Felieton

Śpiewak komisarzem w Warszawie? Czyli co wygrana Trzaskowskiego może dać lewicy

Fot. Monika Bryk

Tłumaczenie, że klincz między rządem PiS a prezydentem PO nie jest szansą dla obecnej parlamentarnej Lewicy, jest zamykaniem się na rzeczywistość. Ale zdaje się, że na lewicy to ostatnio dość modne, czego dowodem jest wynik Roberta Biedronia.

Z najbliższymi wyborami jest trochę jak z klikaniem w pilota przy oglądaniu seriali. Głosowanie na Dudę to głos na serial już znany, tyle że z nowym sezonem. Niektórzy – na przykład ja – twierdzą, że drugi sezon będzie bardziej nudny niż straszny. Inni krzyczą, że będzie bardziej krwawy, a główny bohater z kolegami zaczną dociskać śrubę. Tak czy inaczej dla Lewicy serial będzie jednak wciąż taki sam, albowiem Lewica nadal odgrywać będzie w nim rolę widza, który może tylko patrzeć na innych aktorów i mniej lub bardziej im kibicować albo ich przeklinać.

Stawką w drugiej turze jest… podmiotowość lewicy

W przypadku wygranej Trzaskowskiego będzie inaczej. To już całkiem nowy serial, z nowym bohaterem i całkiem innym ustawieniem akcji. Poniekąd to serial interaktywny: Lewica może zacząć odgrywać w nim pewną rolę, a nawet pokusić się o rozpisywanie niektórych scenek. Warto się więc temu przyjrzeć, również dlatego, że być może to ostatni moment na taką analizę.

W przypadku Trzaskowskiego na pierwszy ogień pójdą oczywiście wybory w Warszawie. Ale zanim się one odbędą, Warszawa dostanie komisarza od PiS-u. I to nie od zwykłego PiS-u, ale PiS-u dyszącego żądzą zemsty za porażkę. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby takim komisarzem został Jan Śpiewak. Nie, nie dlatego, że Śpiewak ma jakąś sztamę z PiS-em, w końcu procesuje się również z PiS-owcami uwikłanymi w reprywatyzację. Ale dlatego, że nic tak Platformy nie wścieknie, jak komisarz Śpiewak z dostępem do wszystkich kwitów i tajemnic stołecznego ratusza.

Mina warszawskich polityków na wieść, że to Śpiewak dostaje klucze, jest godna dobrej sceny oglądanej z gorącym popcornem. Nawet jeśli nie byłby to Śpiewak, trudno sobie wyobrazić, żeby PiS kwitami nie grał i ich nie ujawnił. I to jest dla Lewicy plus numer 1. Oczywiście kluczowe byłyby wybory na prezydenta Warszawy. Jeśli PO wystawiłaby klienta ponadpartyjnego, lubianego w Warszawie, to raczej byłoby po zawodach. Ale oni do tego zdolni raczej nie są, więc wystawią partyjniaka.

A wtedy można o stolicę zawalczyć, jeśli nie własnym Zandbergiem, to np. wspólnym kandydatem razem z Hołownią, któremu sukcesy w PO będą nie w smak. Przejęcie chociaż części władzy w stolicy dałoby bowiem lewicy siłę sprawczą, którą pokazałaby, że inna polityka jest naprawdę możliwa. W ostateczności, nawet przy przegranej, relatywnie wysoki wynik wyborczy np.  Zandberga zmyłby koszmarny rezultat Biedronia. Słowem: lewica dostałaby kolejną szansę.

W przypadku wygranej Trzaskowskiego na drugi ogień idą sądy i trybunały. Od dawna powtarzam, że piekło kobiet będzie pogłębiane nie przez antykobiece ustawodawstwo, ale przez antykobiecy wymiar sprawiedliwości. Od kopania kobiet na wiecu przez uczestników Marszu Niepodległości, umorzone przez ziobrowską prokuraturę, poprzez zastraszanie i pokazowe rozbieranie do naga na policji, po orzecznictwo sądowe – wszystko to pokazuje, gdzie jest największe zagrożenie.

Zresztą wszyscy wiemy, że zaostrzenie zakazu aborcji wisi w partyjnym Trybunale Konstytucyjnym i wróci, kiedy tylko Kaczyński pstryknie palcem. Ordo Iuris doskonale to rozumie, więc nieprzypadkowo pchają się nie do legislacji, ale przede wszystkim do sądów. Bo oni nawet od Kaczyńskiego zależni nie będą. Chcą przejąć sądy i trybunały, a tu jesienią ma być pełny zaciąg do Sadu Najwyższego. Trzaskowski ma szansę to zablokować.


Dla Lewicy równie ważne jest jednak nie tylko zatrzymanie fundamentalistów religijnych, ale także delegowanie prawników podzielających lewicowe wartości. A więc np. takich, którzy na reprywatyzację spojrzą nie przez pryzmat prawa własności, ale konstytucyjnych praw człowieka. Kiedyś, za tych strasznych libków, było bowiem tak, że kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego zgłaszać mogły, o zgrozo, także kluby opozycyjne. I tak np. do Trybunału z rekomendacji SLD trafił sędzia Andrzej Wróbel. Słowem, klincz między Trzaskowskim a PiS-em mógłby skutkować wyłonionym w krwawych bojach konsensusem co do pluralistycznej obsady TK. Naprawdę nie chcielibyśmy tam choćby Adama Bodnara?

Ktoś powie, że Trzaskowski nic by Lewicy dać nie musiał i sam by się dogadał z PiS. Owszem, to prawda, ale tylko w części. Otóż zdradzę wam sekret, Lewica już dawno jest w koalicji z PO. To koalicja w Senacie. Tak, w tym Senacie, co to uratował majowe wybory i co to zgłasza kolejne wrażliwe społecznie poprawki, które wrażliwy społecznie PiS wyrzuca do śmieci. A większość w Senacie chwiejna, więc odsuwanie Lewicy mogłoby dla PO skończyć się przykrymi incydentami, gdy, dziwnym trafem, lewicowi senatorowie nie przyjdą na kolejne głosowania.

Po pseudodebatach: dwóch kandydatów, dwa światy i dwie Polski

W przypadku wygranej Trzaskowskiego na trzeci ogień idzie prezydenckie weto. W dużym uproszczeniu Trzaskowski wetować może wrażliwie społecznie bądź wetować neolibkowo. Osobiście uważam, że robiłby jedno i drugie, bez względu na poglądy. A to dlatego, że planem PO jest upodobnienie swojego programu do programu PiS. Neoficka miłość do transferów socjalnych połączona z krzyczeniem jak Morawiecki, że podatków władza nie podniesie, jest tym wzorcem, do którego szusuje PO.

Tyle że jeśli Trzaskowski zawetuje wrażliwie społecznie, to PiS niekoniecznie znajdzie większość do odrzucenia weta. PO wbrew Trzaskowskiemu przecież nie zagłosuje, więc PiS musi mieć Konfederację i wszystkich z PSL. A o to może być trudno, bo PSL to główny rywal PiS na wsi. Jeśli zaś Trzaskowski zawetuje neolibkowo, to PiS razem z Lewicą weto przegłosują bez żadnego problemu.

Bosak może się chełpić, że jest trzecią siłą polityczną w Polsce, ale póki co Lewica ma 49 szabel, a Bosak – ledwie 11. Więc języczkiem u wagi Konfederacja raczej by nie była. Byłaby nią Lewica. Rzecz jasna, pomoc PiS-owi przy wecie nie powinna być za darmo, ale chociażby za lewicowe poprawki w innych ustawach bądź w zamian za całe ustawy. Paradoksalnie dopiero pod berłem Trzaskowskiego możliwy jest ten taktyczny i chwilowy sojusz PiS z Lewicą, bo PiS zostanie do niego po prostu zmuszony arytmetyką sejmową. Na miejscu Rafała Wosia serio rozważyłbym głos na swojego imiennika.

Wreszcie, w przypadku wygranej Trzaskowskiego powstaje pytanie, jak będzie wyglądała scena polityczna w wyborach w 2023 roku. Niedawno Bartosz Migas pokusił się o taką analizę, według której istnieje wysokie prawdopodobieństwo sojuszu PO i Konfederacji na bazie wspólnych wolnorynkowych idei, co ma spowodować rządy faszystów w Polsce.

Problem z tą analizą tkwi jednak w jej założeniu. Otóż żeby tak się stało, do Sejmu w 2023 roku musiałyby się dostać jedynie trzy obozy polityczne: niemający większości PiS z przystawkami oraz PO z przystawkami i właśnie Konfederacja. Taki scenariusz jest jednak bardzo, ale to bardzo mało prawdopodobny. Jest raczej jasne, że do Sejmu wejdzie też PSL, wejdzie Lewica i być może Hołownia, wszak próg wynosi tylko 5% i nikt nie będzie ryzykował startu w koalicji. W takim przypadku Migas musiałby nas jeszcze przekonać, że łatwiej jest utworzyć koalicję PO-PSL-Konfederacja-Lewica i być może jeszcze Hołownia i że taka koalicja miałaby wspólny program, rzecz jasna program skrajnie wolnorynkowy.

No cóż, ja nawet rozumiem, że wizja sojuszu liberałów z Konfederacją dobrze wpisuje się w ukochane na lewicy metafory weimarskich Niemiec, ale arytmetyka jest tutaj raczej jasna. I sto razy szybciej (mający poparcie co najmniej 7 milionów) PiS dogada się z PSL-em albo z Konfederacją, niż twórcy tej egzotycznej koalicji namówią Zandberga, by zrobił rząd z Grzegorzem Braunem. Dlatego w roku 2023 weto Trzaskowskiego będzie miało przeogromne znaczenie.

Między dżumą, cholerą a niedźwiedziem

Można oczywiście twierdzić, że mamy jakiś homofobiczny remis, chociaż po ostatniej poprawce konstytucyjnej Dudy śmiem twierdzić, że nie mamy. Można twierdzić, że mamy jakiś brunatny remis, ale po Andruszkiewiczu w rządzie uważam, że raczej nie mamy. Ale tłumaczenie, że klincz między rządem PiS a prezydentem PO nie jest szansą dla obecnej parlamentarnej Lewicy, jest zamykaniem się na rzeczywistość. Choć zdaje się, że na lewicy to ostatnio dość modne, czego dowodem jest wynik Roberta Biedronia.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.