UE

Świetlik: Arbitraż według TTIP? Nie, dziękuję!

Ta sprawa nie brzmi porywająco. Ale nie ma dziś lepszego sposobu na zrobienie czegoś złego, niż opakować to w coś potwornie nudnego.

Tak jest i tu.

Chodzi o – trwające do połowy lipca – konsultacje europejskie dotyczące wprowadzenia sądów arbitrażowych do rozstrzygania sporów między inwestorami a państwami. Te mają być elementem umowy handlowo-inwestycyjnej, której pełna nazwa to Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji, a znamy ją lepiej jako TTIP. Umowa ma być krokiem domykającym strefę wolnego handlu łączącą Unię Europejską, Stany Zjednoczone, Kanadę i Meksyk (dwa ostanie kraje związane są z USA zbliżonymi do TTIP umowami CETA i NAFTA). Inicjatorką umów tworzących globalne strefy wolnego handlu jest administracja Stanów Zjednoczonych. Poprzez kolejne porozumienia dąży ona do ujednolicenia zasad regulujących handel z możliwie dużą liczbą państw, tak by amerykańskie produkty i usługi uzyskały wolność przemieszczania się. Dotyczy to nie tylko zniesienia opłat celnych, ale i różnego rodzaju ograniczeń wynikających z ochrony środowiska czy lokalnych norm jakości żywności.

W krytyce TTIP nie chodzi o jakieś antyamerykańskie resentymenty – amerykańskie małe i średnie firmy oraz działaczki i działacze społeczeństwa obywatelskiego są równie zaniepokojeni tą umową co ich europejscy odpowiednicy. I dotyczy to zarówno organizacji zrzeszających związki zawodowe, które przypominają o bardzo słabych zabezpieczeniach praw pracowniczych w USA, jak i małych i średnich przedsiębiorców.

Powiedzmy to otwarcie: tyle w tych strefach wolnego handlu faktycznej wolności, co w „wolnym rynku” w ogóle – to wolność wielkiego kapitału do ucieczki przed zobowiązaniami społecznymi i zasadami równej konkurencji. To logika „liberalizacji”, „urynkowienia”, „wolności handlowej” – czy jakiego jeszcze byśmy nie użyły słowa dla zamaskowania neoliberalanego charakteru tych umów. Tak jak istotą neoliberalnej ideologii jest „uwolnienie” państwa od zobowiązań społecznych i etyki troski (dlaczego była wspierana przez chadeków i socjaldemokratów, pozostaje jedną z wielkich zagadek XX wieku), tak i w pomyśle na globalną sieć stref wolnego handlu chodzi o uwolnienie wielkiego kapitału od państwowej kontroli nad jego działaniami.

Sama koncepcja, że podmioty gospodarcze mogą podpisywać umowy, dowolnie ustalając wzajemne zobowiązania, może nie jest bardzo kontrowersyjna, ale oczywiste – nie tylko moje – zastrzeżenia budzi idea, że ważną cechą umów handlowych jest ich niejawność. Domagamy się dziś przecież od państw przejrzystości procedur, dostępu do informacji publicznej i jawności posiedzeń, bo wierzymy, że tylko uzbrojeni w wiedzę będziemy w stanie sprawować nad nimi kontrolę i podejmować świadome decyzje wyborcze. Transparentność stała się jedną z powszechnie akceptowanych wartości w walce o upodmiotowienie mieszkanek i mieszkańców świata. Nadal jednak uznaje się za uzasadnione zatajanie wielu informacji, gdy chodzi o sprawy gospodarcze. Bo właśnie w oparciu o tę zasadę utajniono prace nad treścią umowy TTIP i do dziś w dyskusji na jej temat jesteśmy skazane na przecieki (sama czekam już czwarty miesiąc m.in. na informację, z kim spotykali się pracownicy Komisji Europejskiej w trakcie prac nad nią).

Sęk w tym, że TTIP nie negocjują dwie firmy, tylko organizmy państwowe, a skutki jej zapisów nie będą się ograniczać do kilku przedsiębiorców, ale dotkną nas wszystkich – nie tylko jako konsumentki i konsumentów. Podobno Komisji Europejskiej nie podoba się to, że nie może upublicznić prac nad tekstem umowy. Wierzę, że i nasze urzędniczki i urzędnicy są szczerzy, kiedy twierdzą, że nie są tą tajnością zachwyceni.

Czemu jednak brniemy dalej w coś, co już na etapie wstępnych negocjacji stawia nas w sytuacji niezgodnej z naszymi wartościami i standardami?

Co więcej, jak już wiemy nauczeni przykładem innych traktatów międzynarodowych, betonują one system znacznie skuteczniej niż zwykłe przepisy. Mało tego, od jakiegoś czasu do takich umów wprowadza się też środki egzekucji zawartych w nich postanowień. Takimi „zębami” TTIP, czyli narzędziem, które ma zagwarantować prymat prawa handlowego nad demokratycznymi instytucjami, są właśnie sądy arbitrażowe ISDS.

Ta dziwna instytucja, zbudowana w oparciu o całkowicie sprywatyzowaną działalność prawniczą, ma rozstrzygać ewentualne spory między przedsiębiorcami a państwami. Bo zadanie, jakie przed sobą nakreśliła Komisja Europejska, to właśnie stworzenie systemu ochrony inwestorów. Sądy arbitrażowe mają być powoływane, gdy firma, która rozpoczęła działalność w danym kraju, zechce domagać się odszkodowania od państwa po tym, jak zmieniło ono jakieś przepisy dotyczące branży, w której działa dany inwestor.

