Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Czy można jednocześnie iść i żuć gumę? Propalestyński głos w sprawie Iranu

Gdzie są ci od „wolnej Palestyny”, kiedy w Iranie władza morduje demonstrantów? – pytają osoby, które do dziś usprawiedliwiają izraelskie zbrodnie w Gazie, a wrażliwość na los Irańczyków odkryły w sobie po to, by użyć jej jako pałki na ruch propalestyński.

ObserwujObserwujesz
Walka

W listopadzie 2022 roku zorganizowałam demonstrację będącą gestem solidarności z Irankami i Irańczykami protestującymi w Teheranie po śmierci Żiny Mahsy Amini, Kurdyjki zamordowanej przez reżim ajatollahów za niewłaściwe założenie chusty. Zebraliśmy się w kilkaset osób pod warszawską siedzibą Komisji Europejskiej, by wysłuchać przedstawicieli i przedstawicielek diaspory i obejrzeć występy irańskich kobiet: taniec brzucha, deptanie hidżabu w rytm okrzyków i granych na żywo rewolucyjnych pieśni, symboliczne obcinanie włosów. W Islamskiej Republice Iranu każda z tych czynności wiąże się z ryzykiem uwięzienia, tortur, a nawet śmierci. Do września 2023 roku reżim wymordował co najmniej 551 osób, które brały udział w protestach pod hasłem „Kobieta, życie, wolność”, w tym 68 nieletnich.

Gdy na początku 2024 roku zaangażowałam się w sprawę palestyńską, sprzeciwiając się zbrodniom popełnianym przez Izrael w Strefie Gazy, niektórzy zarzucili mi hipokryzję, twierdząc, że wspieram islamski zamordyzm – ten sam, który doprowadził do śmierci 22-letniej Żiny. Mój sprzeciw wobec masowego mordowania palestyńskich cywili, w tym dzieci, miałby być jednoznaczny z popieraniem Hamasu, od wczesnych lat 90. finansowanego m.in. przez irańskich ajatollahów.

Czytaj także Masowe protesty w Iranie i kryzys dyktatury religijnej. Czy reżim ajatollahów upadnie? Artur Troost

Zarzut hipokryzji wrócił wraz z ponowną erupcją protestów w Iranie pod koniec 2025 roku. „Gdzie jest propalestyńska lewica, gdy reżim ajatollahów zabija tysiącami własnych obywateli?” – pyta na swoim blogu dziennikarz „Polityki” Adam Szostkiewicz, który od lat zajmuje się dbaniem o pozytywny wizerunek Izraela w Polsce, w tym relatywizowaniem jego zbrodni w Gazie. To klasyczny whataboutism: nieautentyczna troska, której celem nie jest pomoc ofiarom, lecz zdyskredytowanie innych ofiar oraz tych, którzy się za nimi ujmują. Czy wynika on z intelektualnego lenistwa, czy jest cynicznym graniem hasbarą – izraelską propagandą przeznaczoną na użytek zewnętrzny?

Szostkiewicz i spółka zdają się nie zauważać takich „niuansów” jak fakt, że o ile państwa zachodnie – na czele z USA, Wielką Brytanią i Niemcami – intensywnie współpracują z Izraelem, m.in. przeznaczając olbrzymie środki na broń, która zabija palestyńskich cywili – o tyle reżim ajatollahów tępią wszelkimi dostępnymi sposobami (zaczynając od sankcji gospodarczych, a na amerykańskich bombardowaniach Iranu kończąc). Nic więc dziwnego, że protesty w sprawie Gazy (organizowane głównie przez lewicę) przyciągały większe tłumy niż odbywające się na całym świecie demonstracje solidarności z protestującymi w Iranie. Tym bardziej że na tych ostatnich powiewają izraelskie flagi, a ludzie trzymają w dłoniach portrety Cyrusa Rezy Pahlawiego – syna wypędzonego w 1979 roku szacha, który głęboko dzieli także irańskie społeczeństwo, bo jest symbolem dominacji USA i przypomina o czasach, gdy tajna policja SAWAK – założona przy wsparciu CIA i wyszkolona przez Mosad oraz francuskie służby wywiadowcze – brutalnie prześladowała, torturowała i więziła przeciwników proamerykańskiego reżimu.

Protest jest formą nacisku, więc jeśli nie ma być czysto symboliczny, potrzebne jest miejsce podatne na nacisk. Dlatego protestuje się zwykle tam, gdzie społeczeństwo ma (lub w demokracji powinno mieć) wpływ na decyzje rządzących. Protesty przeciwko bezwarunkowemu wspieraniu Izraela mają sens o tyle, o ile polska opinia publiczna ma prawo oczekiwać, że rząd wysłucha jej zdania. Nie mamy za to żadnego wpływu na poczynania władz Iranu, które – inaczej niż Izrael – nie przejmą się przecież tym, że gdzieś w Europie źle się o nich mówi. Z kolei dla rządów Zachodu Iran i tak od niemal ćwierć wieku leży na „osi zła”, dlatego nie ma potrzeby apelowania do premiera Tuska, prezydenta Macrona czy kanclerza Merza, by jeszcze bardziej nienawidzili ajatollahów.

Od Waszyngtonu można by co najwyżej domagać się dokonania militarnego przewrotu w Teheranie, co wiązałoby się z wymianą reżimu na sprzyjający Izraelowi i USA, ale trudno uznać, że niechęć wobec takiego rozwiązania oznacza poparcie dla Islamskiej Republiki Iranu. Zwłaszcza znając tragiczną historię amerykańskich interwencji na Bliskim Wschodzie.

Czytaj także Dla ropy, dla bananów, dla miedzi: demokracje obalone przez USA Magdalena Bazylewicz

Adama Szostkiewicza, Konstantego Geberta i pozostałe osoby, które z upodobaniem ganią rzekomą bierność propalestyńskiej lewicy w sprawie Iranu, moglibyśmy zapytać: gdzie jesteście, gdy Saudowie represjonują działaczki na rzecz praw kobiet i mordują krytycznych wobec monarchii dziennikarzy? A co z reżimem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, nie uwiera waszego sumienia?

Byłyby to jednak pytania retoryczne. Zarówno Rijad, jak i Abu Zabi są nie tylko proamerykańskie, ale również – jako że jest to warunkiem przychylności USA i zwyczajnie się opłaca – spolegliwe wobec Izraela i jego zbrodni w Gazie. O ile Arabia Saudyjska zachowuje resztki pozorów, uzależniając uznanie izraelskiej państwowości od działań w kierunku powstania państwa palestyńskiego, o tyle Emiraty zrobiły to już w 2020 roku, podpisując tzw. Porozumienia Abrahamowe, normalizujące wzajemne stosunki z Jerozolimą. Były trzecim arabskim państwem – po Egipcie i Jordanii – które się na to zdecydowało.

W obronie cywilizacji judeochrześcijańskiej

Dwa dumne, wygenerowane przez sztuczną inteligencję lwy. Pierwszy, podpisany jako „lew perski”, unosi w górę miecz. Drugi – „lew Judy” – izraelską flagę. Mają przypominać o wspólnej historii Żydów i Persów. Zaczyna się ona 2500 lat temu i jest dość wyjątkowa na tle starożytnego Bliskiego Wschodu. W VI wieku p.n.e. rządzący imperium perskim Cyrus Wielki zakończył niewolę babilońską, pozwolił Żydom wrócić do Judei i odbudować Świątynię Jerozolimską. W Biblii Hebrajskiej nazwany zostaje „pomazańcem Boga” – to jedyny goj, który otrzymuje taki tytuł.

Czasem lwy są trzy. Trzeci – amerykański. „Razem w obronie cywilizacji judeochrześcijańskiej”. Oraz: „Wspólnie pokonamy radykalny islam”. Można też trafić na Benjamina Netanjahu w rycerskiej zbroi. Opis zapewnia, że to właśnie jego najbardziej podziwiają protestujący w Iranie. Jest Greta Thunberg robiąca selfie z ajatollahem Chameneim. „Czy płacą jej za wspieranie islamskiego dżihadu?” – pyta autor posta, rzekomo holenderski dziennikarz, który na zdjęcie profilowe wstawił sobie premiera Izraela.

Albo: rolka przedstawiająca kobietę w czarnym hidżabie trzymającą flagę Islamskiej Republiki Iranu. Podchodzą do niej mężczyźni – pierwszy zamienia flagę z czterema nałożonymi na siebie półksiężycami na tę sprzed islamskiej rewolucji, ze złotym lwem i słońcem pośrodku, kolejni ściągają chustę i bezkształtne okrycie, aż naszym oczom ukazuje się „kobieta wyzwolona” w krótkiej pomarańczowej sukience na ramiączkach. „Rewolucja nadchodzi” – głosi podpis. Niżej widnieją dwie flagi: izraelska i dawna irańska.

Podobne treści od kilku tygodni zalewają media społecznościowe. Udostępniają je konta o profilu żydowskim i izraelskim, instytucje walczące z antysemityzmem i ambasady Izraela, rabini z całego świata oraz chrześcijańscy syjoniści. Część posługuje się manipulacjami, inni jawnymi kłamstwami – np. Izraelski Instytut w Nowej Zelandii podaje, że podczas ostatniej fali protestów w Teheranie zginęło więcej cywili niż w ciągu dwóch lat wojny w Gazie oraz że 86 proc. palestyńskich ofiar stanowili bojownicy Hamasu (według danych samej armii Izraela nawet 80 proc. zamordowanych było cywilami).

W komentarzach roi się od botów przekonujących, że jedynym – a zarazem idealnym – rozwiązaniem trwającego kryzysu w Iranie jest obalenie obecnego reżimu i wyniesienie do władzy Cyrusa Rezy Pahlawiego. Nie dość, że pochylił się on przy ścianie w Jerozolimie, to jeszcze obiecał uznanie izraelskiej państwowości – nie stawiając przy tym żadnych warunków – oraz zakończenie raz na zawsze irańskiego programu nuklearnego. Mamy uwierzyć, że byłby to powrót do „starych, dobrych czasów” sprzed islamistycznej dyktatury, o którym podobno marzą wszyscy protestujący na ulicach Teheranu.

Propalestyńska lewica wobec protestów w Iranie

„Czy można jednocześnie iść i żuć gumę?” – pyta w opublikowanym niedawno nagraniu lewicowy amerykańsko-brytyjski dziennikarz Mehdi Hasan. Ten popularny angielski idiom oznacza zdolność do wykonywania dwóch prostych czynności (bądź myślenia dwóch różnych rzeczy) jednocześnie. „W mediach społecznościowych ery oburzenia, clickbaitów i hot tejków, prób wskoczenia na algorytmiczną falę, musisz albo iść, albo żuć gumę” – kontynuuje Hasan. Jak to się odnosi do obecnej sytuacji w Iranie?

Mehdi Hasan znany jest z zaangażowania w sprawę palestyńską, czym naraził się apologetom izraelskich zbrodni w Strefie Gazy. Gdy pod koniec ubiegłego roku wybuchły protesty w Iranie, jak wszystkie postaci życia publicznego, które ujęły się za Palestyńczykami, pytany był o swoje stanowisko także w tej sprawie. Pytania te rzadko wynikały z autentycznej ciekawości, a częściej stanowiły element propagandy, której celem jest ukazanie krytycznych wobec Izraela głosów jako wynikających z hipokryzji, miłości do islamskiego terroryzmu (reżim ajatollahów otwarcie wspiera Hamas) czy nienawiści do kobiet, mniejszości seksualnych, a nawet osób neuroatypowych. Najbardziej kuriozalnym przykładem, z jakim się spotkałam, był plakat sfotografowany na demonstracji w Londynie, ukazujący perskiego lwa, a nad nim hasło: „Autystyczni syjoniści odrzucają monolityczny, represyjny kult śmierci w Iranie”.

Czytaj także Irańskie społeczeństwo jest bardziej postępowe niż irańskie prawo [rozmowa] Hanna Voss

Z drugiej strony pojawia się obrona reżimu, który wciąż cieszy się poparciem sporej części irańskiego społeczeństwa (obrazy z demonstracji w jego obronie wskazują, że głównie mężczyzn). Narracja islamistów jest częściowo powielana przez niektórych przedstawicieli antyimperialnej zachodniej lewicy, przekonanych, że protesty przeciwko ajatollahom są wynikiem intrygi CIA i Mosadu, a tysiące wymordowanych przez reżim cywilów to w rzeczywistości agenci owych wywiadów. Według tej narracji obalenie Islamskiej Republiki Iranu miałoby służyć wyłącznie realizacji interesów Izraela i USA, zagrażając irańskiej tożsamości, suwerenności i podmiotowości.

W tej uproszczonej wizji rzeczywistości można albo opowiadać się za zbrojną interwencją Stanów Zjednoczonych oraz wymianą irańskiego reżimu na proamerykański i proizraelski – z wszystkimi tego konsekwencjami – albo wspierać islamistyczny zamordyzm, uosabiany przez ajatollaha Chamenei’ego. O ile zachodnia i izraelska prawica niemal jednogłośnie opowiada się za tą pierwszą opcją, o tyle propalestyńska lewica jest podzielona, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i USA. Skrajne – i na szczęście niezbyt liczne – przypadki stanowią osoby, które wprost deklarują poparcie dla Islamskiej Republiki Iranu, jednocześnie określając się jako socjaliści czy komuniści i wspierając sprawę palestyńską, a nawet twierdzą, że „kobiety w Iranie mają lepiej niż kobiety w Europie”.

To nie hipokryzja, a ignorancja młodych neofitek i neofitów z Zachodu, którzy z antysyjonizmu zrobili podstawę swojej tożsamości, choć przed październikiem 2023 roku nie potrafili wskazać Palestyny na mapie. Nie potrafią „iść i żuć gumy” – niechęć do NATO, Izraela i amerykańskiego imperializmu nijak nie łączy im się ze sprzeciwem wobec innych imperializmów, reżimów i różnego rodzaju zamordyzmów. Często idzie to w parze z romantyzowaniem i idealizowaniem islamu jako współczesnej religii oporu, ale z tego nie wynika – ci sami ludzie stają po stronie putinowskiej Rosji, przekonując, że ta jedynie „broni się przed rozszerzaniem zachodnich wpływów”, a także Chińskiej Republiki Ludowej (masakra na placu Tiananmen ma tu być wytworem antykomunistycznej amerykańskiej propagandy).

Szczytem naiwności byłoby sądzić, że amerykańskie i izraelskie służby nie są zaangażowanie w podsycanie niepokojów w Iranie. Jednak twierdzenie, że „za protestami stoją CIA i Mosad”, jest daleko idącym i krzywdzącym uproszczeniem, które odbiera sprawczość milionom irańskich przeciwników obecnej władzy i wymazuje długą historię oporu tamtejszych ulic, a także rzeczywiste cierpienie ludzi pod batem szyickich ekstremistów.

Osoby, które jak Mehdi Hasan sprzeciwiają się represjom stosowanym przez Islamską Republikę Iranu, ale i sceptycznie patrzą na ewentualną amerykańską interwencję i oddanie władzy w ręce Rezy Pahlawiego, są więc atakowane z kilku stron. Jednak to właśnie ta postawa jest konsekwentna i dominuje wśród propalestyńskiej lewicy (a przynajmniej reprezentujących ją postaci publicznych, łącznie z dwoma najpopularniejszymi lewicowymi streamerami w anglojęzycznym internecie – Hasanem Pikerem i Vaushem).

To amerykańska interwencja odebrała Iranowi szansę na demokrację

Na koniec warto przypomnieć, że obecny kryzys w Iranie nie jest wyłącznie zasługą ajatollahów. W 1953 roku CIA i brytyjski MI6 przeprowadziły operację „Ajax”, w wyniku której obalono premiera Mohammada Mosaddegha. Jego „zbrodnią” była próba nacjonalizacji irańskiej ropy naftowej, dotąd kontrolowanej przez głównie brytyjski koncern Anglo-Iranian Oil Company (obecnie BP). Władzę oddano w ręce szacha Mohammada Rezy Pahlawiego – lojalnego wobec Zachodu i wrogiego Związkowi Radzieckiemu.

Popularne dziś w mediach społecznościowych zdjęcia irańskich kobiet w miniówkach spacerujących po Teheranie w latach 60. i 70. tworzą wrażenie, że szach „uratował Iran przed islamskim zamordyzmem”. Jednak w dłuższej perspektywie było dokładnie odwrotnie. Gwałtowna, narzucona odgórnie modernizacja (jednoznaczna z westernizacją), rosnące nierówności społeczne, wszechobecna korupcja i wytępienie lewicowej opozycji – zarówno tej proradzieckiej, jak i socjaldemokratycznej – sprawiły, że jedyną siłą zdolną do mobilizacji coraz bardziej sfrustrowanych mas okazało się duchowieństwo. Islamska rewolucja 1979 roku nie była więc wypadkiem przy pracy, lecz skutkiem polityki projektowanej i przez dekady wspieranej przez Zachód, na czele z USA.

Czego pragną Iranki i Irańczycy?

Na zachodniej lewicy od lat funkcjonuje – przynajmniej deklaratywnie – zasada, że należy słuchać grup opresjonowanych, których dana sprawa dotyczy bezpośrednio. Problem polega na tym, że Irańczycy nie są monolitem. Owszem, znaczna część protestujących otwarcie domaga się powrotu monarchii i objęcia władzy przez Rezę Pahlawiego. W sieci krążą nagrania, na których ludzie skandują jego nazwisko, a nawet błagają Donalda Trumpa o zbombardowanie Teheranu. Ale Irakijczycy również świętowali obalenie Saddama Husajna i witali amerykańskich żołnierzy kwiatami oraz łzami wzruszenia – skończyło się wojną domową, wymordowaniem setek tysięcy cywili i faktycznym rozpadem państwa.

Jednocześnie na irańskich protestach ogromną popularnością cieszą się hasła w rodzaju „ani szacha, ani ajatollaha”, wyrażające pragnienie decydowania o własnym losie bez ingerencji zewnętrznych „zbawców”. Jeżeli więc ktoś mówi, że „powinniśmy wspierać rozwiązanie, którego pragną Irańczycy”, zasadnym pytaniem jest: ale którzy?

Czytaj także Irańczycy reżimu ajatollahów nie kochają, ale nikt im nie będzie narzucać innego Karolina Cieślik-Jakubiak

Jednocześnie obalenie reżimu ajatollahów przez irańskie społeczeństwo przy braku zewnętrznego wsparcia wydaje się mało prawdopodobne. Aparat represji jest potężny, opozycja rozbita, a każda fala protestów kończy się masakrą. W tej sytuacji optymalnym rozwiązaniem mogłaby być międzynarodowa interwencja – możliwie szybka i bezkrwawa – i zorganizowanie w pełni demokratycznych wyborów. Tyle że taka opcja również nie leży na stole. Zamiast niej oferuje się Irańczykom wybór między teokratyczną dyktaturą a powrotem do monarchii całkowicie uzależnionej od Waszyngtonu.

Nie płakałabym po ajatollahach ani Saudach

Powodów, by zachować powściągliwość wobec zachodnich kampanii wsparcia dla irańskich protestów, jest wiele. To choćby świadomość, jak niewiele wiemy o skomplikowanej historii Persji i obecnej sytuacji społeczno-politycznej. Często także obawa przed byciem zaprzęgniętym do amerykańsko-izraelskiej propagandy i współodpowiedzialnością za kolejny katastrofalny eksperyment geopolityczny. W końcu to nie my będziemy żyć z konsekwencjami zmiany bliskowschodniego reżimu.

Osobiście nie płakałabym po ajatollahach i mam nadzieję, że doczekają się zemsty wzburzonego ludu – podobnie jak przywódcy miłych Stanom Zjednoczonym petromonarchii (którą Iran stałby się najpewniej po powrocie do władzy dynastii Pahlawich). Chamenei powinien smażyć się w tym samym piekle co bin Salman, bin Sultan i reszta tych psychopatycznych synalków obrzydliwie bogatych tatusiów, którzy zlecają zabójstwa opozycjonistów i opozycjonistek przy porannej kawie. Przypomnę, że saudyjski dziennikarz i krytyk saudyjskiej monarchii Dżamal Chaszukdżii został uduszony i poćwiartowany po tym, jak wszedł do konsulatu Arabii Saudyjskiej w Stambule – Muhammad bin Salman, który zlecił morderstwo, jest przyjmowany z honorami w Białym Domu, a Donald Trump zaciekle broni go przed dziennikarkami, przekonując, że mają do czynienia z niewinnym, powszechnie szanowanym człowiekiem.

Czytaj także Arabia Saudyjska wzmacnia swoją pozycję międzynarodową metodą „na wnuczka” Łukasz Łachecki

Mojej niechęci do ajatollahów nie zmniejsza świadomość, że w przeciwieństwie do swoich arabskich kuzynów nie sprzedali ropy i Palestyńczyków za amerykańskie dolary. Nie wynikało to przecież z dobroci serca – tak się po prostu wylosowało. Szach był proamerykański, więc oni musieli być przeciw. Radykalny antysyjonizm (który w wersji irańskiej ma wyjątkowo antysemicki posmak) potrafi być niezwykle silnym społecznym spoiwem. Podobnie jak niechęć wobec Zachodu – zwłaszcza gdy jest w dużej mierze uzasadniona. Szyiccy autokraci wykorzystują cierpienie Palestyńczyków, by odwrócić uwagę od zbrodni wobec własnych, żyjących w nędzy obywatelek i obywateli.

Nie chciałabym jednak brać odpowiedzialności za poparcie dla przewrotu pod wodzą Donalda Trumpa i Benjamina Netanjahu. Mogłoby się to bardzo źle zestarzeć, gdyby wskutek amerykańskiej interwencji z Iranu zrobił się drugi Irak czy druga Syria. Czasem solidarność polega na uznaniu, że nie każda tragedia świata musi – czy też powinna – zostać rozwiązana według naszych wyobrażeń i kompasu moralnego. Dlatego pozwolę sobie iść i żuć gumę, trzymając kciuki za uliczną opozycję z Teheranu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie