Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Żyć w Ameryce? To się nie opłaca

Zachodnim symbolem sukcesu i dobrobytu stał się „amerykański sen”, ale to w europejskim państwie dobrobytu żyje się ludziom bezpieczniej i bardziej komfortowo. W USA nawet klasa średnia ma naprawdę ciężko.

W tle poszarpana flaga USA, na niej w lewym górnym rogu twarz Donalda Trumpa w koronie z logo McDonald's, pod nią mężczyzna-zombie przy biórku, po prawej stronie dwóch zamaskowanych funkcjonariuszy ICE z karabinami, po prawej stronie u góry nogi w ogromnych, za dużych butach
Kontekst

👞 Historia z podarowanymi przez Donalda Trumpa butami Marco Rubio stała się symbolem absurdów i atmosfery podporządkowania w amerykańskiej polityce.

🇺🇸 Magdalena Bazylewicz pokazuje, że wraz z narastającymi nierównościami i problemami systemowymi (zdrowie, edukacja, praca) słabnie mit „amerykańskiego snu” i wyjątkowości USA.

🇪🇺 Na tym tle Europa jawi się coraz częściej jako bardziej stabilne i sprawiedliwe miejsce do życia, oferujące większą mobilność społeczną i ochronę pracowników.

Walka

Czy wszyscy widzieli już za duże buty Marco Rubio? Sekretarz stanu USA dostał je od Trumpa, który tak bardzo ceni markę obuwia Florsheim, że obdarowuje butami członków swojego gabinetu. „Można wiele powiedzieć o mężczyźnie po rozmiarze jego butów” – powiedział Trump. Rubio wziął sobie to do serca i podał Trumpowi rozmiar większy niż w rzeczywistości nosi, a w konsekwencji pół Internetu nabija się ze zdjęć, na których stopy Rubio pływają w za dużych lakierkach.

Nabijanie się z Ameryki Trumpa przychodzi bardzo łatwo. Nieco rozładowuje napięcie związane z niepewnością co do działań atomowego supermocarstwa, gdy na jego czele stoi człowiek, przed którym sekretarz stanu boi się przyznać do prawdziwego rozmiaru buta. Jest też formą egzorcyzmowania dekad tęsknego i wiernopoddańczego stosunku znacznej części świata do Stanów Zjednoczonych, szczególnie silnego w Europie Wschodniej.

Groteskowość Trumpa i nieobliczalność jego decyzji wzmacniają narastające od lat poczucie, że lepiej jest urodzić się Europejczykiem niż Amerykaninem. Dziś nie da się już zaprzeczyć, że dekady kumulowania kapitału w rękach nielicznych doprowadziły do upadku największej obietnicy amerykańskiego snu: przekonania, że do bogactwa najbogatszych można realnie aspirować. Majątki plutokratów urosły do rozmiarów tak wynaturzonych, że ci żyją właściwie na innej planecie, mimo że nadal decydują o naszej.

Czytaj także Tyle masz praw, ile pieniędzy Kim Phillips-Fein

Nie jeden Trump za to odpowiada, rzecz jasna, ale w ciągu ostatniego roku administracji Trumpa udało się zniszczyć drugą część amerykańskiego mitu, czyli przekonanie, że mimo dziwacznych amerykańskich bolączek takich jak epidemie przedawkowań, strzelaniny w szkołach i bijatyki chorobliwie otyłych ludzi w Walmarcie, amerykański obywatel nadal cieszy się największą swobodą oraz najsilniejszą ochroną swoich praw i godności na świecie. Aktywność ICE, morderstwa Good i Prettiego oraz zaprzęgnięcie aparatu państwa do prześladowania politycznych przeciwników zrujnowały doszczętnie również to złudzenie.

