Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Potrzeba buntu, ale on musi się zacząć w głowach

Polska jest krajem o największym rozwarstwieniu w Unii Europejskiej. Ale podniesienie podatków od majątków i dochodów najbogatszych kilku procent nadal nie mieści się w debacie publicznej, bo nad jej granicami czuwają ci, którzy mają najwięcej.

ObserwujObserwujesz
Piotr Ikonowicz
Walka

Badania opinii publicznej pokazały wysokie oczekiwania społeczne co do odpowiedzialności socjalnej państwa. Według sondażu CBOS-u 95 proc. Polaków uważa, iż państwo ma obowiązek zapewnić każdemu obywatelowi minimalny dochód oraz bezpłatną opiekę lekarską.

Politycy z różnych ugrupowań prześcigają się w pomysłach, aby tym oczekiwaniom wyjść naprzeciw. Przeważają pomysły, które nie tylko abstrahują od źródeł finansowania wszelkiego rodzaju ulg podatkowych, zasiłków czy wręcz obniżenia podatków, ale wręcz uszczuplają dochody budżetu państwa.

Czytaj także Gdy ustalimy granicę bogactwa, będzie nas stać na luksus publiczny George Monbiot

W którejś z kolei kampanii Donalda Tuska ukuto wręcz zasadę, w myśl której należy zwiększać wydatki, a zmniejszać podatki. A kiedy w debacie publicznej porusza się już temat ewentualnego podwyższenia podatków, skrzętnie się przy tym unika wskazania, komu i o ile należałoby daniny podwyższyć.

Dlaczego? Bo nad treścią debaty czuwają ci, którzy zarabiają i mają najwięcej. Te 10 proc. społeczeństwa, które w wyniku niesprawiedliwego podziału dochodu narodowego stało się właścicielami 60 proc. bogactwa. Starają się oni, i to z dobrym skutkiem, byśmy wierzyli, że na opodatkowaniu najbogatszych stracą wszyscy.

Pierwszy argument to motywacja. Wmawia się nam, że ludzie zarabiający miliony złotych rocznie stracą chęć do pracy, gdy im się połowę tego dochodu zabierze w podatkach, z których finansowane będą programy socjalne i prorodzinne. Nie wierzcie w to. Schylą się i po mniej.

Drugi argument to przestroga, że geniusze biznesu nas opuszczą i przeniosą się za granicę. Zważywszy, że mamy jedne z najniższych podatków w Europie, musieliby się wynieść do krajów o wyższych podatkach albo do krajów Trzeciego Świata, ale tam nie jest zwykle dość bezpiecznie. Jak donosi portal Money.pl, Polska notuje jedne z najniższych wpływów z podatków w relacji do PKB w całej Unii Europejskiej.

Argument trzeci: jak milionerzy i miliarderzy zbiednieją, pozostając wszakże milionerami i miliarderami, to mniej skapnie tym na dole (teoria skapywania). W swoich badaniach nad nierównością Thomas Piketty wykazał, że dla połowy polskiego społeczeństwa wzrost gospodarczy nie przekłada się na poprawę bytu. Zwolennicy dość już skompromitowanej teorii skapywania argumentują, że bogaci inwestują, tworząc miejsca pracy. Jednak ogólna stopa inwestycji prywatnych w Polsce w relacji do PKB pozostaje jedną z najniższych w Unii Europejskiej. Polscy bogacze zatem nie tylko płacą niskie podatki, ale też inwestują stosunkowo niewiele.

Czytaj także W Polsce nawet podatki zwiększają nierówności [rozmowa] Michał Sutowski

O tym, że teoria skapywania nie ma sensu, świadczy rozwarstwienie, wciąż dynamicznie rosnące. Polska zaś jest krajem o największym rozwarstwieniu w Unii Europejskiej. Pozostawienie kolosalnych zysków bez solidnego opodatkowania na poziomie Francji czy Danii nie ma więc dla niezamożnej większości najmniejszego sensu. I to między innymi dlatego ta większość – niemająca żadnych albo prawie żadnych oszczędności – jest systematycznie bombardowana antypodatkową propagandą przez tych, którzy takie nadwyżki mają.

Prezydent Karol Nawrocki zaproponował w swym programie obniżenie podatku od towarów i usług VAT. Zasadniczo pomysł jest słuszny, bo podatki pośrednie, które płacimy w chlebie i innych podstawowych artykułach konsumpcyjnych, najbardziej bolą tych, którzy aż 45–50 proc. domowego budżetu przeznaczają właśnie na podstawowe artykuły.

Czytaj także Spójrzcie za okno. Tak wygląda dwudziesta gospodarka świata Tomasz S. Markiewka

Jednak to akurat VAT stanowi główne źródło dochodów budżetu państwa – około 46 proc. wpływów podatkowych. Zrekompensowanie choćby części tych wpływów wymaga opodatkowania zamożnych, górnych 20 proc. gospodarstw domowych, które wydają na żywność nie połowę, ale około  17 proc. swojego budżetu. Albo też 5 proc. najbogatszych Polek i Polaków, którzy na żywność wydają nie więcej niż 10 proc, dochodu, czyli część pięć razy mniejszą niż wydaje najbiedniejsza jedna piąta. Tego jednak nikt praktycznie nie proponuje, bo to bogaci, a nie biedni finansują i wspierają kampanie głównych sił politycznych.

Dużo natomiast mówi się o opodatkowaniu gigantów cyfrowych czy wielkich międzynarodowych korporacji zarabiających w Polsce i wywożących z Polski wielkie sumy pieniędzy. To wygodne, bo nie uderza w lokalnych biznesmenów będących zapleczem finansowym miejscowych partii politycznych i trudno z takich pomysłów polityków rozliczać, skoro wszyscy wiedzą, że Polska gospodarka jest za mała, żeby coś realnie gigantom uszczknąć.

Zofia Smełka-Leszczyńska: Cześć pracy. O kulturze zapierdolu

Polityka niskich podatków i wysokich wydatków kwitnie w najlepsze. Rosną wydatki na zbrojenia, na które nigdy nie brakuje. Na program szybkich kolei na razie brakuje, ale 10 miliardów na śmigłowce typu Apache się znalazło.

Ktoś powie, deficyt budżetowy to jakiś tam zapis, abstrakcja. Ale umieranie ludzi na uleczalne choroby, bo brakuje na leczenie, to już bolesny, zauważalny konkret.

Jesteśmy krajem o wysokim, coraz wyższym dochodzie narodowym, nieracjonalnie i niesprawiedliwie dzielonym. Żeby to zmienić, potrzebny jest bunt społeczny. On się zacznie w głowach, albo nie zacznie się wcale. I dalej bogaci będą się bogacić, a biedni biednieć.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x