26-letni twórca korzysta z języka współczesnej kultury przebodźcowania i rozedrgania. Efekt goni efekt, youtubowe wizualizacje porywają wzrok i zaciekawiają także wtedy, kiedy tempo bezpośrednio na scenie trochę zwalnia. Do tego wstawki imprezy techno ze stroboskopem z dobrą, porywającą do tańca zbiorową choreografią zaprojektowaną przez Bartosza Dopytalskiego. Wreszcie ktoś zapełnia lukę po energii nadmiaru Krzysztofa Garbaczewskiego, za którym zdążyłam się już mocno stęsknić, odkąd wyjechał z Warszawy.
Niestety, chociaż lubię spektakl Białaszka, tym bardziej irytuję się na to wszystko, co poszło w nim nie tak. Podczas burzy mózgów wokół hasła „Hamlet” zapisano bardzo wiele ciekawych myśli i skojarzeń, lecz reżyser-dramaturg nie zbudował z nich fabuły.
Przeczytałam program reżyserski, żebyście wy tego nie robili
Jeśli chcecie iść na Hamleta w Teatrze Powszechnym w Warszawie, do czego gorąco zachęcam, w żadnym wypadku nie czytajcie opisu na stronie instytucji, a już tym bardziej programu spektaklu, zawierającego „eksplikację reżyserską”. Problem nie w tym, żeby była szczególnie niedobra czy przekraczająca. Zastosowany klucz psychoanalizy do czytania relacji opisanych w Hamlecie może wydawać się trochę na wyrost i raczej nie na czasie (jakieś 20 lat spóźniony względem trendów w polskiej humanistyce), ale akurat tę przesadę czytam jako celową i broniącą się fabularnie.
Oto próbka: brat Ofelii „Laertes zarzeka się, że gdyby nie pomścił śmierci swego ojca, uczyniłby ze swojej matki kurwę. Czy Laertes pomścił śmierć swojego ojca? Nie. […] Ergo, matka Laertesa faktycznie była kurwą, stąd jest nieobecna w życiu dzieci i nie wspomina się o niej w żadnych innych okolicznościach”.
Zacytuję też dalej, by pokazać cechy autorskiego stylu i sposobu myślenia: „Jeżeli najbliższym wizerunkiem utęsknionej matki, jedynym, w dodatku zaburzonym skojarzeniem Laertesa na temat utraconego ciepła jest Ofelia, to możemy sobie łatwo wyobrazić, że wychowany według wzorców Poloniusza chłopak będzie próbował nawiązać ze swoją siostrą intymną relację”.
Tak też się dzieje. Co więcej, w interpretacji reżyserskiej Laertes zamiast na studia do Francji wybiera się do Tajlandii uprawiać seksturystykę. Podobne wariacje oczywiście bawią i nieźle działają dramaturgicznie. Także król Klaudiusz zostaje zupełnie „psychoanalitycznie” skarykaturowany – przez większą część spektaklu, jeśli akurat nie próbuje zapłodnić królowej Gertrudy (bez skutku), sika (z wielkim trudem) do ustawionych na podwyższeniu w centrum sceny pisuarów, zwróconych w cztery strony świata.
Największy problem z tym zapisem reżyserskiego monologu (w którym jedyny przypis odsyła do Wikipedii, a całości przydałaby się korekta), jest jednak to, że jako główne ustawia on wątki, które w spektaklu są bardzo słabo rozwinięte. Wolę iść na dowcipnie potraktowanego Hamleta wraz z intertekstami niż nastawiać się na problematyzowanie ukrytej strukturalnej przemocy ekonomicznej i korporacyjnego wyzysku, krytykę dziedziczenia czy satyrę na kryptowaluty oraz zakłady bukmacherskie i teorię skapywania. Wówczas bowiem widać głównie zajawki, konsternujące odbiorców, dlaczego ponapoczynane odniesienia nie mają żadnej lub prawie żadnej kontynuacji, a może i głębszego sensu.
Piramida finansowych mielizn
Spektakl zaczyna się całkiem obiecującą sceną z małpami – pracownikami korporacji, którzy muszą pisać Hamleta wciąż i wciąż na nowo. Nie mogą skończyć, bo wtedy wartość biznesu okazałaby się weryfikowalna, a bańka finansowa by pękła. Nawiązują też do twierdzenia o nieskończonej liczbie małp, zgodnie z którą (w uproszczeniu), gdy nieskończona liczba małp losowo naciska klawisze maszyny do pisania przez nieskończenie długi czas, to prawdopodobnie w końcu napisze Hamleta.