Od razu zauważymy, że ISDS daje taki przywilej wyłącznie firmom zagranicznym. Wynika to z tego, że pierwotnie miała być to instancja chroniąca firmy globalnej Północy inwestujące w krajach o „niestabilnej demokracji”. Czyli, jak się można domyślać, zabezpieczająca je przed ryzykiem utracenia zysków w wyniku nacjonalizacji jakiejś branży.

Dlaczego jednak dwa rzekomo najbardziej demokratyczne organizmy państwowe miałyby stosować to rozwiązanie? Zapytałam o to podczas spotkania zorganizowanego przez przedstawicielstwo Komisji w Polsce. Wyjaśniono mi, że chodzi o zabezpieczenie firm przed decyzjami podjętymi przez urzędników lub polityków przekupionych przez inne przedsiębiorstwo. Czemu jednak nie można w sytuacji podejrzenia takiego przestępstwa skorzystać z istniejących niezawisłych sądów? Nie wiadomo. Z pewnością byłoby to znacznie tańsze i zgodne z demokratycznymi standardami, czego nie można powiedzieć o oddawaniu tego typu sporów w ręce dwóch kancelarii adwokackich, które za grube pieniądze będą ustalać werdykt w procesie arbitraży. Wiemy, jakiego rodzaju to biznes, tak jak wiemy, że szacunkowe koszty postępowania to miliony dolarów.

Eksperci i ekspertki zwracają uwagę, że wprowadzenie ISDS do umowy unijno-amerykańskiej ma na celu po prostu dalsze rozpowszechnianie tego rozwiązania. Nie znaczy to jednak, że nie mamy się martwić o skutki finansowe takich zapisów dla finansów Polski czy Unii. Nasz kraj ma już w tej chwili podpisanych kilka umów bilateralnych, w tym ze Stanami, a w całej Unii umów zawierających ISDS jest ok. 1400. Ile spraw się toczyło z udziałem Polski, jak dużo nas to kosztowało? Tego nie wiemy. Ile z nich przegraliśmy też nie: informacje dotyczące postępowań arbitrażowych – wraca kwestia braku transparentności – objęte są tajemnicą.

Wiemy natomiast, że Stany Zjednoczone nigdy przed sądem arbitrażowym nie przegrały. Czy europejscy urzędnicy odpowiedzialni za wprowadzenie sądów arbitrażowych do umowy TTIP o tym nie słyszeli? Trudno w to uwierzyć, ale być może tak właśnie jest, ponieważ, jak twierdzą ci sami urzędnicy, nigdy nie zetknęli się także z informacją na temat tzw. „chilling effect”. Mówiąc wprost, chodzi o wywieranie presji, zanim jeszcze zacznie się kosztowny proces przed ISDS, na instytucje publiczne, które pod wpływem groźby procesu wycofują się ze zmian prawa, nawet jeśli uznają je za korzystne z punktu widzenia obywatelek i obywateli własnego państwa.

Co ważne, definicja „inwestowania” w ISDS jest bardzo szeroka. Oznacza to, że może objąć inwestorów działających w branżach, które rzekomo miały być wyłączone z umowy TTIP. Dotyczy to na przykład kwestii ochrony monopoli intelektualnych. Żegnaj marzenie o zmianie prawa autorskiego – Disney Company każe sobie słono zapłacić za hipotetyczne utracone zyski, jeśli tylko zwiększymy zakres tego, co wolno nam robić w Sieci, bez pytania go o zdanie. A że dziś już niemal wszystko można „podciągnąć” pod kwestie tzw. własności intelektualnej, nawet słynna sprawa arbitrażowa Philip Morris przeciw Australii dotyczyła właśnie tych praw. Władze tego państwa chcąc bowiem wesprzeć ochronę zdrowia swoich obywatelek i obywateli, zmieniły zasady oznaczania paczek papierosów.

ISDS może także dotyczyć ochrony środowiska. Wystarczyło, by władze Niemiec zapowiedziały plan odchodzenia od energii nuklearnej, a szwedzka firma zagroziła im pozwem na 1,4 mld euro. Tak właśnie działa „chilling effect”. Mówią o nim też Kanadyjczycy, związani z amerykańskimi inwestorami umową NAFTA (a z nami – już niebawem – CETA). Kiedy w powszechnym referendum postanowili ograniczyć frakcjonowanie w prowincji Quebec, zostali pozwani przez amerykańską firmę z branży wydobywczej i decyzją sądu arbitrazowego musieli zapłacic 250 mln odszkodowania. Temat wydobywania gazu w taki sposób budzi w Europie ogromny sprzeciw, istnieje obawa, że po podpisaniu traktatu o strefie wolnego handlu, trzeba będzie za to słono zapłacić, dlatego jedna z inicjatyw anty-TTIP działa pod hasłem „No fracking way”.

***

A wy co chcielibyście powiedzieć Komisji o sądach arbitrażowych? Formularz znajdziecie na tej stronie (w prawym górnym rogu można wybrać jęz. polski). Mamy czas do 13 lipca!

Tekst opublikowano na licencji CC BY-SA

Czytaj także:
Odpowiedź Instytutu Globalnej Odpowiedzialności

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

 

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.