Gospodarka

Osiatyński: To nieprawda, że kryzys musi się „wyszumieć”

Nie trzeba się godzić na regres i czekać, aż gospodarka sama odbije.

Artur Banaszewski: Panie profesorze, kiedy wyjdziemy z kryzysu?

Prof. Jerzy Osiatyński: To trudne pytanie. Obecne recepty wychodzenia z kryzysu nie są adekwatne do przyczyn jego powstania. Nie jest jasne, jak mocno musi spaść produkcja i zatrudnienie, aby samoczynne działanie mechanizmu rynkowego wywołało odbicie gospodarki. W czasie kryzysu pewna część najstarszych i najmniej efektywnych urządzeń wypada z obiegu, a część ludzi o niskich kwalifikacjach lub w wieku przedemerytalnym przestaje szukać pracy, szczególnie w sytuacji, gdy przez pół roku lub dłużej ich wysiłki nie przynoszą rezultatów.

Z drugiej strony stale jest jakiś popyt na artykuły konsumpcyjne, a część zużytych, najmniej efektywnych urządzeń stale wymaga wymiany. Tak więc gdy kryzys trwa dostatecznie długo, w miarę ograniczania rozmiarów aparatu wytwórczego i podaży siły roboczej różnica pomiędzy zdolnościami produkcyjnymi a popytem zaczyna się zmniejszać. Może to skłaniać niektórych inwestorów do stopniowego rozszerzania produkcji i składania nowych zamówień inwestycyjnych, co tworzy nowe miejsca pracy, dodatkowy popyt, a to już się składa na mechanizm poprawy koniunktury. Na tym polega ta jego samoczynność, jednak ten proces uruchomienia automatycznego wychodzenia z kryzysu wymaga głębokiego spadku produkcji i zatrudnienia.

Czyli dalszy spadek produkcji i zatrudnienia jest niezbędny, aby wyjść z obecnego kryzysu?

Jeżeli temu nie próbuje się zaradzić działaniami państwa ani szczęśliwie nie przyjdzie w sukurs wzrost popytu zagranicy, wtedy tak jest. Co do tego mechanizmu nie ma większych sporów w  ekonomii ani w polityce gospodarczej.

Co więcej, nawet ekonomiści głównego nurtu zgadzają się, że recepty ograniczania wydatków i zaciskania pasa, głównie przez podmioty sektora publicznego i gospodarstwa domowe, na krótką metę pogłębiają recesję.

Na tym, twierdzą, polega gorycz tego gorzkiego lekarstwa, natomiast kiedy je już przełkniemy, wówczas nastąpi poprawa. Jednak aplikujemy to gorzkie lekarstwo już czwarty rok z rzędu, a poprawy nadal nie widać… Nie bardzo jest jasne, czy ci, którzy są propagatorami takiej kuracji, mają na myśli dobro krajów będących dzisiaj w szczególnie ostrej fazie kryzysu, czy też raczej chodzi im o to, aby w rezultacie tego zaciskania nastąpiło takie obniżenie płac w tych krajach, że ich eksport stanie się bardziej konkurencyjny z powodu obniżenia jednostkowych kosztów pracy. Kraje te będą mogły wówczas realizować nadwyżki eksportowe i z nich spłacać swoje długi.

Być może to rzeczywiście trochę poprawi sytuację wierzycieli długów greckich, portugalskich czy hiszpańskich, ale na pewno tym krajom to nie wychodzi na zdrowie. Wciąż bezrobocie tam rośnie, a produkcja do dziś nie osiągnęła rozmiarów sprzed kryzysu.

To paradoks naszych czasów: dziś w Europie obserwujemy równoczesny spadek płac i wzrost bezrobocia, co w teorii neoklasycznej nie powinno mieć miejsca. Czy w tej sytuacji naturalną reakcją nie powinno być poszukiwanie innych odpowiedzi na ten stan rzeczy?

Jak najbardziej. I takich odpowiedzi dostarcza teoria efektywnego popytu Kaleckiego oraz Keynesa i oparta na niej polityka interwencjonizmu państwa. Jej przesłaniem jest to, że niekoniecznie trzeba się godzić na tak znaczny regres gospodarczy, w rezultacie którego zadziała samoczynne odbicie. To nie jest tak, że kryzys musi się „wyszumieć”, a dopiero kiedy to nastąpi, sytuacja zacznie się poprawiać. Można i trzeba mu w tym pomóc.

Jednak pomimo tego, że obecnie dominująca teoria ekonomii źródeł kryzysu nie wyjaśnia, a oparta na niej polityka nie przynosi poprawy, to o Kaleckim i Keynesie wiele się nie słyszy.

O ile mi wiadomo, dzisiaj na żadnej polskiej uczelni nie wykłada się teorii Kaleckiego. To jest hańba i wstyd dla całej profesji ekonomistów. Był to, obok Langego, światowej reputacji polski ekonomista, jeden z największych w XX wieku. A przy tym chyba najbardziej oryginalny. „Wartość dodana”, którą wniósł do teorii ekonomii i polityki gospodarczej, była wyjątkowa i najwyższej próby. Umysłowość miał przy tym charakterystyczną dla myślicieli, których z angielska się nazywa „problem-solver”, od rozwiązywania zadań, stawiania czoła wyzwaniom, raczej niż od wielkich syntez i przeglądów dorobku ekonomii. Nastąpiła w Polsce blisko pięćdziesięcioletnia wyrwa w nauczaniu teorii Kaleckiego; brak ekonomistów, którzy by ją rozumieli i byli gotowi stosować w praktyce, bo po prostu jej nie znają, nikt im o niej nie mówił ani jej nie objaśnił. Jest trochę ludzi na świecie, którzy się nią zajmują, ale w Polsce sytuacja pod tym względem rzeczywiście nie jest dobra.

Dlaczego zatem myśl Kaleckiego, która na pierwszy rzut oka zdaje się być tak potrzebną alternatywą dla obecnie panującej doktryny zaciskania pasa, jest tak ignorowana?

Nieznany i ignorowany jest także dorobek grupy europejskich i amerykańskich ekonomistów, którzy aktualizują wyniki badań Keynesa i Kaleckiego oraz pokazują, w jaki sposób ich teorie mogą być wykorzystywane współcześnie. Oczywiście, dzisiejsze warunki nakładają pewne ograniczenia: dziś mamy gospodarkę globalną, a w gospodarce globalnej niektóre z proponowanych przez nich instrumentów, zakres i siła ich oddziaływania są trochę ograniczone. Z tego jednak nie wynika, że są w ogóle nieprzydatne.

Ale mainstream bardzo niechętnie widzi jakąkolwiek alternatywę, bo musiałby wtedy oderwać się od swoich dogmatów i przyznać, że przyjmowane przezeń założenia opisujące współczesne gospodarki nijak się mają do rzeczywistości.

Naprawdę zaś problem leży w naszych założeniach i ich związku z rzeczywistością. Dla przykładu: mainstream przyjmuje, że gospodarka rynkowa automatycznie zapewnia równowagę przy pełnym wykorzystaniu wszystkich czynników produkcji, aparatu wytwórczego i siły roboczej. Jeżeli zaś tak nie jest, to dlatego, że są jakieś utrudnienia, sztywności rynku. Na przykład związki zawodowe nie dopuszczają do obniżenia płac, a gdyby płace były niższe, to przedsiębiorcy wybieraliby bardziej pracochłonne sposoby produkcji i wtedy wszyscy znaleźliby zatrudnienie. Otóż to jest trochę szalona hipoteza, która opiera się na tym, że im tańsza siła robocza, tym bardziej pracochłonne techniki są wybierane przez przedsiębiorców. Ale gdyby tak miało być, to w Chinach powinny być stosowane najbardziej pracochłonne sposoby produkcji. Owszem, praca jest tam dziś trochę droższa niż dziesięć lat temu, ale nadal jest bardzo tania. Ale w Chinach stosowane są najnowocześniejsze i najbardziej kapitałochłonne techniki, jakie istnieją. Również inne, biedne kraje stosują najbardziej nowoczesne techniki produkcji z wykorzystaniem najnowszych technologii, właśnie dlatego, aby utrzymać i poprawić swoją konkurencyjność. Tak więc to założenie jest mało realistyczne.