Scena pokazuje sfrustrowanie małpich pracowników oraz blokowanie wszelkich dyskusji i kreatywności przez małpiego prezesa. W końcu jedna z małp skończyła pisać. Wydarza się więc koniec korporacji małpiej, a początek korporacji-Danii, w której co i rusz krytykowane jest… dziedziczenie. Rzekomo gdyby instytucji spadku nie było, to wszyscy milionerzy chcieliby wydać posiadane pieniądze w ciągu swojego życia. Szekspirowska Dania jako korporacja, w której krytykuje się dziedziczenie, nieszczególnie się spina – teoretycznie instytucja prezesa jest dużo bardziej demokratyczna niż króla, w dodatku prezes nie dziedziczy stanowiska.
Na odniesieniach do przemocy ekonomicznej bazuje scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, multiplikująca wielkie fikcyjne banknoty na różnych przestrzeniach. Pisuary Klaudiusza stoją na zbudowanej z poduszkowych klocków piramidzie finansowej, z nich skapują resztki moczu władcy. To zaś w intencji twórców podważa sensowność teorii skapywania, według której dobrobyt najbogatszych poprawia sytuację najbiedniejszych, bowiem skapują do nich cząstki wydawanego majątku osób na górze.
Spektakl miał poruszać ten i wiele innych wątków związanych z niesprawiedliwościami ekonomicznymi oraz współczesnym wyzyskiem. W związku z tym konceptem zamordowanie ojca Hamleta zostaje na przykład pokazane jako zdegradowanie go do roli sprzedawcy telezakupów w Mango.
W jednej z początkowych scen próbuje się pokazać Hamleta jako rodzącego się terrorystę, mszczącego się za śmierć rodzica. Wcielający się w rolę księcia Antek Sztaba proponuje publiczności, żebyśmy wyobrazili sobie, że w efekcie decyzji podjętej przez polityka tracimy członka rodziny. Mamy się zastanowić: czy wtedy chcielibyśmy zostać terrorystami? W całej tej niepoważnej, wywrotowej, od samego początku przesyconej wprowadzanymi wątkami konwencji trudno serio przemyśleć ten scenariusz i dzięki temu bardziej empatyzować z błaznującym co i rusz Hamletem. Zresztą łatwo też o tym pytaniu zapomnieć, bo wątek już nie powraca.
Wracają za to małpy – należą do armii Fortynbrasa (księcia Norwegii, czyli korporacji produkującej technologie AI) i sieją zniszczenie, mordując tych, których napotkają. Za bardzo się tym jednak nie przejmujemy, bo po pierwsze – zdążyliśmy już te małpy trochę polubić, zaś mordowanych nie znamy. Po drugie – wszystko jest przepięknie nakręcone i zwyczajnie przyjemnie się te klipy ogląda. Tym lepiej zapomnieć o wątkach terroryzmu, wojen, Netanjahu, Trumpa, żeby się na to estetyzowanie cierpienia przy jednoczesnych nawiązaniach do realnej polityki nie oburzyć, a traktować je jako pokazanie kolejnej estetyki, w której może być odgrywany Hamlet (na przykład możemy zagrać w grę wideo i pokierować armią małp Fortynbrasa).
Pokolenie Z uderza w siebie
„Już Szekspir pisał o Gen Z” – tym hasłem, bardzo dobrym marketingowo, teatr reklamuje spektakl Białaszka. I to reżyserowi naprawdę dobrze wyszło – pokazanie Hamleta jako rozpieszczonego, niedojrzałego, nieodpowiedzialnego, zagubionego dużego dziecka. Bohater ukazuje słabości Gen Z, a zwłaszcza osób od klasy średniej wzwyż, które krytykując zastany porządek, jednocześnie na nim zupełnie polegają i nie potrafiłyby go odrzucić. Książę gardzi królestwem przejętym przez wuja, nie ma żadnego dobrego pomysłu na rządzenie nim. Jego ojciec prawdopodobnie nie był lepszy od wuja, więc z tej strony też nie znajdzie żadnej inspiracji. Jednak nie stać go na to, by odrzucić majątek, wyjechać, zająć się czymś innym niż tylko byciem synem króla, zupełnie niewrażliwym na problemy inne niż własne.
