Gospodarka

Nagroda Economicus dla Wydawnictwa Krytyki Politycznej

Wyróżniono książki Tomasa Piketty'ego i Ha-Joon Changa.

I i III miejsce w kategorii “Najlepsze tłumaczenie zagranicznej książki ekonomicznej” w konkursie Economicus 2016 zajęło Wydawnictwo Krytyki Politycznej. I miejsce przyniosła nam publikacja Tomasa Piketty’ego Kapitał w XXI wieku, III zaś Ekonomia. Instrukcja obsługi Ha-Joon Changa. Gratulujemy tłumaczom, Andrzejowi Bilikowi i Barbarze Szelewie oraz polecamy wywiad z Ha-Joon Changiem, który rok temu był gościem Festiwalu im. Jacka Kuronia organizowanego przez Krytykę Polityczną.

***

Michał Sutowski: W połowie XX wieku było na świecie sporo krajów, które były jednocześnie autorytarne, mocno zacofane, próbowały się uprzemysłowić z pomocą państwa – i tylko jednemu, może dwóm się udało, a reszta poniosła klęskę. Dlaczego pańskiej ojczyźnie, Korei Południowej się udało?

Ha-Joon Chang: Można wskazać kilka czynników – niektórzy twierdzą z uporem, że to bycie sojusznikiem USA w Zimnej Wojnie dało Korei Południowej uprzywilejowaną pozycję i dostęp do zasobów, których nie mieli inni. I faktycznie, w latach 50. dostaliśmy całkiem znaczną pomoc zagraniczną, ale przeznaczoną nie tyle na rozwój, ile na odbudowę kraju ze zniszczeń po wojnie wywołanej bynajmniej nie przez nas, lecz uwarunkowanej wielką geopolityką. W latach 60. pomoc zagraniczna dla Korei wyrastała ponad światową średnią nieznacznie.

To skąd stereotyp, że rozwój załatwili wam Amerykanie w zamian za rolę lotniskowca w Azji Wschodniej?

Bo doświadczenie rozwoju Korei przeczy kliszom ideologicznym, jakoby wolny handel i niewidzialna ręka rynku były jedyną receptą na dobrobyt. Tym, co nas wyróżniło, było podejście do industrializacji. Koreańczycy na poważnie potratowali doświadczenia wschodzących potęg kapitalistycznych sięgające jeszcze XVIII wieku: mówi ono, że kraje zacofane muszą chronić raczkujące przemysły, aby pozwolić im rozkwitnąć i uzyskać zdolność konkurencyjną na rynkach światowych. Tak właśnie robiła najpierw Wielka Brytania, a potem USA, Niemcy i Japonia. To zresztą Amerykanie są autorami samej idei – Wielka Brytania pierwsza praktykowała inteligentny protekcjonizm, ale teorię napisał nie kto inny, jak Alexander Hamilton, pierwszy sekretarz skarbu USA. Od lat 40. XIX wieku aż do II wojny światowej USA utrzymywały jedne z najwyższych barier ochronnych dla przemysłu.

Indie też chroniły swój przemysł. W efekcie produkowały najgorsze samochody na świecie.

Indie to oczywiście przykład nieudanego protekcjonizmu – oni chcieli się po prostu zamknąć na świat. Zaimportowali technologię produkcji samochodów z Wielkiej Brytanii w latach 50. i korzystali z niej przez 40 lat. Koreańskie podejście było inne: dziś potrafimy produkować tylko beznadziejne samochody, ale kiedyś będziemy w stanie konkurować z najlepszymi na rynku. Po to zaczęto importować najlepsze technologie: Koreańczycy początkowo wchodzili w układy joint venture, na przykład z General Motors, ale już w latach 70. uznano, że skoro uzyskaliśmy wystarczający poziom technologiczny, to następne modele samochodów będziemy już sami projektować w Korei.

Czyli jak – utrzymać ochronę swojego rynku, ale wpuścić zagranicznych inwestorów?

Jeszcze inaczej. Koreańczycy na początkowo kupowali technologie, ale potem je twórczo rozwijali. Ochrona przemysłu np. poprzez cła czy kwoty importowe była z założenia przejściowa; nie miała służyć zatrzymaniu się w czasie, lecz gromadzeniu potencjału, który z czasem miał pozwolić konkurować na rynku globalnym. Powiem obrazowo: w latach 50. ani Korea Południowa, ani Indie, ani Brazylia nie były w stanie produkować dobrych samochodów. Brazylijczycy powiedzieli: nie możemy produkować dobrych samochodów, ale chcielibyśmy. Zaprosili więc koncerny w rodzaju Forda czy Fiata, dali im ochronę i szereg ulg po to, by te produkowały lepsze modele swoich aut w Brazylii – tyle że bez współpracy lokalnych partnerów. W efekcie same brazylijskie firmy niczego się nie uczyły. Indie z kolei doszły do innego wniosku – nie możemy produkować naprawdę nowoczesnych samochodów, bo i w sumie po co? Przecież brytyjskie z lat 50. są świetne. Korea przyjęła inne podejście.

Nie możemy dziś produkować dobrych samochodów, trudno, ale chcemy to robić kiedyś, więc będziemy tak długo jeździć słabymi, aż się nauczymy robić dobre. Wiedziano oczywiście, że to nie jest przedsięwzięcie na rok, tylko na dekady. Konkurowanie z najlepszymi wymaga czasu.

Autorytarne elity rzadko bywają tak dalekowzroczne.

To też nie tak, że oni zawsze byli zwolennikami modernizacji; jeszcze w latach 50. wielu z nich spoglądało z nostalgią wstecz – myślę o przywódcach wywodzących się z klasy dawnych posiadaczy ziemskich. Ich pozycję nadwyrężyła na szczęście reforma rolna.

Kto ją przeprowadził?

Wymusiły ją okoliczności: po zakończeniu okupacji rozdzielano ziemię po Japończykach, co naturalnie zachęciło ludzi do zwiększenia żądań, chcieli otrzymać więcej niż posiadali przed wojną. Punkt krytyczny nastąpił jednak później – kolejni okupanci, tym razem przychodzący z Północy, rozdzielali ziemię. Co prawda zwrócono ją właścicielom po 1953 roku, ale nie w całości – było wiadomo, że trzeba ludziom dać coś więcej. W Korei Południowej działał przecież silny komunistyczny ruch partyzancki. Militarnie został zmiażdżony, ale część elit bała się, że jeśli utrzyma się wielką własność ziemską, to lewica zacznie agitować przeciwko państwu, radykalizować ludzi – a może nawet skłoni to Kim Ir Sena do kolejnej inwazji.

Rozumiem, że wrogiem byli komuniści, ale jaką alternatywę chciano zaproponować? Jakie – skoro nie oparte na wielkiej własności ziemskiej – miało być społeczeństwo Korei Południowej?

W 1961 roku przeprowadzono u nas zamach stanu – u władzy znaleźli się wojskowi pochodzący raczej z niezamożnych rodzin. To była klasa przede wszystkim drobnych, niezależnych rolników, a co ciekawe – oni sami znajdowali się pod wpływem ruchu komunistycznego jeszcze w latach 20. i 30. Mało kto wie na Zachodzie, że nasz generał Park Chung-Hee jeszcze w 1949 miał proces za przygotowywanie komunistycznego buntu w armii południowokoreańskiej! Uniknął kary śmierci, bo zrzucił winę na innych… Trudno powiedzieć, czy faktycznie był kiedyś ideowym komunistą, ale nie ma wątpliwości, że idea sterowanej przez państwo industrializacji była mu bliska, podobnie jak idea uzyskania koniecznych nadwyżek ze wsi.

Tak jak to zrobił Stalin w Ukrainie?!

Nasi generałowie zrobili to oczywiście w mniej brutalny sposób – nie przez przymusową kolektywizację, tylko poprzez monopolizację skupu ryżu i utrzymywanie ceny poniżej poziomu rynkowego. Prawo było takie, że określoną ilość ryżu trzeba było sprzedać państwu po wyznaczonej cenie, a jeśli nie, to np. nie można było otrzymać potrzebnych nawozów. Zachowano jednak indywidualną własność w rolnictwie; żeby zaś zmotywować ludzi do wydajnej pracy zezwolono sprzedawać nadwyżki na wolnym rynku.

