Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce

Dlaczego łatwiej wstydzić się za innych niż za siebie? I czemu stale reprodukujemy polaryzację, choć jej nienawidzimy? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w najnowszym raporcie Instytutu Krytyki Politycznej.

Plakat raportu Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce
Kontekst

📊 Instytut Krytyki Politycznej przedstawia raport z badań „Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce”.

🍎 Inspirowane socjologią Arlie Russel Hochschild badania przeprowadzone zostały na Wareckim Szlaku Jabłkowym – regionie traktowanym jako społeczny „środek Polski”.

⚔️ Badacze i badaczki analizowali, czego wstydzą się i z czego są dumni Polacy i jak te emocje napędzają niszczącą nas polaryzację.

🗣️ Nie masz czasu na całość? Najważniejsze wnioski z badań omawia w rozmowie z autorami Kaja Puto – kliknij tutaj.

Serce

1

Inspiracją dla naszych badań były koncepcje Arlie Russell Hochschild, amerykańskiej socjolożki, emerytowanej profesorki Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, która chcąc wyjaśnić fenomen sukcesów Tea Party, a później Trumpa, zostawiła w kalifornijskim domu wygodny fotel, a także swoje sympatie i uprzedzenia polityczne, żeby prowadzić zaangażowane badania terenowe tam, gdzie prawica odnosiła największe sukcesy.

Specyfiką podejścia Hochschild jest badanie tego, jak emocje (wstyd, duma) wiążą się z polityką. Kiedy większość analityków populizmu starała się wyjaśniać wzrost jego znaczenia ekonomią, Hochschild w wyjaśnianiu mechanizmów rządzących polityką podkreślała znaczenie tego, co nieekonomiczne – czyli właśnie emocji.

Czytaj także Amerykański kryzys opioidowy Dawid Krawczyk

Efektem jej badań w Luizjanie i Appalachach były książki Obcy we własnym kraju i Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy[1]. Pierwsza wyjaśnia paradoks, zgodnie z którym mieszkańcy stanu zrujnowanego ekologicznie i ekonomicznie wskutek samowoli koncernów wydobywających ropę naftową zwracają się w stronę polityków, którzy dążą do ograniczenia władzy rządu federalnego i przyznania firmom jeszcze większej swobody działania. Druga stara się rozwikłać zagadkę mówiącą, że region o największym odsetku osób objętych programami federalnych ubezpieczeń medycznych dla najuboższych (Medicare i Medicaid), przeorany epidemią fentanylową, którą wywołała chciwość koncernów farmaceutycznych oraz brak wystarczających uprawnień federalnych instytucji nadzoru, popiera człowieka nazywającego te programy socjalizmem i nawołującego do ich likwidacji. W obu przypadkach wyjaśnienia udaje się wyrazić w formie chwytliwych metafor.

W Luizjanie była to metafora kolejki. Oto grupa ciężko pracujących białych Amerykanów cierpliwe podejmuje wysiłek i czeka, aż wreszcie zapracują na sukces: spłacą hipoteki, poślą dzieci na studia. Nie narzekają – wierzą, że są kowalami własnego losu i wcześniej czy później im się uda. Tymczasem widzą, że coraz więcej osób jest wpuszczanych przed nich i kolejka się wydłuża: kobiety, czarni, Latynosi, osoby LGBTQ+, a nawet zagrożone gatunki mają przed nimi pierwszeństwo. Bez wysiłku dostają to, co im się należało – za samą inność, mniejszość, tożsamość. Biali czują się „obcy we własnym kraju”. Frustracja z tego wynikająca powoduje, że kierują się ku tym, którzy obiecują im ukrócić tę niesprawiedliwość.

W Appalachach Hochschild skupia się natomiast na paradoksie dumy. Ameryka przez ostatnie stulecia była krajem protestanckim, a doktryna predestynacji sprawiała, że sukces zawodowy tradycyjnie był dowodem na pozostawanie w łasce, niedola zaś na bycie potępionym. Współcześnie to przekonanie utrzymało się w regionach najbardziej religijnych. To zarazem te same miejsca, gdzie ludzie żyli z produkcji i zostali najmocniej dotknięci skutkami globalizacji. I to prowadzi do paradoksu. Najbardziej wstydzą się biedy, a sprzeciwiają się pomocy ubogim ci, którzy jej doświadczają, podczas gdy zsekularyzowani mieszkańcy stanów liberalnych utrzymują się z pracy w usługach, żyją w wielkomiejskich wspólnotach i popierają interwencje skierowane do grup nieuprzywilejowanych.

Ciekawiło nas, jakie złożone mechanizmy angażujące społeczne emocje kryją się za wzrostem popularności prawicowego populizmu i nasilającej się polaryzacji politycznej w Polsce. Jak pokazały badania, które prezentujemy w poniższym raporcie, polską polaryzację napędza nie tyle konflikt interesów czy wartości, ile dynamika wstydu i zagrożonej dumy.

Poczucie dumy (w przypadku badanego przez nas miasta[2] – z sadów, z przedsiębiorczości, ze skoku cywilizacyjnego po 2004 roku) jest kruche: czasem podkopują je stagnacja ekonomiczna, wrażenie peryferyjności i doświadczenie bycia obywatelem drugiej kategorii. Innym razem poczucie nieosiągania standardów europejskich, syndrom oblężonej twierdzy i dominacji tradycjonalizmu zagrażającego temu, co uważane za nowoczesne. W obu przypadkach frustracja generuje wstyd, którego nie sposób znieść – dlatego obie strony konfliktu politycznego go eksternalizują: nie wstydzą się za siebie, lecz za „tamtych drugich”.

Szukanie winnego prowadzi do polaryzacji, a polaryzacja karmi dwa lustrzane populizmy – liberalny i prawicowy – które, chociaż w różny sposób, to jednak dehumanizują przeciwnika. Jeden populizm jest przesiąknięty rasizmem i homofobią, drugi – klasizmem i poczuciem wyższości. Prawica dokonała jednak czegoś, na co liberałowie nie mają odpowiedzi: skutecznie zneutralizowała wstyd jako narzędzie dyscyplinowania klasy ludowej. Powstał paradoks bezwstydności – im mocniej liberalne elity próbują zawstydzać, tym silniej wyborcy prawicy konsolidują się wokół polityków, którzy wstydzić się odmawiają.

Czytaj także Ile prawdy jest w serialu „The Pitt”? „Przemocy na izbach przyjęć jest niemało” Michał Sutowski rozmawia z Magdaleną Bokiej

Dlaczego wybraliśmy miasto z Wareckiego Szlaku Jabłkowego? Było to świadome zagranie na utrwalonych wyobrażeniach dotyczących „Polski powiatowej”. Można powiedzieć, że to jest nasza Luizjana – stereotypowy fragment „Polski B”. Polaryzacja polityczna, ale i historia społeczna dzielą bowiem Polskę niemal tak mocno jak Stany Zjednoczone. Mamy swoje „stany niebieskie” i swój „pas rdzy”. Polska B – nazywana tak od czasów przedwojennych – to dziś głównie obszar południowo-wschodni. Polska północno-zachodnia – w tym „odzyskane” ziemie poniemieckie – to matecznik liberałów.

Często zapomina się jednak, że polaryzacja dzieli także poszczególne województwa na wielkomiejskie centra i ich otoczenie, w tym mazowieckie na „platformerską” Warszawę z przyległościami i PiS-owski interior, czyli pozostałe Mazowsze. Nie jest przypadkiem, że w ostatnich wyborach prezydenckich na kandydatów prawicy głosowało w tym miejscu znacznie więcej wyborców niż średnio w całym kraju: dotyczy to zarówno zwycięskiego Karola Nawrockiego (prawie 64% w II turze), jak i Sławomira Mentzena (prawie 18% w I turze). Miasta Wareckiego Szlaku Jabłkowego przez dziesiątki lat obsadzone były na polskiej mapie mentalnej jako stereotypowy ośrodek prowincjonalny (podobnie jak np. Pcim, Pacanów, Mława[3]) i zarazem peryferyjna antyteza Warszawy; obecnie ta klisza potocznej wyobraźni wypierana jest przez wizerunek (i gospodarcze realia) prężnego ośrodka sadowniczego.

Równocześnie jednak Warszawa pozostaje trwałym punktem odniesienia dla samego Jabłkowego Miasta. „Realnym” jako kierunek emigracji „za pracą” młodego pokolenia oraz napływu „za mieszkaniem” obywateli wielkiego miasta, ale także „wyobrażeniowym” (zwłaszcza jako symboliczne centrum dla lokalnych środowisk inteligenckich, naturalny ośrodek aspiracji, jak również drenowania lokalnych zasobów). Z tych wszystkich powodów miejsce to – i dynamika kształtujących się w nim procesów i emocji – jest dobrą matrycą polskiego podziału politycznego.

Zarazem jednak nasza analiza – co pokażemy na kolejnych stronach – inaczej niż u Hochschild oderwała się od tego, co lokalne czy prowincjonalne, aby pokazać to, co polskie i uniwersalne. Opis lokalnej inteligencji, która pod naporem dominującej prawicy popada w syndrom oblężonej twierdzy, równie dobrze pasuje do opisania podszytej lękiem tożsamości wielkomiejskich liberałów. Mieszkańcy Warszawy i innych polskich metropolii także ulegają wrażeniu utraty pozycji i czują się coraz bardziej osaczeni i zagrożeni.

Rozdział pierwszy prezentuje metodologię oraz kontekst badania. Rozdziały od drugiego do czwartego omawiają funkcjonowanie emocji – głównie dumy i wstydu – w badanej społeczności. Rozdziały piąty i szósty to analiza populizmów (prawicowego i liberalnego), które spolaryzowały życie polityczne w Polsce, oraz interpretacja dynamiki emocjonalnej opisującej relacje zachodzące między nimi.

1. Socjologia szybkiego reagowania – metodologia badań

Respondenci często wskazywali rok 2004 jako najlepszy moment w najnowszej historii Wareckiego Szlaku Jabłkowego – czas wejścia Polski do Unii Europejskiej. To wtedy, dzięki funduszom unijnym, nastąpił dynamiczny rozwój sadów, a sadownicy zaczęli mówić o sobie jako prosperujących przedsiębiorcach. Zależność lokalnej gospodarki od sadownictwa utrzymuje się do dziś, choć obecnie wiąże się z nowymi problemami. Respondenci skarżyli się, że ceny jabłek od lat stoją w miejscu, podczas gdy koszty produkcji rosną, a coraz dotkliwiej odczuwany jest brak rąk do pracy – uzupełniany głównie przez ukraińskich migrantów. Wojna w Ukrainie przyniosła wprawdzie wzrost liczby migrantów zarówno w Polsce, jak i na terenie Wareckiego Szlaku Jabłkowego, ale jednocześnie zmieniła charakter ich obecności oraz klasowo-zawodowy profil ich społeczności.

Celem badań było rozpoznanie roli emocji w kształtowaniu postaw politycznych Polaków, a także wyjaśnienie sukcesu Nawrockiego i dobrego wyniku Mentzena w wyborach prezydenckich. Pokazujemy również, jak zagrożona duma i wstyd napędzają relacje z „innymi” – marginalizację migrantów, mniejszości seksualnych, oraz polską polaryzację polityczną.

Projekt powstał w duchu tego, co określamy w Instytucie Krytyki Politycznej mianem Socjologii szybkiego reagowania. Jest to podejście badawcze trzymające rękę na pulsie wydarzeń, zwrócone ku temu, co dzieje się „tu i teraz”. Zakłada ono szybkie reagowanie na dynamiczne przemiany społeczne, podejmowanie dialogu ze społeczeństwem w celu lepszego rozpoznania jego problemów, a niekiedy również współuczestniczenie w poszukiwaniu ich rozwiązań.

