdzie kupujemy po danej cenie prawo do nabycia określonego aktywu w przyszłości, gdy jego cena może być dużo wyższa), opcje, kontrakty przeniesienia ryzyka kredytowego (płacimy komuś za ewentualne pokrycie długu, jeśli nie będzie w stanie spłacić go któryś z naszych wierzycieli) czy strukturyzowane kredyty.

Między 1987 a 2005 rokiem wartość obrotu instrumentami pochodnymi wzrosła 57-krotnie – z 10% wartości światowego PKB do 570%. Oznacza to, że wysoce spekulacyjne instrumenty pochodne osiągnęły wartość, na którą cała planeta musi pracować pięć lat.

Teoretycznie instrumenty pochodne zostały opracowane jako narzędzia mające porządkować system finansowy i pomagać w racjonalnym zarządzaniu ryzykiem. Okazało się jednak, że umożliwiły kasynową spekulację. Instrumenty te często opierały się na wyrafinowanych narzędziach matematycznych skonstruowanych do oceny ryzyka. Ich rozwój wiązał się z „drenażem mózgów” przez sektor finansowy, który ściągał do siebie najlepszych absolwentów nie tylko szkół biznesu, ale także wydziałów matematyki, chemii czy inżynierii. To właśnie oni konstruowali te matematyczne modele – często tak skomplikowane, że nie rozumiały je większość bankowców. Pamiętacie film Chciwość (Margin Call) J. C. Chandora? Pracownicy banku niskiego szczebla odkrywają, że niezwykle skomplikowany model oceniający ryzyko aktywów banku jest chyba nie tak niezawodny, jak można było sądzić. Im wyżej w hierarchii banku wędruje ta informacja, tym trudniej zheadhuntowanym na politechnikach szeregowym bankowcom wytłumaczyć szefom, dlaczego matematyka pokazuje, że powinni mieć powody do niepokoju – „Po angielsku proszę” jest ich najczęstszą reakcją na fachowy żargon, który słyszą.

Dobrym przykładem bałaganu wytworzonego przez instrumenty pochodne są strukturyzowane kredyty. Banki zarabiające na osławionych kredytach hipotecznych typu subprime (udzielanych klientom o złej historii kredytowej) nie trzymały ich biernie w bilansach swoich banków, tylko łączyły w pakiety razem z innymi długami: z kart kredytowych, długami klientów o dobrej historii kredytowej, pożyczkami studenckimi itd. Na podstawie tych pakietów tworzono papiery wartościowe, które – po wycenie przez opłacaną przez bank agencję ratingową – sprzedawano inwestorom. Kupowali je wszyscy – fundusze hedgingowe, fundusze emerytalne, indywidualni inwestorzy, inne banki. Gdy okazało się, że kredyty subprime są nieściągalne, a po eksplozji bańki na rynku nieruchomości stanowiące ich zabezpieczenie domy są warte mniej niż zobowiązania, skutki odbiły się na całym systemie – prawie każdy miał w portfelu cząstkę „toksycznych” długów.

Oprócz tego systemu spekulacji bankierzy zbudowali tzw. system bankowego cienia. Była to sieć instytucji działających często w rajach finansowych (tzw. conduits i SIV – Structured Investment Vehicles). Banki zakładały je dla prowadzenia spekulacyjnych operacji, które nie były ujawniane w ich oficjalnych bilansach. System bankowego cienia zależał od stałej podaży krótkoterminowego kredytu. Gdy w wyniku krachu bańki kredytów subprime ta rzeka wyschła, zaczęły się prawdziwe kłopoty. System bankowego cienia powstał, by ominąć i tak nieliczne regulacje, jakie na sektor finansowy nakładało amerykańskie prawo i instytucje nadzoru. Gdy w 2008 roku uderzyła pierwsza fala kryzysu, wielu dziennikarzy i polityków w Stanach było zaskoczonych, że coś takiego jak system bankowego cienia w ogóle istnieje.

