Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Rosjanom nie udało się wymazać tego, co chcieli

My dokumentujący zbrodnie wojenne nie rozmawiamy z umarłymi. Rozmawiamy z tymi, którzy przeżyli – mówi ukraińska dziennikarka i reporterka, wspominając współpracę z zabitą przez Rosjan w Kramatorsku Wiktorią Ameliną.

Rozmowa
Walka

Agnieszka Wiśniewska: Jak poznałaś Wiktorię Amelinę?

Nataliya Gumenyuk: Znałam Wikę jako organizatorkę festiwalu literackiego w miejscowości Nju-Jork we wschodniej Ukrainie. Ale poznałyśmy się dopiero w 2022 roku, podczas pracy nad The Reckoning Project – dokumentowaniem zbrodni wojennych.

Wika pisała książkę o kobietach dokumentujących zbrodnie wojenne i chciała mi towarzyszyć. Planowałam wtedy nagranie wywiadu z sołtyską wsi z okolic Chersonia, która wtedy mieszkała w Krzywym Rogu. Wika chciała jechać ze mną. Nasze grafiki były bardzo napięte. Mówiła: „Nie martw się, nie będę przeszkadzać”.

To było jesienią 2022 roku, przed wyzwoleniem Chersonia. Relacjonowałam pogrzeb żołnierza z wioski, która była wcześniej okupowana. Chłopak służył w armii, zginął, a cała wspólnota Wysokopola przyszła go pożegnać w Krzywym Rogu. Wika mi towarzyszyła. Muszę przyznać, że nie byłam wystarczająco empatyczna – dla niej udział w pogrzebie był trudnym przeżyciem. Powiedziała mi później, że musiała stać z boku, z dala od tłumu. Ja jako dziennikarka jestem przyzwyczajona do takich sytuacji.

Czytaj także Życie w zatopionym Chersoniu Igor Burdyga

Pamiętam, że siedziałyśmy w kawiarni po tym, jak skończyłam filmować, i rozmawiałyśmy długo, aż do wieczornego pociągu. Okazała się niezwykle błyskotliwa. Od razu poczułyśmy, że się rozumiemy. Od tego dnia utrzymywałyśmy kontakt.

Czy mówiła ci, dlaczego chciała napisać książkę Patrząc na kobiety, patrząc na wojnę? Przed pełnoskalową inwazją Amelina była pisarką. Po lutym 2022 roku zaangażowała się najpierw w pomoc humanitarną, a później w dokumentowanie zbrodni wojennych.

Początkowo nie rozumiałam tego pomysłu – dla mnie to było normalne, że dokumentujemy zbrodnie. Wiele kobiet, które pojawiają się w tej książce, reagowało podobnie. Pytały: „Dlaczego chcesz o mnie pisać?”. Mówiłam jej: „Nie jestem bohaterką, historia dotyczy ludzi, z którymi rozmawiam”. A ona odpowiadała: „Nie, chcę opowiedzieć o tobie i o tej pracy”. Przeczytałam książkę. Z tego, co wiem, Wika miała opisać nasze spotkanie w jednym w ostatnich rozdziałów, dlatego ostatecznie nie ma go w tej wersji książki, która została opublikowana.

Czytaj także Najcichsza ze zbrodni wojennych Paulina Januszewska

Książka jest niedokończona. Wiktoria Amelina zmarła w wyniku ran odniesionych po ataku rakietowym na Kramatorsk 27 czerwca 2023 roku. Spotkałyście się tuż przed tym tragicznym wydarzeniem.

W 2023 roku byłam kuratorką festiwalu książki Arsenal w Kijowie i zaprosiłam Wiktorię do poprowadzenia panelu o sprawiedliwości i rozliczeniu. Podczas festiwalu poznałam ją z moimi przyjaciółmi i współpracownikami. Powiedziała mi wtedy, że wyjeżdża na stypendium do Francji. Czuła się winna i niejako szukała usprawiedliwienia dla decyzji o opuszczeniu Ukrainy. Ale jej syn miał wówczas dwanaście lat, a ona – jak mi mówiła – czuła, że od wybuchu pełnoskalowej wojny nie spędza z nim wystarczająco dużo czasu. To było w niedzielę, a we wtorek nastąpił atak w Kramatorsku. Wika zmarła w sobotę.

To była nasza ostatnia rozmowa. Świadomie postanowiła zrobić pauzę dla syna. Pauzę, która nigdy nie nastąpiła.

Czy rozmawiałyście o tym, jak odnalazła się w tej nowej roli? Odniosłam wrażenie, że po pełnoskalowej inwazji Amelina się zmieniła – zaczęła pisać poezję, potem przygotowywać dokumentację zbrodni, a potem książkę. Do dokumentowania rosyjskich zbrodni potrzeba innych narzędzi niż pisarskie. Ty np. używałaś swojego warsztatu reporterskiego. Oleksij Radynski, artysta wizualny i dokumentalista, który również uczestniczył w tego rodzaju projektach, mówił mi kiedyś, że musiał się uczyć, jak rozmawiać z ludźmi, żeby zbierać informacje. Amelina też napisała w książce, że musiała uczyć się nowych umiejętności.

Rozmawiałyśmy długo o procesie, o tym, jak ja pracuję. W projekcie dokumentacyjnym, który prowadziłam, mieliśmy jasną metodologię – nie tylko dokumentowaliśmy zbrodnie, ale też tworzyliśmy artykuły, filmy i inne materiały dziennikarskie. Inne projekty, na przykład Truth Hounds, w który zaangażowana była Wiktoria, gromadziły materiały na potrzeby raportów analitycznych i dla prokuratorów. Chyba dlatego nadal nie do końca rozumiem, dlaczego chciała napisać książkę o kobietach.

Wiktoria niewiele mi mówiła o procesie pisania. Myślę też, że książka zmieniła się w trakcie powstawania. Miała być bardziej portretem konkretnych ludzi, ale ostatecznie stała się książką o poszukiwaniu sprawiedliwości.

W książce Ameliny uderza mnie jej wiara w prawdę i sprawiedliwość: w to, że trzeba zapisać zeznania świadków historii, bo w ukraińskiej pamięci historycznej wciąż są bolesne luki – choćby w kwestii Hołodomoru.

W tamtym czasie wierzyłam, że będzie znacznie więcej spraw sądowych niż – jak sądzę teraz – ostatecznie będzie. Dziś wiem, że wiele świadectw zachowa się w artykułach czy filmach – ale nie każda historia trafi przed sąd. Wtedy tego nie wiedziałyśmy. Byłyśmy skupione na sprawiedliwości.

Czytaj także Wojna w Ukrainie jest wojną dronową. A dron to także kamera filmowa Jakub Majmurek rozmawia z Oleksiyem Radinskym

Amelina dotarła do wielu różnych ludzi: dziennikarek, opiekunek muzeów, historyczek. To była też okazja, żeby pokazać, że wojna to nie tylko front – że jest w nią uwikłanych wiele innych osób. Największą niespodzianką był dla mnie moment, gdy zaczęła w książce przywoływać historię – twórców z pokolenia szistdesiatnyków [pokolenie ukraińskich twórców z lat 60. XX wieku, ukształtowane w okresie odwilży chruszczowowskiej; część z nich doświadczyło później represji – przyp. red.] czy wcześniejsze rozstrzelane odrodzenie [pokolenie ukraińskich twórców z lat 20. i 30. XX wieku, zniszczone przez stalinowskie represje – przyp. red.]. To fascynujące, że w czasie wojny buduje się – czy też odbudowuje – ukraińską tożsamość.

To nie było oczywiste od początku. Kiedy zaczęłam czytać, myślałam: to są opowieści o kobietach. Ale to nie było tylko to. Myślę, że nam wszystkim – i mnie też – potrzeba było czasu, potrzeba było Wiktorii i ludzi takich jak ona, żeby to zrozumieć: żyjesz w danej chwili, myślisz, że to dzieje się tobie, że to jest twoja wojna. A potem rozumiesz, że to już się nam wszystkim przydarzyło.

Nie twierdzę, że Ukraina toczy wojnę z Rosją od trzystu lat. Nie zgadzam się z tym. To był raczej inny typ relacji – kolonizacja. Natomiast sposób, w jaki Rosja traktowała Ukraińców, nie jest niczym nowym.

Rosyjski podkaster i redaktor Andriej Babicki wyjechał z Moskwy po pełnoskalowej inwazji i zaczął prowadzić podcast na temat rosyjskiego kolonializmu. Padło w nim bardzo interesujące zdanie: że w latach dwudziestych i trzydziestych, kiedy budowano Związek Sowiecki i Gułag, rosyjscy pisarze – jak Maksim Gorki – wsiadali na statki i płynęli na Wyspy Sołowieckie, żeby opiewać budowę nowego świata. Tymczasem ten nowy świat powstawał na kościach ukraińskich artystów. To było dla mnie bardzo uderzające porównanie – bardzo dosłowne, plastyczne. Bo znam dobrze ukraińską literaturę i wiem, że w latach dwudziestych i trzydziestych tak właśnie było.

Sięganie do historii literatury to specyfika czasu wojny?

Tak i nie. Odkrywanie wszystkiego, co było zakazane, nastąpiło już w latach dziewięćdziesiątych. Chodziłam do szkoły i na studia pod koniec lat dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych – byłam chyba w pierwszym pokoleniu Ukraińców, którym w szkole normalnie opowiadano o rozstrzelanym odrodzeniu.

W mojej szkole naprawdę dużo czytaliśmy. Nauczyciele bardzo się starali, dużo wymagali. W moim środowisku panował wręcz pewien entuzjazm wokół odkrywanych na nowo zakazanych książek – podobnie jak w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych. Ale dopiero po pełnoskalowej inwazji zaczęłam widywać w pociągu osoby w moim wieku czytające Ołeksandra Dowżenkę albo Iwana Bahrianego – nadrabialiśmy, jakbyśmy wrócili do szkoły.

Ale to Roman Osypowycz Szuchewycz – a nie Dowżenko – zostanie wpisany do Panteonu Bohaterów, który powstaje właśnie z powodu wojny i w jej wyniku. Czy to cię przeraża?

Słowa „przerażenie” czy „strach” mają w Ukrainie inne znaczenie, więc tego się nie boję. Każdej nocy boję się, że moja rodzina zginie w wyniku ataku rakietowego. Boję się, że mój mąż zostanie ranny lub zginie, bo służy w armii. Boję się, kiedy podróżuję wzdłuż linii frontu. Boję się rosyjskiej okupacji.

Nie chciałabym jednak, aby powstał Panteon, ponieważ wciąż jesteśmy skrajnie nieświadomi naszej przeszłości. Nigdy nie mieliśmy czasu, by o niej pomyśleć bez polityzowania i demonizowania jej przez Rosję.

Czytaj także Ukraiński nacjonalizm nie znaczy dziś tego, co myślicie Olena Babakova rozmawia z Wiaczesławem Lichaczowem

Mówiłam o tym, jak Ukraina na nowo odkryła swoją historię po początku lat dziewięćdziesiątych. W tamtych czasach, zamiast okropnych radzieckich podręczników historii, jedyne alternatywne wersje, jakie otrzymywaliśmy, pochodziły z diaspory i były pisane przez osoby o bardzo specyficznym pochodzeniu, w tym przez tych, którzy byli bardzo aktywnymi zwolennikami Bandery. I myślę, że właśnie stąd bierze się nasza bardzo dziwna wiedza na temat tych postaci i UPA.

Od 2004 roku Rosja włożyła tyle wysiłku w demonizowanie Szuchewycza, Bandery i Ukraińców jako rzeźników z Wołynia, że po dwóch dekadach straciło to sens. Mówili jednocześnie o Banderze, Szuchewyczu, ukraińskich nazistach, Wołyniu i Ukraińcach krzyżujących chłopca w Słowiańsku. W związku z tym wszystkie znaczenia tych nazwisk i zjawisk zaczęły tracić dla nas sens i przestaliśmy w to wierzyć. Ludzie nie mają pojęcia, że Szuchewycz czy Bandera mieli cokolwiek wspólnego z Polską. Zgadzam się, że to problem.

Czytaj także Straszenie wojną nie ma w przypadku Polski większego sensu Paulina Siegień

Wciąż musimy liczyć się z faktem, iż w historii tych armii były różne okresy. Chciałabym, żeby ten panteon jeszcze nie powstawał, nawet jeśli są tam dobrzy ludzie. To przedwczesne w przypadku prezydenta, który zainteresował się historią dopiero z powodu wojny. Kiedyś powiedział w przemówieniu noworocznym, że nie ma znaczenia, jak nazywają się ulice. Chcę panteonu dla tych, którzy walczą dzisiaj, ale nadal uważam, że te wspomnienia należy pozostawić społecznościom regionalnym.

Dodam, że około 2014 roku siły prorosyjskie wyolbrzymiały tę kwestię i wzbudzały wśród mieszkańców wschodniej Ukrainy szczególny strach przed tą zachodnio-ukraińską wersją narodu – przed UPA, Szuchewyczem czy czymś innym. Wykorzystywały to jako pretekst do usprawiedliwienia separatyzmu.

Kiedy przeprowadziliśmy badania socjologiczne okazało się, że nawet mieszkańcy wschodniej Ukrainy mówili: niech ludzie w Tarnopolu mają pomniki i stadiony, jakie chcą, a my stadiony i pomniki, jakie chcemy. Myślę, że to właściwe podejście do bardzo, bardzo zróżnicowanej Ukrainy. Niestety, jako ukraińscy intelektualiści nie mamy nawet odrobiny siły, by zająć się również tą sprawą, bo zajmujemy się wszystkim innym. Będzie to nasze zadanie po wojnie, nawet jeśli będzie już za późno.

Wróćmy więc do tego, czym zajmuje się dziś kultura.

Czytaj także Najdłuższa podróż, war-life balance i nowe „rozstrzelane odrodzenie” Agnieszka Wiśniewska rozmawia z Oksaną Zabużko

W Ukrainie pojawił się teraz ciekawy fenomen w kulturze – np. kolektyw twórczy МУР, który przybliża twórczość artystów z lat dwudziestych. Na YouTubie można posłuchać albumu Ти [Романтика], opowiadającego o rozstrzelanym odrodzeniu. Niektórzy uważają, że to zbyt popowe – ale przynajmniej istnieje. Niektórzy twórcy, jak Serhij Żadan, próbują na nowo pokazać twórczość charkowskich pisarzy z lat dwudziestych i trzydziestych.

Artem Pywowarow, najpopularniejszy chyba teraz artysta popowy w Ukrainie, wraz z innymi gwiazdami ukraińskiego popu wydał album z tekstami poetów lat dwudziestych i trzydziestych. Kiedyś śpiewał po rosyjsku, dziś śpiewa po ukraińsku. To świetny artysta – śpiewa, tańczy, jest prawdziwą gwiazdą. W szkole to była dla nas nowość, ale uczono tego trochę nudno, to nie jest łatwa literatura. A on to wziął i zrobił z tego coś, czego ludzie chcą słuchać.

Kultura jako soft power?

I to jest odpowiedź na pytanie, czy Rosjanom udało się wymazać to, co chcieli wymazać. Nie udało się. Wręcz przeciwnie – jeśli stadion śpiewa piosenki poetów z lat dwudziestych, to już jest pozamiatane. Nie da się tego wymazać.

Amelina robiła to samo…

… tylko bardziej intelektualnie. Myślę, że ona to dziedzictwo wyjaśniała. Jej książka jest trochę autobiograficzna, a Wiktoria pochodziła z rodziny lwowskiej, rosyjskojęzycznej inteligencji. Miała więc silną potrzebę, żeby na nowo siebie zdefiniować, odkryć.

Ja pochodzę z bardzo prostej, ukraińskojęzycznej rodziny, wszyscy są ze wsi. Moja babcia była nauczycielką, moim pierwszym językiem był ukraiński. Region Kijowa był zrusyfikowany, ale wiejscy ludzie mówili po ukraińsku. Nigdy nie czułam, że muszę odkrywać swoją ukraińskość. Widziałam to u Wiktorii, ale też u wielu rosyjskojęzycznych osób ze środowisk kultury – że sięgają głębiej, bo dorastali z rosyjskimi książkami na półkach.

W podkaście Коли все має значення [ukr. „Kiedy wszystko ma znaczenie” – przyp. red.], który prowadzisz z Anheliną Kariakiną, rozmawiałaś z Cataliną Gómez i Héctorem Abadem Faciolince, którzy byli z Wiktorią w pizzerii w Kramatorsku, kiedy spadła tam bomba.

Było ich tam czworo. Catalina Gómez to niesamowita kolumbijska dziennikarka, która mieszka na przemian w Teheranie i Kijowie – co już samo w sobie jest dość niezwykłe. Jest korespondentką telewizji France24. Catalinie towarzyszył Sergio Jaramillo, bardzo interesująca postać – był ministrem w kolumbijskim rządzie, a teraz prowadzi kampanię Aguanta Ucrania, wspierającą Ukrainę wśród Latynosów, w tym wśród środowisk lewicowych. To on przywiózł Héctora Abada, którego później poznałam także w Kolumbii – okazał się wspaniałym, błyskotliwym kolumbijskim pisarzem. Czytałam też kilka jego innych książek. Była z nimi też ukraińska dziennikarka, fixerka Cataliny, którą później poznałam i z którą jestem w kontakcie.

Dlaczego chciałaś porozmawiać z Cataliną i Héctorem?

Héctor napisał o Wiktorii książkę – nie czytałam jej, bo jest po hiszpańsku, ale bardzo bym chciała. Artykuł, który Héctor napisał po śmierci Wiktorii, był bardzo mocny – dokładnie opisywał to nieszczęście.

Chciałam opowiedzieć też ich historię, bo oni również są w pewnym sensie ofiarami. Mają to dziwne poczucie winy, że przeżyli, a Wiktoria nie. To był czysty przypadek – byli razem, a nigdy nie wiadomo, gdzie trafi odłamek. My, dokumentujący zbrodnie wojenne, nie rozmawiamy z umarłymi. Rozmawiamy z tymi, którzy przeżyli.

*

Wiktoria Amelina została zabita przez rosyjską rakietę w 2023 roku w wieku 37 lat. Celem książki Patrząc na kobiety, patrząc na wojnę, zredagowanej przez przyjaciół i jej męża, Aleksa Amelina, było i jest odegranie roli w dążeniu do sprawiedliwości za popełnione na jej rodakach zbrodnie.

**

Nataliya Gumenyuk – dziennikarka i autorka specjalizująca się w reportażach dotyczących konfliktów i praw człowieka. Jest założycielką i dyrektorką generalną Public Interest Journalism Lab (PIJL). Po rozpoczęciu pełnej inwazji rosyjskiej pod kierownictwem Gumenyuk PIJL współtworzyło The Reckoning Project – inicjatywę mającą na celu dokumentowanie zbrodni wojennych. Jako korespondentka zagraniczna relacjonowała wydarzenia z ponad 50 krajów. Regularnie pisze dla „Foreign Affairs”, „The Guardian”, „The Atlantic”.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x