Badania realizował zespół złożony z pracowników i pracowniczek Instytutu Krytyki Politycznej oraz kilkunastoosobowej grupy studentek i studentów trzeciego roku Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, uczestniczących w seminarium prowadzonym przez Przemysława Sadurę. Wspólnie pracowaliśmy nad scenariuszem badań, prowadziliśmy wywiady, a na zakończenie każdego dnia spędzonego w terenie spotykaliśmy się, by wymienić wrażenia i sformułować pierwsze hipotezy i interpretacje. Scenariusz badań zawierał pytania dotyczące biografii i doświadczeń życia lokalnego, wyznawanych wartości oraz sposobów rozumienia wspólnoty i patriotyzmu. Obejmował również pytania o opinie na temat kluczowych kwestii społecznych (takich jak Unia Europejska, migracja, role płciowe czy prawa osób LGBTQ+) oraz o ocenę współczesnej polityki i przywództwa w Polsce, w tym rządów Koalicji Obywatelskiej i prezydentury Karola Nawrockiego.

Ten raport jest dziełem pracowniczek i pracowników Instytutu Krytyki Politycznej opierającym się na dotychczasowych badaniach. Zespół uniwersytecki obejmujący prowadzących oraz uczestniczki i uczestników wspomnianego seminarium badawczego będzie kontynuował badania w tej lokalizacji i dopiero po ich zakończeniu przygotuje własne opracowania i analizy.

Przeprowadziliśmy łącznie 40 wywiadów indywidualnych oraz dwa wywiady grupowe z mieszkankami i mieszkańcami gminy. Rozmowy trwały zwykle około godziny. Wśród rozmówców znalazło się 19 kobiet i 26 mężczyzn w wieku od 18 do 81 lat. Trzynastu respondentów pochodziło z okolicznych wsi i małych miejscowości należących do Wareckiego Szlaku Jabłkowego. Pod względem wykształcenia 13 osób zadeklarowało wykształcenie wyższe, natomiast 14 – średnie bądź zawodowe. Dwunastu respondentów określiło swoją orientację polityczną jako najbliższą Koalicji Obywatelskiej, osiem osób poparło w ostatnich wyborach prezydenckich Karola Nawrockiego. Pozostali rozmówcy nie chcieli jednoznacznie deklarować swoich poglądów politycznych.

Jako badacze i studenci z Warszawy mogliśmy być postrzegani ambiwalentnie: jednocześnie jako „swoi”, z inteligencji, szczególnie wśród wyborców KO, ale też jako młodzi, niedoświadczeni, którym „pewnych rzeczy” nie warto tłumaczyć. Ten protekcjonalny stosunek mógł sprawiać, że niektóre wątki pozostawały niewypowiedziane[4].

Większość rozmówców pozyskaliśmy dzięki kontaktom lokalnych autorytetów z kręgu inteligencji o poglądach prokoalicyjnych, co pokazało relacyjny charakter tożsamości politycznej[5]. Ważną rolę odgrywał tu także wspomniany syndrom oblężonej twierdzy.

Kontrapunktem dla tej grupy była mniej liczna wśród badanych, ale dominująca w populacji grupa wyborców prawicy, a w zasadzie Prawa i Sprawiedliwości. W tej grupie znaleźli się zarówno mieszkańcy mniejszych miejscowości, jak i urzędnicy czy nauczyciele z większego miasta należącego do Wareckiego Szlaku Jabłkowego. Osobną kategorią rozmówczyń były kobiety z Koła Gospodyń Wiejskich z jednej wsi. Prezentowały dość konserwatywne i prawicowe poglądy, silnie zakorzenione w osobistych doświadczeniach i lokalnym sposobie widzenia świata. Nie stanowiły one stałego elektoratu prawicy, lecz w wyborach prezydenckich poparły Karola Nawrockiego. Ukazuje to złożoność lokalnej sceny politycznej, w której podziały nie przebiegają wyłącznie według prostych linii partyjnych.

2. „Nasz region jabłkiem stoi”. Lokalna duma

Sady były opisywane przez rozmówców jako jedno z kluczowych źródeł lokalnej dumy. Jabłka stanowią ważny element tożsamości regionu nie tylko dla samych sadowników, lecz także dla osób niezwiązanych bezpośrednio z produkcją owoców, w tym przedstawicieli lokalnej inteligencji. Sadownictwo jest postrzegane jako główna podstawa rozpoznawalności regionu:

No co, nasz region jabłkiem stoi, że tak powiem. Słynie z jabłek, słynie z owoców. Jesteśmy znani, jesteśmy znani w całej Europie, a wręcz i na świecie, tak? I to, i to daleko na świecie. To na pewno możemy się tym, możemy się tym szczycić, chwalić, być z tego dumni. Że tutaj, prawda, umiemy produkować, umiemy produkować takie jabłka jak nigdzie indziej. (Wywiad_24)

Podobne narracje streszcza często powtarzane przez rozmówców stwierdzenie:

Nasz region to największy sad Europy. (Wywiad_3)

Na lokalną dumę składają się zarówno znaczenia symboliczne – wyrażane w hasłach takich jak „Nasze miasto – stolica jabłek”, podkreślających wyjątkowość regionu, jak i wymiar ekonomiczny, związany z prestiżem, nowoczesnością oraz wysokim poziomem specjalizacji lokalnej gospodarki. W narracjach rozmówców Warecki Szlak Jabłkowy funkcjonuje jako europejskie centrum sadownictwa, zamieszkane przez wykształconych i wyspecjalizowanych producentów, często posiadających formalne kwalifikacje zawodowe, co stanowiło fundament lokalnej dumy.Jednocześnie współczesne wyzwania, jak kryzys ekonomiczny, generują nasilające się nastroje antyunijne i antyukraińskie, a wraz z nimi napięcia społeczne. Respondenci o poglądach prokoalicyjnych oraz konserwatywnych w odmienny sposób konstruują relację „my–oni”, inaczej definiując zarówno potencjalnych sprzymierzeńców, jak i „innych”, zagrażających ich poczuciu dumy i tożsamości lokalnej.

Czytaj także Hochschild: Lekcja trumpizmu od górników z Kentucky Michał Sutowski rozmawia z Arlie Russell Hochschild

Rozmówcy zgłaszali cztery główne problemy współczesnego lokalnego sadownictwa: stagnację cen jabłek, rosnący rozdźwięk między ceną producenta a ceną konsumencką, brak rąk do pracy oraz spadającą konkurencyjność na rynkach eksportowych. Jak mówili:

Ale idziemy do sklepu i mamy 6 złotych, a nam płacą czasem 7080 groszy. To jest dramat, tak? Że ten pośrednik jest 400 razy procent przewyższona cena, a my wiemy, ile jest pracy włożonej w tę naszą, tak? I to chyba najbardziej boli, nie? […] No bo dzięki pracy ludzi z Ukrainy my mamy tak jakby siłę roboczą, tak? Ale jakbyśmy mieli dobrze zapłacone za nasz produkt, jakbyśmy mieli dobrą, godną cenę, to by było nas stać na Polaków, tak? Cena jabłka od 20 lat się nie zmienia, tak? (Wywiad_27)

Tożsamość oparta na dumie z sadownictwa nie jest więc wolna od napięć. Towarzyszy jej frustracja ekonomiczna, wynikająca ze wzrostu kosztów pracy i produkcji oraz braku stabilności dochodów. Wyraźnie wskazywano na rozdźwięk między pozytywnym wizerunkiem regionu a codziennym doświadczeniem sadowników. Winą za kryzys w sadownictwie obarczani są przede wszystkim pośrednicy handlowi, import owoców z Ukrainy oraz deficyt pracowników sezonowych.

3. Granice dumy. Relacje z „innymi”

Granice dumy były wyznaczane w odniesieniu do aktorów postrzeganych jako zewnętrzni wobec wspólnoty – takich jak Unia Europejska, migranci z Ukrainy czy osoby LGBTQ+. To właśnie wobec nich ujawnił się mechanizm konstruowania przez respondentów relacji „my–oni”. Oceny tych samych podmiotów różniły się w zależności od (między innymi) politycznego światopoglądu respondentów. Co istotne, to, co (lub kto) mieściło się jeszcze w obrębie kategorii dumy, często funkcjonowało na zasadach warunkowych i pozostawało podatne na przesunięcia.

3.1 Unia Europejska

Według rozmówców prokoalicyjnych źródło wsparcia finansowego lokalnego sadownictwa stanowi Unia Europejska. Wspominali niejednokrotnie, że przystąpienie Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku przyniosło napływ funduszy unijnych, które umożliwiły modernizację sadów, rozwój eksportu oraz przyczyniły się do zmiany roli sadownika: z rolnika w przedsiębiorcę:

Wejście do Unii dało ogromny skok cywilizacyjny, dotacje widać w sadach. (Wywiad_6)

I od początku zauważyliśmy po wejściu do Unii dotacje. Przyszły pieniądze, przyszły kapitały, tak? Ludzie otrzymali tanie kredyty, dokładano na zakup sprzętów, na zakup, tak? Ileż budynków powstało, ileż maszyn, traktorów, innych rzeczy kupiono, mówię na wsi, tak? Na wsi. Ale i zakłady przemysłowe, tu dotacja z Unii na to, tu dotacja z Unii, tu tabliczka wisi na budynku, pobudowano przy udziale kosztów, tak? (Wywiad_24)

Członkostwo w Unii Europejskiej „liberałowie” postrzegali jako kluczową szansę nie tylko na pokonanie ekonomicznych trudności, ale także na dalszy rozwój regionu:

Jak najbardziej Unia i ludzie, którzy w tym kierunku patrzą, czyli patrzą na Zachód, na ten lepszy, nie do końca, wiadomo, nie do końca dobry świat, ale jest to rzecz, powinniśmy być zadowoleni z tego, że jesteśmy w tym mechanizmie tych, tych państw, tak? (Wywiad_24)

Z kolei konserwatywni rozmówcy narzekali na ambiwalentny i biurokratyczny charakter wsparcia finansowego Unii Europejskiej:

Część rolników powie, że Unia jest dobra, część, że nie, bo są dotacje, są dopłaty, tak? Z drugiej strony, nie wiem, jak wchodzą jakieś dyrektywy Unii, że jest grypa czy coś i nagle ktoś likwiduje jakieś swoje hodowle, tak? No to wtedy to wiadomo, ten rolnik będzie już na nie. (Wywiad_9)

Czytaj także Żarówki LED i nowe zakrętki. Czy to wszystko, na co stać Unię Europejską? Tomasz S. Markiewka

No dobrze, no teraz głupią krowę chce się kupić do własnego użytku, zarejestruj, opodatkuj. Co weterynarz musi być, przyjechać, co tydzień. I musi być wyszykowane. Mleko, mleko ma być, próbki, coś tam. To ludziom się nie chce. Jak tu połowa osób…

Ale nawet ci, są sadownicy, opryski. To jest więcej takich, dadzą pieniądze na jakieś tam projekty, ale przy tym projekcie wytkną takie, można powiedzieć, rzeczy, że no człowiekowi się po tym projekcie mogłem tego nie dać. Czyli takie z jednej strony niby pomagają, ale z drugiej strony tak pomagają, że człowieka zniechęca. No tak, bo jest tyle tej dokumentacji, tego wszystkiego. (Wywiad_25)

W narracjach konserwatywnych respondentów dominowało poczucie osamotnienia i braku realnego wsparcia instytucjonalnego. Unia Europejska funkcjonuje więc w lokalnym dyskursie jako ważny, ale niejednoznaczny punkt odniesienia. Dla części respondentów jest źródłem modernizacji i rozwoju, dla innych – symbolem podporządkowania zewnętrznym wymogom. Postrzegana jest zarówno jako zagrożenie dla lokalnej gospodarki, jak i jako potencjalne naruszenie granic lokalnej dumy. Konstrukcja relacji „my–oni” w tym kontekście zależy nie tylko od czynników ekonomicznych, lecz także od lokalnych wizji społeczno-politycznych.

3.2 Ukraińscy migranci

W lokalnym dyskursie temat Ukraińców i temat sadów są ze sobą ściśle powiązane. Migranci pojawiają się często w kontekście pracy przy zbiorach, a rozmowy o sadownictwie bardzo szybko prowadzą do kwestii ukraińskiej siły roboczej. Relacja ta bywa określana przez rozmówców mianem „symbiozy”, jednak w praktyce opiera się przede wszystkim na ekonomicznej zależności migrantów od sadowników.

Respondenci opisywali sytuacje, w których znaczna część jabłek w sadach ulegała zepsuciu, ponieważ brakowało rąk do pracy przy zbiorach, co stanowiło według nich jedno z kluczowych zagrożeń dla lokalnego modelu gospodarczego. Jak mówili, „jabłka wisiały na drzewach, bo nie było komu zbierać”. Bez migracyjnej siły roboczej – jak podkreślali rozmówcy – lokalne sadownictwo nie jest w stanie funkcjonować:

No są potrzebni pracownicy, nie? Z zewnątrz. Skąd oni będą, czy z Nepalu, czy z Indii, czy tam gdzie z Ameryki Południowej. Nieważne. Ale zapotrzebowanie na to jest… Bo całe rolnictwo diabli wezmą tutaj bez jakich pracowników sezonowych. To jest naprawdę duży problem. Ja już teraz widzę, że niektóre sady, jabłka zostały, bo nie było komu zerwać. (Wywiad_4)

Dotychczas funkcję taniej siły roboczej pełnili przede wszystkim migranci z Ukrainy. Respondenci o poglądach liberalnych przedstawiali Ukraińców jako pracowników solidnych, dyspozycyjnych i gotowych do ciężkiej pracy, której „Polacy nie chcieli”. Choć wypowiedzi te nierzadko mają ton pragmatyczny lub wręcz wdzięczny („bez nich nie dałoby się zebrać”), widoczny jest w nich brak narracji dotyczących podmiotowości ukraińskich migrantów i ich zróżnicowanych doświadczeń[6]. W wypowiedzi jednego z rozmówców wywodzącego się z liberalnej inteligencji pojawiły się także odniesienia do Ukrainy jako dawnej przestrzeni polskich Kresów. Tego rodzaju narracje sugerują relację hierarchiczną, opartą na zależności i nierówności, przypominającą historyczny układ władzy między szlachtą a chłopami lub – w lokalnym kontekście – między sadownikiem a pracownikiem sezonowym.

Zarówno rozmówcy liberalni, jak i konserwatywni zauważali wyraźną zmianę pozycji migrantów z Ukrainy na lokalnym rynku pracy po wybuchu wojny. Zmieniły się zarówno dostępność ukraińskiej siły roboczej, jak i sposób postrzegania Ukraińców przez mieszkańców Wareckiego Szlaku Jabłkowego. Respondenci o orientacji prokoalicyjnej interpretowali przemiany jako formę awansu społecznego i integracji. Ukraińcy „odnaleźli się”, pracują dziś w innych sektorach, w tym w ochronie zdrowia, albo nie chcą już podejmować pracy w sadach.

Czytaj także Ukraińscy uchodźcy coraz bardziej stają się zakładnikami walki KO i PiS Olena Babakova

Z kolei rozmówcy konserwatywni opisywali ten sam proces, mówiąc, że migranci „wycwanili się”. Postrzegali Ukraińców jako uprzywilejowanych w dostępie do usług publicznych, co wywoływało u nich poczucie niesprawiedliwości[7]. Takie obawy pojawiały się np. w wypowiedziach rozmówczyń z Koła Gospodyń Wiejskich. Ich narracje koncentrowały się na funkcjonowaniu migrantów w zamkniętych grupach oraz lękach związanych z powstającą infrastrukturą przeznaczoną dla pracowników sezonowych:

Ale zazwyczaj oni, jak przyjeżdżają tutaj do kogoś, to oni, jak ich przyjeżdża grupa, to oni wolą w swojej grupie, oni nie wychodzą tak jak…
Ale Gosia, teraz są nawet i w szpitalach są, w sklepach są. Gdzie ich nie spotkasz, to są Ukraińcy.
Znaczy u nas też tu dużo jest, bo tu są truskawki, dużo tu przyjeżdża, tak. Ale oni nie wychodzą jakoś tak, że do nas, coś, no to są u gospodarza i oni sobie tam, nie wiem, czy do sklepu, no wiadomo, że muszą kupić coś i tak w tym sklepie, nawet w tym wiejskim. No ale wracają na teren, gdzie mieszka gospodarz, i oni tam w swojej grupie, oni się tam bawią. Czyli tak pracują, albo jakoś bawią, pracują, ale nie integrują się.
Nie.
– Znaczy z mieszkańcami no to nie, no teraz tutaj hotel też powstaje. Tu na wsi u nas. To się w ogóle będzie hotel pracy taki, do wynajęcia w Belsku… (Wywiad_25)

Opinie te rezonowały z szerszymi nastrojami antyukraińskimi obecnymi w debacie publicznej, jak i w codziennych rozmowach w całej Polsce.

Relacje mieszkańców Wareckiego Szlaku Jabłkowego z migrantami z Ukrainy mają więc charakter ambiwalentny i wewnętrznie sprzeczny. Z jednej strony obecna jest pragmatyczna wdzięczność oraz świadomość, że bez pracy migrantów lokalne sadownictwo nie mogłoby funkcjonować. Według rozmówców „liberalnych” są częścią lokalnej dumy – jednak tak długo, jak pracują w lokalnych sadach. Pojawiają się lęk i resentyment, związane z poczuciem utraty kontroli nad lokalnym porządkiem społecznym i gospodarczym. Konserwatywni rozmówcy akceptują obecność Ukraińców warunkowo – jest możliwa tak długo, jak migranci wspierają lokalną produkcję i podporządkowują się obowiązującym według nich normom społecznym.

3.3 Niewidzialni mieszkańcy

Złożona relacja z „innymi” uwidaczniała się także w sposobie mówienia o osobach LGBTQ+. Respondenci, zarówno liberalni, jak i konserwatywni, deklarowali tolerancję, pod warunkiem że orientacja seksualna pozostaje w sferze prywatnej i nie staje się elementem debaty publicznej:

Niech sobie oni będą, ale nie wchodzą w moją strefę komfortu, nie afiszują się. (Wywiad_12)

[W Warszawie] O i było dwóch takich panów. No po prostu. Jak popatrzyłam… Nawet gdzieś mam jeszcze zdjęcie. Pan z torebeczką różową, okulary różowe, spodenki takie. No już nie będę przytaczać aż tak może. O co mi chodzi? Chodzi mi o to, że niech robią sobie, co chcą, aby się nie afiszowali tak bardzo. (Wywiad_34).

Marsze równości organizowane w Warszawie były często wskazywane jako przykład „afiszowania się”, które sugeruje agresywną ostentację w wyrażaniu jakichś poglądów, względnie afirmację stylu życia, która uderza w tożsamość i poczucie wartości, wyrażane również przez respondentów o liberalnych poglądach. Stolica funkcjonuje jako odległe, bardziej progresywne centrum, w przeciwieństwie do Wareckiego Szlaku Jabłkowego, gdzie – jak podkreślali rozmówcy – osoby LGBTQ+ są „niewidoczne” i nieobecne w lokalnym dyskursie publicznym. Choć część respondentów zna takie osoby osobiście, temat ten pozostaje niewypowiedziany.

Nie, no to oczywiście, że to jest sprawa prywatna. To afiszowanie się ostentacyjne, to jest bardzo wkurzające dla wielu ludzi, e te, te osoby, jak oni to nazywają, niebinarne, afiszują się z tym, nie?

A pana to irytuje?

Też. Też, bo to jest niepotrzebne, nie? Bo to jest takie prowokacyjne trochę. To prowokuje ludzi do właśnie różnych zachowań. (Wywiad_4)

Akceptacja „innych” ma więc charakter warunkowy: jest możliwa tak długo, jak nie naruszają oni lokalnych norm i nie zgłaszają swoich potrzeb w przestrzeni publicznej. Nienormatywność, szczególnie ta dotycząca tożsamości seksualnej, bywa postrzegana jednak jako potencjalnie konfliktowa i wtedy powinna według respondentów pozostać niewidoczna. W efekcie powstaje relacja oparta na nierówności: jedni mogą mówić głośno o swoich potrzebach, inni zobowiązani są do milczenia.

4. Wstyd(źcie się!) polskiej „prowincji”

4.1 Wstyd ogólnonarodowy

Najwygodniej jest się wstydzić za kogoś innego – to prawidłowość często spotykana w rozmowach o polityce i życiu publicznym. O wstydzie wprost mieszkańcy Wareckiego Szlaku Jabłkowego mówią niemal wyłącznie w odniesieniu do spraw publicznych – polityki, wizerunku kraju za granicą, ale też jakości najbliższego otoczenia, względnie miejsca swego zamieszkania. W odniesieniu do życia prywatnego czy relacji społecznych pojęcie to wydaje się wręcz tabu.

Respondenci głosujący na KO, będący częścią lokalnej inteligencji, bardzo rzadko odwoływali się w rozmowach o wstydzie wprost do własnych doświadczeń biograficznych[8]. Rozmówcy ci często deklarowali dystans wobec polityki, uzasadniając go zmęczeniem konfliktem, polaryzacją oraz „kłótniami przy stole”. Polityka była przez nich przedstawiana jako zagrażająca relacjom rodzinnym i lokalnym, jako temat, którego lepiej unikać w sferze prywatnej. Jak zauważył jeden z rozmówców, „polityka za bardzo zeszła ostatnio na ziemię” (Wywiad_10). Tego rodzaju wypowiedzi wskazują na próbę symbolicznego odsunięcia polityczności od codziennych relacji, jako strategia radzenia sobie z napięciami, które polityka generuje. Deklaracje dotyczące stosunku do polityki niejednokrotnie rozmijają się jednak z codzienną praktyką społeczną, ponieważ – jak dobrze wiemy – to, co prywatne, jest zarazem polityczne.

Nasi rozmówcy, pytani o ich „wstydy” natury zbiorowej, niemal rytualnie wymieniają stereotypowe wady narodowe Polaków, ale jednocześnie kojarzą je tylko z pewnym wycinkiem swej zbiorowości. Charakterystyczny przejaw takiego „bicia się w cudze piersi” to wypowiedź wpisująca się w jeden z najbardziej trywialnych autostereotypów Polek i Polaków:

Jak byłam za granicą, to też się wstydziłam za to ich darcie, za ten alkohol. Trochę tak… Ruskich przypominali. (Wywiad_42)

Czytaj także Redzisz, Świątecka: Wstyd jest wszechobecny Rozmowa Anny Maziuk

To źródło wstydu wyraźnie chętniej wskazują osoby będące zwolennikami obecnego rządu, a niechętne opozycji i prezydentowi. Powielają one tym samym orientalistyczną kliszę („dzicz ze wschodu”), który rzutują zarazem na wyobrażoną, „nieucywilizowaną” podklasę.

Dużo rzadziej jako przedmiot wstydu wymieniane są za to zjawiska takie jak np. postawy ksenofobiczne okazywane migrantom, względnie uchodźcom[9]: „[To], jak po prostu traktują na przykład obcokrajowców, nie? To jest trochę takie nie w porządku” (Wywiad_40), stwierdza młody rozmówca z klasy ludowej, z kolei liberalny inteligent starszego pokolenia potępia postawy niechętne przybyszom z Ukrainy.