Finanse jako symptom

Taka dominacja sektora finansowego ma negatywne gospodarcze i społecznie skutki. Kapitał, który mógłby być zainwestowany w produkcję towarów i usług zaspokajających rzeczywiste potrzeby, zostaje skierowany w kanał spekulacyjny, gdzie przynosi o wiele większe zyski. Inwestorzy grający na zwyżkę wartości aktywów kapitałowych wytwarzają presję na przedsiębiorstwa, skłaniając je do szukania krótkoterminowego zysku kosztem bardziej społecznie pożytecznych, potencjalnie bardziej zyskownych, ale początkowo kosztownych inwestycji – akcjonariusze chcą widzieć ciągły wzrost wartości akcji, a nie potencjalnie zyskowne, ale ryzykowne przedsięwzięcia. Czasem ta presja prowadzi do działań na granicy prawa, takich jak np. kreatywna księgowość.

Finansjeryzacja gospodarki jest wreszcie jednym z narzędzi transferu bogactwa od osób o niskich i średnich dochodach do najbogatszych.

W ostatnich kilku dekadach wzrost znaczenia sektora finansowego w większości gospodarek narodowych wiązał się ze wzrostem rozwarstwienia dochodowego i majątkowego.

Na wszystkich opisanych wyżej zjawiskach bankierzy korzystali finansowo, za wieloma rozwiązaniami uwalniającymi spekulację aktywnie i skutecznie lobbowali u polityków. Tym niemniej nie sposób właśnie bankierów uznać za głównych sprawców problemów współczesnej gospodarki. Zachowywali się po prostu jak racjonalne podmioty dążące do zachowania i ekspansji swoich interesów. Nie ma co ich o to specjalnie obwiniać, o wiele pożyteczniej będzie się zastanowić dlaczego to właśnie im, wbrew interesom wszystkich innych grup, udawało się to w ostatnich dekadach tak skutecznie.

Finansjeryzacja to tylko jeden z czynników określających współczesny „reżim akumulacji” kapitału. Pozostałe to globalizacja procesów produkcji, brak systemowej alternatywy dla kapitalizmu, wielka globalna podaż taniej siły roboczej, gospodarka stymulowana przez dług, neoliberalizm jako ideologia tworząca legitymację dla tego systemu. Wszystkie one określały światowy porządek gospodarczy do katastrofy z lata 2008. Dziś widzimy, jak się sypią, a nowy reżim akumulacji nie może się narodzić.

Większość tych zjawisk – finansjeryzację, dominację banków, ideologię wolnego handlu i leseferyzm, rozwój handlu międzynarodowego, globalizację gospodarki, silną współzależność gospodarek narodowych – mogliśmy zaobserwować w światowym kapitalizmie już wcześniej. Szczególnie intensywnie w dwóch ostatnich dekadach XIX wieku. Spadek stopy zwrotu od kapitału w kluczowych dla ówczesnej gospodarki gałęziach produkcji (przede wszystkim kolej i stal) doprowadził do ucieczki kapitałów do banków i giełdy i wzrostu znaczenia sektora finansowego nad produkcyjnym. Finansjeryzacja ostatnich dekad XX wieku także może być rozumiana jako reakcja gospodarki na spadek stopy zysków z inwestycji w kluczowych dla powojennego okresu sektorach produkcji (tu przede wszystkim przemysł samochodowy i przetwórstwo ropy naftowej).

Jeśli przyjrzymy się uważnie historii gospodarki kapitalistycznej, to zauważymy, że rozwija się ona zgodnie z długimi cyklami koniunkturalnymi, trwającymi od 30 do 70 lat. Od nazwiska radzieckiego ekonomisty, który jako pierwszy opracował ich teorię, nazywamy je cyklami Kondratiewa. Każdy taki cykl zaczyna się od wprowadzenia technologicznych innowacji, wokół których powstają wiodące gałęzie przemysłu – najbardziej produktywne i zyskowne, ciągnące całą gospodarkę do przodu. Jednak z czasem ich zyskowność (za sprawą wzrastającej konkurencji, nasycenia rynku, wzrostu żądań płacowych pracowników) spada, a z nią stopa zwrotu z zainwestowanego w nie kapitału. Kapitał ucieka do sektora finansowego, sytuacja „arystokracji pracowniczej” związanej z wiodącymi gałęziami przemysłu się pogarsza i zaostrzają się walki o podział rynku. Aż wyłania się z nich nowa gałąź przemysłu i cykl zaczyna się na nowo.

