Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Lekarz musi mówić po polsku. To nie atak ani dyskryminacja

Medycyna to nie tylko tabletki i zabiegi. Trzeba pacjentowi dać poczucie bezpieczeństwa w momencie, który dla niego często jest jednym z najtrudniejszych w życiu. Lekarz nie może gestami pokazywać, co pacjent ma zrobić – mówi Maria, polsko-ukraińska lekarka anestezjolożka.

ObserwujObserwujesz
Anestezjolog widziany z perspektywy pacjenta, nakładający mu na twarz maskę z gazem anestetycznym
1
Walka

Paweł Jędral: Jak się zostaje lekarką, a później anestezjolożką?

Maria (nazwisko do wiadomości redakcji): Już jako piętnasto-, szesnastolatka wiedziałam, że chcę iść na medycynę. Po prostu czułam, że praca w szpitalu, z ludźmi i dla ludzi, jest czymś dla mnie. Anestezjologię wybrałam później, na stażu podyplomowym. Wydała mi się bardzo różnorodna: możesz pracować na bloku operacyjnym, na intensywnej terapii, a jednocześnie łączy ona farmakologię, fizykę i biologię. Wszystko skupia się tu i teraz, na jednym pacjencie. To było dla mnie fascynujące.

Anestezjolog często spotyka ludzi w krytycznych momentach życia. Jak to na ciebie wpływa?

Bywa ciężko. Jestem w zawodzie od 15 lat, dziś głównie pracuję z dziećmi. Znieczulam zarówno do prostych zabiegów stomatologicznych, jak i do bardzo poważnych operacji. Nawet jeśli pacjent jest zdrowy, samo znieczulenie jest trudnym doświadczeniem. To kwestia zaufania: podajesz leki, po których człowiek całkowicie oddaje się w ręce zespołu medycznego, często straci świadomość i nie będzie wiedział, co się z nim dzieje.

Anestezjolog dba nie tylko o bezpieczeństwo, ale też o komfort, prywatność i spokój pacjenta. To oczywiście mniej ważne niż ratowanie życia, ale nadal bardzo istotne. Każdy pacjent trafia do nas w trudnym momencie, bo coś – może choroba, może ból – zmusiło go do pojawienia się w szpitalu czy gabinecie. Czasami przejawia się to złością albo strachem. A ponieważ jakąś częścią mojej pracy jest komunikacja, to tego bólu, złości czy strachu się nie ignoruje, ma się z nim kontakt.

Czytaj także Polska wymiera, a problemy NFZ rosną w ekspresowym tempie Piotr Wójcik

Jak wygląda kontakt z pacjentem przed znieczuleniem?

Z pacjentem rozmawia się cały czas, chyba że jest nieprzytomny. Przy planowych operacjach dzień wcześniej tłumaczę, jak będzie wyglądało znieczulenie, i odpowiadam na pytania. Wyjaśniamy, jakie podamy leki, jakie mogą być odczucia.

Przy znieczuleniu ogólnym kontakt jest krótki, ale przy miejscowym pacjent bywa przytomny przez całą operację. Niektórzy chcą rozmawiać, inni słuchać muzyki, a czasem nawet oglądać zabieg. Część pacjentów chce, żeby im na bieżąco tłumaczyć, co się właśnie robi i dlaczego. To też forma wsparcia.

Z dziećmi wygląda to inaczej. Dziecko nie może świadomie wyrazić zgody, dlatego staramy się maksymalnie zmniejszyć stres. Najczęściej dzieci dostają premedykację, czyli leki, które je w jakiś sposób uspokoją przed właściwym znieczuleniem. Później naszym zadaniem jest jak najszybciej znieczulić dziecko, a po drodze po prostu je zabawiamy, próbujemy odwrócić jego uwagę – zabawkami, rozmową, śpiewaniem. Chodzi o to, żeby choć trochę złagodzić moment rozstania z rodzicami i wejścia na blok operacyjny.

Jak wyglądała twoja droga do medycyny w Polsce?

Zrobiłam ukraińską maturę, miałam dobry wynik i wiedziałam, że chcę zostać lekarką. Rozważałam studia w Kijowie i w Lublinie, ale w Kijowie moim rodzicom powiedziano wprost, że trzeba zapłacić łapówkę. W Polsce wystarczyło zdać polską maturę i dostać się zwyczajnie na studia, bez łapówek i kombinowania. Więc ją zdałam i wybrałam Lublin.

Moja babcia była Polką, często jeździliśmy do Polski, dlatego nie traktowałam tego jak wyjazdu do obcego kraju. Wybierałam raczej uczelnię niż państwo. Po dwóch latach przeniosłam się z Lublina do Warszawy, bo mieszkał tu mój tata. Po studiach zrobiłam staż, a później rozpoczęłam rezydenturę w Centrum Zdrowia Dziecka, bo chciałam pracować z dziećmi. To był jedyny ośrodek pediatryczny prowadzący szkolenie z anestezjologii i intensywnej terapii.

Skąd pochodzisz? Z zachodniej Ukrainy, Galicji?

Z Równego. Fajne miasto, nie za duże, ale też nie małe, chociaż w zasadzie zostawiłam je za sobą jako nastolatka i już zostałam w Polsce.

Dlaczego?

Bo już tu mieszkałam i nie myślałam o powrocie zaraz po studiach. Poza tym, o ile wiedziałam, polski dyplom nie był wtedy w pełni honorowany w Ukrainie. Ważny był też poziom medycyny i system specjalizacji – moim zdaniem w Polsce daje on większe możliwości nauki i rozwoju.

Jak wspominasz początki po przeprowadzce?

To było trochę tak, jakby ktoś wyjechał z Warszawy do Krakowa na studia. Z Równego do Lublina jest jakieś 250 czy 300 kilometrów. Znałam już polski, więc język nie był problemem. W Lublinie zamieszkałam w akademiku i szybko poznałam ludzi. Bardzo dobrze wspominam ten czas.

W gruncie rzeczy jesteś bardzo bliska polskiej kulturze. Jak chciałabyś, by o tobie mówiono? Polska Ukrainka, Polka pochodzenia ukraińskiego, czy po prostu polska lekarka, bez żadnego przymiotnika? Jak sama o sobie myślisz?

To bardzo trudne pytanie. Jestem Polką pracującą w Polsce, jestem obywatelką, ale jestem też Ukrainką, tam się urodziłam. Mówię po polsku, ale mówię też po ukraińsku; myślę po ukraińsku… a czasami po polsku. Uważam, że jestem jednym i drugim.

Czytaj także Czy uchodźca może zachować godność w kraju, który odmawia jej własnym obywatelom? Olena Babakova

Czym z twojej perspektywy różni się praca lekarza w Polsce i w Ukrainie? Co działa lepiej, co gorzej?

Nie pracowałam w Ukrainie, więc mogę mówić tylko o tym, co słyszałam. Moim zdaniem w Polsce zdecydowanie lepiej działa system kształcenia studentów i rezydentów. W Ukrainie – tak mi mówiono – duży problem stanowi korupcja na uczelniach.

Pamiętam historię znajomej ze szkoły, która studiowała w Kijowie. Była zaskoczona, że my na pierwszym roku musimy naprawdę intensywnie uczyć się anatomii. Ona mówiła wprost, że u nich część zaliczeń można było „załatwić” za 300 dolarów. To było dla mnie szokujące.

Różnica jest też w samej ścieżce zawodowej. W Polsce rezydentura trwa pięć, sześć lat, do uzyskania specjalizacji. W Ukrainie lekarz szybciej staje się specjalistą, ale moim zdaniem to za krótko, żeby zdobyć odpowiednie doświadczenie.

Z drugiej strony ukraińscy lekarze, tak samo jak Białorusini, często imponują praktycznością. Pracują w warunkach mniejszego dostępu do sprzętu, więc potrafią sobie radzić, robić rzeczy „z niczego”. Wynika to z niedoborów, ale ich zaradność jest naprawdę imponująca.

To trochę zahacza o doświadczenia wojenne. Pamiętam sytuację w szpitalu w Mariupolu, gdzie lekarze używali improwizowanego sprzętu. Myślisz, że polscy lekarze poradziliby sobie w takich warunkach?

Myślę, że w skrajnej sytuacji tak. Mamy bardzo dobrych chirurgów.

W jakich obszarach ukraińscy lekarze mają twoim zdaniem doświadczenie, którego może brakować w Polsce?

Na pewno w medycynie ratunkowej i „polowej”, także wojskowej. Moje pokolenie lekarzy w Polsce nie ma takich doświadczeń na co dzień.

U nas niektóre rzeczy, jak ręczna wentylacja czy szybkie improwizowanie sprzętu, nie są aż tak oczywiste w codziennej praktyce. A tam to bywało koniecznością. Niestety, to doświadczenie wynika z warunków, w jakich lekarze pracują. Wśród polskich lekarzy w moim wieku nie ma takich umiejętności. Oczywiście są polscy lekarze w wieku 60 lat, którzy sami umieli skręcić aparat do znieczulenia i wentylować ręcznie z butlą.

Czy pacjenci w Polsce zwracali uwagę na twoje pochodzenie? Komentowali to jakoś?

Tak, akcent pewnie słychać, szczególnie jak jestem zmęczona. Teraz jestem po dyżurze, więc pewnie bardziej się przebija, ale nie kontroluję tego i nie staram się go zmieniać.

Szczerze mówiąc, nigdy nie miałam z tego powodu problemów ani nieprzyjemnych sytuacji z pacjentami. Wręcz przeciwnie – jeśli ktoś wychwytuje akcent i pyta, skąd jestem, mówię, że z Ukrainy. Najczęściej reakcje są bardzo życzliwe. Zdarzają się komentarze w stylu „jesteśmy razem” czy „dobrze się wspierać”.

Z drugiej strony mój brat, który mieszka w Polsce tak samo długo jak ja, czasem słyszy różne komentarze – sugestie w stylu „jestem ciekaw, czy ci Ukraińcy, którzy dostają polskie obywatelstwo, naprawdę są teraz Polakami”. Może takie zaczepki częściej zdarzają się mężczyznom, bo to bardziej rywalizujące ze sobą środowisko? Na pewno znaczenie ma też to, że po mnie po prostu nie widać, że nie urodziłam się w Polsce. W przypadku osób o innym kolorze skóry ten odbiór jest zupełnie inny.

W Polsce widać różne podejścia do pracy i motywacji. Jak to twoim zdaniem wygląda w medycynie? Ty przyjechałaś do Polski m.in. dlatego, że nie trzeba było płacić łapówki i poziom studiów był wyższy. Ja z kolei znam osoby, które jechały do Ukrainy studiować stomatologię, bo było szybciej, taniej i łatwiej.

Tak, znam to też ze środowiska medycznego. Nie mówię, że to są źli lekarze – matura to tylko jeden egzamin i nie powinna definiować człowieka. Po prostu znam przypadki osób, które nie dostały się w Polsce, więc pojechały np. do Lwowa, żeby się dostać na studia – i zostały lekarzami.

Część z nich potem przenosiła się na uczelnie w Polsce albo kończyła studia tam i wracała, nostryfikując dyplom. Więc tak, można powiedzieć, że zdobycie dyplomu lekarza w Ukrainie bywa łatwiejsze niż w Polsce. Ale wielu lekarzy jest ambitniejszych albo woli studiować w Polsce z powodu mniejszych barier innego rodzaju.

Czytaj także Bezpieczeństwo lekowe to kwestia przetrwania. Potrzebujemy go tak samo jak schronów i rakiet Paweł Jędral

A jak patrzysz na polski system ochrony zdrowia? Co działa dobrze, a co wymaga zmiany?

Oho, to jest temat, z którego już nie wyjdziemy! Najtrudniejsze jest dla mnie to, że w debacie publicznej często pojawia się narracja, że NFZ „nie ma pieniędzy przez wysokie pensje/podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek”, jak gdyby problemem był personel medyczny. To jest bardzo krzywdzące i dla lekarzy, i dla pielęgniarek, i dla ratowników, bez których system nie działa.

Trudno mi też zaakceptować sposób myślenia, że szpital ma „zarabiać”. Szpital jest od leczenia pacjentów, nie od generowania zysku. W moim rozumieniu to instytucja, która z definicji wydaje pieniądze na opiekę zdrowotną – i nie powinno się tego oceniać jak biznesu.

Od znajomej lekarki pracującej na Śląsku słyszę, że w szpitalach zdarza się chaos organizacyjny – np. że pacjentów psychiatrycznych przenosi się na oddziały internistyczne i odwrotnie. Problemem są też oszczędności: szpitale nie zawsze mają dostęp do pełnego zakresu leków, więc leczenie bywa „częściowe” – np. pacjent psychiatryczny w trakcie hospitalizacji internistycznej nie dostaje pełnej farmakoterapii, tylko te leki, które akurat są. Więc problem internistyczny znika, ale psychiatryczny się pogłębia, zanikają efekty wcześniejszej terapii. Dla osób spoza systemu to jest szokujące. Tymczasem logika finansowa i zadłużenie placówek sprawiają, że dochodzi do takich ograniczeń.

Zgadzam się, ale to znów w dużej mierze kwestia finansowania. Pracowałam w kilku szpitalach dla dorosłych, teraz w Centrum Zdrowia Dziecka i częściowo w prywatnej praktyce. W CZD akurat tych problemów jest mniej, bo to dobrze finansowana placówka, jednak to prawda, że systemowo są duże braki.

I to nie jest tylko polski problem. Trafiają do nas na przykład dzieci z Wielkiej Brytanii, którym nie wykonano diagnostyki obrazowej. Były przez dłuższy czas leczone objawowo, np. paracetamolem – a finalnie okazuje się, że mają poważne choroby, w rodzaju guza mózgu. W Polsce takie dziecko byłoby zdiagnozowane i poddane leczeniu na dużo wcześniejszym etapie.

Natomiast w Polsce sytuacja się właśnie pogarsza. Ograniczenia w finansowaniu diagnostyki i profilaktyki (m.in. rezonansów, tomografii, endoskopii) są bardzo niepokojące. Wprowadzone limity na badania przełożą się na większą liczbę chorych. Jeśli ogranicza się profilaktykę, to w dłuższej perspektywie rosną koszty leczenia i pogarszają się wyniki zdrowotne. Kolonoskopia jest tańsza niż leczenie raka jelita grubego – to podstawowa zależność, która jest często ignorowana.

W debacie publicznej często wraca temat lekarzy z Ukrainy i zasad ich dopuszczania do pracy w Polsce. Po 2020 roku, a szczególnie po pełnoskalowej inwazji, przyjechało tu wielu ukraińskich lekarzy. Z jednej strony pomaga to jakoś na niedobory kadrowe, z drugiej – pojawiły się wymagania izb lekarskich dotyczące ich kwalifikacji i prawa wykonywania zawodu. Jak oceniasz tę dyskusję i cały ten proces?

Myślę, że standardy muszą być zachowane. Systemy szkolenia różnią się między krajami, więc pełna nostryfikacja dyplomu i egzaminy są konieczne. Ja sama wybrałam studia w Polsce, bo wiedziałam, że tu będę się uczyć, a nie płacić łapówki.

Co do warunkowych PWZ-ów dla lekarzy z Ukrainy czy Białorusi uważam, że to uczciwe rozwiązanie. Dostają czas na spełnienie wymogów i na pełną nostryfikację.

Czytaj także Nadzieja na kółkach. Mental Bus ruszył w Polskę Aleksandra Wiśniewska rozmawia z Anną Stępkowską i Agnieszką Witkowską z Fundacji The Presja

A jeśli nie spełnili wszystkich warunków, na przykład nie zdali egzaminu językowego? Ostatnio było głośno o lekarzach, którzy nie zaliczyli egzaminu na wymaganym poziomie i stracili warunkowe uprawnienia. Czy twoim zdaniem tak powinno być?

Tak. Jeśli pracujesz w szpitalu, musisz znać język. To nie jest kwestia dyskryminacji, tylko bezpieczeństwa pacjenta i komunikacji. To oczywiste.

A czy spotkałaś się z sytuacjami, gdzie bariera językowa realnie powodowała problemy?

Tak, w czasie COVID-u, kiedy pracowałam w szpitalu jednoimiennym. Wtedy ułatwiono uzyskanie czasowych PWZ dla lekarzy i pielęgniarek. Często trudno było się porozumieć przy dawkowaniu leków czy zleceniach badań. Nawet jeśli ktoś znał ukraiński czy rosyjski, to i tak w pracy szpitalnej precyzyjna komunikacja po polsku była niezbędna. Nie wyobrażam sobie pracy bez tego.

Spotkałem się też z opiniami, że część mniejszych szpitali w Polsce mocno opierała się na lekarzach z Ukrainy czy Białorusi, często bez pełnej specjalizacji. Dyrektorzy mówili, że gdy część tych osób odeszła lub nie spełniła wymogów, zaczęły się problemy kadrowe i organizacyjne.

To jest kwestia systemu, w którym priorytetem jest szukanie oszczędności. To zasłanianie się dobrem pacjenta, chociaż tak naprawdę wcale mu to nie służy i to on zapłaci. Bo jak prowadzić wywiad czy leczenie bez języka?

Słuchaj nowego wideokastu

Rozwiązaniem byłoby po prostu lepsze finansowanie, dodatkowe etaty – wtedy można by zatrudnić dodatkowe osoby albo zorganizować kursy językowe i odciążyć dyżury, żeby lekarze mieli czas się uczyć.

Po dyżurze człowiek często nie ma już przestrzeni ani siły, żeby się uczyć. A polski jest trudnym językiem. Gdybym ja wyjechała do Skandynawii, dostałabym tam intensywny kurs językowy opłacony przez system. Nie mówię, że Polska musi robić dokładnie to samo, ale jeśli ktoś przyjeżdża do kraju i chce tu pracować jako lekarz, to moim zdaniem musi się tego języka nauczyć, żeby móc normalnie funkcjonować i być pełnoprawną częścią systemu, w którym pracuje.

Ale to też rodzi szersze pytanie. Kiedy lekarz z Ukrainy przyjeżdża do Polski i zaczyna tutaj pracować, nie jestem w stanie jednoznacznie powiedzieć, kto komu bardziej pomaga i kto powinien nagiąć swoje wymagania. Czy to Polska daje mu szansę pracy i wejścia do systemu, czy to on daje Polsce swoją pracę, której często brakuje i która jest bardzo potrzebna.

Tak, i ja myślę, że to w ogóle nie powinien być taki konkurs, kto komu bardziej pomaga. W praktyce to jest wzajemna korzyść – system potrzebuje lekarzy, a lekarze potrzebują systemu, w którym mogą pracować.

Zgadzam się, tylko z tego wynika też odpowiedzialność po stronie państwa i systemu. Bo jeśli już kogoś przyjmujemy do pracy, to powinniśmy stworzyć warunki, żeby ta osoba mogła się w tym systemie odnaleźć. Więc na przykład zapewnić kursy językowe, ale też tak zorganizować pracę, żeby ten ktoś miał czas i przestrzeń, aby się tego języka nauczyć, a nie tylko bez końca dyżurować, a potem stracić uprawnienia, bo przez ostatnie dwa lata wyrabiał 400 godzin miesięcznie.

Czytaj także Ile prawdy jest w serialu „The Pitt”? „Przemocy na izbach przyjęć jest niemało” Michał Sutowski rozmawia z Magdaleną Bokiej

Organizacja pracy jest kluczowa. Z drugiej strony spotykam lekarzy z Ukrainy, którzy są wręcz oburzeni, że wymaga się od nich znajomości języka polskiego. Bo on tu przyjechał jako ważny pan doktor i jak można od niego czegoś takiego wymagać? Tego po prostu nie rozumiem. Bo jak można zakładać, że będzie się pracować w szpitalu w Polsce i nie znać języka polskiego? Dla mnie to jest nielogiczne. To nie jest żadna dyskryminacja ani „atak”, tylko podstawowy warunek pracy.

Może część z nich wychodzi z założenia, że i tak się dogada – że wystarczy angielski, rosyjski albo jakaś mieszanka języków, którą w regionie wiele osób się posługuje i w codziennych sytuacjach to działa.

Tak, to się czasem pojawia – że „jakoś się dogadamy”, po angielsku, po rosyjsku albo w mieszance języków. Tylko że to jest złudne w kontekście medycyny. Bo lekarz najczęściej spotyka pacjenta w momencie bardzo trudnym – czy to jest starsza osoba z bólem i niepokojem, czy dziecko w krytycznym stanie. W takiej sytuacji pacjent nie powinien mieć dodatkowego problemu w postaci bariery językowej. Lekarz ma go leczyć, a nie generować kolejne trudności.

Wyobraź sobie sytuację na SOR-ze – pacjent po wielu godzinach diagnostyki, wyczerpany, odwodniony, z ostrym bólem, trafia na blok operacyjny. I w tym momencie nie działa nawet podstawowa komunikacja, jak „dzień dobry” czy proste instrukcje. Lekarz musi gestami pokazywać, co pacjent ma zrobić. To jest dodatkowy stres, którego po prostu nie powinno być.

Medycyna to nie jest tylko leczenie w sensie technicznym – tabletki, zabiegi, procedury. To jest też komunikacja, poczucie bezpieczeństwa i wsparcie pacjenta w momencie, który dla niego często jest jednym z najtrudniejszych w życiu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x