Jeżeli jednak mimo to się je utrzymuje, to potem trzeba szukać ekwilibrystycznych założeń, aby udowodnić przyjętą a priori hipotezę, że nie można zwiększyć rozmiarów produkcji i zatrudnienia przez wydatki państwa finansowane kredytem. Gospodarstwo domowe może w taki sposób zwiększyć swoje wydatki, ale państwo nie. Dlaczego? Żeby to uzasadnić, trzeba stworzyć kolejną teorię. Powiada się więc tak: zadłużenie państwa w przyszłości trzeba będzie spłacić, wobec czego beneficjenci pomocy społecznej czy pomocy dla bezrobotnych tych dodatkowych wypłat z budżetu państwa bynajmniej nie będą wydawali, będą je natomiast odkładali na poczet wyższych przyszłych podatków, kiedy przyjdzie spłacać dzisiaj zaciągnięte przez państwo kredyty. Czy są jednak jakiekolwiek badania, które potwierdzałyby takie zachowania tych beneficjentów? Tak więc pobudzanie koniunktury przez finansowane deficytem zwiększenie wydatków najuboższych i najbardziej dotkniętych kryzysem gospodarstw domowych – według ekonomii głównego nurtu – nie może przynieść żadnej poprawy koniunktury.

Z drugiej strony, gdyby te pieniądze otrzymały przedsiębiorstwa, to wówczas związki zawodowe – wiedząc że przedsiębiorcy zostali zasileni dotykowymi kredytami z budżetu państwa – zażądają podwyżek płac, bo firmy mogą te podwyżki znieść bez ubytku zysków. Natomiast przedsiębiorcy, widząc, że gospodarstwa domowe mają wskutek tego więcej gotówki, podniosą ceny, bo konsumenci też je zniosą. Jedynym skutkiem ekspansywnej polityki pieniężno-kredytowej czy fiskalnej będzie więc, zgodnie z tą teorią, wzrost cen i płac, ale rozmiary produkcji i zatrudnienie bynajmniej się od tego nie zmienią. Znowu, także w tym przypadku, wprowadza się tego typu założenia, aby pokazać, że nic nie jest możliwe i nie ma żadnej przestrzeni na zmiany rozmiarów produkcji i zatrudnienia. Chociaż przez trzydzieści parę lat powojennej gospodarki polityka ekspansji fiskalnej w warunkach bezrobocia wśród ludzi i maszyn była nie tylko możliwa, ale przynosiła sukcesy, to zgodnie z teorią głównego nurtu w żadnym razie ich przynieść nie powinna. Ale żeby to udowodnić, trzeba, po pierwsze, zamknąć oczy na historię lat 1950–1974, a po drugie, przyjąć sporo założeń dość rozchodzących się z praktyką.

Jakie działania państwa proponował Kalecki, aby poprawić koniunkturę w czasach kryzysu?

Kalecki mówił tak: gdy już zgodzimy się z teorią efektywnego popytu, rząd ma trzy drogi, aby poprawić koniunkturę. Opisał je w swoim artykule z 1944 roku Trzy drogi do pełnego zatrudnienia. Po pierwsze: państwo może wspierać prywatne inwestycje. Ale, podobnie jak Keynes, był dość do tego sceptyczny, bo co to znaczy wspierać prywatne inwestycje: to znaczy obniżać stopę procentową w nadziei, że dzięki temu przedsiębiorcy zwiększą swoje inwestycje. Keynes żartobliwie mówił, że przypomina to popychanie sznurka. Podejmując decyzje inwestycyjne, przedsiębiorcy patrzą przede wszystkim na to, jaki będzie zbyt. Przy złej koniunkturze, kiedy popytu nie ma, kto ma kupować ich towary? Kiedy popytu nie ma, to, czy przedsiębiorca zapłaci za pożyczony kapitał o pół punktu procentowego więcej lub mniej, nie ma dużego wpływu na ich decyzje inwestycyjne. W kraju takim jak Polska, gdzie większość firm małego i średniego sektora finansuje się ze środków własnych, tym bardziej nie może to mieć większego znaczenia. Zatem pierwsza droga to pobudzenie prywatnych inwestycji, ale nie musi być ona szczególnie skuteczna.

Drugą są wydatki państwa finansowane z kredytu. Trzecią zaś są zmiany struktury podziału dochodu na rzecz gospodarstw domowych o najniższych dochodach. Kalecki mówił tak: robotnicy wydają tyle, ile zarabiają. I również obecnie gospodarstwa o niskich dochodach wydają prawie wszystko, co zarabiają. Natomiast gospodarstwa domowe wysoko wykwalifikowanych robotników, urzędników, kadry menadżerskiej czy właścicieli dużych firm mniejszą część swojego dochodu przeznaczają na bieżącą konsumpcję, a dużą ich część oszczędzają. Są to oszczędności różne od oszczędności przedsiębiorstw, które ułatwiają finansowanie inwestycji i uzyskanie większego kredytu, podczas gdy oszczędności gospodarstw domowych wpływają ujemnie na zyski przedsiębiorców, a wobec tego na ich decyzje inwestycyjne.

Jeżeli przedsiębiorca produkuje rowery, a ktoś postanowi zaoszczędzić i nie kupi roweru, to przedsiębiorca nie będzie miał zysku, który by miał, gdyby mu się go udało sprzedać. Co więcej, nie może on tego niesprzedanego roweru zanieść do banku jako swoje oszczędności. Co wówczas robi? Ogranicza produkcję i zatrudnienie. I zaczyna się spirala, mnożnik oddziałujący w kierunku redukcji produkcji i zatrudnienia. Proces ten trwa aż do momentu, w którym następuje samoczynne odbicie.

Dalej Kalecki powiada tak: jeśli już wiemy, że rząd może pobudzać koniunkturę przez wydatki finansowane z deficytu, to pojawia się pytanie, jakie to mają być wydatki. I odpowiada realistycznie tak: jeżeli będą to wydatki inwestycyjne, to natychmiast spotka się to z krytyką ze strony przedsiębiorców, że rząd się miesza w gospodarkę, którą zarządzać nie umie. Wobec tego najczęściej wybieranym przedmiotem tych wydatków będzie infrastruktura, ale przede wszystkim wydatki zbrojeniowe.

Tak było w czasach świetności keynesizmu. Tamten kryzys jednak rozpoczął się w roku 1929, Roosevelt po wybraniu na prezydenta w 1933 roku zaczął wprowadzać politykę New Dealu, dzięki czemu udało się w porę ograniczyć gospodarczą katastrofę Wielkiego Kryzysu. Jednak nasz kryzys rozpoczął się w roku 2008, dziś mamy rok 2013 i żadnych oznak współczesnego Nowego Ładu bynajmniej nie widać…

Tu leży kolejny problem związany z polityką gospodarczą państwa. Pierwszy dotyczył wyboru przedmiotu jego działań. Drugi zaś brzmi: czy te działania zostaną w ogóle podjęte? Z tym pytaniem wiąże się zjawisko opisanego przez Kaleckiego „politycznego cyklu koniunkturalnego”. Cykl ten dobrze widać w związku z nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi w Niemczech jesienią tego roku. Od 2009 roku pani kanclerz Angela Merkel bardzo kategorycznie zalecała wszystkim krajom politykę oszczędności. Robiła to, nawet nie bacząc na to, że kiedy rozpoczął się kryzys, jej pierwszym ruchem było zwiększenie wydatków publicznych na zasiłki i ratowanie przemysłu samochodowego. Ale obecnie, na kilka miesięcy przed wyborami, mamy w Niemczech ponownie duży wzrost wydatków, co na pewno odpowiednio wspomoże koniunkturę.

Otóż to zjawisko politycznego cyklu koniunkturalnego Kalecki przewidział proroczo w 1943 roku w artykule Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia. Powiada w nim tak: kiedy już będziemy umieli nakręcać koniunkturę, to czy rzeczywiście będziemy ją nakręcali? I odpowiada: nie! Pełne zatrudnienie utrzymywane dostateczne długo zmienia stosunki między właścicielami przedsiębiorstwa i zatrudnionymi w nim robotnikami. Przedsiębiorcy i właściciele przestają mieć w nich tak dominującą pozycję. Dyscyplina w ich firmach wymaga, aby było utrzymywane jakieś bezrobocie. I tak się zazwyczaj dzieje. Ale kiedy zbliżają się wybory, to bezrobotni mogą zdecydować o wyborze bardziej lewicowych rządów. Więc przed wyborami dominuje polityka nakręcania koniunktury, a po wyborach ponownie powraca doktryna zdrowych finansów i niemieszania się państwa w gospodarkę. Ten polityczny cykl koniunkturalny obserwujemy bardzo wyraźnie w okresach złej koniunktury.

Czy zatem obecnym problemem jest to, że nie jesteśmy w stanie naszym działaniom nadać charakteru długoterminowej i konsekwentnej strategii? W jaki sposób tego dokonać? W czasie kryzysu sprzed 80 lat początkowo również dominowała doktryna „przeczekania” do czasu, aż nadejdzie poprawa gospodarcza. Jednak tę doktrynę w porę udało się zastąpić Nowym Ładem. Dlaczego wówczas było to możliwe, dziś zaś nie ma nawet dyskusji na temat stosowanych wówczas recept antykryzysowych?

Są tego dwa zasadnicze powody. Współcześnie pozycja przedsiębiorców jest zdecydowanie większa, a związki zawodowe są znacznie słabsze. Po drugie dziś już nie mamy zagrożenia ze strony, skądinąd okropnego, systemu sowieckiej gospodarki totalitarnej. Wówczas nie zdawano sobie sprawy z ogromu wszystkich nieszczęść i terroru, których była przyczyną, ale znacznie silniejszym wówczas związkom zawodowym w krajach zachodnich dawała ona przekonanie o rzeczywiście istniejącej alternatywie dla ówczesnego stanu rzeczy. To pozwalało im być bardziej radykalnymi w swoich postulatach, a jednocześnie było zupełnie realną groźbą dla funkcjonującego ładu gospodarczego.

Ostatecznie jednak tamten system gospodarczy upadł i dziś nie ma żadnego czynnika, który pobudzałby krytyczną refleksję nad nauczaną dzisiaj teorią oraz stosowaną polityką gospodarczą. Można natomiast odnieść wrażenie, że obecnie główny nurt ekonomii w swoim stosunku do krytyki zajął podobne stanowisko, jak niegdyś doktryna centralnego planowania w krajach realnego socjalizmu. Tam niezdolność do zmiany wadliwej teorii i jej założeń, a w konsekwencji wynikającej z nich błędnej polityki gospodarczej spowodowała ostateczne załamanie się całego systemu. Nie twierdzę, że obecnie czeka nas załamanie kapitalizmu, ale duża część ekonomistów zdaje się wierzyć w doskonałość mechanizmów rynkowych podobnie, jak w gospodarce centralnie planowanej wierzono w doskonałe państwo. Nie pomoże nam to w znalezieniu drogi wyjścia z obecnego kryzysu.

Być może ma pan rację. Jedno jest jednak dla mnie absolutnie jasne: rozpad Związku Radzieckiego oraz wydobycie na światło dzienne tego, jak bardzo totalitarny, a zarazem niesprawny i ekonomicznie nieefektywny był to system, zmieniło nasze spojrzenie na gospodarkę rynkową. Oczywiście, jak powiedzieliśmy, ona również jest marnotrawna ze względu na charakterystyczne dla niej trwałe bezrobocie i niepełne wykorzystanie zdolności wytwórczych, ale upadek tamtego systemu i ciągła pamięć o nim sprawiły, że wszelka krytyka gospodarki rynkowej może być łatwo odrzucana przez retoryczne pytanie stawiane jej krytykom: czy zatem chcesz powrotu komunizmu? A przecież kapitalizm daje się reformować. Nie ma jednego, uniwersalnego wzorca gospodarki rynkowej. Są kraje bardzo wolnorynkowe i kraje z dużym obszarem interwencji gospodarczej.

Pytanie, jakiego kapitalizmu chcemy. Ostatnio Joseph Stiglitz podczas IV Kongresu Innowacyjnej Gospodarki w warszawskim Centrum Nauki Kopernik bronił tezy, że Polska powinna przyjąć skandynawski model gospodarczy. Bynajmniej nie jest to teza nowa, jednak przypomina, że wciąż możliwe jest kształtowanie systemu gospodarczego naszego kraju – i innych krajów – tak, aby pozwalało to na realizację polityki sprzyjającej rozwojowi gospodarczemu i wzrostowi zatrudnienia.

Niekiedy mówi się, że Keynes chciał kapitalizm naprawiać, Kalecki zaś chciał go obalić. Jest to nieprawda. Przy wielu zastrzeżeniach i gruntownej krytyce kapitalizmu Kalecki jednak wykazał, że właśnie dzięki stosowaniu instrumentów polityki gospodarczej państwa przez prawie ćwierć wieku, od zakończenia II wojny światowej do kryzysu naftowego, nastał złoty wiek kapitalizmu, czasy powszechnego pełnego zatrudnienia. Kapitalizm był to w stanie zapewnić. Co do modelu skandynawskiego, to byłbym ostrożny w operowaniu tak dużymi kwantyfikatorami. Norwegią nie możemy być. Nie mamy tych zasobów, szelfu z gazem, ropą i tak dalej. Kiedy się mówi o tym modelu, najczęściej ma się na myśli Szwecję i Danię. Przykłady tych krajów pokazują, że można godzić szybki wzrost gospodarczy ze stosunkowo niewielkim zróżnicowaniem dochodów gospodarstw domowych. Jednak należy pamiętać o pewnych różnicach w cechach związanych z kulturą i mentalnością tych krajów i Polski. Poprzedni system, a jeszcze wcześniej dość późno zniesione poddaństwo w Polsce nie pozwoliły ludziom nabrać powszechnego przekonania, że sami są w stanie kształtować swój byt i przestrzeń, w której żyją. Jednym z czynników, które moim zdaniem hamują rozwój Polski, jest wciąż utrzymujący się nawyk myślenia, według którego człowiek nic sam nie może zrobić i nic od niego nie zależy. Jest to potężny czynnik ograniczający przedsiębiorczość w Polsce: brak samodzielności pochodzący jeszcze z czasów feudalizmu, a który czasy komunizmu jeszcze pogłębiły.

Zatem jaki kapitalizm jest nam współcześnie potrzebny?

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że musi to być kapitalizm pełnego zatrudnienia.

Nie tylko ze względów ekonomicznych – bo oferuje większą ekonomiczną efektywność, większe dochody, mniejsze obciążenia pomocą społeczną – ale przede wszystkim pozwala ludziom na zachowanie własnej godności. Człowiek pozbawiony pracy jest pozbawiony fundamentalnego poczucia własnej wartości. Mam wrażenie, że nie chcemy o tym mówić i wstydzimy się o tym mówić. To nasz wielki błąd, za który płacimy nie tylko w wymiarze ekonomicznym. Używa się takich określeń, jak stracone pokolenie. Ale proszę zadać sobie pytanie, co w istocie znaczy to określenie. Ono nie oddaje całego dramatyzmu tego zjawiska i jego daleko idących konsekwencji. Zastanówmy się nad nim i odpowiedzmy sobie, czy to rzeczywiście jest to, na co się zgadzamy i czego chcemy. To jest moim zdaniem zupełnie zasadnicza sprawa i nasze główne wyzwanie. W jaki sposób zapewnić Polsce, i nie tylko Polsce, pełne zatrudnienie. Jaką w tym celu trzeba prowadzić politykę – ale nie tylko gospodarczą, także edukacyjną, ochrony zdrowia, szeroko rozumianego wychowania obywatelskiego. To jest utwór nie na kwartet smyczkowy, ale na wielką orkiestrę symfoniczną. 

Jerzy Osiatyński (1941) – profesor nauk ekonomicznych, przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, członek Komitetu Badań Ekonomicznych NBP, w latach 1992–93 Minister Finansów RP. Wybitny znawca problematyki finansów publicznych, historii myśli ekonomicznej XX wieku oraz teorii ekonomicznej. Obecnie pełni funkcję Społecznego Doradcy Prezydenta RP. Stały współpracownik Instytutu Studiów Zaawansowanych, w którym prowadzi seminaria i wykłady.

Czytaj także:

Jerzy Osiatyński, Zawieszenie progu to dobra decyzja, ale czy wystarczy?

Wywiad jest częścią cyklu rozmów, które podsumowują pierwszy rok kilkunastu stałych seminariów prowadzonych w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Aby przedstawić treść każdego z nich szerszej publiczności, poprosiliśmy wybranych studentów o przeprowadzenie rozmów z prowadzącymi, które ukazują się obecnie w Dzienniku Opinii.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.