Okres powojenny był początkiem nowego cyklu Kondratiewa. Jego faza wzrostu, połączona z budową państwa dobrobytu w Europie i klasy średniej w Stanach trwała do połowy lat 70. Wtedy spadać zaczyna stopa zysków z przemysłu, produkcja takich wyrobów jak stal osiąga w Stanach swój szczyt i zaczyna spadać, pojawia się stagflacja. Przyczyny? Przede wszystkim zwiększająca się konkurencyjności kluczowych gałęzi przemysłu. Dotyka ona szczególnie Stany Zjednoczone, główną gospodarczą potęgę okresu powojennego. W latach 70. amerykańskie firmy muszą mierzyć się z coraz silniejszą konkurencją z gospodarek, które Ameryka wcześniej pomogła odbudować – Niemiec i Japonii, często dysponujących nowocześniejszymi strukturami korporacyjnymi i finansowymi.

Eksperci spierają się, w jakim miejscu cyklu jesteśmy dziś. Część ocenia, że kryzysowa faza powojennego Kondratiewa skończyła się wraz z gospodarczym boomem lat 90. Po kryzysowych latach 1975–1980 mielibyśmy prawie dwie dekady (1990–2008) wzrostu nowego Kondratiewa i początek jego kontrakcji od 2008 roku. Można jednak spotkać się z głosami wskazującymi, że wzrost lat 90. (zakończony pęknięciem bańki dotcomów) był w dużej mierze sztucznie, spekulacyjnie napompowany i że cały czas tkwimy w wyjątkowo długiej kryzysowej fazie powojennego Kondratiewa. Wspomniany tu brytyjski dziennikarz ekonomiczny Paul Mason, w swojej książce Finansowy kataklizm. Koniec wieku chciwości, stawia tezę, że w ostatnich dwóch dekadach nałożyły się na siebie wzrostowy początek nowego i kryzysowy koniec starego cyklu Kondratiewa.

Jakkolwiek jest, znajdujemy się dziś w sytuacji, w której musimy znaleźć odpowiedź na pytanie o nowy porządek gospodarczy i warunki nowego modelu akumulacji. Oczywiście żaden podmiot nie może świadomie tego zaplanować, ale ich kształt zależeć będzie także – poprzez ruchy polityczne i społeczne, w jakie się zaangażujemy – od każdego z nas. 

System zawinił, tradera posadzili

Odpowiedzią elit biznesu i polityki na spadek stopy zysków w latach 70. było promowanie otwierania granic dla przepływu kapitału, ucieczka do miejsc z tańszą siłą roboczą, walka ze związkami. Walka skuteczna – w Stanach Zjednoczonych liczona w realnej sile nabywczej średnia pensja nie zmieniła się od czasów Nixona. Nie podniosło to jednak konkurencyjności tych gałęzi amerykańskiego przemysłu, które przeżywały kryzys; gros zysków z przesunięcia dochodów z rąk pracujących Amerykanów do rąk kapitału zebrał sektor bankowy. Spowodowało to kryzys nadpodaży kapitału – zbyt wielkiej ilości kapitału w globalnej gospodarce w stosunku do zyskownych, produktywnych przedsięwzięć, w jakie mógłby zostać sensownie zainwestowany.

Bez złamania żądań płacowych klasy pracującej, a obecnie przez politykę oszczędności także klasy średniej, obecna dominacja bankierów nie byłaby możliwa. Gospodarka oparta na sektorze finansowym potrzebuje ciągłego generowania długów, a więc potrzebujących się ciągle zadłużać obywateli. Alain Badiou w 2008 roku celnie zauważył, że Realnym kryzysu ekonomicznego jest skrajnie niesprawiedliwa dystrybucja dochodów w Stanach – najbardziej rozwiniętej gospodarce świata. Realnym kryzysu jest to, że milionów ludzi nie stać na coś tak podstawowego jak dom bez konieczności zaciągania kredytów, których nie są w stanie spłacić. Przed kryzysem przeciętny Amerykanin miał pięć kart kredytowych z kilkoma tysiącami dolarów długu na każdej. Nie wynikało to (jak czasami niestety głosi też część lewicowo-konserwatywnych krytyków kapitalizmu) z jakiegoś szczególnego „konsumpcjonizmu” Amerykanów, ale z takiej, a nie innej struktury podziału amerykańskiego bogactwa.

Zadanie, jakie stoi dziś przed wszystkimi ruchami społecznymi, politykami i intelektualistami, to przerwanie węzła niskich dochodów, wysokiego zadłużenia i spekulacji.

Nie zrobimy tego, pomstując na bankierów i obwiniając ich o kryzys. Sytuacja zmieni się, dopiero gdy znów wzrośnie siła nabywcza klasy średniej. A to się nie stanie bez przemyślenia na nowo roli państwa w gospodarce i ponownego odkrycia równości jako koła zamachowego rozwoju gospodarek.

Ostatnio mieliśmy znów wysyp oskarżeń pod adresem banków i bankierów przy okazji procesu Fabrice’a Tourre’a, Francuza pracującego dla nowojorskiego oddziału Goldman Sachs. Tourre (kolejny absolwent politechniki w systemie bankowym) tworzył niezwykle skomplikowane matematycznie instrumenty finansowe i handlował nimi. Wprowadzały one wielką niestabilność do sytemu, ale kryminalne zarzuty, jakie usłyszał, dotyczyły celowego wprowadzania klientów w błąd – sprzedawania im papierów, o których wiedział, że albo już nie mają albo nie będą miały wkrótce żadnej wartości. Tourre został skazany.

Problem w tym, że jego działania nie były w sektorze finansowym niczym szczególnym. Słuchałem kiedyś wystąpienia akademika z południa Europy, który przekonująco przekonywał, że na plagiaty na uczelniach nie należy patrzeć moralistycznie (w kategoriach „upadku etosu akademickiego”), ale jako na symptom przeciążenia pracowników naukowych pracą, przede wszystkim zasadą „publish or die”. W ten sam sposób należy patrzeć na przypadki „kreatywnej księgowości”, triki z „optymalizacją podatkową” czy świadome sprzedawanie przez banki toksycznych aktywów swoim klientom – to tylko symptomy gospodarki nastawionej na wzrost wartości kapitałowej i błyskawiczne zyski.

Tourre w 2008 roku zeznawał przed senacką komisją ds. finansów. Zasiadający w niej senator Ted Kaufman w wypowiedzi dla „Le Monde” tak wspomina jego zeznanie: „Był niezwykle arogancki. Na każde pytanie reagował: «Nie macie prawa mnie o to pytać, wszystko macie w dossier, które od nas dostaliście»”. Niedawny wyrok na Tourre’a mógł w dużej mierze być karą za tę arogancję cudzoziemca przed amerykańskim Senatem. I sposobem na rehabilitację Securities and Exchange Commission, ciała mającego nadzorować amerykański rynek finansowy, które nie było w stanie zapobiec patologiom w systemie. Jak w starym polskim powiedzeniu: system zawinił, tradera posadzili. Jego pracodawca, bank Goldman Sachs, zawarł ugodę SEC i w zamian za ponad pół miliarda dolarów grzywny nie usłyszał żadnych zarzutów przed sądem.

Jaki z tego wniosek? Jeśli chcecie naprawdę coś zmienić w systemie gospodarczo-społecznym, odpieprzcie się od bankierów. Łatwość, z jaką najbardziej neoliberalne media dołączają się do krytyki ich „chciwości”, pokazuje, że prawdziwe stawki w tej grze są dziś gdzie indziej. Zamiast o „chciwych bankierach”, porozmawiajmy o bankach, o roli, jaką mają pełnić w dobrze zorganizowanej gospodarce.

Zmarły tuż przed kryzysem 2008 roku amerykański ekonomista Hyman Minsky przekonywał, że współczesny kapitalizm potrzebuje sektora bankowego działającego nie na zasadzie nastawionego na zysk przedsiębiorstwa, ale instytucji użyteczności publicznej, generującej zagregowany popyt i kierującej środki na produktywne inwestycje. Postrzegał to jako sposób na uratowanie kapitalizmu. Można się z tą propozycją nie zgadzać, ale jest to ciekawy punkt wyjścia do dyskusji. Na pewno ciekawszy niż kolejne narzekania na „banksterów”. Nawet jeśli wszystkie wysuwane przeciw nim zarzuty są słuszne.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.