To jednak głosy pozostające w wyraźnej mniejszości – i to pomimo faktu, że ta druga osoba należy do najbardziej opiniotwórczych w gronie badanych. Zupełnie pojedynczy jest również głos wyrażający wstyd za zbiorowość związany z patologicznymi zjawiskami w Kościele katolickim:

Jestem zawiedziona, bo kiedyś oczywiście byłam fanem, jak jeszcze Jan Paweł był nasz, który, oczywiście, pomógł nam wydobyć się z tego komunizmu, ale też potem, no pedofilia, którą ukrywał, no to smutna strona i czarna strona. (Wywiad_23)

Jest jednak obiekt wstydu, który zdaje się łączyć osoby o różnych afiliacjach politycznych, a jest nim polska klasa polityczna. Główną cechą jej przypisywaną – będącą właśnie źródłem wstydu – jest wewnętrzne skłócenie prowadzące do społeczno-politycznej polaryzacji. To zjawisko z kolei, deklaratywnie potępiane przez osoby o różnych poglądach politycznych, zarazem określa sposób myślenia bardzo wielu badanych, którzy są nim tyleż zawstydzeni, ile sami wpisują się w jego logikę.

4.2 Polaryzacja: jej przejawy i konsekwencje

Polaryzacja (polityczna) to sytuacja, w której społeczeństwo dzieli się na dwie, mniej więcej równe co do skali, niechętne sobie lub wręcz wrogie zbiorowości skupione wokół dwóch najważniejszych obozów politycznych. Taka interpretacja naszej kondycji zbiorowej jest silnie osadzona w myśleniu potocznym Polek i Polaków. Jest widoczna w przekazie mediów tradycyjnych i na platformach cyfrowych, zarówno jako rama wzajemnej komunikacji, jak i jej temat.

Choć tak trendy sondażowe, jak i badania dotyczące postaw i poglądów na różne sprawy nie wskazują, żeby był to podział zupełny i wyczerpujący złożoność naszej wspólnoty, polaryzacja znalazła też wyraz w wypowiedziach naszych respondentów. Stosunek do niej jest deklaratywnie krytyczny lub, inaczej mówiąc: pozornie refleksyjny. Respondenci odwołują się do zjawiska polaryzacji i problematyzują je przy okazji jednego z głównych wątków rozmów, mianowicie „wstydu”. Słowo to przez niemal wszystkich rozmówców jest używane w szerszym znaczeniu dezaprobaty połączonej z dystansem do różnych zjawisk, w tym właśnie zjawiska ostrej polaryzacji:

Wystarczy, że jakiś tam reprezentuje inne środowisko, ma inne poglądy polityczne, no to normalnie czasami wygląda tak, jakby już była wojna, tylko się krew nie leje, albo jakby to był jeden kraj, gdzie dwa narody zamieszkują. (Wywiad_10)

Respondenci w przeważającej mierze deklarują, że źródeł polaryzacji szukać należy „na górze”, czyli w sferze polityki partyjnej, której liderzy i pomniejsi politycy napędzają negatywne emocje zwolenników, dehumanizują przeciwnika i dzielą w ten sposób społeczeństwo:

Polaryzacja, powiedzmy… KO-PiS, tak…? Straszne to jest właśnie, jak potrafimy między sobą po prostu się żreć, zamiast działać; no to po prostu wygrywa. Ta niechęć w stosunku do drugiej strony, że potrafimy różne rzeczy robić, kierując się tylko tym, żeby tamtemu było źle albo gorzej. (Wywiad_2)

Czytaj także W prawackim świecie nikt nie chce żyć. Ale to lewacka UE ma być zagrożeniem? Galopujący Major

Takie postawy wpisują się w negatywny autostereotyp historyczny wywiedziony głównie z okresu schyłkowej I Rzeczypospolitej (epoki saskiej i stanisławowskiej), wedle którego winę za kryzys ustroju i upadek państwa ponosi ówczesna szlachta (a nieraz i duchowieństwo) z przyrodzonymi jej cechami, jak kłótliwość, prywata i egoizm, a także zawiść i skłonność do intryg, tak w życiu prywatnym, jak i w publicznym:

Hołdujemy dwóm najgorszym cechom, jakimi jest zazdrość i zawiść. To jest po pierwsze. Jest to rodzaj naszego narodowego sportu. (Wywiad_1)

Równolegle, za stereotypową analogią „sejmikową” idzie cyniczne, względnie „odczarowane” przekonanie o manipulacyjnym charakterze politycznego sporu, nakierowanego na panowanie politycznych elit nad masami:

Kłótnie partyjne, to, co się dzieje w tych debatach politycznych, rozmowach politycznych, to, co się dzieje w Sejmie, to awanturnictwo. Ja już przestaję rozumieć, o co tam chodzi, poza tym, że dociera do mnie głównie to, o prymat, o to, kto będzie miał władzę, kto będzie miał ten rząd dusz. (Wywiad_5)

Zarazem ów deklarowany dystans do świata polityki, którą rozmówcy obarczają odpowiedzialnością za zjawisko polaryzacji, okazuje się powierzchowny. Oto bowiem, kiedy w odpowiedziach padają konkretne przykłady „zawstydzających” rozmówcę zachowań czy postaw wpisujących się w ramy polaryzacji, niemal zawsze dotyczą one postaci pochodzących z przeciwnego obozu politycznego lub jego zwolenników – i to im domyślnie przypisywana jest odpowiedzialność za reprodukcję całego mechanizmu, wprost lub pośrednio:

Na jedną osobę można [wskazać]. No jest ta osoba, tak, która bardzo niszczy Polskę, mentalność, kraj nasz bardzo. Ma manię prześladowczą, ma manię przywódczą [chodzi o Jarosława Kaczyńskiego]. (Wywiad_23)

Działalność Owsiaka, który pół życia na to poświęcił, żeby postawić szpital na nogi, żeby wyposażyć szpital w sprzęt, w który powinno wyposażyć państwo. Wyręcza państwo w tym, a opluwa się go. (Wywiad_6)

W Parlamencie Europejskim. Kiedy posłowie PiS-u skarżą na rząd Polski. Będąc Polakami. Wstydziłam się za Beatę Szydło, która jako jedyna się przeciwstawiła wyborowi Tuska. (Wywiad_9)

Trzy powyższe to kluczowe źródła wstydu za zachowania polityczne wpisane w ramy polaryzacji – wskazane przez wyborczynie obozu rządowego; z kolei dwa poniższe wskazali wyborcy Karola Nawrockiego:

No za takich szkodników, no, bo, bo są szkodnicy, którzy opluwają Polskę, no, nie działają, żeby reparacje od Niemiec odzyskać, no tak, pobłażliwie to traktuję, no. (Wywiad_39a)

W Warszawie kibelek przez prezydenta Warszawy Trzaskowskiego. Nie powiem za ile, bo to chyba już… No i co? No i przy tym Pałacu Kultury to muzeum takie nowoczesne w ogóle mi się to nie podoba. I ta sztuka, która jest tam wystawiana i wyceniana na takie pieniądze, to dla mnie to jest jakieś grabieżstwo (sic!). (Wywiad_34)

Czytaj także Panie, kto to panu tak spolaryzował? Tomasz S. Markiewka

Eksternalizacja źródeł problemu – winni są politycy z przeciwnego obozu – jest właściwa obydwu grupom rozmówców; w grupie respondentów liberalnych częściej spotykany jest rozdźwięk między deklarowanym dystansem i niechęcią wobec zjawiska polaryzacji a praktycznym wpisaniem się w jej ramy. „Liberałowie” chętniej też projektują negatywne postawy na całe grupy wyborców (a nie tylko polityków) obozu przeciwnego, interpretując je w kategoriach głębokiego błędu poznawczego:

Bo oni tylko wiedzą to, co powiedzmy sobie, akurat ta stacja telewizyjna im przekazuje 50 razy dziennie. I z nimi nie ma możliwości dyskusji. To są ogromne podziały. To jest, to jest, to jest bardzo złe. (Wywiad_15)

Poza ramą polaryzacji znajduje się niewiele punktów odniesienia, wspomnianych sporadycznie i niemal wyłącznie w negatywnym kontekście: to Sławomir Mentzen, Szymon Hołownia oraz (nieco częściej) Grzegorz Braun, jak w poniższej wypowiedzi na temat generujących poczucie wstydu zjawisk zbiorowych:

Cały czas, że w Polsce nie ma Żydów, a jest antysemityzm. I to jest tak na każdym kroku. Naprawdę. U starszych ludzi, ale nie tylko. To, że, wie pan, jakieś bzdety o jakimś światowym spisku żydowskim. To, że na tego człowieka [Grzegorza Brauna] zagłosowało ponad milion ludzi, to świadczy, wie pan, o czym? O upadku. O upadku, bo ponad milion osób utożsamia się z poglądami tego idioty. (Wywiad_19)

W jednym przypadku rozmówcy – wyborcy KO słyszymy refleksję na temat systemowych przyczyn polaryzacji i innych negatywnych zjawisk w polityce (respondent wpisuje ją w „długie trwanie” polskiej historii podległości); choć wiele wskazuje, iż jest on osobą o dużym wpływie opiniotwórczym na wielu pozostałych rozmówców ze strony „liberalnej”, w ich wypowiedziach dominują diagnozy bardziej powierzchowne, związane z cechami osobniczymi reprezentantów obozu przeciwnego.

Negatywnie oceniane zjawiska polityczne poza ramą polaryzacji rozmówcy identyfikują głównie na poziomie lokalnym: spory i napięcia związane są raczej z brakiem kompetencji i wyobraźni samorządowców, jak również z realizacją pozapolitycznych interesów prywatnych o charakterze korupcyjnym.

4.3 Wstyd lokalny

Bardziej konkretne wnioski na temat zróżnicowania źródeł „wstydu” przynoszą pytania o kontekst lokalny – odpowiedzi dość precyzyjnie wskazują na kierunek i treść tych aspiracji badanych, których niezaspokojenie ich zawstydza. Zarówno u zwolenników obozu władzy, jak i opozycji aspiracje te mają cywilizacyjno-modernizacyjny charakter, jakkolwiek z różnym rozłożeniem akcentów.

I tak, rozmówcy sprzyjający obecnemu rządowi zwracali uwagę przede wszystkim na kwestie estetyki i (dez)organizacji przestrzennej, ale także stan usług publicznych:

Mentalność ludzi się nie zmienia. Na przykład, że środek miasta się nie zmienia, że władze nasze, jak gdyby w dziwny sposób podchodzą do tego, że na przykład nie przebudowujemy centrum miasta. Nie cywilizujemy, a ludzie tam mieszkają jeszcze w takich slumsach; od frontu to są takie kamieniczki pseudodziewiętnastowieczne albo i dwudziestowieczne. Ale jak się zajdzie od drugiej strony, to widać te śmierdzące kible w podwórku. (Wywiad_3)

Mamy bardzo niedobry szpital i służbę zdrowia. Tutaj się chyba można wstydzić, bo nie tak daleko, w Tarczynie, jest ośrodek zdrowia, gdzie ktoś zarządzający był w stanie sprowadzić naprawdę bardzo dobrych lekarzy specjalistów. (Wywiad_9)

Osoby z tej grupy deklarowały poglądy kojarzone z liberalizmem, którego filary w polskich warunkach obejmują m.in. aprobatę dla ogólnego kursu reform ustrojowych i gospodarczych po 1989 roku. Mimo to rozmówcy dostrzegali również fasadowy – nieraz dosłownie – charakter polskich przemian, a przyczyn upatrywali w mentalności elit lokalnych, a także ich niskich kompetencjach organizacyjnych i przywódczych. To o tyle istotne, że przeczy stereotypowi o zwolennikach/beneficjentach transformacji i wyborcach KO jako jej bezrefleksyjnych entuzjastach, którzy winą za niedoskonałości ustroju obarczają „niedorosłych do urny”, względnie obciążonych mentalnym dziedzictwem PRL współobywateli. Również dostrzegalne zróżnicowanie dostępu do jakościowych usług publicznych zrzucane jest na karb (braku) talentów zarządczych (a nie, jak można by podejrzewać, nieusuwalne deficyty usług dostarczanych przez państwo). Innymi słowy, w kontekście lokalnym nawet wyborcy KO wstydzą się raczej za swoje elity niż za swoich współobywateli.

Rozmówcy z klas ludowych sprzyjający opozycji, pytani o ich „lokalne” źródła wstydu, także odwoływali się do jakości przestrzeni miejskiej, ale częściej w kontekście zagrożeń bezpieczeństwa i złego wizerunku miasta w związku z obecnością osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych oraz „półświatka”.

Nie jest zbyt bezpiecznie tutaj, w tym mieście. Moim zdaniem nie jest zbyt bezpiecznie ogólnie. Że są, są po prostu, chodzą różni ludzie, wiesz, po środkach różnych. I po prostu w nocy, no niekoniecznie jest tu bezpiecznie. (Wywiad_40)

Wobec skąpych przesłanek co do przeżywania wstydu w codziennym życiu społecznym w wypowiedziach badanych musimy poszukać wskazówek pośrednich. I tak, wstyd, zwłaszcza w tradycji eliasowskiej[10], bywa definiowany m.in. jako uczucie lęku przed degradacją społeczną, względnie przed gestami wyrażającymi przewagę innych. W tym właśnie kontekście użyteczne dla nas mogą być stwierdzenia badanych na temat dystrybucji społecznego szacunku, jego realnych i postulowanych źródeł, a przede wszystkim sytuacji, w których odczuwają jego brak ze strony innej grupy.

W kontekście klasowym szczególnie mocno wybrzmiewa przykład relacji wewnątrzszkolnych, co wydaje się zbieżne z rezultatami badań prof. Sadury[11] na temat źródeł negatywnego stosunku klas ludowych do polskiego systemu edukacji:

[W szkole] dziecko jakiegoś dyrektora i tak dalej, lekarza i tak dalej, ono było inaczej traktowane. A dziecko robotnika, czy tam no jakiejś sprzedawczyni, sprzątaczki i tak dalej, było inaczej traktowane. Bardziej to mam na myśli, że to takie było nawet przez same nauczycielki. Bo to jest takie nic nie umie i nikt nie będzie wiedział, tak? Bo nauczyciel[owi] nie zależy na nauce dzieci. (Wywiad_34)

Czytaj także „Och, my nieszczęśliwi!” Grupowy narcyzm populistycznej prawicy David Robson

Nierówna redystrybucja uznania doświadczana jest zatem w szkole, a – co istotne – grupą antagonistyczną, obarczoną zbiorczo odpowiedzialnością za tę niesprawiedliwość jest grono pedagogiczne. Sugeruje to, że linia wyobrażonego podziału społecznego przebiega „po wykształceniu”, a nie np. „po dochodach” (które to kryterium kwalifikowałoby nauczycielki do tej samej kategorii co „sprzedawczynie, sprzątaczki”, a nie kategorii „dyrektora, lekarza”).

Pojęcie „szacunku” i jego braku wobec „nas”, względnie społeczeństwa większościowego, najmocniej w klasie ludowej wybrzmiewa jednak wobec grup definiowanych narodowo i etnicznie:

Mówię, mam nad sobą mieszkanie wynajmowane i mieszkają tam ci ciemni. I po prostu oni nie szanują w ogóle ani kultury, ani niczego. Robią, co chcą, po nocy łażą, hałasują, mają w nosie, nie? (Wywiad_32)

To wobec nich mieszkańcy (w tym wypadku mieszkanki, i to opiniotwórcze) Wareckiego Szlaku Jabłkowego najbardziej czują się „obce we własnym kraju”. W obydwu przypadkach badane nie odwołują się wprost do kategorii wstydu, ale wyraźnie czują się postawione w sytuacji, w której albo nie są traktowane na równi z innymi (tak jakby we własnym kraju przypisano je do niższej kategorii), albo też pozbawia się je należnego poczucia wyższości (ze względu na aspiracje innej grupy do równorzędnego statusu lub choćby prawa obecności w sferze publicznej). Innymi słowy: powinny się wstydzić albo za to, kim są, a więc osobami o niższym statusie społecznym (jak w szkole), albo dlatego, że nie mają prawa zawstydzać innych za to, kim oni nie są, tzn. pełnoprawnymi obywatelami (jak migranci).

Źródeł tej postawy można szukać w poczuciu niedoboru rozmówców. Metaforyczna kołdra państwa jest zbyt krótka, by wystarczyło jej dla wszystkich. Niestabilna sytuacja społeczno-ekonomiczna wzmacnia lęk przed utratą pozycji i przekonanie, że mechanizmy wsparcia są niesprawiedliwe. Państwo postrzegane jest jako niewydolne – pomoc istnieje „na papierze”, a wsparcie unijne bywa trudne do wykorzystania ze względu na biurokrację. Lokalna duma, ekonomiczna zależność, wstyd oraz lęk przed niedoborem splatają się w model relacji z „innymi”, oparty na warunkowej akceptacji i głębokiej nieufności wobec instytucji państwa.

4.4 Wieś i miasto

Współczesna polska klasa ludowa nie jest jednorodna: jak wynikało z naszych rozmów, bywa zarówno liberalna i proeuropejska, jak i konserwatywna. Próba zdefiniowania tego, czym dziś są klasa ludowa i wieś, powinna uwzględniać przecięcia tożsamościowe[12], a także dynamiczne procesy migracyjne – zarówno odpływu młodych ludzi do miast, jak i napływu mieszkańców większych miast do mniejszych oraz na wieś[13].

Choć wyludnianie się wsi jest doświadczeniem trudnym dla mieszkańców Wareckiego Szlaku Jabłkowego, osoby o liberalnych poglądach często wykazują zrozumienie dla faktu, że młodzi ludzie poszukują wykształcenia i dążą do życia w miastach:

Bywają niektóre [opustoszałe] wsie, znaczy, ale to trudno, żeby się wstydzić, bo to skutek migracji młodych ludzi ze wsi do miast, tak? Wsie się zaniedbały. Tak jak i tutaj masz przykład naszej wsi, jest tu wyludnionych domów i nie ma komu, że tak powiem, obrabiać tej naszej ojczystej ziemi. Ale no cóż, to są takie czasy, ludzie po prostu, młodzi mają prawo wyboru, iść swoją drogą, gdzie im pasuje. Kończą studia, dostają pracę gdzieś, tak i nie muszą obrabiać i sadzić nowych jabłek. Częściowo wsie zaniedbują, bo to nie tylko ta, ale i wiele innych, bo znam, powiedzmy, okolice dość dobrze, że tak się dzieje. (Wywiad_24)

Rozmówcy prokoalicyjni wskazywali także na przemiany polityczne na terenach wiejskich i przesunięcia elektoratów, co dodatkowo podkreśla płynność i niejednorodność tożsamości społecznych:

Później się jakoś to towarzystwo przechrzciło, że ja tak powiem, na PiS-owskie, tematy zawładnęły umysłami ludzi dziwne, bo żeby się z PSL-u przechrzcić na PiS, to to jest trochę dziwne. No nic, ale to nie potrafimy temu zapobiec. To tak to jest w ludziach gdzieś tam, gdzieś się rodzi, tak? (Wywiad_18)

Z naszych badań wynika, że wyborcy PiS mieszkają tak na wsiach, jak i w miastach, mają wykształcenie wyższe oraz zawodowe, są zarówno młodsi, jak i starsi, podobnie jak wyborcy Koalicji. Konflikt elektoratów opiera się więc także na przecięciach tożsamościowych i aspiracjach społecznych, co dodatkowo pogłębia polaryzację. Warto zatem patrzeć na te procesy w sposób bardziej zniuansowany.

Dla liberalnych rozmówców miasto pełni funkcję aspiracyjną i stanowi ważny punkt odniesienia tożsamościowego. Jabłkowe Miasto jawi się w ich narracjach jako przestrzeń lokalnej inteligencji prokoalicyjnej, silnie powiązana symbolicznie z Warszawą. Stolica odgrywa rolę swoistej „oblężonej twierdzy” – centrum politycznych wydarzeń i debat, wobec którego lokalna liberalna wspólnota określa swoją pozycję.

Jednocześnie relacja z Warszawą jest ambiwalentna. Jabłkowe Miasto bywa określane jako „sypialnia Warszawy”, a bliskość stolicy – zamiast atutem – staje się źródłem poczucia peryferyjności i wstydu (Wywiad_3). To zawieszenie między aspiracją do centrum a doświadczeniem marginalności stanowi istotny element tożsamości relacyjnej, a także źródła lokalnego wstydu.

Dwa populizmy. Asymetria podobieństw

5.1 „Bezbłędnie rozpoznać PiSiora”. Przypadek „populizmu liberalnego”

Jechaliśmy do Wareckiego Szlaku Jabłkowego, żeby uchwycić różne odcienie prawicowego populizmu. W końcu zarówno Nawrocki, jak i Mentzen mieli tu wyniki dużo lepsze niż ogólnopolska średnia, a i Braun poradził sobie całkiem dobrze. Jednak socjolog, zwłaszcza w terenie, musi wykazywać otwartość i elastyczność. Specyficzna rekrutacja sprawiła, że w pierwszej kolejności udało nam się sportretować zupełnie inny populizm, tzn. ten, który za Michelem Wieviorką[14] należałoby określić populizmem centrowym lub „liberalnym”, a więc populizm twardego elektoratu Koalicji Obywatelskiej.

Geneza tego zjawiska jest opisana w Społeczeństwie populistów Sadury i Sierakowskiego[15], a jego ewolucja i radykalizacja w późniejszych raportach badaczy (m.in. w Ukrytym kryzysie władzy [16]). Krótko mówiąc, populizm jest zjawiskiem zaraźliwym. Kiedy pojawi się polityk, który zbija kapitał wyborczy na wprowadzaniu manichejskich podziałów, brutalizacji języka debaty publicznej i redukowaniu wyborów do plebiscytu, udziela się to innym politykom. Polaryzacja radykalizuje postawy wszystkich uczestników życia politycznego, wprowadza coraz bardziej agresywny język, wiedzie do nasilenia takich zjawisk, jak mowa nienawiści, dehumanizacja przeciwników, a w skrajnych przypadkach nawoływanie do przemocy. Proces ten zachodzi po obu stronach barykady. Tak rodzi się populizm liberalny.

To, że w naszym badaniu udało nam się go tak dobrze sportretować i odtworzyć główne jego cechy, może wynikać ze specyficznej sytuacji, w jakiej znaleźli się nasi rozmówcy. W przeważającej mierze byli to ludzie o wysokim kapitale kulturowym. Z wyższym wykształceniem zdobytym w czasach, kiedy studia wyższe były dostępne nielicznym. Podejmowali „inteligenckie” zajęcia (bibliotekarze, redaktorzy, nauczyciele, antykwariusze) i śledzili niemal wyłącznie liberalne media. Prezentowali się jako obyci i zainteresowani kulturą, często dobrze zarabiający, aspirujący do stylu wielkomiejskiej klasy średniej, ale w swoim przekonaniu „uwięzieni” na „prowincji”, wśród „ludzi o wąskich horyzontach”. Ta sytuacja powodowała, że ich status nie był pewny i wymagał ciągłego potwierdzania.

W szczególności przed badaczami reprezentującymi świat aspiracji (Uniwersytet Warszawski, Instytut Krytyki Politycznej). Chociaż chcieli być postrzegani jako „rozsądni ludzie”, hołdujący takim wartościom jak umiarkowanie, „cywilizowana dyskusja”, europejskość, to konieczność silnego dystansowania się wobec „prostych” mieszkańców wsi i poczucie osaczenia przez „PiS-owców” rozwijała wśród nich specyficzny syndrom oblężonej twierdzy, który powodował podatność na liberalne i neoliberalne strachy (upadek demokracji, kryzys państwa w wyniku rozdawnictwa itp.).

Czytaj także „Podziw i uznanie nam się po prostu należą!” Dlaczego narcyzm uwodzi nas bardziej niż nacjonalizm Michał Sutowski

I tak, jeden z respondentów, 70-letni nauczyciel, w trakcie wywiadu chwali się swoją biblioteczką, częstuje badacza czerwonym winem, mówi o tym, że informacje czerpie z wielu bardzo różnych źródeł (czyli „codziennie, od pierwszego numeru czyta »Gazetę Wyborczą«”, „w poniedziałki »Newsweek«”, a „w środy »Politykę« i »Tygodnik Powszechny«”. Ogląda TVN24, czytuje Onet, przy czym wobec tego ostatniego ma „krytyczne spojrzenie” i „nie wierzy w każde słowo”). Mimo że nie zgadza się z poglądami niektórych osób (np. zwolenników PiS czy Brauna), podkreśla, że lubi ludzi „otwartych”, z którymi może rozmawiać na dowolne tematy. I na tym kończy się Wersal. W praktyce nasz rozmówca nie wydaje się gotowy do dyskusji tak z wyborcami prawicy, jak i jej liderami, niezależnie od tego, czy chodzi o Nawrockiego („niejakiego Nawrockiego”, „tchórza” i „prymitywa” oraz „zero”), czy Mentzena („adehadowca”, którego jedyną zaletą jest to, że „pieprzy Kaczyńskiego”).

Pytanie jest, czy ci ludzie, te 50 procent w przybliżeniu, które głosowało na Nawrockiego, to głosowało świadomie, patrząc, co on przedstawia, jakie ma argumenty, jaki ma plan działania. Ja od razu odpowiadam: nie. Z tych 50 procent co najmniej połowa nie brała tego pod uwagę. Myślę, że oni po prostu głosowali jako przeciwwaga dla Bonżura, jak to go nazywają złośliwie debile […] [On jest] alfonsem, a ja się nie czuję kurwą, jak to się mówi, żeby głosować na alfonsa. Mimo tych kradzieży, tych mieszkań i tak dalej. Przecież to są fakty stwierdzone w sądzie, wszędzie, wszystko to jest jasne, świadkowie są. Oni i tak na niego zagłosowali. (Wywiad_3)

Sam nie uważa się za osobę ulegającą polaryzacji i instynktowi stadnemu, próbując podkreślić swój dystans do polityków, których popiera:

Nie jestem takim ślepowiercą, jak gdyby zapatrzonym w Platformę, do Tuska mam wiele zastrzeżeń, ale uważam, że póki co nie ma nikogo lepszego niż Tusk. Nie ma. Człowieka z takim potencjałem, z taką charyzmą, jaki on jest. Na razie w otoczeniu nie widzę nikogo, kto mógłby go zastąpić. Po prostu. (Wywiad_3)

Konieczność dystansowania się do otoczenia postrzeganego jako zaciekle antyunijne (podczas gdy w rzeczywistości jest po prostu ambiwalentne) niekiedy pchało naszych liberalnych rozmówców w groteskowo przerysowany euroentuzjazm i bezwarunkowe uwielbienie dla Wspólnoty Europejskiej, jakby wyjęte z narracji prawicy o zwolennikach „opcji niemieckiej lub brukselskiej”:

Należy pielęgnować [naszą europejskość] w ramach Unii Europejskiej, nie jakiejś Unii Narodów, kurwa, mrzonki jakieś… Pierdolą głupoty, że każdy premier będzie rządził. Nie ma. Powinno być nawet inaczej. Powinien, ja to jestem tego zdania, powinien być powołany w ramach Unii Europejskiej jeden rząd, który podejmuje decyzję za wszystkich. Z oddelegowanymi jak gdyby premierami krajowymi, tak bym to nazwał, którzy by mieli obudowę fachowców i oni by wnosili swoje postulaty, załóżmy, z Polski, z Rumunii, z Czech i tak dalej, ale ten jeden rząd by rządził całą Unią. (Wywiad_3)

Czytaj także A co, jeśli Polki i Polacy głosowali świadomie? Agnieszka Wiśniewska

Zdaniem jednego z rozmówców z twardego elektoratu KO wybory prezydenckie 2025 roku pokazały, jak łatwo jest manipulować Polakami i grać na ich emocjach. Według niego duża część wyborców podchodzi „bezmyślnie” do głosowania, a elektorat prawicy często wierzy w to, co przeczytają w gazecie lub usłyszą w telewizji, bez refleksji i wiedzy, czego efektem jest wysokie poparcie dla PiS i Konfederacji („70% dało się tak łatwo zmanipulować”).

Dla odmiany wyborcy Koalicji Obywatelskiej, zdaniem tego samego rozmówcy, „chyba nie są podatni na manipulacje”. To „światli ludzie”, którzy „wiedzieli, o co chodzi, którzy mieli swoje zdanie” oraz „potrafili korzystać z różnych źródeł i wyrabiać sobie własną opinię, w przeciwieństwie do tych, którzy przyjmują cudze zdanie” (Wywiad_4).

70-letnia emerytowana nauczycielka podkreśla swój dystans do polityki. Nie lubi polityków, z wyjątkiem Tuska, którego ceni. W szczególności nie lubi prezydenta Nawrockiego: „Dla mnie to jest ćpun, cham, suteren, dziwkarz i wszystko, co najgorsze”. Nie lubi poprzedniego i aktualnego prezydenta za „prostactwo” oraz Hołowni za „zdradę” (temu ostatniemu przekręca nazwisko, robiąc z niego Szymona Chujownię) (Wywiad_5).

Nasi liberalni rozmówcy głosowali na Trzaskowskiego, bo „reprezentuje postępową część społeczeństwa” (Wywiad_6). Przynależność do tej „postępowej części” wymaga gotowości do akceptacji pewnych pozornych sprzeczności np.: uznaniem demokracji za najważniejszą rzecz w Polsce po 1989 roku, z jednoczesnym wezwaniem do „siłowego rozwiązania problemu” w kontekście Trybunału Konstytucyjnego, polegającym na „wzięciu za mordę” i „wywaleniu” sędziów [dublerów] (Wywiad_19).

Jednak refleksyjność daje o sobie znać i niektórzy z rozmówców mają momenty zawieszenia, kiedy na poważnie dystansują się do populistycznej radykalizacji infekującej stopniowo całe społeczeństwo. Przykładem jest emerytowany inżynier pracujący przez lata w jednostce badawczej, przywołujący przykład znajomego, który twierdzi, że na odległość bezbłędnie rozpozna „PiSiora”. Zdaniem tego znajomego „PiSiory” to ludzie mający specyficzny wygląd: są wyraźnie przygarbieni, pochyleni, mówią bardzo głośno, chrapliwym głosem i mają zawsze przekrwione oczy.

No więc, te dwie grupy, tych ostrych przeciwników i tych przeciwników innej opcji, oni już do tego doszli, że określają się siebie tak trochę jak inny gatunek. […] nie wiem, ale to jest takie spojrzenie może dość krytyczne, ale jak sobie wyobrazimy, że oni [PiS-owcy] dosłownie tak samo patrzą na nas… Może my na nich patrzymy bardziej jak na pieniaczy, a oni na nas jako ludzi niezmiernie naiwnych… że im się wydają nasze poglądy, które są takie dobre bez sensu zupełnie. Może my też mamy przekrwione oczy, tylko tego nie widać? Myślę, że generalnie uważają nas za durnych […]Więc tutaj ja uważam, że można zrozumieć obydwie strony. (Wywiad_10)

Refleksja nad symetrycznością uprzedzeń – tego, że „ci drudzy” mogą widzieć „nas” w równie karykaturalny sposób – otwiera przestrzeń do namysłu nad własnym udziałem w polaryzacji i populistycznej logice.

5.2 Potrzeba zmiany fundamentalnej. Populizm prawicy

Respondenci konserwatywni, choć w Wareckim Szlaku Jabłkowym dominujący liczebnie i symbolicznie, byli mniej liczni w gronie naszych badanych i mniej skłonni do rozmów o polityce krajowej. Nawet wybiórcze wypowiedzi naszych rozmówców potwierdzały, że analiza przesunięć w sferze wartości wyborców dokonana w raporcie Nowy duopol obali ten system Sadury i Sierakowskiego [17] była trafna. Przypomnijmy jej najważniejsze ustalenia.

Tym, co wyniosło Nawrockiego do władzy, była nie tyle jego dobra kampania czy wpadki sztabu Trzaskowskiego, ile ruchy tektoniczne zachodzące pod powierzchnią bieżącej polityki. Prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej w wygraniu wyborów pomogła konsolidacja prawicowych elektoratów (tzn. wyborców PiS i Konfederacji) wokół podzielanych wspólnie wartości. Tymi filarami spajającymi populistyczną prawicę okazały się: radykalizm, antysystemowość, akceptacja autorytaryzmu i suwerenizm. Radykalizacja w tym wypadku oznacza akceptację wypowiedzi i poglądów skrajnych, łamiących dotychczasowe normy i konwenanse oraz poszukiwanie kandydatów, którzy są postrzegani jako „autentyczni” w takim właśnie sensie.

Czytaj także Nowy duopol obali ten system [raport Sierakowskiego i Sadury] Przemysław Sadura, Sławomir Sierakowski

Badania sondażowe przygotowane na potrzeby przywołanego raportu pokazały, że radykalizacji uległy wszystkie elektoraty poza wyborcami Magdaleny Biejat, a poprzedni rozdział dobitnie to potwierdził w przypadku wyborców KO z Wareckiego Szlaku Jabłkowego. Jednak to prawica zdołała wykorzystać radykalizację skuteczniej wyborczo. Wydawało się, że informacje o kolejnych aferach Nawrockiego – udziale w ustawkach, wyłudzeniu mieszkania, sutenerstwie – zdyskredytują prezesa IPN, robiąc z niego kandydata, na którego wstyd głosować. Nic podobnego. Jeśli już, to niektórym było wstyd przyznać, że na niego głosowali. Nie była to jednak postawa powszechna. Tak tłumaczył nam jeden z jego wyborców kwestię udziału Nawrockiego w ustawkach:

Nie można się wstydzić. Nawet co się ludzie, no większość z prezydenta [Dudy] śmieje, że tam angielskiego nie potrafi. Kiedyś można było się wstydzić, nie wiem, Kwaśniewskiego za to, że sobie popijał, [dziś] każdy ma swoje jakieś, nie wiem, czarniejsze tajemnice, o których niezbyt chce mówić, ale nadal jest to [Nawrocki] człowiek. I wydaje mi się, że skoro robił to ze świadomością, on się na pewno tego też nie wstydzi, więc… nie powinniśmy się wstydzić. (Wywiad_13)

Okazało się, że wyborcy nie tylko się nie wstydzą, ale są dumni, że prezydentem jest osoba, która w razie czego potrafi komuś spuścić łomot. Jak nasz rozmówca, który mówił, że jest zadowolony z wyniku wyborów prezydenckich, bo Nawrocki ma wartości, był dyrektorem IPN-u, będzie trzymał się historii i tego, co najważniejsze dla Polski.

A jeśli umiał się bić, to jest gość konkretny, silny, wie, na czym stoi, i nie da sobie w kaszę dmuchać. (Wywiad_37)

Akceptacja dla udziału Nawrockiego w kibolskich ustawkach dobrze koresponduje z wysokim „autorytaryzmem” elektoratu Nawrockiego mierzonym np. skalą poparcia dla stwierdzeń, iż potrzeba nam silnego lidera oraz że lider nie musi się ograniczać demokratycznymi regułami. Wyborcy Nawrockiego w naszym badaniu dawali wyraz braku przywiązania do liberalnej demokracji, chwaląc zdecydowanie Trumpa (obok niego, jako silnego lidera, wymieniali także Kaczyńskiego i samego Nawrockiego).

– Czy jest dla ciebie taki jakiś przykład takiego silnego lidera, kogo byś wymienił, jakbyś myślał, że taki silny lider, wiesz, taki silny człowiek z charakterem?

– Przecież nawet Trumpa można podać, no bo co mówił, że będzie robił, nie? Że właśnie te… deportacje… tak, to, co mówił, to faktycznie stara się robić. Nawet teraz w tę wojnę ingeruje, nie? Znaczy on mówił, że w ogóle nie będzie tam interweniował i że America first, więc to niektórzy mu zarzucają, że tak ingeruje. A jednak ingeruje, nie? Z tym Putinem się spotka i tak dalej. Może to robi dla własnych korzyści, może nie, ale jednak jak mówi, tak też i robi. (Wywiad_13)

Zdaniem rozmówcy, „na podobnej zasadzie silnym liderem można nazwać Kaczyńskiego, który oprócz tego jest despotą i autokratą, ale to mu w żaden sposób nie umniejsza, a tylko potwierdza jego silne cechy przywódcze” (Wywiad_13). Kolejną wartością, która skoncentrowała poparcie wokół Nawrockiego, była antysystemowość, a więc poczucie, że potrzeba fundamentalnej zmiany, przy jednoczesnym poczuciu niemocy – na obecnej scenie politycznej nie ma kto jej zrealizować, potrzeba więc nowych twarzy, rozwiązań. Świetnie to było widać w fokusie, który przeprowadzono z członkiniami Koła Gospodyń Wiejskich w jednej z miejscowości należących do Wareckiego Szlaku Jabłkowego.

Czytaj także Wojna „trumpistów” z „Europejczykami”? Jakub Majmurek

Dlaczego Nawrocki wygrał?

Bo… ludzie chcą zmian.

Tak, chciały zmiany.

To nie było głosowanie na konkretnego człowieka, tylko poparcie… Mi to się wydaje, że nie, to było tak głosowane na… żeby on został prezydentem, tylko tak, żeby można było wywalić Tuska z tego rządu. (Wywiad_25)

Za wyborem Nawrockiego stoją umiejętnie rozegrane skumulowane frustracje „polski powiatowej” związane ze stanem państwa i usług publicznych, obawą o utratę poziomu życia i poczuciem, że jest się obywatelem drugiej kategorii, a wielkomiejskie elity nie wiedzą, jak się żyje na prowincji.

W Polsce ciężko jest. Z każdą rzeczą.

– Czyli? Co was irytuje najbardziej?

Że Polak ma mniejsze prawa w swoim państwie niż osoba, która przyszła z miejsca, gdzie jest wojna, a na dobrą sprawę…

Część, co przyjedzie, jest naprawdę z tych rejonów, gdzie ta wojna panuje, a część to po prostu przyjeżdża i baluje za pieniądze nasze, czyli podatników.

Bo nawet do pracy nie pójdzie. Tylko przyjedzie i… żeruje.

W szkołach mają dzieci do szkół pierwszeństwo ukraińskie.

Ale do lekarzy też mają… Do lekarzy też, ja się spotkałam. Mówię ci, no Ukrainka weszła, ja musiałam poczekać, chociaż mam na godzinę, ale pani poczeka, że ona ma pierwszeństwo, a nie ja. […]

To my jesteśmy u siebie w kraju, czyli powinniśmy czuć się lepiej, bezpieczniej i zaopiekowani, a czujemy się mniej zaopiekowani niż Ukraińcy i okradani ze strony państwa.

Podnoszenie opłat.

Przecież wszystko, po prostu ceny rosną tak ze wszystkiego.

Ceny rosną drastycznie.

Koszty są, tak, każdy ponosi koszty i jeszcze jest narzucony taki podatek na wszystko.

Cena czy paliwo, tak? Widać.

Ze wszystkim jest ciężko. […]

Czytaj także Ukryty kryzys władzy [raport Sierakowskiego i Sadury] Sławomir Sierakowski, Przemysław Sadura

Szybciej się człowiek dostanie prywatnie i lekarz go przyjmie, bo…

No bo NFZ nie dotuje danego badania, chociaż lekarz powinien to zrobić.

A po co te ubezpieczenia płacimy?

Zabierają. Jak mam iść, chodzić prywatnie…

Jak nie działały instytucje, jak nasi byli, a jak Ukraińcy przyszli, to już w ogóle…

Nasze instytucje nie działały wcześniej prawidłowo, a teraz w ogóle instytucje nie spełniają swojego zadania, bo ona przyjmowała grupę osób ze wschodu.

Prawda, bo dotowaliśmy Ukrainę za darmo. (Wywiad_25)

Trudno nie zauważyć podobieństwa tego fragmentu fokusu z kobietami z Koła Gospodyń Wiejskich z metaforą kolejki i amerykańskiego snu z Obcych we własnym kraju Hochschild. Dla nas kolejka też jest metaforą silnie zakorzenioną i wręcz odruchową – to kolejka petentów do pana lub carskiego urzędnika; urzędnika w ogóle; w PRL w warunkach niedoboru wraz z nasilającym się kryzysem były kolejki po wszystko; w transformacji kolejka po „kuroniówkę”. W III RP mamy wieczne kolejki do lekarza (2,5 roku czekania na wizytę na NFZ).

Dziś, w sytuacji zintensyfikowanej migracji ze strony uchodźców i migrantów z Ukrainy, kolejki do usług publicznych zrobiły się najważniejszym tematem debaty niepublicznej (na platformach społecznościowych). Chociaż nikt się tam nie wpycha, to jednak konieczność stania w kolejce i postrzeganie wsparcia ze strony państwa, jako dobra rzadkiego, prowokuje do myślenia w kategoriach konfliktu o ograniczone zasoby. Bycie obywatelem w Polsce staje się grą o sumie zerowej, walką o przetrwanie: albo dostaną elity, albo lud, albo Polacy, albo Ukraińcy i „ci ciemni”. To powoduje, że elektorat prawicowy czuje się jak obywatele drugiej kategorii. I głosuje na kogoś, kto mówi „Polska First”.

Ostatnim elementem układanki, która wyjaśnia poparcie dla Nawrockiego, jest suwerenizm łączący pozornie odległych sobie wyborców socjalnego PiS i libertariańskiej Konfederacji. Zbliżający tych wszystkich, którzy jak lokalny licealista nie lubią „tych, co działają na szkodę państwa polskiego” i „idą ku Niemiec i dla Niemiec dobrze robią”, a także „całej koalicji 13 grudnia obecnie rządzącej” (Wywiad_39). Suwerenizm ten wyraża się na różne sposoby. Przede wszystkim w wielu wypowiedziach dystansujących się do UE.

– Co panie sądzą o tym [unijnym] wsparciu? Czy to jest jakby wystarczające wsparcie pod tym kątem takim infrastrukturalnym?

Nie, to jest w szczególności, w większości to jest mydlenie oczu.

Przykład naszej świetlicy, które tak naprawdę dofinansowanie to było, nie wiem, może 1020 tysięcy ze środków unijnych. Reszta była wyłożona z gminy.

A przez to wsparcie mamy więcej zakazów, niż możemy cokolwiek zrobić.

Przestrzeń jest odebrana.

Także programy są przygotowane w szczególności, tak jak inne rzeczy, pod specjalne firmy, które na tym zyskują, a nie my. To jest mydlenie oczu, że to jest pomoc realna. No tak, tabliczki takie są, a to droga, a to coś tam.

Czytaj także Krach liberalnego porządku: jak to się stało? Michael C. Williams

– To jakie jest nastawienie właśnie do Unii Europejskiej?

Niepotrzebna organizacja.

Banda idiotów, którzy siedzą i wymyślają głupoty, a każe się mu się dostosować.

(Wywiad_25)

Jednak suwerenizm wyraża się także w postawach krytycznych wobec migrantów i uchodźców oraz polityki migracyjnej, która przypisywana jest prounijnej części sceny politycznej. Cytowany już 18-letni licealista okazał się bardzo negatywnie nastawiony do „masowej relokacji tych imigrantów” z Unii Europejskiej. Uważa, że będzie to gospodarczo i ekonomicznie niekorzystne, ponieważ „ci ludzie będą brali te socjale, tak jak to w Niemczech było, a nie będą pracować”. Wspominał o „niebezpieczeństwie”, „napadach”, „zamachach”, „gwałtach na kobietach”. O Ukrainie słyszał, że „to nie jest naród do końca dobry”, nawiązał do „banderowców” i stwierdził, że „ich [Ukraińców] geny, ich historia jest po prostu też tam jaka jest i to nie za dobrze, to taki jest naród” (Wywiad_39).

Podobnie wypowiada się inna rozmówczyni, urzędniczka z wyższym wykształceniem w wieku 40 lat mówiąca o swoich lękach dotyczących przyszłości:

Boję się najazdu tych wszystkich Ukraińców i tych innych ulepszających kulturę. Tych właśnie przyjezdnych, że oni po prostu nie potrafią się dostosować do nas. I oni nie chcą się dostosować do nas. No, z jakiej racji my się mamy dostosować do nich? To nie ich państwo, tylko nasze. [A] „ci ciemni nie szanują w ogóle ani kultury, ani niczego. (Wywiad_32)

W tych wypowiedziach suwerenizm nie jest wyłącznie abstrakcyjną doktryną polityczną, lecz emocjonalną odpowiedzią na poczucie zagrożenia i utraty kontroli. W tym sensie populizm prawicy oferuje nie tylko program polityczny, lecz przede wszystkim obietnicę przywrócenia sprawczości i symbolicznego pierwszeństwa tym, którzy czują się pomijani.

6. Ludzie bezwstydni: o zaklęciu, które straciło moc

Miasto z Wareckiego Szlaku Jabłkowego potraktowaliśmy jako soczewkę, przez którą dostrzec można ogólniejsze procesy zachodzące na poziomie ogólnokrajowym. Widzimy podobieństwa w sposobie budowania się tożsamości zbiorowych i życiowych aspiracji, ale też krystalizowania podziałów politycznych. Mieszkańcy czerpią dumę z lokalnych osiągnięć, wstydząc się za przywary polityków, stereotypowe wady narodowe, niekompetencję elit i wreszcie za zjawisko polaryzacji. Sami jednocześnie polaryzacji ulegają, uznając wpisane w nią linie podziału, a winę za całe zjawisko przypisując drugiej stronie. Zarazem dzielą się wokół stosunku do Unii Europejskiej jako źródła norm i wartości oraz dobrobytu materialnego, ale też wobec narzucanych przez nią ograniczeń i reguł, zwłaszcza związanych ze wspólnym rynkiem i przepływami pracowników.

W Jabłkowym Mieście dostrzegamy zatem podział na „liberalnych Europejczyków” i „lokalnych patriotów” głosujących na największe obozy polityczne, darzących się wzajemną niechęcią i nieufnością. Zarazem w społeczności odbijają się realne napięcia związane z realnym i z wyobrażonym miejscem zajmowanym w podziale pracy (który nie pokrywa się bynajmniej z podziałem politycznym). Z jednej strony mamy grupy związane bytowo z lokalną gospodarką (sadownictwo, produkcja jabłek na eksport), będącą źródłem ich dumy, która to gospodarka jest zarazem źródłem ambiwalencji: zorientowana „lokalistycznie” społeczność zależna jest od napływu tanich pracowników spoza Polski, działa w warunkach reguł narzuconych z zewnątrz (wspólny rynek i dotacje unijne). Z drugiej strony mamy środowiska podzielające dumę lokalną z osiągnięć gospodarczych, ale zarazem określające się wobec centrum (Warszawa, Unia Europejska) przede wszystkim jako nośników idei (nowoczesności, europejskości itd.), częściej wykonujące zawody inteligenckie, związane z instytucjami publicznymi (szkoła).

Przez wiele lat polskiej transformacji ustrojowej ważnym czynnikiem organizującym polaryzację był wstyd jako narzędzie zarządzania emocjami: symboliczne centrum „proeuropejskie” zawstydzało prowincję jako niewystarczająco zmodernizowaną i europejską, zarazem wstydząc się za tę prowincję przed Europą. Lata rządów PiS przyniosły wyraźną zmianę: narodowo-autorytarny populizm dowartościował peryferie symbolicznie, a za sprawą redystrybucji środków publicznych – częściowo także materialnie i relatywnie osłabił hegemonię centrum. W tym nowym układzie sił, po tej „narodowej terapii” walki z tak zwaną „pedagogiką wstydu”, wstyd przestał niemal zupełnie organizować myślenie i postępowanie „ludu” peryferii, choć druga strona podejmuje wciąż próby „zawstydzenia”.

