Felieton

Lewica ma się z czego cieszyć

Fot. Monika Bryk

Oczywiście, patrząc z europejskiego punktu widzenia, lewicowy wyborca i tak ma do wyboru niemal same różne odcienie prawicy. Polska scena polityczna stała się jednak w ciągu tych pięciu lat bardziej świadoma globalnych wyzwań, otwarta na solidarność społeczną i po części progresywna. Tym bardziej chciałabym, żeby przed drugą turą Rafał Trzaskowski wyjaśnił, czym jest ta „nowa solidarność”, która pojawia się w jego programie, i wyciągnął w stronę lewicy rękę.


To już prawie pewne: Robert Biedroń zdobędzie wynik dużo słabszy od oczekiwań rozbudzonych po dobrym wyniku Lewicy w wyborach parlamentarnych. Jeszcze parę tygodni temu ścigał się o miejsce w peletonie z Krzysztofem Bosakiem, a teraz wszystko wskazuje na to, że kandydat Konfederacji zdobędzie co najmniej dwa razy głosów więcej.

To zła wiadomość, bo wyborcy Konfederacji są najbardziej podzieleni, jeśli chodzi o preferencje w drugiej turze, do której najprawdopodobniej staną Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Oznacza to, że to właśnie o tego wyborcę – konserwatywnego obyczajowo i liberalnego gospodarczo – będzie toczyć się druga, z pewnością niesmaczna dla lewaków i lewaczek część kampanii wyborczej.

List Roberta Biedronia do wyborców Lewicy: Zagłosujmy sercem i przekonaniami

Zostawmy już, czy winę za słaby wynik Biedronia ponosi jego brak energii, ubiegłoroczne nadwyrężenie zaufania wyborców, podziały w klubie Lewicy, wystawienie przez Platformę progresywniejszego niż zwykle kandydata czy oczka puszczane nam przez Szymona Hołownię w kampanii. Z pewnością elektorat Lewicy nie zniknął – po prostu się podzielił. Jak wynika z sondażu IPSOS dla OKO.press, między tych trzech kandydatów, spośród których pozycja Biedronia jest zaskakująco słaba.

A jednak jest lepiej

Nie oznacza to jednak, że lewica – mam tu na myśli nie tylko klub parlamentarny, ale i wyborców – powinna oddać się rytualnym utyskiwaniom na polaryzację, po czym się rozejść. W porównaniu z ostatnimi wyborami prezydenckimi jest w dużo lepszej sytuacji – i to nie tylko dlatego, że wtedy do wyboru była Magdalena Ogórek.

Polska scena polityczna stała się bowiem w ciągu tych pięciu lat bardziej świadoma globalnych wyzwań, otwarta na solidarność społeczną i po części progresywna. To zasługa Lewicy (w tym szczególnie partii Razem, której udało się wrzucić do liberalnej debaty kilka niedostrzeganych wcześniej tematów) i aktywistów, nowych mediów internetowych (przecież jeszcze parę lat temu liczyło się tylko – o zgrozo – TVP i TVN!) i – pewnie najbardziej – PiS-u. PiS-u nie tylko dlatego, że pod jego rządami zerwano z transformacyjną retoryką zaciskania pasa – również dlatego, że wali w progresywne wartości tak boleśnie, że twardy elektorat PO – dotąd raczej konserwatywny obyczajowo – zaczął łazić na Parady Równości, dostrzegać syf w Kościele itd.

Bilewicz: Nagonka na osoby LGBT ma zasłonić szemrane interesy ministra Szumowskiego

Jak zwykle przed wyborami machnęłam sobie Latarnika Wyborczego – co i Wam polecam, żebyście mieli pewność, że głosujecie nie tylko zgodnie z sercem, ale i rozumem. W normalnych warunkach wyborcom, którym nie chce się czytać programów, służy do tego telewizyjna debata prezydencka. Warunków jednak nie mamy normalnych – bo z debaty TVP można było się co najwyżej dowiedzieć, gdzie się powinny odbywać przygotowania do komunii – więc dobre i to.

Po otrzymaniu wyniku testu warto zerknąć w komentarze poszczególnych sztabów, bo czasem odpowiadają „tak”, a w komentarzu argumentują za czymś zgoła przeciwnym. Pamiętajmy też, że są to obietnice w większości bez pokrycia w obliczu słabych kompetencji prezydenta – ale w tych wyborach nie chodzi o prezydenta, tylko o kierunek, w jakim podążać ma Polska PiS. Tak czy inaczej, ja zerknęłam i jestem pozytywnie zaskoczona (choć bez przesady). No bo tak:

Po pierwsze – kryzys klimatyczny na dobre zaistniał w polskiej świadomości politycznej. Nikt w komentarzach nie neguje konieczności dbania o środowisko ani antropogenicznego charakteru efektu cieplarnianego – co np. w amerykańskiej debacie jest normą. Chociaż większość kandydatów nie akceptuje ambitnego celu odejścia od węgla do 2035 roku, większość komentarzy – w tym te od szurskiego planktonu! – zawiera słowa klucze: miks energetyczny, czyste technologie, klimat. Nikt nie wyklucza też możliwości budowy elektrowni atomowych.

Po co lewicy te wybory?

Po drugie – zaskakująco niski poziom szurii panuje w odpowiedziach dotyczących polityki zagranicznej, migracji i bezpieczeństwa. Nikt nie zgodził się ze stwierdzeniem, że USA powinno być głównym partnerem zagranicznym Polski (w komentarzach najczęściej wskazuje się na konieczność współpracy na poziomie europejskim); niewielu entuzjastów znalazł też postulat zwiększenia podatków na obronność. Większość kandydatów zgadza się też na zwiększenie liczby migrantów zarobkowych, co w 2015 roku wydawało się politycznym samobójstwem.

Po trzecie – pod kilkoma względami wygląda na to, że wolnorynkowe dogmaty z czasów transformacji dogasają. Wśród kandydatów panuje dość wyraźny konsensus dotyczący konieczności wprowadzenia podatku od cyfrowych gigantów (zgadza się z tym nawet Marek Jakubiak!), dostrzega się konieczność wprowadzenia wcześniejszych emerytur dla osób, które przepracowały większą liczbę lat. Niestety za podwyższeniem podatków dla najbogatszych opowiada się tylko Szymon Hołownia i Waldemar Witkowski (Biedroń jest za, a nawet przeciw). Nie ma też chętnych na podniesienie płacy minimalnej – bo została niedawno podniesiona i bo koronakryzys.

Mucha, komunia i ciarki żenady, czyli co zapamiętamy z debaty prezydenckiej

Po czwarte – prawie wszyscy (poza Markiem Jakubiakiem) kandydaci zgadzają się co do tego, że wzmocnić należy rolę samorządów. Jakiekolwiek intencje im przyświecają, im więcej decentralizacji i władzy bliżej ludzi, tym lepiej dla lewicy (i Polski ogarniętej polsko-polską wojną). Co prawda kandydaci trochę się w tej decentralizacji zapędzili (prawie wszyscy twierdzą, że szkoły powinny mieć większą swobodę w programie nauczania), ale po komentarzach można wywnioskować, że nie zrozumieli pytania. Albo że ja go nie rozumiem – bo w mojej interpretacji to prosta droga do pogłębienia nierówności.

Po piąte – większość kandydatów (wszyscy poza Krzysztofem Bosakiem, Stanisławem Żółtkiem i Mirosławem Piotrowskim) zgadza się co do tego, że wpływ hierarchów kościelnych na życie publiczne powinien być mniejszy. O tym również dekadę temu mogliśmy pomarzyć. Niestety w pozostałych sprawach „obyczajowych” – np. aborcja czy małżeństwa homoseksualne – kandydaci twardo – i wbrew badaniom opinii publicznej, które pokazują jednoznaczną liberalizację polskiego społeczeństwa – stoją na konserwatywnych pozycjach. Może dlatego, że prawie wszyscy są heteroseksualnymi facetami. Na szczęście wyborcy są nieco bardziej zróżnicowani – i jak wynika z cytowanego wcześniej sondażu, prawica (każda) jeszcze się na tym trzymaniu perspektywy mafii siurków przejedzie.

Kampania bez pracowników

Oczywiście, patrząc z europejskiego punktu widzenia, lewicowy wyborca i tak ma do wyboru niemal same różne odcienie prawicy – w skali polskiej zmienia się jednak wiele, zarówno w kwestiach ekonomicznych, jak i obyczajowych. Doceńmy to, zamiast porównywać się do Szwecji – bo tamtejsze społeczeństwo w ostatnich dekadach nie przeżyło tylu gwałtownych zmian, finansowych traum i nie miało powodów do niskiego zaufania tak społecznego, jak do instytucji państwowych.

Druga tura

Aha, ważne: na odpowiedzi Latarnika Wyborczego nie udzieliły odpowiedzi dwa sztaby: Andrzeja Dudy i Rafała Trzaskowskiego. Z politycznego punktu widzenia rozumiem to: panowie przygotowują się do drugiej tury, czyli starają się jak najmniej powiedzieć, żeby nikogo nie zniechęcić. Ale jako obywatelka, która od swoich pierwszych wyborów skazana jest na duopol PO-PiS, czuję się tą postawą poirytowana. Skoro innego wyboru nie mam, chciałabym chociaż wiedzieć, na co głosuję i z czego moich kandydatów rozliczać.

Jaki będzie wynik wyborów? To ruletka epidemiczno-emocjonalna

Nie zagłosuję w drugiej turze na Dudę, bo po pięciu latach jego prezydentury wiem, czego się po nim spodziewać – niezależnie od obietnic wyborczych. Ale jeśli alternatywą będzie – jak zwykle – kandydat PO, to przed oddaniem głosu bardzo chciałabym się dowiedzieć, czym jest zapowiedziana w opublikowanym dzień przed ciszą wyborczą (!) programie „nowa solidarność”.

Chciałabym też, żeby to było coś więcej niż „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”, co można wywnioskować z wypowiedzi 4 czerwca w Gdańsku oraz wywiadu opublikowanego dziś w „Gazecie Wyborczej”. Na pytanie o przyciąganie lewicowego wyborcy Trzaskowski odpowiada, że gdy spojrzy on na niego i Andrzeja Dudę „pod kątem równości, dzielenia Polek i Polaków, to zobaczy wielką różnicę”. Z kolei z części jego programu dotyczącej polityki rodzinnej wynika, że kandydat wreszcie docenił tę uprawianą przez PiS. Szkoda tylko, że jego sztandarową obietnicą jest jedynie… jej utrzymanie. Jeśli Lewica ma znieść umizgi Trzaskowskiego do wyborców Konfederacji, musi w dalszej kampanii zobaczyć ze strony kandydata PO rękę wyciągniętą również w swoją stronę.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.