Gospodarka

Polski maternalizm

Wydłużeniu urlopu rodzicielskiego? Tak, ale razem z kilkoma miesiącami urlopu tylko dla ojców/drugiego opiekuna.

Premier zapowiedział w piątek wydłużenie urlopów macierzyńskich do 12 miesięcy i wzmocnienie finansowania instytucjonalnej opieki nad małymi dziećmi. Do 2016 łącznie około 4,9 milarda złotych ma zostać przeznaczone na współfinansowanie rozwoju przedszkoli, z kolei środki na rozwój instytucji opieki nad najmniejszymi dziećmi wzrosnąć mają w 2013 roku do 100 mln. O ile cieszą plany dotyczące postulowanego od lat przez wiele środowisk wsparcia dla przedszkoli w postaci dotacji celowej, o tyle wydłużenie urlopu macierzyńskiego w połączeniu z nadal bardzo słabym wsparciem rozwoju sieci żłobków budzi spore wątpliwości.

Żłobki to wciąż za mało

Takie posunięcie rządu tłumaczyć można bardzo umiarkowanym sukcesem ustawy o opiece nad dzieckiem do lat trzech, której wykonanie, m.in. przy wsparciu programu „Maluch”, nie dało oczekiwanych rezultatów. Ministerstwo Pracy deklaruje, że od 2010 roku do czerwca 2012 powstało 69 klubów malucha, a działalność zarejestrowało 18 dziennych opiekunów. Jeśli chodzi o żłobki, to zapewniają one 80% wszystkich miejsc w instytucjach opieki nad dziećmi do lat trzech. W 2010 roku mieliśmy w Polsce 392 żłobków, w 2012 – 646, nadal jednak żłobek znajduje się tylko w co dziesiątej gminie. Według danych GUS pod koniec 2011 roku łącznie w instytucjach opieki nad małym dzieckiem było o 9,8 tys. miejsc więcej niż w 2010. Jest to jednak wciąż o wiele za mało w stosunku do potrzeb: np. w Warszawie brakuje ok. 6 tys. miejsc, w Krakowie – 1,5 tys., w Trójmieście – 1,3 tys., w Poznaniu 1,8 tys., nie wspominając o potrzebach mniejszych miejscowości, w których najczęściej nie funkcjonują żadne formy opieki. Sytuację ratować mogą nianie: po uruchomieniu ustawy zarejestrowało się 8,4 tys. niań, chociaż rząd przewidywał wyciągnięcie z szarej strefy kilkudziesięciu tysięcy opiekunek.

Według różnych źródeł poziom „użłobkowienia” w Polsce wciąż waha się pomiędzy 2–4%. Sytuacja ze żłobkami w Polsce jest więc nadal katastrofalna i nie przystaje do jakichkolwiek norm i standardów europejskich. Stan publicznego wsparcia dla rozwoju tych instytucji jest marginalny: 100 milionów w przyszłym roku to kwota symboliczna przy miliardach, które premier chce przeznaczyć choćby na rozwój infrastruktury. Żłobki publiczne pękają w szwach, a długie listy oczekujących świadczą o niezmiennie silnym popycie na tego typu instytucje.

Dlaczego nowe żłobki powstają tak powoli? Skuteczna inwestycja w żłobki wymaga po prostu większych nakładów finansowych. Samorządy muszą wiedzieć, że jeśli żłobek chwilowo nie będzie w pełni wykorzystany, stała i systematyczna dotacja z budżetu państwa pomoże gminie przetrwać taki okres. Im mniejsze miasto, tym bardziej niepewna sytuacja takiej placówki: stawia to rodziny z małych miast w niekorzystnej sytuacji, w tym zwłaszcza kobiety zmuszone do pozostania w domu z dzieckiem, jeśli brakuje żłobka.

Pisałam o pozytywnym wpływie przebywania dzieci w żłobkach na ich rozwój emocjonalny i intelektualny i o tym, jak inwestycje w żłobki zwracają się kilkakrotnie w skali całej gospodarki, zwłaszcza w porównaniu ze wsparciem finansowym dla rodzin z dziećmi. Rząd co prawda deklaruje przejęcie 80% wszystkich kosztów funkcjonowania żłobków od gmin. Jeśli jednak chcielibyśmy osiągnąć choćby 30-procentowy poziom „użłobkowienia” w ciągu jednego roku, to wziąwszy pod uwagę liczbę dzieci poniżej 3 roku życia i przeciętny miesięczny koszt utrzymania dziecka w żłobku, rząd musiałby wydać z grubsza 4 milardy.

Wydłużyć – ale tylko z urlopem dla ojców!

Długi – blisko 12- lub nawet 18-miesięczny – urlop po urodzeniu dziecka co prawda funkcjonuje w wielu krajach ze „wzorcową” polityką rodzinną, w tym w krajach nordyckich, ale urlopom macierzyńskim towarzyszą tam najczęściej dwa-trzy miesiące urlopu zarezerwowane tylko dla ojców (drugiego rodzica). Część urlopu przyznawana na zasadzie „bierzesz albo tracisz” (use it or loose it), zwana też „częścią dla taty” (daddy quota), to jeden z podstawowych instrumentów, za pomocą których kraje nordyckie modernizowały swoją politykę rodzinną w ostatnich latach. Do tego po pierwszym okresie urlopu macierzyńskiego większość dzieci zaczyna korzystać z opieki instytucjonalnej: w przypadku dwulatków jest to 82,4% w Danii, 90,2% w Szwecji, 93,8 % w Islandii.

A może rządowi chodzi o demografię? Przegląd opracowań naukowych wskazuje na zdecydowaną nieskuteczność wsparcia finansowego dla rodzin w porównaniu z inwestycją w żłobki i przedszkola. Pokazuje to również praktyka. Roczny urlop macierzyński z częścią zarezerwowaną tylko dla ojców i z mocną opieką instytucjonalną dla małych dzieci daje efekty w postaci większej liczby urodzeń w krajach nordyckich. Na Islandii zarezerwowano dla ojców 1/3 urlopu (13 z 39 tygodni) i procent ojców korzystających z tego rozwiązania wzrósł z 3 w 2000 roku do prawie 34 w roku 2009. Jednocześnie w tym samym roku Islandia zanotowała najwyższą stopę urodzeń wśród krajów europejskich (2,2).

Oczywiście udowodnienie związku pomiędzy dzietnością a rozwiązaniami instytucjonalnymi w polityce rodzinnej wymaga zastosowania bardziej skomplikowanych analiz statystycznych. Poza tym Polska to nie Islandia. Spójrzmy więc na inne kraje naszego regionu. Okazuje się, że niemal rozpaczliwe dokładanie kolejnych tygodni i miesięcy do płatnych urlopów rodzicielskich w Czechach czy na Węgrzech od lat nie daje żadnych efektów. Czechy mają prawdopodobnie najdłuższy urlop rodzicielski na świecie (4 lata), a poziom dzietności od dawna waha się tam w okolicach 1,3–1,5. Według OECD negatywny wpływ posiadania dziecka na przebieg kariery zawodowej kobiety najsilniejszy jest właśnie w Czechach.

Na Węgrzech płatny urlop rodzicielski trwa dwa lata, a kraj ten od lat jest pogrążony w demograficznej depresji. A przecież oprócz dwuletniego urlopu dla pracujących matki nieposiadające uprawnień związanych z umową o pracę otrzymują tam skromny zasiłek nawet przez 3 lata – u nas takie matki nie dostają nic oprócz „becikowego” (ewentualnie mogą się kwalifikować do zasiłków z pomocy społecznej, przysługują im też, z racji niskich dochodów, zasiłki rodzinne w wysokości kilkudziesięciu złotych na dziecko). A liczba osób, w tym kobiet, które zatrudnione są na podstawie umów cywilnoprawnych, wzrasta: według Diagnozy społecznej z 2011 roku aż 9,2% kobiet poniżej 24 roku życia pracuje na podstawie takiej umowy.

Matka jako instytucja: polski maternalizm

Podsumowując – co oznacza wydłużenie urlopu macierzyńskiego bez wprowadzenia jednocześnie nowoczesnego i wypróbowanego instrumentu, jakim są urlopy zarezerwowane dla ojca/drugiego rodzica? Jak będzie wyglądać opieka nad dzieckiem i podział obowiązków w rodzinie? Do tej pory, przy braku wsparcia państwa, zarówno jeśli chodzi o usługi opiekuńcze, jak i świadczenia pieniężne, rola matek jako głównych osób odpowiedzialnych za opiekę nad małym dzieckiem była niejako z góry założona. Ten maternalizm (ideologia podkreślająca przede wszystkim macierzyńskie cechy kobiet) miał charakter prywatny: rodzina musi jakoś sobie radzić z problemem opieki, a jeśli brakuje żłobka, opiekunki i babci, to domyślną instytucją opieki jest z reguły matka.

Czasami państwa chcą „wynagrodzić” matkom trud opieki i wprowadzają kilkuletnie płatne urlopy wychowawcze, które dopiero od niedawna teoretycznie dostępne są dla ojców (w Polsce od 1996). Polityka, w której publiczne zachęty finansowe w sposób celowy wspierają macierzyńskie funkcje kobiety, to maternalizm publiczny. Do tego zdają się zmierzać propozycje premiera. Państwa europejskie, w którym publiczny maternalizm wyznaczał przez lata główną linię polityki rodzinnej, dawno już zeszły z tej ścieżki, ponieważ szczególnie boleśnie odczuwano tam negatywne trendy demograficzne: polityka maternalizmu nie jest bowiem dopasowana do zmian aspiracji kobiet, które chcą godzić życie zawodowe z rodzinnym, a wobec braku wsparcia państwa opóźniają posiadanie dziecka.

Samo wydłużenie urlopu nie jest złym posunięciem. Ale musi temu towarzyszyć od razu wprowadzenie dwóch, a najlepiej trzech miesięcy urlopu tylko dla ojców/drugiego opiekuna. Dłuższa przerwa w zatrudnieniu osłabia pozycję kobiety na rynku pracy, a więc generalnie wpływa negatywnie na jej sytuację finansową, a w szerszym ujęciu – na autonomię finansową. Oprócz opieki nad dzieckiem przebywająca na urlopie kobieta wykonuje szereg innych obowiązków domowych:  im dłużej trwa urlop, tym większa szansa na utrwalenie konserwatywnego podziału ról. I na odwrót: jeśli ojciec już na tak wczesnym etapie włączy się w opiekę nad dzieckiem, jeśli sam przebywa w domu przez dłuższy czas, przyzwyczaja się do przejmowania również innych prac domowych, co wpływa korzystnie na ukształtowanie się partnerskiego podziału obowiązków. Inna sprawa, że pobyt ojca w domu pomaga wytworzyć i umocnić więź z dzieckiem – sprzyja to realizowaniu się ojca jako rodzica.

Można powiedzieć: no tak, przecież jest już dwutygodniowy urlop ojcowski, a na razie niewielu ojców z niego korzysta. Częściowo może to być spowodowane negatywnym nastawieniem pracodawców i obawami ojców o utrzymanie zatrudnienia. Dlatego wprowadzaniu urlopów ojcowskich towarzyszyć musi zmasowana kampania świadomościowa i prawdziwa promocja tych rozwiązań. No i jeszcze raz: żłobki przede wszystkim.

*Dorota Szelewa – prezeska instytutu badawczego Fundacja ICRA, pracuje też w Danii na Uniwersytecie Syddansk. Pisze o polityce rodzinnej w Polsce i w Europie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.