Gospodarka, Świat

Skąd wziąć „dobre” miejsca pracy?

Obecnie każda gospodarka na świecie dzieli się na segment zaawansowany, zazwyczaj zintegrowany globalnie i zatrudniający mniejszość siły roboczej, oraz segment o niskiej produktywności, który pochłania lwią część osób aktywnych zawodowo, często oferując im niskie pensje i złe warunki pracy. Jak na taki dualizm powinni zareagować politycy?


CAMBRIDGE. Na całym świecie głównym wyzwaniem w procesie budowania powszechnego dobrobytu jest stworzenie wystarczającej liczby „dobrych” miejsc pracy. Bez produktywnego, pewnego zatrudnienia dla większości siły roboczej danego kraju rozwój gospodarczy albo będzie w ogóle nieosiągalny, albo przyniesie korzyści wyłącznie niewielkiej mniejszości. Dobre miejsca pracy są dziś towarem deficytowym, a to osłabia zaufanie do elit politycznych i podsyca w wielu krajach nastroje autorytarne i nacjonalistyczne.

Bardziej opłaca się wynająć Polaka niż kupić robota

Definicja dobrego miejsca pracy oczywiście zależy od poziomu rozwoju gospodarczego danego kraju. Zazwyczaj chodzi o stabilne stanowisko w legalnym sektorze gospodarki, dające pracownikowi podstawowe gwarancje, takie jak bezpieczne warunki pracy, prawo do zbiorowych negocjacji i ochrona przed arbitralnym zwolnieniem. Powinno zapewniać dostęp do stylu życia co najmniej na poziomie klasy średniej według standardów danego kraju: zarobki powinny wystarczać na mieszkanie, żywność, transport, kształcenie i pokrycie innych kosztów związanych z posiadaniem rodziny, a nawet pozwalać co nieco zaoszczędzić.

Pojedyncze przedsiębiorstwa na całym świecie mogą zrobić bardzo dużo na rzecz poprawy warunków zatrudnienia. Duże firmy, które lepiej traktują swoich pracowników, oferują im wyższe pensje, większą autonomię i szerszy zakres odpowiedzialności, często w zamian mogą liczyć na mniejszą rotację, wyższe morale pracowników i wyższą produktywność. Zeynep Ton z MIT od dłuższego czasu przekonuje, że strategia tworzenia „dobrych miejsc pracy” może przynosić korzyści tak firmie, jak i pracownikom.

Biedronka blokuje strajk

Problem leży jednak głębiej i ma charakter strukturalny, wykraczający poza to, co firmy są w stanie osiągnąć własnymi siłami. Kraje rozwinięte i rozwijające się cierpią obecnie tak samo z powodu rosnącego niedopasowania struktury produkcji do struktury siły roboczej. Produkcja coraz częściej wymaga bowiem konkretnych umiejętności, natomiast większość pracowników jest słabo wykwalifikowana. Powstaje w ten sposób rozziew między rodzajem tworzonych miejsc pracy a profilem dostępnych w danym kraju pracowników.

Technologia i globalizacja zawiązały sojusz, który pogłębia tę przepaść, bowiem produkcja i usługi są coraz bardziej zautomatyzowane i ucyfrowione. Choć nowe technologie mogłyby w zasadzie ułatwiać życie nisko wykwalifikowanym pracownikom, w praktyce postęp technologiczny dotąd wiązał się z zastępowaniem pracy ludzkiej przez automaty. Ponadto globalny handel i przepływy inwestycji, a w szczególności globalne łańcuchy wartości doprowadziły do homogenizacji technik produkcyjnych na świecie. Sprawia to, że biedniejszym krajom trudno jest konkurować na światowych rynkach bez stosowania technik wymagających dużych nakładów kapitału i konkretnych umiejętności, tak jak to ma miejsce w zaawansowanych gospodarkach.

Strajk nauczycielski

czytaj także

Strajk nauczycielski

Ola Hołubowicz

W efekcie dualizm gospodarczy się pogłębia. Obecnie każda gospodarka na świecie dzieli się na segment zaawansowany, zazwyczaj zintegrowany globalnie i zatrudniający mniejszość siły roboczej, oraz segment o niskiej produktywności, który pochłania lwią część osób aktywnych zawodowo, często oferując im niskie pensje i złe warunki pracy. Różny może być udział tych dwóch segmentów: w krajach rozwiniętych, co oczywiste, przeważają firmy o wysokiej wydajności. W sensie jakościowym sytuacja w bogatych i biednych krajach wygląda jednak dość podobnie i tworzy identyczne wzorce nierówności, wykluczenia i politycznej polaryzacji.

Logicznie rzecz biorąc, istnieją tylko trzy sposoby zmniejszenia rozziewu między strukturą produktywnych sektorów a siłą roboczą. Pierwsza strategia, ciesząca się sporym zainteresowaniem polityków, to inwestycje w podnoszenie kwalifikacji i szkolenia. Jeżeli większość pracowników, zakłada takie podejście, zdobędzie kwalifikacje i umiejętności wymagane w pracy z zaawansowanymi technologiami, ów dualizm prędzej czy później zniknie, ponieważ wysoko produktywne sektory rozrastają się kosztem pozostałych obszarów gospodarki.

Tego typu polityka budowania kapitału ludzkiego jest niewątpliwie ważna, jednak nawet jeśli się uda, jej skutki będzie można odczuć dopiero w przyszłości. Nie daje ona natomiast żadnego praktycznie remedium na obecne bolączki rynku pracy. Siły roboczej nie da się bowiem zmienić z dnia na dzień. Zresztą zawsze istnieje realne ryzyko, że technologia rozwinie się szybciej niż zdolność społeczeństwa do właściwego wykształcenia nowicjuszy na rynku pracy.

Druga strategia polega na tym, by przekonywać prężnie działające firmy do zatrudniania większej liczby niewykwalifikowanych pracowników. W krajach, gdzie rozdźwięk między kwalifikacjami a dostępnymi miejscami pracy nie jest zbyt duży, władze mogą (i powinny) zachęcać najlepsze firmy do zwiększenia zatrudnienia – albo bezpośrednio, albo za pośrednictwem ich lokalnych dostawców. Władze w krajach rozwiniętych mogą również wpływać na charakter innowacji technologicznych. Zbyt często bowiem dofinansowują kapitałochłonne technologie mające zastępować pracę człowieka, zamiast motywować do opracowywania innowacji o charakterze prospołecznym, prowadzących do ulepszania, a nie – zastępowania mniej wykwalifikowanych pracowników.

Klient słyszy twój uśmiech! Jak wyzyskuje call center

Tego typu podejście raczej nie poprawi jednak sytuacji w krajach rozwijających się. Tam największą przeszkodą pozostaje fakt, że istniejące technologie nie tworzą wystarczającej przestrzeni dla substytucji czynników produkcji: wykorzystania mniej wykwalifikowanej siły roboczej zamiast wykwalifikowanych profesjonalistów czy kapitału rzeczowego. Wyśrubowane standardy jakości wymagane w globalnych łańcuchach dostaw trudno spełnić, zastępując maszyny pracownikami fizycznymi. Dlatego właśnie globalnie zintegrowana produkcja nawet w tych krajach, gdzie pracowników jest pod dostatkiem, takich jak Indie czy Etiopia, opiera się na stosunkowo kapitałochłonnych metodach.

Z tego wynika poważne pytanie: co dalej z wieloma rozwijającymi się gospodarkami, począwszy od krajów o średnim poziomie dochodów, takich jak Meksyk czy RPA, aż po kraje o niskich dochodach, pokroju Etiopii? Standardowe rozwiązanie, czyli podnoszenie jakości placówek edukacyjnych, nie przyniesie szybkich korzyści, najbardziej zaś zaawansowane sektory gospodarki nie będą w stanie wchłonąć nadmiaru słabo wykwalifikowanych pracowników.

Bangladesz: Droga tania praca

czytaj także

Bangladesz: Droga tania praca

Sadika Akhter, Ruchira Tabassum Naved

Przecięcie tego węzła gordyjskiego może wymagać trzeciej strategii, której poświęca się chyba najmniej uwagi: wsparcia poziomu pośredniego działalności gospodarczej, czyli profesji pracochłonnych, ale dostępnych dla nisko wykwalifikowanej siły roboczej. Najlepszymi przykładami tego typu sektorów są turystyka i nietradycyjne rolnictwo. Zatrudnienie w sektorze publicznym (od budownictwa po usługi), pogardzane od lat przez ekspertów od rozwoju, to kolejny obszar, którym warto się zainteresować. Jednak wysiłki władz mogą iść znacznie dalej.

Tego rodzaju pośrednie typy aktywności gospodarczej, czyli zazwyczaj usługi niepodlegające wymianie handlowej z zagranicą, świadczone przez małe i średnie przedsiębiorstwa, nie należą do najbardziej produktywnych, dlatego też nie cieszą się szczególną uwagą w przygotowywanych politykach rozwoju przemysłu czy innowacji. Niemniej są w stanie stworzyć znacznie lepsze stanowiska pracy niż alternatywne propozycje w sektorze nieformalnym.

Listonosze protestują, a Poczta Polska twierdzi, że „funkcjonuje płynnie i bez zakłóceń”

Polityka władz w krajach rozwiniętych i rozwijających się zbyt często skupia się na dopingowaniu najbardziej zaawansowanych technologii i promowaniu najbardziej efektywnych firm. Jednak koszty społeczne i polityczne niewystarczającej oferty dobrych miejsc pracy dla klasy średniej są bardzo wysokie. Aby obniżyć te koszty, trzeba zmienić podejście, koncentrując się przede wszystkim na tworzeniu stanowisk pokrywających się z najbardziej rozpowszechnionymi typami umiejętności w danej gospodarce.

**
Copyright: Project Syndicate, 2019, www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

Bio

Dani Rodrik

| Uniwersytet Harvarda
Profesor Międzynarodowej Ekonomii Politycznej w John F. Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jest autorem książki „Straight Talk on Trade: Ideas for a Sane World Economy”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.