Wraz z kruszeniem się mitu Ameryki Europejczycy zaczynają patrzeć na swój kontynent z nieco większą czułością. Mimo mnóstwa własnych problemów jawi się on coraz częściej jako miejsce stabilniejsze, bezpieczniejsze i zwyczajnie lepsze do życia dla przeciętnego obywatela. Co więcej, według ostatnich danych jest to także miejsce, w którym łatwiej zrealizować amerykański sen niż w samej Ameryce.

We wrześniu 2025 roku OECD opublikowała raport To Have and Have Not: How to Bridge the Gap in Opportunities, poświęcony analizie nierówności szans w krajach rozwiniętych. Publikacja ta wpisuje się w szerszy nurt badań OECD dotyczących nierówności społeczno-ekonomicznych, mobilności społecznej oraz dostępu do kluczowych zasobów, takich jak edukacja, rynek pracy czy kapitał społeczny. Większość krajów UE (zwłaszcza kraje skandynawskie, Niemcy i Holandia) konsekwentnie wyprzedza Stany Zjednoczone pod względem mobilności społecznej. W Stanach Zjednoczonych kod pocztowy i dochody rodziców są znacznie silniejszymi prognostykami przyszłości obywatela niż w UE.

Zdrowie

Dla współczesnego Europejczyka nie ma chyba bliższego odpowiednika relacji żeglarzy z czasów wielkich odkryć geograficznych niż opowieści z amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej, krainy niezmierzonych bogactw i morskich potworów, futurystycznego Eldorado, gdzie w lśniących klinikach pokonuje się nowotwory personalizowaną terapią genową, i krainy horroru, w której wezwanie karetki kończy się bankructwem i bezdomnością.

Między tymi skrajnościami jest rzeczywistość dziesiątków milionów Amerykanów, niekoniecznie umierających na ulicy, lecz zmuszonych do bezustannej czujności i zastanawiania się, jak zorganizować sobie życie, by w razie choroby nie wpaść w spiralę medycznych długów.

Czytaj także Opowieść o Ameryce jako najdoskonalszej demokracji świata to jakiś żart Michał Sutowski

Przezorny Amerykanin musi orientować się w bardzo wielu pojęciach związanych z działaniem ubezpieczenia. Najważniejsze z nich to premium, czyli miesięczna składka; deductible, czyli kwota, którą każdy musi sam zapłacić za opiekę medyczną, zanim ubezpieczenie zacznie pokrywać koszty; coinsurance, czyli procent kosztów medycznych, które pacjent pokrywa z własnej kieszeni (najczęściej 20/80); oraz out-of-pocket maximum, czyli maksymalna kwota, którą można obciążyć pacjenta w ciągu roku. Powinien również wiedzieć, jakie kliniki i lekarze mają umowy z jego ubezpieczycielem.

Leczenie złamanej nogi (wizyta na pogotowiu, prześwietlenie i gips) to zazwyczaj koszt rzędu dwóch i pół do czterech tysięcy dolarów. Przyjmijmy, że trzy tysiące. John, który wykupił polisę z niskim deductible na poziomie 500 dolarów, pokrywa tę kwotę z własnej kieszeni, a z pozostałych dwóch i pół tysiąca płaci 20 proc., czyli kolejne 500 dolarów. Złamana noga kosztuje go zatem tysiąc dolarów. Poza tym John płaci też miesięczne składki, a przy polisach z niskim deductible są one wysokie, dla czterdziestolatka średnio około 700 dolarów miesięcznie.

Jane również płaci składki, lecz o jakieś 400 dolarów niższe niż John. Ma za to polisę z wysokim deductible (dwa i pół tysiąca dolarów), więc gdy złamie nogę, wykłada te dwa i pół z własnej kieszeni, a ubezpieczyciel pokrywa 80 proc. z pozostałych 500 dolarów. Jane musi więc wyciągnąć z portfela łącznie 2600 dolarów.

Większość Amerykanów jest ubezpieczana przez pracodawcę, który pokrywa zazwyczaj 70–85 proc. składki, zatem jeżeli John i Jane są zatrudnieni, ich miesięczna składka będzie o wiele niższa. Za złamaną nogę nadal jednak płacą sami. To jedna z najbardziej zaskakujących dla Europejczyków rzeczy: płacenie składki nie oznacza jeszcze prawa do bezpłatnego leczenia.

John i Jane, zwykli pracownicy, nie negocjują warunków swojego ubezpieczenia. Dostają to, co oferuje pracodawca. Wielkie korporacje zazwyczaj oferują pracownikom nieco lepsze warunki, dlatego pod tym względem lepiej być zatrudnionym w Google niż w lokalnym warsztacie samochodowym. Nie każdy może jednak pracować w Google.

A co, jeśli John lub Jane stracą pracę albo zarabiają zbyt mało, by wykupić prywatne ubezpieczenie?

W USA funkcjonują federalne programy pomocowe Medicare, czyli ubezpieczenie dla seniorów, oraz Medicaid, zapewniający ubezpieczenie osobom o niskich dochodach. Programy te jednak również nie są całkowicie bezpłatne ani bezproblemowe. Większość seniorów nadal płaci miesięczne składki na Medicare, a kryteria Medicaid są wyśrubowane i różnią się w zależności od stanu. W niektórych stanach zdrowi dorośli bez dzieci na utrzymaniu zazwyczaj w ogóle nie kwalifikują się do Medicaid niezależnie od tego, jak niskie są ich dochody.

Tyle dobrego, że dzieci z rodzin, których dochody są zbyt wysokie, aby kwalifikować się do Medicaid, są objęte federalnym programem ubezpieczeniowym CHIP. Łącznie programami Medicaid lub CHIP jest objętych około 40 proc. wszystkich dzieci w USA.

Czytaj także Ile prawdy jest w serialu „The Pitt”? „Przemocy na izbach przyjęć jest niemało” Michał Sutowski rozmawia z Magdaleną Bokiej

A co z umieraniem pod płotem? Jeśli osoba nieubezpieczona straci przytomność, chroni ją ustawa EMTALA: szpitale muszą ustabilizować stan każdego, kto znajduje się w stanie zagrożenia życia, niezależnie od jego zdolności do zapłaty. Gdy stan pacjenta jest już stabilny, szpital nie ma obowiązku kontynuowania leczenia. Za odratowanie wyśle jednak rachunek. Jeśli pacjent nie jest w stanie go spłacić, sprawa trafia do windykatora.

Największą z łat systemu jest wprowadzona w 2010 roku ustawa Affordable Care Act, zwana potocznie Obamacare. To ta, którą republikanie od samego początku zażarcie zwalczali, a Trump w obu swoich kadencjach stopniowo demontuje rozporządzeniami. Ustanowiła ona limit kwoty, jaką pacjent może zapłacić w ciągu roku. W 2026 wynosi on 10 600 dolarów. Limity obowiązują jednak w danym roku kalendarzowym. Jeśli leczenie nowotworu rozpocznie się w listopadzie, a zakończy w lutym, rzeczywisty limit kosztów, jakimi można obciążyć pacjenta, będzie dwukrotnością tej kwoty. Limit nie obowiązuje również wobec lekarzy spoza sieci ubezpieczeniowej pacjenta.

Dla kogoś, kto zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie nagły wydatek rzędu 10 tysięcy dolarów w jednym miesiącu (na przykład przy diagnozie raka) to wciąż gigantyczny cios, który może prowadzić do czyszczenia kont emerytalnych lub zaciągania kredytów.

Edukacja

Polityka zmniejszania nierówności edukacyjnych ma z grubsza formę zachęt do odkładania pieniędzy na studia. Studiowanie za darmo jest możliwe, a dane wykazują, że dzięki rozmaitym stypendiom, grantom i pomocy dla osób z najniższymi dochodami bezpłatnie uczy się ponad 30 proc, studentów. Większość nadal musi jednak sporo wydać na naukę, a zmieniający się gwałtownie w ciągu ostatnich dziesięcioleci stosunek wysokości czesnego do zarobków jest jednym z najbardziej jaskrawych symboli upadku klasy średniej i unieważnienia pokoleniowej obietnicy lepszego życia.

Próbą niwelowania nierówności są Child Development Accounts, czyli długoterminowe rachunki inwestycyjne otwierane dla dzieci. Stan lub miasto otwiera dla noworodka konto i zasila je niewielką początkową wpłatą (zazwyczaj między 100 a 500 dolarów), zachęcając rodziców do systematycznego wpłacania pieniędzy. Środki te, inwestowane w akcje i obligacje, są przeznaczone wyłącznie na edukację pomaturalną i trafiają bezpośrednio do wybranej przez studenta placówki.

Zainwestowana kwota, którą oferuje stan – bez wpłat rodziców dziecka – średnio urośnie do zaledwie kilkuset dolarów. W 2025 roku w ramach Wielkiej Pięknej Ustawy stworzono Konta Trumpa, na które państwo wpłaca jednorazowo tysiąc dolarów wszystkim dzieciom w całym kraju urodzonym za kadencji Trumpa. Zaś szczęściarze rodzący się w niewielkim stanie Connecticut otrzymują na start 3200 dolarów – ta kwota przez 18 lat urośnie do kilkunastu tysięcy dolarów, co może pokryć już przynajmniej pierwszy rok lub dwa lata college’u lub opłacić kurs zawodowy. Connecticut to jednak wyjątek.

Czytaj także Kiedy studia są kulą u nogi. Czy Ameryka odpuści długi absolwentom? Agata Popęda

Rzeczywistość większości studiujących wygląda tak, że średni koszt jednego roku na uniwersytecie razem z zakwaterowaniem i wyżywieniem to ponad 30 tysięcy dolarów, więc trzeba wziąć na to kredyt. Mniej więcej połowa absolwentów studiów licencjackich kończy studia z jakimś zadłużeniem. W przypadku rocznika 2025/2026 przeciętny absolwent ma do spłacenia 39 500 dolarów, co zajmie mu średnio 20 lat.

40 lat temu rządy stanowe pokrywały około 70 proc. kosztów funkcjonowania uniwersytetów, takich jak wynagrodzenia pracowników i utrzymanie infrastruktury. Dzięki temu czesne było na tyle niskie, że student mógł bez problemu opłacić semestr, pracując podczas wakacji lub dorywczo po zajęciach. Dwie dekady później stany zaczęły wycofywać finansowanie, a w 2006 roku uchylono obowiązujące wcześniej ograniczenia na zaciąganie kredytów studenckich. Czesne zaczęło rosnąć w tempie dwukrotnie wyższym niż inflacja, bo uczelnie założyły, że bez względu na koszty student będzie mógł zadłużyć się na ogromne kwoty.

Najbardziej uderzającym wskaźnikiem jest liczba godzin pracy potrzebnych do opłacenia jednego roku studiów na uczelni publicznej przy minimalnym wynagrodzeniu. W 1986 roku były to 362 godziny, w 2006 – 872 godziny, a w 2026 aż 958 godzin.

Przez jakiś czas uzasadnieniem brania kosztownych pożyczek był fakt, że absolwenci szkół wyższych zarabiali więcej niż absolwenci szkół średnich. Od lat 80. do końca milenium różnica między zarobkami absolwentów uczelni wyższych a ich rówieśnikami bez dyplomu powiększała się, lecz na początku lat 2000 trend się odwrócił. W ostatniej dekadzie ta różnica się zmniejsza i obecnie wynosi około 70 proc.

Znajomość technologii cyfrowych stała się powszechna i nikt nie płacił za nią ekstra, a wraz ze wzrostem liczby absolwentów szkół wyższych pracodawcy zaczęli wymagać dyplomów na stanowiskach, które w rzeczywistości ich nie wymagały, na przykład praca asystentki biurowej lub w wypożyczalni samochodów. Spowodowało to obniżenie średniego wynagrodzenia absolwentów szkół wyższych, ponieważ duży odsetek absolwentów był zatrudniony poniżej kwalifikacji. W latach 2020–2026 wynagrodzenia pracowników usługowych i handlowych zaczęły rosnąć znacznie szybciej niż wynagrodzenia pracowników umysłowych. Ta „premia za wyższe wykształcenie” nadal pozostaje wysoka w STEM, lecz absolwenci studiów humanistycznych nierzadko zarabiają dziś tyle samo co absolwenci szkół średnich lub mniej, za to mają 40 tys. dolarów długu.

Czytaj także Amerykańscy antykomuniści odkryli: 70% millenialsów woli socjalizm Julia Conley

Praca

W Stanach Zjednoczonych nie ma jednego, spójnego kodeksu pracy. Na poziomie federalnym funkcjonuje Ustawa o sprawiedliwych standardach pracy, regulująca m.in. płacę minimalną, nadgodziny i zasady zatrudniania dzieci, a także ustawa o prawach obywatelskich, zakazująca dyskryminacji ze względu na rasę, religię, płeć lub niepełnosprawność. Do tego dochodzi mnóstwo przepisów stanowych, które regulują różne aspekty zatrudnienia. Tak rozproszony i stosunkowo ograniczony system regulacji ma na celu maksymalne uelastycznienie relacji między pracodawcą a pracownikiem. W praktyce jednak często oznacza to, że pracownik pozostaje na słabszej pozycji i jest zmuszony na własna rękę negocjować kwestie, które w Europie są standardowo zagwarantowane przez prawo.

Dominującą doktryną jest tzw. zatrudnienie według uznania (at will). Oznacza to, że pracodawca może zwolnić pracownika w każdej chwili, z dowolnego powodu (lub bez podania powodu) i bez okresu wypowiedzenia, o ile nie narusza to przepisów prawa, na przykład zakazu dyskryminacji.

Na poziomie federalnym nie istnieje też żaden limit godzin, jakie dorosła osoba może przepracować w ciągu tygodnia. Nie ma obowiązkowych przerw na odpoczynek ani limitu nadgodzin. Drenowaniu pracownika ma zapobiegać wyższa stawka za nadgodziny, czyli 150 proc. regularnej stawki za każdą godzinę powyżej 40 godzin tygodniowo.

Zasada ta nie obejmuje jednak wszystkich zatrudnionych.

Żeby pracodawca mógł legalnie nie płacić ekstra za nadgodziny, muszą być spełnione trzy warunki jednocześnie: zarobki powyżej określonego progu (obecnie to 58 656 dolarów rocznie), otrzymywanie stałej kwoty co tydzień (niezależnie od tego, czy pracowało się 20 czy 60 godzin) oraz charakter pracy: kierowniczy (zarządzasz co najmniej dwiema osobami i masz wpływ na zatrudnianie lub zwalnianie), wymagający zaawansowanej wiedzy (lekarze, prawnicy, inżynierowie, architekci, nauczyciele) lub kreatywny (artyści, pisarze, muzycy).

Dlatego popularnym zjawiskiem jest nadawanie pracownikom niskiego szczebla szumnego tytułu „Assistant Manager”. Dzięki temu, jeśli pracujesz w fast foodzie jako „kierownik zmiany”, zarabiasz powyżej progu i większość czasu zarządzasz ludźmi, pracodawca może kazać ci pracować 60 godzin tygodniowo za gołą pensję.