Jego rzekomo najlepszy przyjaciel Horacjo też jest skrajnym egocentrykiem – zakłada się, że Hamlet umrze. I cieszy się z wygranej. Ofelia zaś faszeruje się benzodiazepinami – oprócz tego, że zawsze ma pusty blister w torebce, tabletki wydziela jej ojciec. Zależna od leków i otaczających ją mężczyzn ucieka w coraz większą bezwolność, otępienie. Doceniam to, że nie zostawiono tej prawie niemej postaci bez komentarza, lecz stworzono duet – wiotkiej, anemicznej, bezwładnej Ofelii granej przez Natalię Szczypkę towarzyszy mówiący silnym głosem, krytykujący Hamleta Duch Ofelii, w którą wciela się Ewa Skibińska. Ta dobra decyzja inscenizacyjna koresponduje z początkową sceną o pisaniu Hamleta i pozostałych postaci wciąż na nowo.
W spektaklu widzimy przepisania bardzo krytyczne wobec Gen Z. Wygłaszane przez rówieśnika – działają raczej jako rodzaj wewnętrznego tarcia, a nie moralizowanie boomerów. Białaszek zrobił spektakl o tym, co dla niego i jego pokolenia ważne – o wrażliwości i niewrażliwości tej generacji, impasach, sposobach reagowania na rzeczywistość i uciekania od niej. Diagnoza dotycząca przeciążenia, zależności i kryzysu sprawczości może nie jest zupełnie nowa i ginie w gąszczu technofeudalnych wątków, ale chyba szczera, autodefiniująca.
Czy Hamlet powinien być mądry?
Ciągłe zgrywanie się i zagrywanie Hamleta przez Sztabę uważam za rewelacyjne. Porywczy, zwariowany bohater przeczy sam sobie – jak młody człowiek, ale przede wszystkim jak różne jego interpretacje. Nie jest klasycznie mądry – zresztą ani on, ani spektakl. Ale widać w nich coś błyskotliwego, pełnego inscenizacyjnego rozmachu, porywającego i mimo ciągłej zgrywy – szczerego. Białaszek czuje materię teatru, nawet jeśli nie panuje nad nią dramaturgicznie na tyle, by zrealizować zamierzenia wyłożone w eksplikacji. Sztaba w roli Hamleta ma okazję pokazać umiejętności aktorskie z różnych stron, świetne jest jego miotanie się po przestrzeni i rzucanie co i rusz na kolejną pozę, by raz na jakiś czas zwrócić się przewrotnie do publiczności i na przykład zażartować z odbiorczych oczekiwań.
Nie jest to spektakl emancypacyjny, bohaterki kobiece, tak jak w oryginale, znajdują się na poboczu wielkiej historii. Tym bardziej więc – znowu – doceniam, że Białaszek najwyraźniej sięgnął po opowiadanie Margaret Atwood Gertruda jest zirytowana (oryg. Gertrude talks back), w którym tytułowa pierwszoosobowa narratorka karci potomka i wypomina mu, jak mało wie o prawdziwym życiu. Argumenty wyliczane przez bohaterkę w spektaklu (graną przez Annę Ilczuk) są zmienione, ale sytuacja komunikacyjna i wybicie prześlepianej przez syna perspektywy – podobne.
Zresztą Hamletowych intertekstów jest więcej. Widać echo humoru i sposobu konstrukcji postaci z powieści Iana McEwana W skorupce orzecha. Nasłana przez królową na Hamleta para przyjaciół (w tej roli Andrzej Kłak i Grzegorz Falkowski), podobnie jak w Rosencrantz i Guildenstern nie żyją Toma Stopparda, snuje się po scenie, wciąż rzuca monetą – i wciąż wypada im reszka. Niesprawiedliwe byłoby więc ocenienie, że Białaszek przeczytał Hamleta po łebkach – wyjściowe imaginarium potraktował luźno, ale ewidentnie interesowały go sposoby przepisywania tego dramatu i konfrontowania go ze współczesnością. Po czym zrobił to po swojemu.
Jestem pewna, że kolejne teatry dalej ustawiają się w kolejce, by Białaszek zaadaptował im jakąś lekturę. Tak, żeby spektakl podobał się większości i ściągał szkoły, czyli to, co moim zdaniem Hamlet będzie robił.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.