Gospodarka

Monbiot: Czas porzucić bajkowy obraz hodowli zwierząt

Przyjazny obraz farm jest tak głęboko osadzony w głowach ludzi, że wiele osób nie potrafi się go pozbyć.

Sposób produkowania mięsa, mleka i jajek otacza wielka zmowa milczenia, w której bierze udział większa część społeczeństwa. Nie chcemy wiedzieć, skąd one pochodzą, bo gdybyśmy wiedzieli, każda osoba, która ma zdolność do odczuwania empatii, zmieniłaby swoją dietę.

Jeżeli ktoś przełamuje tę zmowę, sam prosi się o kłopoty. Kiedy ukazał się mój artykuł na temat przemysłowego chowu kur, musiałem przeczytać go raz jeszcze, aby upewnić się, że nie zaproponowałem w nim rzezi niemowląt z ręki terrorystów, którzy są wyznawcami diabła – tak pełne oburzenia i zaciętości były niektóre reakcje. A byli to tylko konsumenci.

Producentom również się ten tekst nie spodobał, choć ich stowarzyszenia handlowe zareagowały w sposób bardziej stonowany. W listach przesłanych do redakcji Guardiana“, Krajowy Związek Farmerów (NFU) oraz Brytyjska Rada ds. Drobiu (BPC) gniewnie broniły branży hodowlanej. NFU napisał: „w Wielkiej Brytanii 90 procent kur hodowanych jest zgodnie ze standardami Czerwonego Traktora, co wskazuje na to, że produkcja drobiu spełnia standardy opracowane przez ekspertów zajmujących się dobrostanem zwierząt, bezpieczeństwem, higieną i środowiskiem. Farmerzy traktują dobrostan zwierząt niezwykle poważnie i dlatego oskarżanie branży drobiarskiej o okrucieństwo jest całkowicie bezpodstawne”.

 

Z kolei BPC podkreślało, że kurczaki „zapewniają zdrowe, pożywne, zrównoważone i dostępne ekonomicznie źródło białka, wytwarzane przez branżę, która nie otrzymuje dotacji od rządu”.

Zatrzymajmy się tu na chwilę, by sprawdzić, czy te twierdzenia są prawdziwe, zanim przyjrzymy się temu, jak udaje się im opowiadać to wszystko i nie ponosić z tego powodu żadnych konsekwencji.

Moim zdaniem, standardy Czerwonego Traktora to klasyczny przykład znaku, który niemal całkowicie pozbawiony jest znaczenia, a którego celem jest uspokojenie sumienia konsumentów w dość ogólnikowy i mętny sposób, proponując jednocześnie producentom standardy tak niskie, że są jedynie nieco ponad wymaganym prawnie minimum. To dość długi sposób na powiedzenie tego, że są do niczego.

Spójrzmy bowiem na podstawową kwestię, która dotyczy dobrostanu zwierząt, czyli ich zagęszczenie w hodowli. Oto, co zalecane jest w rządowych rekomendacjach: „Maksymalne zagęszczenie kur chowanych do produkcji mięsa powinno wynosić 34 kg/m2 i nie powinno być przekraczane na żadnym etapie ich rozwoju”.

Tymczasem standardy dla brojlerów określone w wymaganiach Czerwonego Traktora są w tej kwestii niższe: „planowane zagęszczenie kur nie może przekraczać 38 kg/m2 w przypadku brojlerów”. Tak się składa, że to zagęszczenie – 38 kg/m2 – oznacza, że na jednego ptaka przypada obszar wielkości kartki papieru o formacie A4.

Jest to zgodne z wymaganiami określonymi w przepisach tylko dlatego, że Wielka Brytania korzysta z okrutnego odstępstwa od europejskiego prawa, dopuszczając maksymalne zagęszczenie na poziomie 39 kg/m2. Tyle w temacie oświadczenia NFU, zgodnie z którym dobrostan kur traktowany jest przez farmerów niezwykle poważnie.

Gdy spojrzymy na wskaźniki dotyczące dobrostanu hodowlanych zwierząt wszystkich głównych gatunków, w tym kur, niemal w każdym z nich Czerwony Traktor wypada gorzej niż jakikolwiek inny system certyfikacji, oceniony przez organizację Compassion in World Farming. Jest niezwykłe, że znak Czerwonego Traktora nie określa żadnych ograniczeń dotyczących tempa wzrostu kurcząt – dozwolone jest, by najbardziej przekarmiane rasy kur można było napychać wysokobiałkową paszą, skutkiem czego jest to, że ptaki mają potem często problemy ze zdrowiem i cierpią, gdy ich serca, płuca i nogi są przeciążone.

Brytyjska Rada ds. Drobiu stwierdziła, że podawaniem kurom soi zamiast paszy – jak ma to miejsce w zdecydowanej większości ferm w Wielkiej Brytanii – jest zrównoważone pod względem ekologicznym. Co w takim razie jest niezrównoważone? Produkcja soi jest jedną z głównych przyczyn niszczenia lasów deszczowych, sawanny i innych zagrożonych siedlisk w Ameryce Południowej. Konsekwencje dla środowiska, które wiążą się z produkcją paszy dla kur, są ogromne. Problemy z przemysłowym chowem kur są zresztą związane nie tylko z tym, co kura połyka, lecz także z tym, co wydala – są to góry odchodów, które przyczyniają się do skażenia wody i powietrza.

Nie jest także zgodne z prawdą twierdzenie, że ta branża nie otrzymuje dopłat. Wielu hodowców kur ledwie pokrywa koszty produkcji sprzedając ptaki. A mogą utrzymać się wyłącznie dzięki rządowej inicjatywie dotyczącej odnawialnych źródeł ciepła. Jest to niezwykle hojny system, którego pozornym celem jest zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. W rzeczywistości jest to natomiast kolejne dofinansowanie dla biznesu, a w szczególności dla gospodarstw rolnych. W większości nowych kurników korzysta się z kotłów na biomasę, które są dofinansowywane przez RHI, co sprawia, że są niezwykle dochodowe.

A teraz wracając do naprawdę istotnego pytania – jak to możliwe, że farmerzy mogą nadal to robić? Jak to się dzieje, że my, którzy uważamy siebie za naród kochający zwierzęta, akceptujemy tak koszmarne standardy dotyczące produkcji mięsa?

Gdyby psy i koty były traktowane w taki sposób, jak świnie i kury, natychmiast rozległby się ogłuszający krzyk. Już teraz są w Wielkiej Brytanii osoby, które włączyły się w działania na rzecz zakazu hodowli psów i kotów na mięso w Azji. Tylko co to za różnica? Dlaczego uważamy, że niektóre zwierzęta – nawet tak inteligentne i zdolne do odczuwania cierpienia, jak świnie – można traktować okrutnie, a innych nie?

Po części pokazuje to poziom wyparcia oraz chęć unikania odpowiedzialności, z którymi wiąże się jedzenie mięsa. Uważam jednak, że równie istotną częścią problemu jest bajkowa opowieść o hodowli zwierząt, którą zaszczepia się w naszej świadomości od najmłodszych lat.

W wielu książkach dla dzieci opowiada się o życiu zwierząt na farmach i w większości z nich jest to mniej więcej ta sama historia. Zwierzęta, zwykle jedno lub dwa z każdego gatunku, żyją w doskonałej harmonii z farmerem o zaróżowionych policzkach. Chodzą sobie swobodnie po farmie, rozmawiają ze sobą, zupełnie jak gdyby były członkami rodziny farmera. Co łatwo zrozumieć, kwestie budzące dyskomfort, jak zabijanie zwierząt, cięcie ich na kawałki, kastracja, usuwanie kłów, oddzielanie młodych od matek, chów klatkowy czy kojce porodowe, nie są w nich ujęte.

Wydaje mi się, że ten bajkowy obraz farm jest tak głęboko osadzony w głowach ludzi, że wiele osób nie potrafi się go pozbyć. Nie jest łatwo oduczyć się tego, czego nauczyliśmy się jako małe dzieci i nawet smutna rzeczywistość ferm przemysłowych nie zastępuje nam obrazów farm z książek z dzieciństwa. Na głębokim, podświadomym poziomie, farma pozostaje miejscem harmonii i spokoju, a to bardzo nam pasuje, gdy nadal chcemy jeść mięso.

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem takiego budowania mitów, na jaki się natknąłem, jest książeczka dla dzieci, która była dystrybuowana wraz z sobotnim wydaniem „Guardiana”. Jej tytuł to Opowieść o Sue z miasta. Traktuje ona o stadzie krów na farmie w Irlandii: „ta przyjazna, fryzyjska rodzina mogła chodzić swobodnie, paść się i jeść najświeższą, zieloną trawę, dzięki czemu były szczęśliwymi krowami. Ich właścicielem był farmer Finn, który mówił do nich po imieniu. Kiedy miały urodziny przynosił im kolorowe czapeczki oraz różne gry. W stodole, gdzie doi się krowy, grał im na skrzypcach i śpiewał im kojące kołysanki, gdy nadchodził czas, by położyć się spać”.

Dopiero po przeczytaniu jej bezwiednie mojemu trzyletniemu dziecku spojrzałem na tylną stronę okładki i odkryłem, że nie była to wcale książka dla dzieci, lecz dłuższa wersja reklamy masła Kerrygold.

Nie była jednak w ten sposób oznaczona. Informacja na stronie „Guardiana” wskazywała, że ta publikacja jest jak „opowieść z łąk wyobraźni”, a w najnowszej książeczce autorki książek dla dzieci Jeanne Willis „udało się uchwycić idylliczną atmosferę irlandzkiej wsi”. Po liście, który wysłałem do „Guardiana”, zostało to zmienione i rola zleceniodawcy jest teraz wyraźnie podkreślona.

Ukryte reklamy, jakiegokolwiek rodzaju, budzą mój sprzeciw, a ukryte reklamy skierowane do dzieci (których celem jest w tym przypadku dotarcie do ich rodziców) odbieram jeszcze gorzej.

Moim zdaniem ta książeczka opowiada dzieciom nieprawdziwą historię o hodowli zwierząt i produkcji mleka i wybiela relacje pomiędzy farmerami a zwierzętami, na czym korzysta duża korporacja (w tym przypadku jest to Adams Foods, właściciel Kerrygold). Wykorzystuje się w niej łatwowierność dzieci oraz ich naturalną sympatię dla zwierząt, a wszystko to w imię zysków korporacji.

Kiedy zwróciłem się do „Guardiana” w tej sprawie, rzecznik gazety odpowiedział mi: „Wszelkie materiały sponsorowane powinny być w jednoznaczny sposób oznaczone, z myślą o naszych czytelnikach oraz zgodnie z naszymi wytycznymi. Tym razem wkładka nie została prawidłowo oznakowana i przepraszamy za ten błąd”.

Napisałem również do autorki książeczki, Jeanne Willis, która odpisała mi w ten sposób: „Zlecenie otrzymałam od firmy Kerrygold, więc oni najlepiej odpowiedzą na Pana pytanie. Xxxx Xxxx z Brazen PR wkrótce się do Pana odezwie”.

Brazen PR. Hmmm.

Odpisałem jej pytając: „Czy autorzy książek nie mają odpowiedzialności wobec osób, dla których piszą? Czy nie jest z tym związana kwestia sumienia? Bądź co bądź, jeżeli autorka książek dla dzieci wprowadza je w błąd w imieniu korporacji, to sprawa jest dość poważna, czyż nie? Jest to robione w Pani imieniu i promowane jako Pani »najnowsza książeczka«, więc przerzucenie odpowiedzialności tak po prostu na kogoś innego nie wydaje mi się właściwe. Zapewne ma Pani pogląd na to, czy przyjęcie tego zlecenia było czymś właściwym czy też nie, i czy może Pani czuć się usprawiedliwiona po wykonaniu go w ten sposób”.

Odpowiedziała mi w ten sposób: „…zgodnie z moją wiedzą Kerrygold wydaje się być firmą, która akurat kładzie zdecydowany nacisk na dobrostan zwierząt, więc nie miałam wątpliwości, czy to, co stworzyłam, może w jakiś sposób wprowadzać czytelników w błąd. Streszczenie, które otrzymałam, było bardzo proste: krowy z Kerrygold spędzają znacznie więcej czasu na dworze, pasąc się na łąkach, opowiedzmy więc o nich jakąś zabawną historię. Nie wydaje mi się, aby dzieci były tu jakoś wykorzystane, gdyż jedynym wnioskiem, jaki można wyciągnąć z tej historii, jest to, że lepiej jest, gdy krowy jedzą trawę i gdy zapewnia się, aby spędzały na powietrzu tak dużo czasu, jak to tylko możliwe”.

„Bardzo dbam o to, by uniknąć sytuacji dokładnie takiego typu – nie przyjęłabym tego zlecenia, gdybym czuła, że od strony moralnej jest ono złe. Jest to opowieść, którą może cieszyć się cała rodzina, nie ma w niej sformułowanej wprost zachęty do tego, by jeść masło. A ponadto jest jasno umieszczone logo Kerrygold na wewnętrznej stronie okładki oraz z tyłu”.

Wydaje mi się, że podświadoma perswazja w tym stylu („krowy są szczęśliwe”) może być bardziej podstępna niż reklama sformułowana wprost („kup nasze masło”). W mojej ocenie, Kerrygold próbuje przekonać ludzi o dobroci zawartej w ich produktach na poziomie głębszym, niż tylko zachwalając same produkty.

W kwestii dobrostanu zwierząt na stronie Kerrygold można przeczytać: „Współpracujemy z małymi, spółdzielczymi farmami, gdzie małe stada krów mogą swobodnie paść się na bujnych, irlandzkich łąkach”. Nie jest tam jednak napisane: „Współpracujemy wyłącznie z małymi, spółdzielczymi farmami…”.

Na stronie właściciela tej marki, firmy Adams, ujęte jest to nieco inaczej: „Właścicielami Kerrygold są irlandzcy hodowcy krów mlecznych, a wiele ich farm jest małych, prowadzonych przez rodziny”. Zatem może to równie dobrze oznaczać, że równie wiele nie jest. Zadałem więc im pytanie: „Jaka jest polityka Państwa firmy odnośnie zakupu mleka? Innymi słowy, jakie wymagania – odnośnie skali gospodarstw, paszy, traktowania zwierząt, przetwórstwa, itd. – przyjęli Państwo, aby Wasi dostawcy wiedzieli, do czego mają się stosować?”. Nie otrzymałem odpowiedzi.

Z tego, co udało mi się ustalić, wygląda na to, że marketing Kerrygold opiera się na postrzeganiu przez ludzi farm w Irlandii jako małych, gdzie krowy pasą się na łąkach. To jednak zmienia się bardzo szybko.

Ubiegłego lata 3 tysiące hodowców krów mlecznych odwiedziło największą hodowlę w kraju (jest tam 820 zwierząt dających mleko), aby dowiedzieć się, jak zwiększyć skalę swojej produkcji. Zainwestowano tam w obory, a krowy karmione są, oprócz skubania trawy, kukurydzą, jęczmieniem i soją.

Zdaniem byłem przewodniczącego Stowarzyszenia Irlandzkich Farmerów, „skala musi pójść w górę. (…) Ferma krów mlecznych w przyszłości będzie musiała być większa”.

Czy obecna kampania reklamowa Kerrygold może być próbą osadzenia w naszej świadomości błogiego i odchodzącego w przeszłość obrazu branży, która zmienia się dziś nie do poznania? Jeżeli tak, wówczas może to być efektywny sposób na przejęcie krytyki tego, jak zmienia się sposób funkcjonowania ich dostawców.

Krowy mleczne, tak samo jak kury i świnie, mają ciężkie życie, a odchody z ich hodowli stwarzają poważne problemy środowiskowe. Wyobraźcie sobie reakcję ludzi, gdyby w książeczce dla dzieci wybielano okrutne działanie firmy z innej gałęzi gospodarki.

Zmitologizowany obraz hodowli zwierząt jest tak utrwalony w świadomości i celowo tak bardzo nie chcemy wiedzieć, jak funkcjonuje przemysłowe rolnictwo, że rzadko kiedy się to kwestionuje. Wydaje mi się, że „Guardian” popełnił ten błąd – moim zdaniem poważny – po części dlatego, że obraz wsi, wykorzystany przez Jeanne Willis i firmę Kerrygold, jest nam tak dobrze znany, że traktujemy go niemal jako szum w tle, na który nie zwracamy uwagi.

Czy nie nadszedł jednak już czas, aby autorzy książek dla dzieci wykazali się nieco większą wyobraźnią i przestali opowiadać tę samą, standardową historię, nawet gdy nie robią tego w imieniu dużej korporacji?

Czy nie jest to również czas, by dorośli porzucili bajkowy obraz farm i zaczęli oceniać hodowlę zwierząt zgodnie z takimi samymi standardami, jak robiliby to w przypadku innych gałęzi przemysłu?

I czy wreszcie nie nadszedł czas na to, abyśmy wszyscy przyjrzeli się bliżej temu, skąd bierze się mięso, mleko i jajka, jak są produkowane?

przeł. Marcin Gerwin

 

Tekst ukazał się w dzienniku „The Guardian” (29 maja 2015 r.) oraz na stronie monbiot.com.

***

Tekst powstał w ramach projektu Stacje Pogody (Weather Stations) współtworzonego przez Krytykę Polityczną, który stawia literaturę i narrację w centrum dyskusji o zmianach klimatycznych. Organizacje z Berlina, Dublina, Londynu, Melbourne i Warszawy wybrały pięcioro pisarzy do programu rezydencyjnego. Dzięki niemu stworzono pisarzom okazje do wspólnej pracy i zbadania, jak literatura może inspirować nowe style życia w kontekście najbardziej fundamentalnego wyzwania, przed którym stoi dzisiaj ludzkość – zmieniającego się klimatu. Polskim pisarzem współtworzącym projekt jest Jaś Kapela.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.