Wydawać by się mogło, że błędy, jakie ostatnio popełnia Koalicja Obywatelska – czy to w sprawie służby zdrowia, czy ustawy o najmie krótkoterminowym – są łatwe do uniknięcia lub co najmniej możliwe do naprawienia. W dzisiejszym świecie hiperpolitycznych namiętności kilkukrotne walnięcie pięścią w stół przez premiera wystarczyłoby, aby uniknąć przynajmniej części z nich. Sęk w tym, że z punktu widzenia wyborców KO niekoniecznie są to problemy, a nawet jeśli – to trwanie w nich jest u polityków KO silniejsze od nich samych.
Teoretycznie służba zdrowia, dostęp do niej i jej skuteczność powinny być priorytetem dla premiera, koalicji i jej wyborców. Przecież wyborcy Koalicji także chorują. Owszem – tyle że inaczej się leczą. Dziś miarą dystynkcji klasowej nie są już weekendowe wypady na city break do miast Europy. Nie jest nią posiadanie telefonu komórkowego, szybkiego internetu czy auta. Dziś jest nią prywatna edukacja, prywatny komfort życia i prywatne zdrowie.
Dlatego jednym z najbardziej widocznych pomników zamożniejszej klasy średniej są dziś, zwłaszcza w większych miastach, tabuny dzieci z aparatami na zębach, pędzące drogimi hulajnogami do prywatnych szkół. Jest nią także możliwość zamawiania przez Glovo, Wolta i inne platformy zakupów pod same drzwi – nie okazjonalnie, ale kilka razy w tygodniu. Jest nią posiadanie klimatyzacji w kilku pomieszczeniach mieszkalnych. Jest nią wreszcie prywatna opieka zdrowotna.
Dlaczego wyborców Platformy to nie obchodzi
I niekoniecznie chodzi o opiekę z abonamentu, ale taką, gdzie pacjent sam ze swoich pieniędzy zapłaci kilka tysięcy za kolonoskopię albo tomograf komputerowy. Wiem, że dla wielu może to zabrzmieć szokująco, ale dla znacznej części wyborców KO wydanie takich pieniędzy na jedno badanie jest wydatkiem mieszczącym się w ich rocznym budżecie (kolonoskopii raczej nie robi się często). Jest to też dość łatwo racjonalizowane, jeśli spojrzeć, ile bogatsza klasa średnia potrafi wydawać na sprzęty kuchenne (pokolenie Thermomixa), podróże, markowe ubrania, książki i gry komputerowe (słynne „kupki wstydu”) czy inne oznaki komfortowego życia. O dodatkowych zajęciach dla dzieci nie wspominając.
Słowem: znaczna część tego elektoratu (nie wszyscy, ale duża część) nie odczuwa problemu ograniczenia badań i wielkich kolejek do lekarza, bo po prostu leczy się prywatnie, gdzie aż takich kolejek nie ma. Jeśli według badania CBOS z 2025 roku blisko 78 proc. wyborców KO ocenia swoją sytuację materialną dobrze, a tylko 31 proc. zarabia poniżej 4000 zł, to mamy rozwiązanie zagadki, dlaczego tego elektoratu nie obchodzi tak bardzo wydłużanie terminów zabiegów przez NFZ.
Rzecz jasna wyjątkiem jest leczenie szpitalne. Tego nawet polscy milionerzy zwykle nie opłacają z własnej kieszeni i nagle zaczynają kochać publiczną służbę zdrowia.
Tyle że tutaj znowuż dostęp jest nierówny. Możliwość opłacenia prywatnego leczenia sprawia, iż klasa średnia głosująca na KO nie ma problemu z kilkoma wizytami u ordynatora w jego prywatnym gabinecie, by potem u tego samego ordynatora wylądować na oddziale w publicznym szpitalu. Mało tego, od dekad istnieje pewien nieformalny networking „polecajek”, telefonów do znajomych i sieci znajomości, która sprawia, iż nagle w cudowny sposób znajduje się miejsce w szpitalu.
Dostęp do owej sieci jest jak najbardziej zróżnicowany klasowo, bo podział klasowy to nie tylko kwestia zarobków, ale także określonego kręgu znajomych i możliwości. Prof. Flis definiuje współczesnych patrycjuszy jako tych, którzy mają w telefonie numer do znajomego lekarza. Dzięki temu służba zdrowia znowu jest bardziej przystępna dla elektoratu KO. Tak jak długie kolejki do badań lekarskich wyborców KO ani ziębią, ani grzeją, bo i tak za nie zapłacą, tak zniszczenie czy nawet ograniczenie owego systemu „wchodzenia tylnymi drzwiami” wywołałoby popłoch wśród tego elektoratu. Jak to: ja, syn lekarza, mam czekać tyle samo, co rolnik albo robotnik przemysłowy?
Równość znosi przywileje. Uprzywilejowani tego nie kochają
Wskazanie owego uprzywilejowania polskiej klasy średniej nie jest oskarżeniem jej samej. W końcu w obliczu choroby każdy korzysta z takich kapitałów, jakie ma. Przy chorych bliskich nie czekasz na reformę, tylko łapiesz za portfel albo telefon. Jest to jednak wytłumaczeniem, dlaczego równościowa służba zdrowia wcale nie jest na rękę KO – ogranicza bowiem uprzywilejowanie jej własnej grupy wyborczej.
Dokładnie tak samo działa to w przypadku najmu krótkoterminowego. Tak, to właśnie osoby lepiej sytuowane dziedziczą lub kupują takie mieszkania. Tak, to one – jak poseł Raś – w razie czego przepiszą je na rodzinę, ale i tak cała pula zostaje w kręgu najbliższych. I tak zrobią wszystko, aby z najmu można było czerpać zyski, nawet kosztem lokalnej społeczności.
W Polsce „betonowe złoto” jest bowiem jedną, a może nawet jedyną (zwłaszcza przed upowszechnieniem obligacji detalicznych Skarbu Państwa) powszechną formą odkładania na emeryturę przez klasę średnią. Nikt nie wierzy w ZUS, sektor finansowy uważany jest za aferalny i oszukańczy (Amber Gold, kryptowaluty, kredyty frankowe), więc zamożniejsza klasa średnia kupuje mieszkania. Kiedyś w Polsce, dziś coraz częściej także za granicą. Możliwość tworzenia stref bez najmu krótkoterminowego – i to przez jakieś, tfu, tfu, spółdzielnie – to nie tylko ekonomiczny, ale także symboliczny komunizm.
I dlatego KO się na to nie zgodzi. Wbrew często wręcz histerycznym zapewnieniom, że polityka klasowa i podziały nie istnieją, jest wręcz odwrotnie. Koalicja Obywatelska jest partią interesu klasowego od lat. Tyle że jest to po prostu interes wyższej i zamożnej klasy średniej, której kolejki do lekarza nie ruszają, ale ograniczenie w zarabianiu na wynajmie kawalerki pijanym turystom – już tak.
Dlatego posłowie KO zachowują się w Sejmie tak, jak się zachowują. I żaden merytoryczny argument tego nie zmieni.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!