Kampania przed wyborami prezydenckimi była przykładem spektakularnej porażki takiej strategii. Jeśli liberalny elektorat nie przejdzie równie gruntownej terapii jak ta, którą „ludowi” przeprowadził PiS, i nie oduczy się zawstydzać, poniżać, wywyższać i pouczać, to przegra także wszystkie kolejne głosowania. Zarazem strona liberalna, posługująca się swoim wariantem populistycznej strategii, wydaje się pozbawiona własnych, działających źródeł dumy – ostatnią, dla niej specyficzną, była możność zawstydzania „ludu”. Ten z kolei, w myśleniu prawicowo-populistycznym wikła się we własne sprzeczności: duma „narodowa”, prowadząca do symbolicznej i realnej dystynkcji i wykluczenia wobec obcych oraz mniejszości podkopuje zarazem fundament tego, co stanowi o ich dumie „lokalnej”. Sukcesy materialne i wizerunkowe lokalnej gospodarki opierają się bowiem nie na zawężeniu granic wspólnoty i zamknięciu dostępu do rynków, lecz wprost przeciwnie: na otwartości i dostępności rynku europejskiego, podtrzymaniu europejskich struktur regulacyjno-gospodarczych, wreszcie – na możliwości zamieszkiwania i pracy ludzi niepolskiego pochodzenia; są w interesie społeczności.

Na razie nic nie wskazuje na to, żeby liberalna elita miała zdolność autorefleksji pozwalającej na uwolnienie się od ograniczającego ją przywiązania do „przemocy symbolicznej” jako reakcji na emancypację uwiedzionych przez prawicę szerokich warstw społecznych. Fala bezprecedensowego hejtu, jaka wylała się na Martę Nawrocką po jej pierwszym wywiadzie publicznym, pokazała, że elity liberalne nie wyciągnęły żadnych wniosków z przegranych wyborów prezydenckich, a jej poszczególni przedstawiciele i przedstawicielki (w tym przypadku częściej te drugie) są gotowe zadryblować się i zaprzeczyć wszystkim wyznawanym dotąd wartościom w obłędnej potrzebie poniżania i zawstydzania.

Publiczny wpis Manueli Gretkowskiej o „naćpanym ruchaczu” w Pałacu Prezydenckim i słomie w głowie prezydentowej pobił rekord w konkurencji na poszukiwanie dna debaty publicznej. Klasizmem ociekał także idący szlakiem wyznaczonym przez Gretkowską tekst Natalii Waloch, która nie tylko stwierdziła, że Pałac Prezydencki to „za wysokie progi” dla Nawrockiej („dziewczyny z blokowiska”) i jej rodziny, ale także znalazła wyjątki od zakazu radzenia kobietom, aby zamilkły – wystarczy tylko, że uważasz się za feministkę i wydaje ci się, że możesz się wylegitymować „lepszym” pochodzeniem. Jakie to progresywne. Najwyraźniej postęp etyczny elit w naszym kraju dokonuje się w ruchu spiralnym i właśnie wróciliśmy do punktu wyjścia.

Czytaj także Skończmy już z monarchizowaniem pierwszej damy Galopujący Major

Skala „samozaorania” liberalnego komentariatu była tak duża, że pojawiły się głosy sugerujące, iż nieporadność Nawrockiej i cały niefortunny wywiad były celowym działaniem Pałacu: ustawką obliczoną na sprowokowanie agresji przeciwnika. Badania sondażowe przeprowadzone kilka dni po wywiadzie pokazały, że 49,9% respondentów pozytywnie oceniało pracę Marty Nawrockiej jako pierwszej damy, a tylko 27,2% badanych było przeciwnego zdania (SW Research dla „Wprost” [18]). Każdy, kto widział wywiad, wie, że trudno zakładać, iż to on pomógł Nawrockiej osiągnąć tak dobry wynik. Mogło tego dokonać dopiero uczynienie z niej ofiary „liberalnych” hejterów. Nie wydaje się jednak, aby stała za tym jakaś przenikliwa strategia prawicy, wytłumaczeniem może być raczej strategiczny brak przenikliwości cechujący stronę liberalną.

W podsumowaniu pozwalamy sobie na nieco mniej sprawozdawczy i raportowy, a bardziej publicystyczny język, jednak jest on mocno podbudowany faktami. Na pewno wielu nie spodobają się stwierdzenia tu zawarte. Od razu chcemy oddalić dwa ewentualne zarzuty.

Nie ma co doszukiwać się tu ludomanii. Nie próbujemy w żadnym miejscu usprawiedliwiać poglądów prawicowych wyborców. Rasizm, ksenofobia i homofobia, które na co dzień przenikają narracje elektoratu prawicy, są czymś obrzydliwym i nieakceptowalnym. Ludzie, którzy wybierają etykietkę „ludu” i przyjmują tego typu narracje, najczęściej nie są szczególnie nieuprzywilejowani w kategoriach ekonomicznych i społecznych. Dziś bardziej niż kiedykolwiek to, czy zaliczysz się do „ludu”, czy „elity”, jest raczej efektem wyboru kulturowego i politycznego niż konsekwencją determinacji ekonomicznej lub społecznej.

Nie jesteśmy także symetrystami. Zestawiając dyskryminujące uprzedzenia, którymi posługują się zradykalizowane elektoraty prawicy i liberałów, nie staramy się usprawiedliwiać tych pierwszych lub drugich. Co więcej, wskazujemy na brak symetrii w politycznych efektach przyjętej strategii. Strojąca się w piórka kulturalnej elity strona liberalna po prostu nie może wygrać w pojedynku na obelgi. Przegrywa go, kiedy zostaje zakrzyczana przez prawicę, i przegrywa jeszcze bardziej, gdy miotane przez nią obelgi stają się głośniejsze. Wydaje się, że to w zmianie strategii strony liberalnej należałoby upatrywać wyjścia z pułapki populistycznej eskalacji. Na razie jednak oglądamy nasilanie się tej ostatniej.

Jest paradoksem, że niechęć Polaków do polityki i polityków w ostatnich latach rośnie w tempie proporcjonalnym do wzrostu naszego politycznego zaangażowania mierzonego np. wzrostem frekwencji wyborczej, wynikami oglądalności debat prezydenckich, liczbą treści politycznych w mediach społecznościowych. Razem z tym zaangażowaniem rośnie też akceptacja agresji w debacie publicznej i wzrost agresji w prywatnych dyskusjach o polityce. Jest trochę tak, jakbyśmy nienawidzili polityków, ale i coraz bardziej kochali ich nienawidzić. Również osoby deklarujące przywiązanie do wartości liberalnych coraz częściej i chętniej zamieniają się w politycznych kibiców, a nawet kiboli, i przeżywają oraz wyrażają w bliski sposób podobne emocje.

Nienawiść i agresja zarażają tak jak populizm, a polityka staje się sferą napędzaną negatywnymi emocjami i zarazem zwrotnie nakręcającą te emocje. Może czas dostrzec, że większym problemem niż to, że mamy „kibola” w Pałacu Prezydenckim, jest to, że dawno staliśmy się społeczeństwem kiboli.

Podziękowania

Serdeczne podziękowania kierujemy do studentek i studentów Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, z którymi przeprowadziliśmy badania – Antoniego Dybowskiego, Filipa Dankiewicza, Emilii Day, Jakuba Kędzierskiego, Filipa Krassowskiego, Marcina Mochockiego, Kamila Nasiłowskiego, Kacpra Pietruczyka, Marcela Rodaka, Piotra Skorupskiego, Wojtka Sieczaka, Łucji Świech oraz Bartosza Zawadzkiego.

Dziękujemy również Wydziałowi Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego za umożliwienie włączenia badań Instytutu Krytyki Politycznej w cykl dydaktyczny, co znacząco ułatwiło ich realizację i przyniosło obopólne korzyści edukacyjne i badawcze.

Szczególne podziękowania kierujemy do grantodawców: Narodowego Instytutu Wolności za wsparcie realizacji projektu Socjologia szybkiego reagowania – innowacyjnego podejścia badawczego odpowiadającego na dynamicznie zmieniającą się rzeczywistość społeczną – oraz European Climate Foundation za wsparcie działań na rzecz upowszechniania teorii socjologii emocji Arlie Russell Hochschild.

**

Przypisy:

1 Obie wydane w polskim tłumaczeniu nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

2 Ze względu na konieczność zachowania anonimowości rozmówców teren badań określamy ogólnie jako część Wareckiego Szlaku Jabłkowego.

3 Wojciech Chlebda, Polak przed mentalną mapą świata, „Etnolingwistyka. Problemy języka i kultury” 2002, nr 14, UMCS, Lublin 2002, s. 18.

4 Na sposób, w jaki byliśmy odbierani, wskazywały także gesty życzliwości i opiekuńczości. Zdarzało się, że potencjalni respondenci odmawiali udziału w badaniu, tłumacząc, że „nie mają nic ciekawego do powiedzenia”, lub obawiając się rozpoznania mimo zapewnionej anonimowości. Nawet w takich sytuacjach „na odchodne” często wręczali studentom jabłka, pomarańcze czy drożdżówki. Koło Gospodyń Wiejskich przekazało z kolei całą skrzynię jabłek. Te drobne gesty można odczytywać jako wyraz tradycyjnej polskiej gościnności okazanej młodym badaczom i badaczkom.

5 Aspekt aspiracyjno-relacyjny jest więc o tyle istotny, że wskazuje na przekraczanie podziałów klasowych w elektoratach, wbrew temu, co zazwyczaj głoszą – i jak są postrzegani – wyborcy KO w większych miastach.

6 Nie pojawia się także rozróżnienie na osoby, które przyjechały do miejscowości przed wojną, i te, które przybyły już po jej wybuchu. Ukraińcy funkcjonują w tych narracjach jako jednorodna kategoria „pracownika sezonowego”.

7 Rozmówcy wskazywali na domniemane pierwszeństwo Ukraińców w dostępie do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń socjalnych.

8 Kontrastowało to z wypowiedziami konserwatywnych rozmówczyń z Koła Gospodyń Wiejskich, które częściej odwoływały się do doświadczeń i mówiły o polityce w sposób bardziej bezpośredni i osadzony w codzienności.

9 Takie głosy pojawiały się wyłącznie wśród rozmówców o poglądach prokoalicyjnych.

10 Norbert Elias, O procesie cywilizacji. Analizy socjo‑ i psychogenetyczne; Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

11 Przemysław Sadura, Państwo, szkoła, klasy, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

12 Tożsamości kształtują się na przecięciu wielu wymiarów: kapitału ekonomicznego, kulturowego i społecznego, a także klasy, wieku, pochodzenia czy poglądów politycznych.

13 Respondenci zwracali uwagę na to, że coraz więcej osób z Warszawy kupuje mieszkania w obrębie Wareckiego Szlaku Jabłkowego, szukając spokoju i niższych cen. Z drugiej strony dostrzegali postępujące wyludnianie się wsi, opowiadając o zaniedbaniu i poczuciu pustki.

14 Michel Wieviorka, Demokracja jako sztuka walki, Wydawnictwo Nieoczywiste, Warszawa 2022.

15 Przemysław Sadura, Sławomir Sierakowski, Społeczeństwo populistów, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2023.

16 Przemysław Sadura, Sławomir Sierakowski, Ukryty kryzys władzy, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2024.

17 Przemysław Sadura, Sławomir Sierakowski, Nowy duopol obali ten system, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2025.

18 Źródło: https://www.wprost.pl/kraj/12255039/sondaz-marta-nawrocka-w-centrum-uwagi-tak-widza-ja-polacy.html, dostęp: 12.03.2026.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie