Kaja Puto

Nowa Europa Środkowa jest projektem nieudolnym

Przez lata kurzyła się w kącie inteligenckiego salonu. Wypełzła stamtąd w 2015 roku przy okazji kryzysu migracyjnego – nowa Europa Środkowa.

W 1988 roku w pałacu Queluz w Lizbonie odbyła się literacka konfa, która skończyła się w „New York Timesie” nagłówkiem Soviet bloc writers clash at the conference. Byli tam piewcy idei Europy Środkowej, byli Rosjanie, były ówczesne gwiazdy: Salman Rushdie, Susan Sontag czy Josif Brodski. Pożarli się ze sobą, rzecz jasna, piewcy i Rosjanie.

Ci pierwsi (m. in. Czesław Miłosz i György Konrád) mówili to, co zwykle: że są Zachodem porwanym przez Wschód, że w osiągnięciu wolnościowej entelechii przeszkadzają im tylko sowieckie czołgi, i że właściwie to są jeszcze bardziej zachodni niż Zachód, bo Zachód popadł w konsumpcjonizm, a Środek przechowuje prawdziwie europejskie wartości.

Poirytowani Rosjanie (Josif Brodski, Tatiana Tołstoj) zaczęli narzekać na „apologetyczny ton” i odcinanie się na siłę od Wschodu, tak jakby „źle było być wschodnim Europejczykiem”. Wasz projekt, wytykali, jest czysto symboliczny i nie ma pokrycia w rzeczywistości. Porzućcie, prosili, obwinianie nas – pisarzy – o czołgi, bo to nie my wam je wysłaliśmy. Zajmijcie się lepiej, radzili, literaturą, bo co wam zostało, skoro innej wolności nie macie (więcej o tej wiekopomnej konferencji można przeczytać w książce Europa Środkowa w tekstach i działaniach. Polskie i czeskie dyskusje Weroniki Parfianowicz-Vertun).

Zajmijcie się lepiej literaturą, bo co wam zostało, skoro innej wolności nie macie.

Uwagi te – fakt, momentami nieco protekcjonalne – rozsierdziły piewców idei Europy Środkowej. Europa Środkowa istnieje, bo nie jest Wschodnia i toczka. Adam Zagajewski cisnął Rosjanom, że z tą wolnością to jakieś „osobliwie rosyjskie spojrzenie na cywilizację”, i twierdził, że „na poziomie kultury Europa Środkowa jest być może mniej sztucznym tworem niż Związek Radziecki”.

Od tej konferencji minęło już prawie trzydzieści lat i właściwie dopiero dziś można przyznać Zagajewskiemu rację: Europa Środkowa istnieje, choć nie taka, jakiej chciał Zagajewski (i tylko ze Związkiem Radzieckim nie miał racji). Przez lata kurzyła się w kącie inteligenckiego salonu, z rzadka stamtąd wywlekana przez garstkę akademików i pisarzy. Wypełzła stamtąd w 2015 roku przy okazji kryzysu migracyjnego w postaci swojej własnej karykatury. Wypełzła i buduje mury, zasłaniając się chrześcijańskimi wartościami.

Przez ostatnie ćwierć wieku było mniej więcej tak: Polska, Czechy, Słowacja i Węgry miały się nawzajem gdzieś. W najntisach miały niby wspólny cel – dołączenie do NATO i UE – ale nie oglądały się specjalnie na siebie. Każdy kraj z osobna próbował przed Europą pokazać się jako bardziej europejski, bardziej przetransformowany, bardziej rozwinięty niż pozostałe. Po 2004 roku – kiedy spełnił się europejski sen – było jeszcze gorzej. Czworokąt Wyszehradzki jako sojusz polityczny nie nadawał się do niczego. I nawet nad Balaton nikt już nie jeździł: przedstawiciele nowo powstałej polskiej, czeskiej, słowackiej i węgierskiej średniej klasy spotykali się co najwyżej w czarterach na wczasy last minute. Albo w wyoutsourcowanych zachodnich korpo.

W 2015 roku znów się spotkali: na marszach nienawiści do uchodźców. Atakowali ich w tych samych miejscach, z których sami parędziesiąt lat temu uciekali. To właśnie z budapesztańskiego dworca Keleti wypełzła stara–nowa Europa Środkowa.

Ksenofobia ukąsiła nawet dawnych piewców idei Europy Środkowej: György’a Konráda czy Imre Kertésza – niestrudzonych wrogów muru berlińskiego, cenionych intelektualistów, ocalałych z Holocaustu. „Musimy bronić granic Schengen przed tym tsunami”, mówił ten pierwszy i dodawał, że „mury to tylko mury”, powołując się na przykład Izraela, Meksyku czy muru chińskiego. „Muzułmanie zalewają, najeżdżają i niszczą Europę” – ostrzegał ten drugi w swojej ostatniej książce. Żeby było jasne: nie chodzi o to, że o problemach niesionych przez migrację nie przystoi rozmawiać. Chodzi o język nienawiści.

Make Slavs Great Again

Ale ksenofobia czy hipokryzja to tylko początek nowej Europy Środkowej. Krzepnące reżimy Polski i Węgier idą ramię w ramię w planowaniu „kulturowej kontrrewolucji” á la Kreml. Koniec z zachodnimi wartościami, na szafot z ciemnoskórym gejem w maseczce przeciwsmogowej. Baby do kuchni, literaci do piór, a smog trzeba wdychać, jak wdychali dziadowie: praszczaj, zepsuta Europo!

Ten projekt się dopiero tworzy: Czechy, Chorwacja czy Rumunia nie są (jeszcze?) przekonane do wielu jego elementów, choć wiele już łyknęły. Ale to nieważne: niespójność zawsze była nieodłączną cechą Europy Środkowej. Kompleksy mieszały się w niej z aspiracjami, bezsilność świadka z histerią ofiary, marzenie o nowoczesności ze strachem. A co do kulturowej kontrrewolucji… Czy w Europie Środkowej była jakaś kulturowa rewolucja?

Baby do kuchni, literaci do piór, a smog trzeba wdychać, jak wdychali dziadowie: praszczaj, zepsuta Europo!

W tym szaleństwie nie ma metody: nowa Europa Środkowa wciąż jest projektem nieudolnym w perspektywie polityki międzynarodowej. Choć przeklęty 2016 był rządom poszczególnych jej krajów ideologicznie na rękę, to jednak koniec końców Brexity, Trumpy i hybrydowe wojny Kremla przynoszą im też realne zagrożenia. Ale Europa Środkowa wie, że z żadnym realnym zagrożeniem poradzić sobie nigdy nie mogła i nie może. Może za to co najwyżej patrzeć, co geopolityka wyprawia nad jej głową, a potem zająć wygodną pozycję moralnego zwycięzcy.

Póki co skupia się na sztandarach, które z Trumpów się cieszą. Wszystko jest na nich tak, jak było, tylko na odwrót. Jest niespójność, jest krnąbrność, są mrzonki o środkowoeuropejskim sojuszu (przy czym każdy kraj chciałby być jego przywódcą). Sztandary nie mówią już „jesteśmy Europejczykami”, ale „nie jesteśmy Europejczykami”. Rolę Moskwy w zbiorowej wyobraźni zastąpiła Bruksela, Stalina – Angela Merkel, kolaborantów – NGO-sy zajmujące się prawami człowieka.

Zachód porwany przez Wschód wrzeszczy więc dzisiaj, że jest Wschodem porwanym przez Zachód (to znaczy niedokładnie tak wrzeszczy, bo słowo „Wschód” wciąż objęte jest tabu, więc wymyśla, a raczej zapożycza z kremlowskiej ideologii russkiego mira, synekdochy: tradycyjna rodzina, chrześcijańskie wartości, mówienie, jak jest). Wrzeszczy, że w osiągnięciu prawdziwej wolności przeszkadzają mu tylko unijne struktury. I że jest bardziej wschodni (tradycyjny, chrześcijański) niż Wschód, bo Putin to dyktator mimo wszystko zły, a środkowoeuropejscy dyktatorkowie są dobrzy.

I tak się buja to chimeryczne, środkowoeuropejskie wahadło. Niezależnie od tego, po której akurat znajduje się stronie, ma jeden cel: ukryć przed jej obywatelami, że nie mają znaczenia.

Jeśli „New York Times” przetrwa jeszcze parę lat z Trumpem, być może opublikuje kiedyś artykuł, w którym European writers don’t clash at the conference. Pisarze z Europy Środkowej – ci prawilni, oddelegowani z ministerstw kultury – będą mówili to, co wyżej. Zdziesiątkowani i osłabieni falą populizmu w Europie Zachodniej intelektualiści nie będą się spierać, jak niegdyś Rosjanie. Będą ze zrozumieniem kiwać poprawnymi politycznie głowami i zastanawiać się, czy z ewolucji Europy Środkowej dało się wyciągnąć jakieś lekcje, zanim i do Europy przyszły ciemne czasy.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kaja Puto
Kaja Puto
Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.
Zamknij