Kraj

Kozak: Trzy mity na temat polskiej edukacji

Co skłania minister Kluzik-Rostkowską do strzelenia swojej partii samobója?

Za niecały tydzień rozpoczęcie roku szkolnego, polskie szkoły pną się w rankingach w badaniach PISA, polscy nauczyciele mają jedne z najniższych zarobków w swojej grupie zawodowej w Europie, a za pasem wybory samorządowe. Co skłania minister Kluzik-Rostkowską do strzelenia swojej partii samobója?

Zbliża się rozpoczęcie roku szkolnego, więc w mediach króluje minister Kluzik-Rostkowska. We wczorajszej rozmowie w radiu RDC zapowiedziała m.in., że w nadchodzącym roku nauczyciele nie powinni spodziewać się podwyżek płac, ponieważ – jak mówi – to grupa zawodowa, która w ostatnich latach zyskała sporo. Opowiedziała się również za stopniowym rozmontowywaniem Karty Nauczyciela, którą określa mianem „jednego z pierwszych dokumentów stanu wojennego”. Minister uważa, że Kartę powinien zastąpić „jakiś inny dokument”. Podkreśliła również, że Karta nie daje narzędzi do motywowania nauczycieli do pracy, a „są wprawdzie nauczyciele fantastyczni”, ale są również leniwi. Trzy szkodliwe mity i trzy nieporozumienia.

Ile zarabia nauczyciel?

Po pierwsze: zarobki nauczycieli. ZNP wystąpił w tym roku o 5-procentową podwyżkę płac dla nauczycieli. Rząd, a za nim minister edukacji, powtarza, że od 2007 roku pensje nauczycieli wzrosły o 50%. To prawda. Tylko co z tego, skoro inflacja od 2007 roku skonsumowała ponad 35% tych podwyżek. Pamiętajmy również, że w 2007 roku nauczyciel stażysta zarabiał netto 900 złotych miesięcznie. W tej sytuacji nietrudno o skokowy wzrost płac. Nie wiadomo również, skąd przekonanie na temat wysokich zarobków nauczycieli. To prawda, nauczyciele chcieliby zarabiać dużo, ale jak na razie według danych GUS-u nauczyciel w Warszawie zarabia miesięcznie średnio 2600 brutto. Dane GUS-u są ogólnodostępne. Nie ma potrzeby powtarzać szkodliwych mitów.

Nauczyciele oburzają się również na bezprawne obniżanie ich zarobków. W całej Polsce dochodzi do sytuacji przekazywania szkół publicznych stowarzyszeniom i fundacjom, czego klasycznym przykładem jest gmina Hanna, w której w ten sposób pozbyto się wszystkich szkół publicznych. Konsekwencją takiej formy przekształcenia jest m.in. to, że nauczyciele zatrudnieni są zgodnie z zapisami Kodeksu Pracy, a nie Karty Nauczyciela. Dzięki temu nie dotyczą ich ustalenia dotyczące wysokości pensji i ich wynagrodzenie – według danych GUS-u – jest średnio niższe niż wśród nauczycieli zatrudnionych na podstawie Karty.

Manipuluje się również wysokością dodatków motywacyjnych. Dobrym przykładem jest warszawski Mokotów, gdzie dwa lata temu burmistrz wystosował list do nauczycieli, w których zobowiązał ich do „dobrowolnego” zrzeczenia się 300 zł dodatku. Gdy nauczyciele zaprotestowali, burmistrz odebrał im całość dodatku. Nie przeszkadzało mu to oficjalnie chwalić się, że w 2013 roku mokotowscy nauczyciele dostali 50 zł podwyżki. Podobne praktyki powielane są w innych dzielnicach Warszawy i w całej Polsce.

Wszystko przez Kartę

Jest co najmniej zastanawiające, że w kraju, który od lat nieustannie pnie się w rankingach edukacyjnych PISA, kolejni ministrowie zapowiadają radykalne zerwanie z dotychczasowym modelem edukacji. Zgodnie z podstawowym kursem logiki albo sytuacja w edukacji jest radykalnie zła i domaga się radykalnych reform, albo jest dobra i takich reform nie wymaga. Wypadałoby mieć zatem jasność. Możemy przyjąć, że konieczne jest wyrzucenie do kosza jednej z podstawowych dla edukacji ustaw, ale wówczas zupełnie niezrozumiałe jest, w jaki sposób pniemy się w górę w rankingach PISA, a Europa Zachodnia stawia nas za wzór sukcesu edukacyjnego. Być może Europa Zachodnia się myli. Niezwłocznie zatem wystosujmy list ze sprostowaniem do przywódców OECD i wykażmy, że rankingi PISA są do niczego.

Niezrozumiałe jest również, skąd biorą powielane od lat mity na temat komunistycznej proweniencji Karty. To prawda, ustawa z dnia 27 stycznia 1982 roku, zwana Kartą Nauczyciela, została uchwalona w czasach PRL-u. Zastąpiła ona uchwaloną w 1972 roku Kartę Praw i Obowiązków Nauczyciela. W II RP obowiązywała z kolei uchwalona 1 lipca 1926 roku ustawa o obowiązkach służbowych nauczycieli. Karta została uchwalona za czasów PRL-u, ale nie widać tu żadnego związku z ideologią PRL-u. Za czasów PRL-u wypiekano również chleb, co nie sprawia, że jedzą go tylko komuniści.

Podobne do Karty ustawy regulujące zawód nauczyciela obecne są w większości krajów świata. Wynika to z prostego faktu, że zawód nauczyciela ma swoją specyfikę i różni się od zawodu piłkarza czy informatyka. Swoją ustawę mają dziennikarza i samorządowcy, dlaczego minister będąca dziennikarką i polityczką takiego prawa odmawia nauczycielom? Nie powoduje to oczywiście, że nie możemy dyskutować o zmianach w Karcie. Dyskutujmy, ale twierdzenia, że Kartę należy wyrzucić do kosza i zastąpić ją jakimś niesprecyzowanym „innym dokumentem” są szkodliwe dla polskiej szkoły i krzywdzące dla nauczycieli.

Leniwi nauczyciele

Według danych Instytutu Badań Edukacyjnych nauczyciele pracują średnio 47 godzin w tygodniu. Możemy z powodzeniem zaryzykować również twierdzenie, że za sukces edukacyjny Polski w ostatnich latach odpowiadają właśnie oni. Być może znajdują się wśród nich ci, którzy pracują mniej, być może znajdują się wśród nich również tacy, którzy pracują gorzej. Tak samo jednak wśród dobrych dziennikarzy znajdują się źli dziennikarze. Nie powoduje to jednak, że należy wyrzucić do kosza ustawę regulującą zawód dziennikarza. Twierdzenie, że Karta jest winna temu, że wśród nauczycieli są również źli nauczyciele, jest krzywdzące zarówno dla tych ostatnich, jak i dla systemu edukacji jako takiego.

Polska szkoła nie potrzebuje mitów. Polska szkoła nie potrzebuje rewolucji. Polska szkoła potrzebuje rzetelnych danych i ewolucyjnych zmian.

Wypadałoby również od czasu do czasu docenić nauczycieli, którzy polską edukację współtworzą.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij