Piotr Kuczyński

Polexit jest możliwy, a euro nierealne

eu-stars

W Polsce utrwaliło się przekonanie, że UE to taki wspaniały bankomat, który płaci za nasze inwestycje i dopłaca rolnikom. Mało jest za to zrozumienia dla wielu liberalnych zasad, których przestrzegania Unia wymaga.

Po wyborach przewodniczącego Rady Europejskiej wygranych przez Donalda Tuska stosunkiem głosów 27:1, gdzie ten „1” to był głos rządu polskiego, rozgorzała dyskusja nad dwoma tematami – wejściem do strefy euro i Polexitem (wyjściem Polski z Unii Europejskiej). Obie sprawy mają zresztą ze sobą wiele wspólnego.

Obraz Polski w oczach inwestorów zagranicznych z pewnością się pogorszył, ale nie na tyle, żeby ich odstraszyć, co widać na rynku obligacji, gdzie rentowności od lutego spadają (ceny rosną), oraz na rynku walutowym, gdzie umacnia się złoty. Ważne będzie to, co będzie się działo w kolejnych miesiącach, a nawet latach. Jeśli napięte stosunki doprowadzą do zatrzymania napływu środków unijnych to negatywne reperkusje odczuje nie tylko giełda, ale również cała gospodarka.

Świat poznał prezesa

Zostawmy jednak ten scenariusz i przejdźmy do problemu złoty – euro. Wydawałoby się, że dyskusja nad przyjęciem euro nie ma najmniejszego znaczenia praktycznego – do 2021 roku (2019 wybory i 2 lata ewentualny okres przygotowawczy ERM2) do strefy euro z całą pewnością nie wejdziemy. A i potem to wcale nie jest pewne, bo trzeba mieć większość konstytucyjną, żeby usunąć złotego z Konstytucji i zastąpić go euro. Z tego zaś wynikałoby, że popieranie twardego jądra Unii Europejskiej i zachęcanie do wejścia do strefy euro jest jedynie polityczną demonstracją.

Tylko że nie jest to cała prawda. Na ten problem można spoglądać z dwóch różnych punktów widzenia – gospodarczego i politycznego. Z gospodarczego sytuacja jest (dla mnie) prosta – jeśli przyjmiemy euro, to w przypadku kryzysu zewnętrznego nie będziemy mieli możliwości obrony stopami procentowymi (ich obniżką) i kursem walutowym (osłabieniem złotego) – jedyną istotną zmienną pozostanie rynek pracy, czyli zwiększenie stopy bezrobocia. W latach 2008-2009 szybko słabnący złoty pomógł w zwiększeniu konkurencyjności naszego eksportu, co przyczyniło się do ograniczenia skutków kryzysu.

Owszem, prawdą jest, że osłabienie złotego nie było wywołane świadomym działaniem rządu / NBP. Zrobiło się samo, bo najbardziej traciły wtedy waluty krajów rozwijających się (w tym właśnie złoty). To nie znaczy jednak, że posiadanie własnej waluty, a co za tym idzie, własnej stopy procentowej i kursu walutowego nie jest wartościowym aktywem. To, że nie było świadomego osłabiania złotego, nie znaczy, że w przyszłości nie będzie można tego manewru zastosować.

Żeby zobaczyć, jak to działa, wystarczy spojrzeć na Japonię, gdzie od 2012 roku świadoma polityka rządu i Banku Japonii doprowadziła do potężnego osłabienie jena, w celu zwiększenie konkurencyjności gospodarki japońskiej. Mistrzami w tej grze są również Chiny, po cichu prowadzi też taką grę Europejski Bank Centralny, a przymierza się do tego administracja prezydenta Trumpa.

Niedopasowane gospodarczo państwa (o zbyt słabej gospodarce) drogo płacą za wejście do strefy euro – szczególnie chodzi o kraje południa Europy, ale kwalifikowałby się do tej grupy również Polska. W tej grupie brak możliwości dewaluacji własnej waluty może ograniczać wzrost gospodarczy, a tani kredyt (to przecież ECB ustala stopy procentowe) prowadzi do ekscesów kredytowych (jak np. w Hiszpanii) i / lub do potężnego zadłużania państwa (jak np. w Grecji). Mitem jest zaś to, że przyjęcie euro znacznie zwiększy inflację.

Niedopasowane gospodarczo państwa (o zbyt słabej gospodarce) drogo płacą za wejście do strefy euro – szczególnie chodzi o kraje południa Europy, ale kwalifikowałby się do tej grupy również Polska.

Skoro więc posiadanie własnej waluty jest takie korzystne (dlatego np. nigdy nie chciała euro Wielka Brytania, a opiera się Dania i Szwecja), to dlaczego w ogóle dyskutować o jej przyjęciu? Są powody polityczne. Od wielu lat byłem sceptykiem, jeśli chodzi o przyjęcie euro. Kierowałem się powodami opisanymi powyżej. Teraz jednak zaczynam mieć poważne wątpliwości i gdybym musiał wybierać, to zapewne wybrałbym euro. Oczywiście podjąłbym taką decyzję po wyborach we Francji i w Niemczech, czyli wtedy, kiedy kierunki polityczne Unii Europejskiej będą bardziej klarowne i kiedy ryzyko rozpadu Unii zostanie znacznie zredukowane.

Inaczej mówiąc, poświęciłbym przyszłe problemy rynku pracy (w razie kryzysu) na rzecz uczestniczenia w podejmowaniu decyzji rdzenia Unii Europejskiej. Zakładam bowiem, że ten rdzeń będzie podejmował decyzje mające na celu zwiększenie integracji. Takie działanie może owocować sukcesem, jeśli zacieśniania współpracy będzie powolne – tak wolne, żeby społeczeństwa się nie zbuntowały (bo społeczeństwa nie lubią gwałtownych zmian). Oczywiście twardym fundamentem w tym rdzeniu będzie euro. Zakładam, że strefa euro się zmieni (może wypadnie Grecja), ale przetrwa, a Polska będzie pozostawiona na uboczu.

Przedsiębiorcy chcą przyjęcia euro (58% badanych), bo to nie ich w razie wybuchu kryzysu najbardziej uderzy rezygnacja ze złotego. Oni mogą na tym nawet zyskać. To pracownicy wtedy najbardziej ucierpią, więc to przede wszystkim oni powinni decydować o przyjęciu euro, szczególnie, że jest ich o wiele więcej od przedsiębiorców, co w demokracji ma znaczenie.

Zwolennicy europejskiej waluty muszą mocno pracować nad tym, żeby Polaków przekonać do przyjęcia euro. Istnieje bowiem poważne zagrożenie, że wtedy, kiedy polityczne czynniki umożliwią wejście do strefy euro, społeczeństwo będzie nieprzygotowane do podjęcia takiej decyzji. Poza tym, jeśli nie uda się przekonać większości Polaków, to ugrupowania, które głoszą potrzebę przyjęcia euro, podczas wyborów drogo za to zapłacą. Podsumowując można powiedzieć, że obecnie nie jest ważne przyjęcie euro, bo do tego jeszcze jest bardzo daleko. Ważne jest postawienie sobie takiego celu i przekonywanie do niego Polaków.

Obecnie nie jest ważne przyjęcie euro, bo do tego jeszcze bardzo daleko. Ważne jest postawienie sobie takiego celu.

No dobrze, a jak podejść do problemu Polexitu? Mogę przyjąć zakład o to, że przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku pojawią się ugrupowania, które będą głosiły konieczność opuszczenia Unii Europejskiej. I proszę nie mówić, że nie ma na to szans, bo Polacy są bardzo prounijni. Są, ale twierdzę, że to się zmieni. Utrwaliło się przekonanie, że UE to taki wspaniały bankomat, który płaci za nasze inwestycje i dopłaca rolnikom. Mało jest za to zrozumienia dla wielu liberalnych zasad, których przestrzegania Unia wymaga.

Prawico, lewico, liberałowie, zrozumcie jedno: Unia Europejska jest wybawieniem

Komentatorzy twierdzą, że ugrupowaniem mówiącym o Polexicie będzie PiS. Ja w bieżącą politykę nie wchodzę, więc nie będę nikogo palcem wytykał. Powiem tylko, że grunt do głoszenia konieczności wyjścia Polski z UE będzie bardzo korzystny i Polexit popierać może zarówno istniejące ugrupowanie, jak i całkiem nowe, które dopiero się pojawi i zepchnie istniejące partie w kierunku swoich pozycji.

Dlaczego tak się stanie? Po 2020 roku (plus dwa lata na rozliczenie perspektywy budżetowej 2014-2020) Polska stanie się płatnikiem netto. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii dodatkowo ograniczy napływ do Polski środków spójnościowych (już mówi się o znacznym ograniczeniu tej kategorii środków w budżecie po 2020 roku). Zmniejszy się też średnia wartość PKB w UE, a to podwyższy udział Polski, obniżając alokację środków unijnych. Poza tym niechęć eurokratów do polskiego rządu zmniejszy chęć zasilania Polski takimi środkami. Może się też okazać, że znacznie ograniczone będą środki w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Niezwykle łatwo będzie twierdzić, że bycie w Unii Europejskiej Polsce już się nie opłaca.

Elity rozumieją, że Unia Europejska jest olbrzymią wartością. Jest gwarancją tego, że Polska znowu nie wpadnie między dwa wrogie państwa… Nic dziwnego, że elity będą za członkostwem w UE nawet wtedy, kiedy Polska będzie płatnikiem netto. Ale nie o nie będzie chodziło przeciwnikom Unii. Będzie chodziło o tych około 30% Polaków, którzy nigdzie nie wyjeżdżają i nie wyjadą, a europejskie swobody światopoglądowe są zagrożeniem dla ich poglądów i stylu życia. Do nich argument o dopłacaniu do Rumunii czy Bułgarii i o rządzeniu Polską przez twarde jądro UE będzie docierał i będzie decydował o tym, jak będą głosowali.

Czas ruszyć dupę i posłuchać obywateli

Skutki gospodarcze Polexitu byłyby opłakane. Oczywiście zwolennicy opuszczenia UE opowiadaliby bajki takie, jakie snuli przed referendum w sprawie Brexitu jego główni poplecznicy. Twierdzono by, że nic wielkiego się nie stanie, że nic Polsce nie grozi. To byłaby oczywista nieprawda. Nie wierzę, żeby wejście do strefy euro zapewniało nam bezpieczeństwo przed ewentualnym agresorem, ale opuszczenie UE takie zagrożenie z pewnością by zwiększyło. Prawdopodobieństwo agresji nie byłoby duże – zdecydowanie większe byłyby reperkusje gospodarcze.

Pozrywane więzi handlowe, wprowadzone cła, upadek naszego (teraz potężnego) sektora transportowego (bylibyśmy poza Schengen), upadek przyzwyczajonego do dopłat rolnictwa. Tak można bez końca kontynuować opowieść o tej tragedii. Gołym okiem widać, że nikt rozsądny nie powinien chcieć Polexitu. Obrzydzanie Unii (co ma przecież teraz miejsce) może jednak tak zmienić nastroje, że politycy nie będą tego chcieli, ale elektorat ich do tego zmusi.

I na koniec ostrzeżenie. Wielu obserwatorów sceny politycznej i polityków, z obu zresztą stron barykady, twierdzi , że nikt nie będzie chciał wyprowadzić Polski z Unii Europejskiej, że Polacy są bardzo prounijni, że to się po prostu nie uda. Rozumiem te wypowiedzi, ale twierdzę, że są bardzo szkodliwe. Taki zaklinanie rzeczywistości i usypianie zwolenników zjednoczonej Europy prowadzić będzie do braku sensownego i intensywnego procesu uczenia elektoratu, a to z pewnością srodze się zemści.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński
Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.
Zamknij