Gospodarka

Kuczyński: Polska giełda nie ma wpływu na gospodarkę

I dobrze by było, gdyby dotyczyło to wszystkich gospodarek świata.

Michał Sutowski: Jedna z najbardziej rozpowszechnionych na lewicy diagnoz współczesnego kryzysu szuka jego źródeł w nadmiernej „finansjalizacji” gospodarki, w zamianie kapitalizmu w wielkie kasyno. Czy ta opowieść o dominacji giełdy nad gospodarką realną, jaką znamy głównie z USA, ma również zastosowanie do polskich realiów?

Piotr Kuczyński: Zacznę od tego, że diagnoza ta dotyczy nie tylko USA, choć niewątpliwie tam dominacja rynku kapitałowego nad całością gospodarki jest najbardziej widoczna. Dobrze ujął to pewien prezes dużego funduszu inwestycyjnego. Mówił on, że dwadzieścia lat temu klienci pytali go, w jaki sposób stan gospodarki wpłynie na giełdę, a dziś pytają, jak giełda przełoży się na resztę gospodarki. Ale dominacja rynków finansowych to również zjawisko właściwe Europie – wystarczy przypomnieć, że tylko w zeszłym roku to właśnie rynki de facto wymieniły premierów w trzech krajach, tzn. we Włoszech, w Grecji i w Hiszpanii. Jeśli rentowność obligacji skarbowych danego kraju przekracza siedem procent, zaczyna się na gwałt poszukiwać nowego człowieka, który miałby zaradzić sytuacji.

Nowymi metodami?

Niekoniecznie. Można odnieść wrażenie, że kolejni ludzie u władzy próbują cały czas tych samych metod. Ale za każdym razem pod dyktando rynków. Ich siła nie wpływa jedynie na rządy, ale na najbardziej podstawowe reguły funkcjonowania gospodarki. Klasyczne podręczniki ekonomii uczą, że mamy dwie krzywe: popytu i podaży, które w pewnym momencie się przecinają, wyznaczając cenę towaru. Tymczasem od dwudziestu, może nawet trzydziestu lat występuje coś, co nazywam „trzecim elementem”.

Mamy realny popyt i realną podaż, a pośrodku tego wszystkiego mamy fundusze inwestycyjne – i to one wyznaczają cenę.

A popyt i podaż się do niej dostosowują. Można to łatwo prześledzić na wykresie na przykład cen ropy. Od lat 80. cena baryłki fluktuuje wokół dwudziestu kilku dolarów, aż tu nagle w 2003 roku zaczyna się gwałtowny wzrost…

Wojna w Iraku?

Nie. To byłoby jakoś logiczne, ale przecież działania wojenne szybko zostały rozstrzygnięte – na realną podaż i popyt inwazja nie miała właściwie żadnego wpływu. A tymczasem w latach 2003–2008, przez pół dekady, wzrost cen był aż siedmiokrotny! A o ile wzrósł w tym czasie popyt?

Może rynki wschodzące zaczęły więcej konsumować… Dwukrotnie?

Nie. O dziesięć procent. I jeszcze dałoby się to wyjaśnić, gdyby na przykład moce produkcyjne były na wyczerpaniu; wówczas wzrost zapotrzebowania o dziesięć procent spowodowałby dramatyczny brak ropy. Tylko że przez następne pół roku cena baryłki spadła ze 147 dolarów do 35, o siedemdziesiąt kilka procent. A potem znowu wyskoczyła w górę i zdrożała trzykrotnie.
To samo zaobserwujemy na przykładzie ryżu. Jego konsumpcja rzeczywiście wzrasta, bo Chińczycy robią się zamożniejsi – wzrost ceny jest zatem logiczny. Ale dlaczego od połowy roku 2007 roku do końca marca 2008 jego cena wzrosła z około 10 do 25 dolarów za sto funtów, powodując przy okazji wielki kryzys żywnościowy na Południu? Ano dlatego, że fundusze inwestycyjne latem 2007 zaczęły się orientować, że rynek akcji słabnie, za to surowce dalej drożeją – ropa rosła aż do połowy 2008 roku; rosła też miedź. Inwestorzy przerzucili się więc na surowce, a także na rynki rolne. Obok ryżu gwałtownie rosła też cena soi oraz kukurydzy, która notabene zachowuje się podobnie do ropy ze względu na biopaliwa.

Rodząc konsekwencje także dla tych, którzy nigdy na giełdzie nie grali?

Tak, bo przecież to wtedy mieliśmy do czynienia z rozruchami głodowymi w kilku krajach azjatyckich. Nie wywołały ich złe zbiory, tylko wahania notowań giełdowych. Rynki finansowe są zatem wyjątkowo niedemokratyczne – dlatego, że oddziałują na los nawet tych, którzy nie są świadomi ich istnienia, a także dlatego, że ograniczają pole manewru politykom.

Kiedy oprowadzam po Warszawie kogoś z zagranicy, przy rondzie de Gaulle’a często sprzedaję mu anegdotę o tym, że „tu” zawsze była władza, bo najpierw był Dom Partii, a potem warszawska giełda. Czy faktycznie główny ośrodek siły w Polsce znajduje się – choćby symbolicznie – w siedzibie GPW?

Polska podlega oczywiście procesom finansjalizacji kapitalizmu – choćby z racji wpływu rynków finansowych na koszty obsługi naszego długu publicznego – ale wyłącznie tym zewnętrznym.

W moim przekonaniu polska giełda na polską gospodarkę wpływu nie ma, a to z wielu powodów.

W Ameryce na przykład około 60 procent rodzin w ten czy inny sposób posiada akcje. To nie znaczy oczywiście, że wszyscy składają bezpośrednio zlecenia na giełdzie, ale są z nią związani choćby poprzez fundusze emerytalne. Pamiętam, jak w roku 1997 pewien Amerykanin mówił mi, że będzie musiał pracować o kilka lat dłużej, ponieważ całkowicie zawalił się jego rachunek emerytalny – już to świadczy o olbrzymim wpływie giełdy na życie w USA. U nas jednak nie dotyczy ona w zasadzie dziewięćdziesięciu kilku procent Polaków; aktywnie gra na giełdzie sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi, utrzymuje się z tego może trzydzieści tysięcy.

Ale przecież wielu należy do OFE.

Większość zapewne o tym nie wie. Ale nawet gdyby wiedzieli, to przecież z OFE otrzymają zaledwie około 10 procent emerytury, reszta i tak będzie z ZUS-u. Giełda wpływa natomiast na gospodarkę jako źródło kapitału uzupełniające kredyt bankowy.

Czy ten relatywnie niewielki wpływ wynika po prostu ze skali? Czy giełda w Polsce jest po prostu za mała, żeby rządzić gospodarką?

Kapitalizacja spółek na GPW wynosiła w roku 1999 około 1/6 polskiego PKB, dziś to około 40 procent – jeśli policzymy spółki krajowe. Obrót dzienny wynosi około 300–400 milionów dolarów. Dla porównania jeden tylko rynek amerykański, na przykład Nasdaq, obraca 50 miliardami jednego dnia. Proporcje wielkości Wall Street do Main Street i Giełdy Papierów Wartościowych do polskiej gospodarki są zupełnie nieporównywalne. Skala uczestnictwa w grze na giełdzie w USA bezpośrednio przekłada się na koniunkturę i popyt wewnętrzny, bo wzrost notowań akcji sprzyja tzw. efektowi bogactwa. Graczom rośnie wartość portfela akcji albo wartość jednostek w funduszu inwestycyjnym, więc czują się bogatsi – i wtedy też więcej wydają na konsumpcję, nawet jeśli nie mają jeszcze gotówki w ręku. Tymczasem w Polsce to może dotyczyć zaledwie kilkudziesięciu tysięcy osób – nie ma zatem sytuacji, w której dochody z giełdy masowo „rekompensują” stagnację płac klasy średniej, tak jak to było w USA. Pośrednio natomiast giełda może wpłynąć pozytywnie na zatrudnienie ludzi, jeśli dzięki niej jakaś spółka zyska kapitał inwestycyjny.

Ale przecież często bywa tak, że akcje idą w górę, kiedy firma ogłosi „restrukturyzację”, to znaczy zwolnienia grupowe. Logiki akcjonariusza i pracownika mogą być sprzeczne…

Nie o tym mówię. Spółka nie zyskuje nic, kiedy jej akcje zdrożeją siedmiokrotnie – zyskują na tym inwestorzy i spekulanci. Ona sama natomiast zyskuje wtedy, kiedy wypuszcza ofertę pierwotną, to znaczy nowe akcje w celu uzyskania kapitału, albo kiedy emituje obligacje korporacyjne, które są rozchwytywane, gdy spółka jest dobra – jak ostatnio w przypadku PKN Orlen.

Czy w takim razie polska giełda służy przede wszystkim jako źródło kapitału inwestycyjnego czy raczej jako „dom gry” dla spekulantów?

Giełda była i powinna być narzędziem pozyskiwania przez spółki pieniędzy; tzw. gra na giełdzie, czyli inwestowanie, jest sprawą wtórną. Niektórzy zżymają się na określenie „gra”, ale ja go świadomie używam, ponieważ co najmniej od lat 80. – tu pełna zgoda z Josephem Stiglitzem – mamy na giełdzie do czynienia z czymś bardziej zbliżonym do kasyna niż z miejscem, w którym ludzie rzeczywiście inwestują w jakieś przedsięwzięcia. Wcześniej giełda faktycznie była barometrem gospodarki – kiedy spółki notowały zyski, przekładało się to na wyższe dywidendy, a pośrednio na wzrost zainteresowania akcjonariuszy ich akcjami. Wtedy faktycznie wzrost w gospodarce przekładał się na wzrost na giełdzie. Później logika się odwróciła; najbardziej chyba spektakularnym tego przykładem była tzw. bańka internetowa w późnych latach 90.

A czy warszawska GPW faktycznie spełniła rolę, którą pan postuluje dla giełdy? Zasilacza dla gospodarki realnej?

Od pierwszej sesji giełdowej w kwietniu 1991 przeszliśmy od 5 spółek do ponad 400; one dzięki giełdzie rzeczywiście uzyskały ogromne środki na rozwój. Pod tym względem należy uznać, że utworzenie rynku kapitałowego w Polsce było nie tylko potrzebne, ale i ostatecznie udane.

Lata 90. to okres pewnej mitologizacji giełdy w Polsce, jako skupiska pionierów nowego kapitalizmu, miejsca, gdzie niemal z niczego rodzą się fortuny. Faktycznie tak to wyglądało?

Ja sam znam kilku ludzi, którzy w latach 90. zaczynali właściwie od zera, a dorobili się kilkudziesięciu milionów, przy czym niektórzy później jeszcze poprawili ten wynik. Ale z kolei dwójka zbankrutowała; jeden z nich jest dziś najbardziej zadłużonym człowiekiem w Polsce. Znam też kobietę, która w latach 1993–1994 sprzedała dwa domy, żeby grać na giełdzie, a ostatecznie skończyła w nędzy. To był czas pionierski o tyle, że ludzie nie znali zbyt dobrze mechanizmów panujących na giełdzie. Mało kto myślał o strategiach zarządzania ryzykiem, instrumentach stop loss/take profit. Wtedy jeździło się po punktach obsługi klienta i przyglądało się kolejce ludzi z karteczkami w ręku – zlecenia sprzedaży i kupna miały różny kolor. I jeśli cała kolejka kupowała, to znaczyło, że trzeba sprzedawać – i odwrotnie. To był czas indywidualnych inwestorów, co oczywiście nie oznacza wyłącznie drobnych ciułaczy – niektórzy operowali poważnymi milionami. Na dużą skalę jednak rozkręciły giełdę dopiero towarzystwa funduszy inwestycyjnych – no i OFE.

Czy temu miały właśnie służyć? Czy OFE stworzono po to, by zasilić rynek kapitałowy?

Nie, to było niejako przy okazji.

OFE stworzono po to, żeby zamaskować obniżenie emerytur o blisko 50 procent.

Kiedy słucham debaty o OFE, to momentami śmiać mi się chce – także z samego siebie, bo w momencie wprowadzania tamtej reformy miałem 49 lat i czułem się wyjątkowo młodo, emerytura wydawała się sprawą odległą. W efekcie nie interesowałem się specjalnie tym tematem. Tymczasem istotą reformy była zamiana systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki – nie mówiono głośno o tym, że to oznacza dużo mniejsze emerytury. Musimy jeszcze wziąć pod uwagę moment, w którym podjęto decyzję o zmianie systemu emerytalnego – pod koniec lat 90. mieliśmy za sobą półtora dekady intensywnego wzrostu na giełdach. Podejrzewam, że twórcy reformy emerytalnej wierzyli, że ta tendencja się utrzyma.

I zapewni nam emerytury pod palmami?

Nie, to nigdy nie było możliwe. Ale wierzyli, że przynajmniej złagodzi efekty reformy i nieco wyrówna ludziom straty wynikające ze zmiany systemu.

Mówi pan, że zasilenie rynku kapitałowego przez OFE nastąpiło niejako przy okazji. Ale czy ten zastrzyk kapitału miał duży wpływ na gospodarkę w Polsce?

Tę mantrę często się powtarza: OFE wzmocniły polski rynek kapitałowy i zasiliły pieniędzmi polską gospodarkę. Ale sprawa jest problematyczna, ponieważ nijak nie można uzyskać danych, ile z tych pieniędzy wydano na akcje spółek w ofercie pierwotnej – bo tylko takie faktycznie zasilają spółki. Druga kwestia – nieprawdą jest, jakoby OFE uratowały jakieś oferty publiczne, na które rzekomo zabrakłoby popytu, gdyby nie pieniądze z funduszy emerytalnych. Przecież na akcje dużych spółek, na przykład prywatyzowanych firm państwowych, popyt jest zazwyczaj kilkanaście razy większy od podaży! Na te akcje znajdują się chętni, a redukcje zamówień sięgają 90 procent, to znaczy że chętni dostają na przykład tylko 10 procent akcji, na jakie zgłosili zapotrzebowanie. Konkludując, rola OFE w „rozkręceniu” koniunktury czy inwestycji jest mocno przeceniona.

Powiedział pan, że giełda pełniła w swoim czasie rolę barometru gospodarki. Dziś wartości indeksów giełdowych bywają zupełnie oderwane od stanu gospodarki realnej. Czy stan polskiej giełdy odzwierciedla stan polskiej gospodarki realnej?

Mniej więcej od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej indeksy zachowują się podobnie do ogólnych trendów światowych. WIG nie odstaje zbytnio od indeksu Standard&Poor’s 500. We wrześniu 2000 roku pęka tzw. bańka dot.comów, czyli spółek internetowych, potem jest atak na World Trade Center i wreszcie wojna w Iraku. Kiedy w pierwszej połowie 2003 roku Amerykanom udaje się ją stosunkowo łatwo wygrać, na rynkach pojawia się optymizm i zaczyna się faza wzrostu trwającego mniej więcej do połowy roku 2007. Wtedy pojawiają się pierwsze symptomy kryzysu na rynku nieruchomości w USA. Ta zbieżność zachowań naszego rynku z rynkami zagranicznymi trwa mniej więcej do roku 2009. Od tego momentu do dziś rynki niemiecki czy amerykański zachowują się dużo lepiej; nasz jest dość rachityczny, podobnie jak większość rynków wschodzących.

A czy w Polsce ma to jakiś związek na przykład ze wzrostem PKB, polityką tego czy innego rządu? A może giełda to po prostu osobny świat i dla GPW ważniejsze jest, co się dzieje na Wall Street czy we Frankfurcie niż na Wiejskiej?

W ostatnich latach tak się składało, że wzrosty indeksów giełdowych mniej więcej pokrywały się ze wzrostem gospodarczym i pozytywnymi oczekiwaniami – w najlepszym dla giełdy roku 2007 mieliśmy zarazem prawie 7 procent wzrostu PKB, przede wszystkim dzięki absorpcji funduszy europejskich. Dziś wzrost gospodarczy jest dość mizerny, a stan giełdy daleki od oczekiwań. Giełda warszawska silniej opiera się na tzw. fundamentach niż giełdy zachodnie – w ostatnich latach giełda niemiecka czy francuska osiągają dużo lepsze wyniki od gospodarek tych krajów.

A czy to działa w drugą stronę? Czy ewentualny krach na giełdzie warszawskiej grozi załamaniem koniunktury?

Nie, ponieważ nie ma u nas szerokich grup społecznych, których dochody uzależnione byłyby od kursów akcji. To przede wszystkim akcjonariat i menadżerowie spółek, którzy część wynagrodzenia otrzymują w akcjach. Samym spółkom spadek akcji nie robi wielkiej różnicy. W Polsce są oczywiście firmy „zbyt wielkie, by upaść”, to znaczy takie, których bankructwo oznaczałoby wielkie kłopoty dla całego systemu, jak niektóre banki, KGHM czy Orlen. Ale ich ewentualne kłopoty nie wynikałyby ze spadku cen akcji, lecz z jakichś problemów w „realnej” działalności gospodarczej. I wówczas, jak podejrzewam, rząd podjąłby daleko idące kroki, by je uratować.

Mówił pan już o giełdzie jako o „prawie kasynie”. Keynes kilkadziesiąt lat temu pisał, że spekulacja nie stanowi problemu, jeśli jest tylko pianą na nurcie normalnej działalności inwestycyjnej. Dziś tej piany jest chyba zbyt dużo?

Żyjemy w zupełnie innych czasach – dziś każdy inwestor jest spekulantem, choć nie każdy spekulant jest inwestorem. Każdy grając na giełdzie, spekuluje, to znaczy kombinuje, jak na transakcjach kupna i sprzedaży zarobić w możliwie krótkim czasie. „Inwestowanie” natomiast kojarzy się raczej z długotrwałym pozostawaniem przy danej spółce, dbałością jej wyniki, czerpaniem dochodów z dywidendy – tak postępujących graczy jest stosunkowo niewielu. Gdyby Keynes wstał z grobu, toby się za głowę złapał, bo dzisiaj ta jego „piana” obejmuje jakieś 90 procent „nurtu”. Na Wall Street aż 70 procent obrotu przebiega poprzez high frequency trading, handel wysokich częstotliwości z użyciem algorytmów komputerowych – to przecież z inwestowaniem nie ma nic wspólnego.

Polski też to dotyczy?

W mniejszym stopniu, przede wszystkim z racji skali, ale i tego, że jeszcze nie ma u nas handlu wysokich częstotliwości.

Jeszcze?

Tak, ponieważ plany jego wprowadzenia na GPW są mocno zaawansowane. To niedobry pomysł, ale logiczny w sytuacji, kiedy sama nasza giełda została sprywatyzowana i stała się spółką nastawioną na zysk. A handel wysokich częstotliwości z racji ogromnego obrotu oznacza wielkie prowizje. Oznacza też poważne zagrożenia. Pamiętam, jak 6 maja 2010 roku przecierałem oczy ze zdumienia, patrząc, jak Dow Jones w ciągu kilkunastu minut traci 10 procent wartości, Nasdaq i SP500 to samo… Co się stało – wysadzili Biały Dom razem z prezydentem?! A to był tzw. Flash Crash, czyli sytuacja – wciąż niezbyt dobrze wyjaśniona – w której systemy automatycznego inwestowania dają sygnał do takich samych zachowań w jednej chwili: sprzedawaj! Nagle zaczyna brakować kupujących i przeżywamy trwające kilka minut trzęsienie ziemi. Po jakimś czasie indeksy się odbiły i na koniec dnia Dow Jones był 2–3 procent na minusie.

Takie sytuacje mogą się powtórzyć?

Tak, ostrzegał przed nimi nawet raport Rezerwy Federalnej, jeszcze z 2005 roku. Wskazywano w nim na zagrożenia wynikające z inwestowania z wykorzystaniem automatycznego, komputerowego systemu – po prostu zdarzają się momenty, w których różne algorytmy skłaniają do bardzo podobnych działań i może dojść do takiego załamania, które wpływa na zwykłych, „ludzkich” akcjonariuszy. Świetny beletrystyczny opis automatycznej sprzedaży dał Robert Harris, scenarzysta filmu Polańskiego Ghost Writer, w książce Indeks strachu – choć oczywiście na użytek powieści nieco przerysował dzisiejszy potencjał inteligencji maszyn. Na szczęście w warunkach polskich – z powodów, o których mówiłem na początku, to znaczy niewielkiego uwikłania polskich rodzin w operacje giełdowe – nawet te załamania rynku nie powinny wywołać negatywnego sprzężenia z gospodarką realną.

A czy problem wypierania inwestycji w realną gospodarkę przez instrumenty finansowe, oferujące dużo większą stopę zwrotu, jakoś nas dotyczy?

Znowu – jeszcze nie. Mamy paru multimilionerów, którzy grają na giełdzie, ale odnoszę wrażenie, że wciąż mają ochotę bawić się w jakiś realny biznes; produkcję, handel, usługi. Nie doszliśmy jeszcze do etapu, w którym każdy poważny koncern, jak np. General Motors w USA, tworzy swoje własne ramię finansowe, które może w końcu stać się ważniejsze od zasadniczej działalności, w efekcie czego ogon zacznie machać psem.

Kilkakrotnie podkreślał pan, że nie jesteśmy społeczeństwem akcjonariuszy, shareholders society. Czy nie próbowano Polaków jakoś skłonić do przyjęcia tego wzorca?

Hasło „akcjonariatu obywatelskiego” głosił kilka lat temu minister skarbu Aleksander Grad. Chodziło wówczas o zachęcenie większej liczby ludzi do nabycia akcji prywatyzowanych spółek Skarbu Państwa. Ministerstwo było bardzo dumne z faktu, że nabywców znalazło się sto kilkadziesiąt tysięcy. Tylko że większość z nich kupowała akcje tych znanych, dobrze wypromowanych, wielkich przedsiębiorstw tylko po to, żeby je za chwilę sprzedać i uzyskać większy dochód, niż dałoby się osiągnąć z lokaty. Giełda była za to niezłym instrumentem prywatyzacji, pozwalała szybko sprzedać dużą ilość majątku państwowego za spore pieniądze. Można się oczywiście spierać, czy sprzedaż akcji spółek Skarbu Państwa zawsze ma sens – nie tylko ze względu na zachowanie nad nimi kontroli, ale także na dochody z dywidendy, dość spore w wielu przypadkach. Dywidendę czerpiemy latami, a akcje można sprzedać tylko raz.

A takie upowszechnienie własności poprzez akcje mogło się udać?

Nie było mowy o tym, żeby dużo ludzi na trwałe stało się inwestorami. Nawet jeśli ktoś dostanie świadectwa udziałowe czy jakiś pakiet akcji za kilka tysięcy złotych, to nie zmienia znacząco jego pozycji. Najprawdopodobniej je sprzeda, gdy będzie mógł zarobić kilkanaście procent, a nie zostanie na stałe inwestorem giełdowym. Tego się nie da zrobić z dnia na dzień – nawet w USA upowszechnienie akcjonariatu trwało wiele lat, i to w sytuacji trwałego wzrostu. Zasada, że na dłuższą metę na pewno się zarobi, naprawdę działała w latach 60. czy 70., więc i ludzie byli bardziej skłonni do inwestowania. Potem to się niestety zamieniło w metodę uzupełniania dochodów przy stagnacji płac. A do tego stały wzrost zamienił się w gwałtowne palpitacje, jakich doświadczamy w ostatnich latach.

Może więc dobrze, że w Polsce do nie doszło do upowszechniania akcjonariatu?

Na pewno dobrze, że gospodarka nie jest w Polsce uzależniona od giełdy. Negatywnym przykładem służy tu Wielka Brytania – po dezindustrializacji tego kraju, jaką de facto przeprowadzono za rządów Margaret Thatcher, rozrósł się niebywale tamtejszy sektor usług finansowych, który kojarzymy z londyńskim City.

Rozrósł się, a raczej narósł, bo to nowotwór, który zamiast służyć rozwojowi realnej gospodarki i tworzeniu miejsc pracy, służy jedynie samemu sobie – jego rozkwit nie przekłada się wcale na poziom życia zwykłych Brytyjczyków.

Do tego w rozrośniętym sektorze finansowym jest ogromne pole do manipulacji, często bezkarnych – jak w historii pewnego tradera tworzącego instrumenty finansowe, które Goldman Sachs wciskał swoim klientom, a on następnie prowadził nimi tzw. krótką sprzedaż. Sprawę wykryto, ale firma wykpiła się kilkuset milionami dolarów kary. Łatwo zapłacić, jeśli się najpierw zarobiło kilka miliardów.

W Polsce też robi się podobne przekręty?

Oczywiście nie na taką skalę, ale do manipulacji z pewnością dochodzi. Tyle że w białych rękawiczkach, w sposób wyrafinowany. To już nie jest trzech facetów kupujących od siebie nawzajem akcje paru spółek, żeby sztucznie podbić ich cenę – była taka afera w latach 90., tak zwana poznańska WIRR-ówka; dziś taki manewr każdy głupi by wykrył. Ale powtórzę – nasza giełda nie ma wystarczającej mocy, żeby zaszkodzić poważnie gospodarce realnej. Polska gospodarka nie zależy w wielkim stopniu od giełdy. I pewnie lepiej byłoby, gdyby dotyczyło to wszystkich gospodarek świata – ale bez jakiejś rewolucji trudno sobie to wyobrazić.

Piotr Kuczyński – analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion.

W Dzienniku Opinii regularnie ukazują sie jego felietony.

Czytaj także:

Jakub Majmurek: Odpieprzcie się od bankierów

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.