Do budowy przemysłu, obok nadwyżek kapitału potrzeba jeszcze surowców…

Z tym akurat jest u nas krucho, mamy trochę wolframu i węgla kamiennego, ale np. przemysł stoczniowy w 1968 zaczęliśmy rozwijać praktycznie bez własnego koksu i własnej rudy żelaza…

Skąd tak absurdalny projekt? Bank Światowy ostrzegał, że to się nie może udać.

Idea była prosta: poważny i szanowany naród przemysłowy nie może produkować t-shirtów, tylko samochody, elektronikę czy statki. A zaczynaliśmy niemal od zera – dziś trudno uwierzyć, że w połowie lat 50. to Korea Północna była wyżej rozwinięta. Japończycy traktowali północ kraju jako trampolinę do inwazji na Chiny, więc to północ miała przemysł, poza tym są tam złoża węgla i hydroelektrownie – południe było tradycyjnie rolnicze. Oczywiście nie zaczęliśmy od drogich fabryk produkujących półprzewodniki, najpierw składaliśmy tanie radia. Czyli: na początku były gałęzie możliwie pracochłonne, które jednocześnie mogły być zaczynem rozwoju technologicznego. I tak się powoli przesuwaliśmy w łańcuchu produkcji.

Ale dlaczego statki? 

Powód był dość prosty – poza tym, że z trzech stron Korei mamy morze – stocznie to stosunkowo pracochłonny przemysł spośród wszystkich o wysokiej wartości dodanej. Potrzeba spawaczy, blacharzy, mnóstwo wykwalifikowanych robotników.

Dlaczego Zachód wam na to pozwolił? Mieliście do zaoferowania tanią pracę, ale przecież transfer technologii oznaczał wyhodowanie sobie konkurencji.

Na początku zachodnim koncernom chodziło po prostu o przenoszenie miejsc pracy tam, gdzie taniej. Kto by na początku lat 70. pomyślał, że taki GoldStar, który składa najtańsze telewizory na rynek azjatycki kiedyś będzie sprzedawał – tylko pod szyldem LG Electronics – towary za 60 miliardów dolarów? Trzeba pamiętać, że projekty joint venture z udziałem spółek zachodnich były najczęściej krótkotrwałe, z wyjątkami w rodzaju General Motors Korea. Zasadą było, że „nigdy nie uczymy się niczego dwa razy”: jeśli tylko zyskujemy zdolność projektowania i rozwijania technologii bez udziału zachodnich inżynierów i kapitału, to zaczynamy działać na własny rachunek.

Jak się ma do tego czynnik kulturowy – jakieś szczególne predyspozycje Koreańczyków do inteligentnej imitacji, szybkiego uczenia się, ciężkiej pracy? 

Ja nie wierzę w argumenty „kulturowe” w tym sensie, że np. kultura pracy potrafi zmienić się diametralnie. Jeszcze w latach 50., nie mówiąc o czasach kolonialnych, Japończycy mówili, że Koreańczycy to niesłychanie leniwy naród, niezdolny do obsługiwania choćby skomplikowanych maszyn. To samo zresztą, co w XIX wieku Amerykanie mówili o Japończykach, Japończycy mówili o nas, a my mówimy dziś o ludziach z Indochin. Z kolei geopolityka miała na pewno znaczenie dla elit, ale raczej w sensie psychologii, a nie skali amerykańskiej pomocy – po prostu generałowie wiedzieli, że modernizacja kraju to sprawa gardłowa.

Ha-Joon Chang na debacie Finanse i bankowość w XXI w. podczas Festiwalu Kuronia / fot. Maciej Komorowski.

Świadomość to jedno, ale skąd poza „nadwyżką” ściągniętą ze wsi wziąć na to wszystko środki? Technologie nie są za darmo.

Pożyczaliśmy całkiem sporo z Zachodu.

W latach 70., kiedy po podwyżce stóp procentowych Meksyk czy Polska wpadły w kryzys zadłużenia, my też byliśmy na krawędzi katastrofy – w pewnym momencie Korea Południowa była czwartym najbardziej zadłużonym za granicą krajem świata, po Brazylii, Meksyku i Argentynie.

Was to niemal zabiło, podobnie jak Amerykę Łacińską, ale my przetrwaliśmy dlatego, że mieliśmy już wtedy bazę eksportową – dzięki niej mogliśmy ten dług w obcej walucie spłacić.

Polityka handlowa i przemysłowa, o której Pan mówi, dotyczy epoki reżimu z Bretton Woods – pole manewru krajów rozwijających się było wtedy większe, podobnie jak przyzwolenie dla aktywnej polityki państwa. Jak Korea zareagowała na globalną falę neoliberalizmu?

Późne lata 80. i wczesne 90. to początek zwrotu w stronę myślenia bardziej liberalnego także w Korei. Zmiana ogólnej atmosfery na świecie miała na to wpływ, ale decydujące było co innego. Otóż właśnie wówczas koreańska elita społeczna, te nasze górne, powiedzmy 5 procent, uznało, że nie chce już żyć w tak ascetycznym kraju, że woli świat konsumpcji takiej jak w Ameryce. Proszę pamiętać, że z Korei Południowej długo nie można było swobodnie wyjeżdżać, jeśli celem podróży nie był biznes czy studia z granicą. Oczywiście nie chodziło o izolację społeczeństwa od reszty świata, jak w ZSRR, ale przede wszystkim o konsumpcję dóbr zagranicznych za zagraniczne waluty. Korea niemal ciągle odnotowywała deficyt handlowy ze względu na konieczność importu surowców i technologii – padał zatem argument, że niedopuszczalne jest, aby dewizy wypracowane ciężkim znojem naszych robotników wydawano na niemieckie limuzyny czy szampana we Francji.

I zażądano szampana także dla robotników?

Po prostu część społeczeństwa doszła do takiego poziomu życia i świadomości, kiedy nie chce się już dłużej ograniczać. Pod koniec lat 80. zrobiliśmy się na tyle konkurencyjni, że uzyskaliśmy wreszcie nadwyżkę handlową. Jednocześnie nowe pokolenie doszło do władzy – to, które widziało jak wygląda świat, bo pracowało w ambasadach, przedstawicielstwach naszych firm bądź studiowało w USA. No i doszli do wniosku, że przecież nas już stać, a wciąż nie możemy kupić dobrej whisky czy wyjeżdżać na wczasy.

A co to znaczy, że nie można było kupić whisky? Zabraniano importu?

Metody były różne. Akurat w tym przypadku stosowano bardzo wysokie, skumulowane cła i podatki. Ze względu na stawki celne, do których dochodził podatek od alkoholu i podatek od towarów luksusowych, łączna cena szkockiej wynosiła około 900 procent ceny światowej. Import innych dóbr z zagranicy był zwyczajnie zakazany, np. samochodów.

Podatki generalnie były wysokie?

Wysokie były te wymierzone w konkretne sposoby konsumpcji; podatkiem de facto była konieczność sprzedaży państwu produktów rolnych po wyznaczonej poniżej rynkowej cenie. Już jednak podatek dochodowy był bardzo niski, czemu towarzyszyło i tak niemal jawne unikanie jego płacenia, zwłaszcza przez wykonawców wolnych zawodów. Do dziś jak lekarz płaci 10 procent od swego dochodu, to mówi się, że jest bardzo uczciwy. W Korei Południowej najbardziej rewolucyjne zmiany epoki neoliberalizmu nie dotyczyły jednak podatków, tak jak w USA, ale likwidacji kontroli finansów i przepływów kapitałowych. To przede wszystkim spowodowało kryzys, choć już po nim MFW żądał, abyśmy dalej się liberalizowali – na nieszczęście część naszej elity również uznała, że krach finansowy z 1997 roku to efekt niewystarczającego uwolnienia rynków…

fot. Maciej Komorowski. 

W USA i Wielkiej Brytanii okres lat 80. i 90. to także czas demontażu państwa opiekuńczego i wzrostu nierówności. U was też?

U nas państwa dobrobytu w sensie zachodnim nie było, choć działały silne instrumenty ograniczania nierówności. Przede wszystkim polityka pełnego i pewnego zatrudnienia, które w wielkich czebolach łączyło się również z zabezpieczeniem socjalnym. Po drugie, to stosunkowo tradycyjna, poszerzona rodzina – jak nie masz pracy, to ci rodzice pomogą albo starszy brat zapłaci za utrzymanie w czasie nauki. Do tego dochodziły regulacje sprawiające, że same rynki nie tworzą aż tak wielkich nierówności, np. górny limit posiadanej ziemi, przez co właściwie każdy na wsi był niezamożny czy obciążenia nałożone na duży handel detaliczny, przez co w Korei działało mnóstwo małych sklepików.

Mówił Pan o zadłużeniu zagranicznym – na co te pieniądze wydawano?

Na surowce, technologie i infrastrukturę – zadłużenie gospodarstw domowych, czyli kredyt konsumpcyjny miały śladowe rozmiary; uzyskanie hipoteki było niemal niemożliwe, żeby zbudować dom trzeba było na niego oszczędzać. Dlatego też tak wielu młodych ludzi mieszkało z rodzicami czy wynajmowało jakiś pokoik na stancji.

Nie mieliście swojej rewolucji 1968? Rewolucji aspiracji młodych?

W okresie dyktatury mieliśmy ruch demokratyczny pod wodzą studentów, z czasem coraz bardziej radykalny; żądali demokratycznych swobód, wolności słowa – ale byli dość skutecznie tłamszeni. To samo dotyczyło związków zawodowych – działały te oficjalne, kontrolowane przez rząd, ale aż do połowy lat 80. musiały zawsze podporządkować się władzy. Niezależny związek zawodowy po raz pierwszy powstał w Korei niemal dekadę po utworzeniu waszej Solidarności.

Jakby Pan ocenił dzisiejszą sytuację w Korei? Ile zostało z waszego modelu rozwoju?

Sytuacja jest bardzo trudna, bo porzuciliśmy dawny model wzrostu, co znaczy tyle, że rząd przestał promować nowe gałęzie przemysłu. Dzisiejsza jego struktura pochodzi tak naprawdę z lat 70. i 80., może z wyjątkiem telefonii komórkowej. Tracimy rynki na rzecz koncernów z Chin: przejmują nasze stocznie, weszli w nasz przemysł stalowy, odbierają nam również dolny segment rynku telefonów komórkowych. O ile kiedyś notowaliśmy 7-8 procent wzrostu gospodarczego rocznie przez całe dekady, dziś cieszylibyśmy się z 4 procent. Do tego jesteśmy najnieszczęśliwszym społeczeństwem na świecie jeśli mierzyć to wskaźnikiem samobójstw: jeszcze do połowy lat 90. to była połowa średniej dla OECD, teraz jej trzykrotność, a dla ludzi powyżej 50. roku życia aż czterokrotność!

Z czym Pan to wiąże?

Z dramatycznym wzrostem konkurencyjności społeczeństwa za którym nie nadążają instytucje zabezpieczenia społecznego: faktyczny brak państwa opiekuńczego rodzi ogromną niepewność i frustrację; w przypadku ludzi starszych dochodzi do tego upokorzenie, bo wprawdzie istnieje państwowy system emerytalny, ale emerytura jest żałosna, wynosi jakieś 300 dolarów. Do tego mamy bardzo niskie ubezpieczenie od bezrobocia i niewielką pomoc dla osób niepełnosprawnych. Dodatki na dzieci wzrastają, ale zbyt wolno – a przecież ze względu na zmianę społeczną rozpadł się konserwatywny model zabezpieczenia społecznego opartego na rozszerzonej rodzinie.

Mówił pan o konkurencyjności – koreańska szkoła słynie z rewelacyjnych wyników w testach PISA.

Ale jakim kosztem? Mamy największy na świecie udział wydatków na edukację w PKB, jeśli mierzyć łącznie środki prywatnie i publiczne, ale system działa nieefektywnie. W testach PISA jesteśmy w górnej piątce, ale Finlandia uzyskuje ten sam poziom przy dwukrotnie krótszym czasie poświęconym na naukę przez dzieci fińskie w porównaniu do koreańskich! Proszę wybaczyć analogię, ale jak jedna fabryka się chwali, że produkuje tyle samo co inna, tylko przy dwukrotnie większym zużyciu materiałów, to wszyscy się śmieją, prawda?

Korea Południowa dokonała cywilizacyjnego skoku w trzydzieści lat, ale nastąpiło to w zupełnie innych warunkach – zanim wolny handel i zakazy pomocy publicznej stały się normą obowiązującą, przynajmniej państwa rozwijające się. Jakie wnioski z waszego doświadczenia płyną na dziś?

Główne idee wciąż zachowują ważność. Należy chronić raczkujące przemysły, choć protekcja powinna być ograniczana z czasem, trochę jak przy opiece nad dzieckiem. Żeby rozwinąć potencjał produkcji na najwyższym poziomie światowym potrzebujesz inwestycji i wiele czasu. Dogonienie najlepszych może trwać trzy-cztery dekady. W latach 60. Hyunday produkował 6 samochodów dziennie, a konkurencyjność globalną w niższym segmencie rynku uzyskał w połowie lat 80. Wejście na rynek dla klasy wyższej zajmuje jeszcze więcej. Wnioski: kupujcie technologie, szkolcie własnych pracowników, zwiększajcie własne zdolności projektowania.

Niektórzy myślą w ten sposób: nie możemy konkurować z wielkimi, to ich zaprośmy do siebie, nauczą nas czegoś – nie, nie nauczą. Trzeba wyrywać im ten potencjał, domagać się realnego transferu technologii, a nie transferu części do zmontowania i wyeksportowania, razem z zyskami za granicę.

Po pierwsze: przemysł?

Tak, przemysł najpierw, najbardziej produktywny jak się tylko da, jak najwyżej w łańcuchu produkcji. Co prawda, inaczej niż w latach 60. także część usług należy dziś do sektora high tech, można zatem sobie wyobrazić konkurencję globalną usługami. Działy finansów wielkich firm są przenoszone do krajów rozwijających się, do tego dochodzą kluczowe usługi dla przemysłu – inżynierskie, projektowe czy marketing. Ale i tak potrzeba przemysłu, żeby móc je rozwijać! Niektóre firmy zaczęły się specjalizować w usługach dla produkcji, ale do tego potrzebna jest bliskość geograficzna z miejscem wytwarzania – jeśli nie masz bazy przemysłowej, to w końcu stracisz też bazę usługową. Pewna firma z Cambridge wykonuje dziś usługi dla firm z Malezji, Indonezji i Chin, ale mój znajomy inżynier stamtąd twierdzi, że najdalej za 10 lat oni się po prostu przeniosą do Azji Wschodniej.

Bo taniej?

Nie, bo tam już jest baza przemysłowa, dla której świadczy się te usługi. Zresztą te kraje zdążyły już rozwinąć np. własny design, więc nietrudno będzie już znaleźć tam pracowników. Ale najogólniejszy powód, dla którego przemysł jest potrzebny pozostaje ten sam – w przemyśle zwiększenie produktywności przez jest wciąż stosunkowo najprostsze.

fot. Maciej Komorowski. 

Dani Rodrik mówi o klątwie przedwczesnej dezindustrializacji – pana kraj miał być ostatnim, który się załapał na modernizację przez uprzemysłowienie. Dziś maksymalny możliwy udział przemysłu w PKB jest już zbyt niski, żeby stanowić koło zamachowe całościowej zmiany społecznej – tak jak to było do lat 50. czy 60.

Do lat 70. uważano powszechnie, że spośród krajów azjatyckich tylko Japonii się udało i że są ostatnim krajem udanej industrializacji w Azji. Musimy pamiętać, że krajobraz przemysłowy może się dramatycznie zmienić ze względu na nieprzewidywalne rewolucje technologiczne – my też pewnie byśmy nie zaszli tak daleko, gdyby nie rewolucja w mikroelektronice. Plotki o śmierci przemysłu są zdecydowanie przedwczesne; przecież do rozwoju „tradycyjnego” przemysłu kulturowego a’la Hollywood potrzebna jest twarda infrastruktura. To samo dotyczy przemysłu „nowego”, który kojarzymy z Doliną Krzemową. Dodajmy jeszcze, że wieszczony często schyłek przemysłu wynika często ze statystycznego nieporozumienia: dawniej zakłady przemysłowe księgowały rozmaite usługi – od designu po reklamę – wewnątrz firmy, a dziś podlegają one outsourcingowi. W tabelkach wychodzi, że przemysłu jest mniej, ale działalność usługowa bywa po prostu jego przedłużeniem.

Czy wzrost znaczenia Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej to gra o sumie zerowej? Czeka nas zmierzch Europy i w ogóle świata zachodniego?

Standard życia w Azji faktycznie się podnosi i rzeczywiście chiński eksport odbiera Europie i Ameryce miejsca pracy. Tyle że wzrost tamtejszego rynku wewnętrznego stwarza ogromne szanse dla europejskich firm. Generalnie centrum gospodarki światowej przesuwa się na Wschód, ale różnica produktywności między Chinami a USA jest wciąż bardzo duża, wciąż jest co nadrabiać. Chiny mają 4 razy więcej ludności niż USA, więc całościowo rzecz biorąc ich waga jest ogromna; licząc na głowę ich PKB to jednak tylko jedna dziesiąta amerykańskiego. Chiny mogą stać się najważniejsze w sensie wagi, ale zapowiadane przez niektórych „stulecie Azji Południowo-Wschodniej” wymagałoby, żeby ten region stał się liderem technologicznym, a do tego jeszcze bardzo daleko. Mam świadomość, że w latach 70. Chiny odpowiadały za mniej niż 2 procent gospodarki świata, dziś to 11-12 procent i rośnie – niemniej przedwczesne jest mówić o nowym azjatyckim stuleciu. Geografia potęgi gospodarczej się zmienia, ale to nie to samo, co powiedzieć, że już niedługo Azja będzie liderem a Europę czeka zmierzch.

Ha-Joon Chang (1963) – ekonomista, docent na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Cambridge. Autor popularnych książek ekonomicznych: „Kicking Away the Ladder: Development Strategy in Historical Perspective” (2002), „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” (2013) oraz najnowszej „Ekonomia. Instrukcja obsługi” (2015). W tym roku nakładem Wydawnictwa KP ukażą się również jego „Źli Samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu”. 

 

Posłuchaj debaty Chang, Belka, Osiatyński Finanse i bankowość w XXI w. – instrukcja obsługi. 

 

***

Ekonomia. Instrukcja obsługi Ha-Joon Changa ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Polecamy!

Jak to jest, że łatwiej pokłócimy się z meteorologiem niż ekonomistą? Czemu temu drugiemu ufamy właściwie bezgranicznie, skoro to właśnie jego praca przypomina wróżenie z fusów? Ha-Joon Chang, niepokorny brytyjski ekonomista, tłumaczy w jaki sposób jego koledzy i koleżanki (choć głównie koledzy, kobiety są zdecydowanie rozsądniejsze) po fachu przekonali nas, że posiedli tajemną wiedzę o funkcjonowaniu nie tylko gospodarki, ale też właściwie wszystkiego innego.

Ekonomia. Instrukcja obsługi pozwala i na udany montaż wiedzy o gospodarce w głowach czytelników, i na sprawną rozbiórkę sloganów nadużywanych przez ekonomistów.

Ha Joon Chang napisał instrukcję obsługi” ekonomii. I to jest wreszcie instrukcja, z której można się czegoś dowiedzieć. Jakże inna od ortodoksyjnych poradników w stylu: obniż podatki, obetnij wydatki i zdereguluj rynek. Nie działa? To może obniż podatki, obetnij wydatki i zdereguluj – Rafał Woś.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.