Czytaj także Bazylewicz: Ani Musk, ani nawet Reagan. Kto wymyślił ruch wyzwolenia kapitalistów? Magdalena Bazylewicz

W USA nie ma ustawowego prawa do ani jednego dnia płatnego urlopu. Jest to kolejna rzecz do wynegocjowania na poziomie indywidualnym. Dzięki negocjacjom z pracodawcami około 80 proc. pracowników sektora prywatnego ma dostęp do jakiejś formy płatnego urlopu. Pozostali, czyli około 25 milionów Amerykanów, nie mają ani jednego dnia płatnego urlopu w roku. W finansach płatny urlop ma 98 proc. pracowników, lecz w usługach i gastronomii tylko około 40 proc.

Rosnącym trendem w klasie średniej (zwłaszcza w branży tech) jest przyciąganie pracowników nielimitowanym płatnym urlopem. Na papierze brzmi to lepiej niż standard europejski, w rzeczywistości jednak pracownicy na nielimitowanych urlopach często biorą mniej wolnego z obawy, że wyjdą na mniej zaangażowanych w pracę. Niepisaną zasadą jest to, że nigdy nie powinno się brać więcej niż dwóch tygodni z rzędu. Dłuższy urlop wysyła bowiem sygnał, że firma właściwie radzi sobie bez pracownika, co jest niebezpiecznym komunikatem w środowisku, gdzie można zostać zwolnionym bez podania przyczyny.

Prawo w USA nie gwarantuje pracownikom ani jednego płatnego dnia zwolnienia chorobowego, a dysproporcje w dostępie do niego są mniej więcej takie jak przy urlopie wypoczynkowym. Wśród 10 proc. pracowników sektora prywatnego z najwyższymi zarobkami, zwykle w zarządzaniu i finansach, aż 96 proc. ma dostęp do płatnych dni chorobowych. Natomiast w dolnym decylu pracowników z najniższymi zarobkami, najczęściej pracujących w usługach, dostęp ten ma zaledwie 41 proc. Innymi słowy, osoby, które nie mają prawa do urlopu zdrowotnego, to zwykle ci sami pracownicy, którzy nie mogą sobie pozwolić na utratę choćby dziennego wynagrodzenia.

Niektóre stany starają się cywilizować warunki pracy. W 2026 roku 21 stanów nakłada na pracodawców obowiązek zapewnienia płatnego urlopu chorobowego. Przepisy te zazwyczaj wymagają od pracowników wypracowania urlopu (średnio jedna godzina na każde 30 przepracowanych godzin) na wypadek choroby, wizyt lekarskich lub opieki nad członkiem rodziny. W większości tych stanów prawo ma zastosowanie tylko do pracodawców zatrudniających określoną liczbę osób.

W 29 stanach pracodawca nie jest prawnie zobowiązany do zapłacenia za ani jedną minutę nieobecności w pracy z powodu choroby. Jeśli pracujesz w dziesięcioosobowym zespole w stanie takim jak Teksas czy Floryda, nie masz ani federalnego, ani stanowego prawa do płatnego urlopu ani federalnego prawa do bezpłatnego wolnego z gwarancją zachowania miejsca pracy. Jeśli zachorujesz na grypę i zostaniesz w domu, pracodawca może cię zwolnić za niestawienie się w pracy.

W USA obowiązuje ustawa o urlopach rodzinnych i zdrowotnych (FMLA). Zapewnia ona dwanaście tygodni urlopu, który można wykorzystać jako urlop macierzyński lub zdrowotny, i gwarantuje, że po powrocie z takiego urlopu nie można cię ukarać ani zwolnić. Ma jednak dwie poważne wady: jest to urlop bezpłatny i ma zastosowanie tylko wtedy, gdy firma zatrudnia ponad 50 pracowników, a ty pracujesz dla niej przynajmniej 12 miesięcy.

Dla porównania: dyrektywa Unii Europejskiej ustanawia maksymalny 48-godzinny tydzień pracy, prawo do co najmniej 11 godzin nieprzerwanego odpoczynku w każdej dobie, co najmniej 24 godziny nieprzerwanego odpoczynku w każdym tygodniu oraz co najmniej 20 dni płatnego urlopu wypoczynkowego rocznie. UE ustala sufit, natomiast w rzeczywistości średni tydzień pracy w krajach UE to 36 godzin. W Holandii średni tydzień pracy to 32 godziny, w Danii, Niemczech i Austrii 34 godziny. Polacy i Grecy pracują średnio 40 godzin tygodniowo, najwięcej w UE.

Z kolei zgodnie z unijną dyrektywą Work-Life Balance państwa członkowskie muszą zagwarantować co najmniej 14 tygodni urlopu macierzyńskiego, co najmniej 10 dni roboczych urlopu ojcowskiego oraz cztery miesiące urlopu rodzicielskiego dla każdego z rodziców.

Czytaj także I tak wszyscy umrzemy. Ale 1 procent zarobi na tym miliardy Magdalena Bazylewicz

Dość osobliwa jak na USA jest ustawa o dyskryminacji ze względu na wiek w zatrudnieniu (ADEA), która chroni osoby w wieku 40 lat lub starsze. Została wprowadzona w 1967 roku. Pracodawcy w tamtym czasie często ustalali sztywne górne granice wieku przy zatrudnianiu, nierzadko zaledwie 45 lub 50 lat. Limity te nie opierały się na dowodach medycznych czy wynikach pracy, ale na stereotypowym założeniu, że starsi pracownicy są mniej zdolni do adaptacji i mniej wydajni. W 1965 roku raport Sekretarza Pracy Willarda Wirtza wykazał, że połowa wszystkich ofert pracy w sektorze prywatnym wyraźnie wykluczała kandydatów powyżej 55. roku życia. Gdy starsi pracownicy tracili pracę, pozostawali bezrobotni znacznie dłużej niż ich młodsi koledzy. Byli zbyt młodzi na emeryturę, ale zbyt starzy, by ktoś chciał ich zatrudnić. Ustawa miała promować politykę zatrudniania opartą na umiejętnościach, a nie na metryce.

Zgodnie z ustawą pracodawca nie może już zwolnić starszego pracownika, żeby zastąpić go młodszym, bo jest bardziej dynamiczny. Nie można również publikować ofert pracy z preferencją wieku kandydata. Pracodawcy nie mogą oferować starszym pracownikom gorszych pakietów ubezpieczeniowych, a przy rekrutacji nie wolno używać technologii, która mogłaby odfiltrowywać starszych kandydatów (np. przez analizę daty ukończenia studiów lub używanie sformułowań takich jak „cyfrowi tubylcy”, które de facto są szlabanem dla osób 50+).

A jak to się ma do rzeczywistości? Oczywiście, jeżeli firma nie chce zatrudnić starszego pracownika, znajdzie na to sposób, zasłaniając się na przykład argumentem nadmiernych kwalifikacji, a co za tym idzie, „wygórowanych” oczekiwań finansowych. Jest to powszechny sposób omijania ustawy ADEA. Sąd Najwyższy (w sprawie Hazen Paper Co. vs. Biggins) orzekł, że zwolnienie kogoś w celu zaoszczędzenia na kosztach emerytalnych lub wysokiej pensji nie musi być dyskryminacją ze względu na wiek, nawet jeśli te koszty są skorelowane z wiekiem.

Czytaj także Nadal chcecie naśladować Amerykę? Tomasz S. Markiewka

Zatem mimo teoretycznej ustawowej ochrony pracownicy powyżej 40. roku życia są w potrzasku. Zarabiają więcej niż początkujący, lecz ich wynagrodzenia i urlopu nie chroni kodeks pracy. Odczuwają nieustanną presję, by udowodnić, że są warci swojej ceny w porównaniu z 22-latkiem, który nie ma żadnej ochrony prawnej, ale kosztuje firmę o 40 proc. mniej.

W USA praktycznie nie istnieje również ochrona przedemerytalna. Unia Europejska nie reguluje przepisów dla wszystkich krajów wspólnoty w tym zakresie, lecz standardem w państwach członkowskich jest jakaś forma ochrony starszego pracownika. Polska ma tę ochronę wyjątkowo silną. W Niemczech przy redukcji etatów osoby starsze są zwalniane na samym końcu. We Francji wysokość odprawy rośnie wraz z wiekiem. W Szwecji ustawa nakazuje, żeby w przypadku redukcji zwalniać najpierw osoby z najkrótszym stażem. W Hiszpanii zwolnienie pracownika powyżej 50. roku życia w ramach zwolnień grupowych wiąże się z karami finansowymi dla firmy. W Belgii można przejść na mniejszy wymiar czasu pracy z dopłatą państwową, by „dociągnąć” do emerytury.

50-letni pracownik w Europie jest więc chroniony stażem pracy i odprawą, a jego kwalifikacje i doświadczenie to atut. W USA taki pracownik to nierzadko pierwsza ofiara „optymalizacji kosztów” pracodawcy.

Lepsze warunki zatrudnienia oraz ochronę przed nagłym zwolnieniem bez istotnego powodu mogą wywalczyć związki zawodowe. Jednak w przeciwieństwie do krajów europejskich, gdzie organizacje te często negocjują warunki dla całej branży, w USA działają one na poziomie konkretnego zakładu pracy. Jeżeli pracownikom danego magazynu Amazona lub kawiarni Starbucks uda się założyć związek, ta konkretna lokalizacja może mierzyć się z wyższymi kosztami pracy niż jej niezrzeszony konkurent. W efekcie kadra zarządzająca postrzega związek jako bezpośrednie zagrożenie dla konkurencyjności i robi wszystko, co w jej mocy, aby uniemożliwić uzwiązkowienie placówki.

Czytaj także Solidarność w Amazonie. Czy Ameryka da drugą szansę związkom zawodowym? Agata Popęda

Ilustracją tego zapału są na przykład zarządzający magazynem Amazona w Alabamie, proszący władze hrabstwa Jefferson o wydłużenie czasu trwania zielonego światła na skrzyżowaniu obok magazynu, dzięki czemu pracownicy opuszczający magazyn nie mieli zbyt wiele czasu, żeby porozmawiać ze stojącymi przy skrzyżowaniu działaczami związkowymi. Co więcej, wielomiliardowej korporacji znacznie łatwiej jest skoncentrować zasoby na walce z jedną, 50-osobową grupą pracowników w konkretnym sklepie czy fabryce, niż mierzyć się z całą krajową siłą roboczą. Prześladowanie osób agitujących za założeniem związku jest powszechną praktyką, a w ostateczności korporacja może po prostu zamknąć uzwiązkowiony oddział, co miało już miejsce w przypadku Starbucksa i Walmartu.

Na koniec, zanim pojawi się oczywisty zarzut: unijny parasol dotyczy osób spełniających definicję pracownika, a przecież wiemy, jak wiele osób pracuje na umowach, które tę definicję omijają, zresztą często nielegalnie. Mimo to obraz wyłaniający się z danych i konstrukcji prawa pozostaje klarowny: Amerykanin ma w porównaniu do Europejczyka nie tylko trudniejszą drogę do klasy średniej, ale też mniej stabilną pozycję, gdy już do niej trafi.

Jednocześnie w bezwzględnej walce o dominację militarną i gospodarczą Amerykanie znoszą regulacje w branży technologicznej. Jak niefrasobliwie zapowiedział niedawno prezes Palantira Alex Karp, sztuczna inteligencja odbierze zatrudnienie głównie wykształconej klasie średniej, a zadaniem nowej klasy panującej będzie wyjaśnienie ludziom, że muszą się przyzwyczaić do pracy gorszej i mniej interesującej.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie