UE

Brexit jako święto demokracji

Impas wokół Brexitu niesie za sobą spore ryzyko, jednak paradoksalnie Brytyjczycy powinni go przyjąć bez obaw. Ich niezadowolenie z wyborów, jakie im pozostawiono, to szansa, a nie przekleństwo – a więcej demokracji to antidotum, a nie choroba.

ATENY – Widmo niezadowolenia wciąż wisi nad Wielką Brytanią. Przygnębieni są zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy wyjścia z UE. Podzielony jest rząd Jej Królewskiej Mości i opozycyjna Partii Pracy. Podzielona jest cała Wielka Brytania – między eurofilską Szkocję i eurosceptyczną Anglię, między prounijne miasta Anglii (w tym Londyn) i antyunijne miasta nadmorskie i północne. Ani klasa pracująca, ani rządząca nie potrafi jednomyślnie poprzeć żadnego z wariantów Brexitu debatowanych w  Izbie Gmin. Czy to dziwne, że tak wielu Brytyjczyków czuje się zaniepokojonych i zawiedzionych przez swój system polityczny?


A jednak, paradoksalnie, o ile obecny impas wokół Brexitu niesie za sobą spore ryzyko, Brytyjczycy powinni go przyjąć przychylnie. Od 1945 roku kwestia europejska przesłaniała co najmniej osiem innych zasadniczych dla Wielkiej Brytanii pytań – o nią samą, jej instytucje polityczne i jej miejsce w świecie. Dzięki Brexitowi wszystkie one wysuwają się teraz na pierwszy plan, a powszechne niezadowolenie jest podstawowym warunkiem zajęcia się nimi. W istocie Brexit może wzmocnić brytyjską demokrację i umożliwić rozwiązanie kilku kryzysów, które trapią kraj od lat.

Warufakis: Odłóżmy na chwilę Brexit. Najpierw wybory

Po pierwsze, kwestia irlandzka. Choć została częściowo uregulowana porozumieniem wielkopiątkowym jedno pokolenie temu, Demokratyczna Partia Unionistyczna ponownie ją otwiera, domagając się, aby prowincja, która jest częścią Wielkiej Brytanii, w żaden sposób nie odróżniała się od, powiedzmy, Walii czy okolic Londynu.

Powróciło także pytanie o Szkocję. Zaledwie dwa lata po przegranej zwolenników niepodległości w referendum z 2014 roku szkoccy nacjonaliści znów nabrali wiatru w żagle.

Jest również kwestia angielska. Niedokończona przez byłego premiera Tony’ego Blaira dewolucja  sprawiła, że Anglicy są jedynymi obywatelami Wielkiej Brytanii bez własnego zgromadzenia ani parlamentu. Pozostają zależni od Westminsteru, który w odczuciu wielu jest zbyt odległy i nie reprezentuje ich interesów.

Brexit poddał również próbie sztywny system partii politycznych stworzony przez system wyborczy oparty na większości względnej, który ogranicza konkurencję do obecnych graczy. W rezultacie brytyjskie partie zaczęły funkcjonować jak kartele sprzecznych ze sobą programów.

Referendum w 2016 roku uwypukliło również kwestię roli demokracji bezpośredniej w brytyjskiej polityce. Biorąc pod uwagę coraz głośniejsze apele o drugie referendum, należy się zająć – teraz, nie w przyszłości – tym, kiedy i jak referenda powinny być zwoływane.

Należy jednak zająć się również rolą demokracji przedstawicielskiej. Brexit obnażył mit suwerenności Izby Gmin, kiedy w procesie wychodzenia z UE rząd odmówił Parlamentowi jakiegokolwiek realnego głosu, nawet w kwestii tego, jak  przełożyć prawodawstwo UE na prawo brytyjskie.

Nieustająca udręka Brexitu

Brexit sprawił również, że tłumiona frustracja z powodu polityki zaciskania pasa wybuchła jako panika moralna wokół migracji. Swobodny przepływ osób w UE przesłonił fakt, że  za ograniczanie dostępu do usług publicznych i mieszkań socjalnych odpowiedzialni są nie imigranci, a cięcia w budżetach krajowych  – a w ślad za tym fałszywym obrazem rzeczywistości przyszła narastająca ksenofobia.

Wreszcie, od połowy lat osiemdziesiątych, po celowej dewastacji brytyjskiego przemysłu przez Margaret Thatcher, gospodarka brytyjska opiera się na „życzliwości obcych”. Żadna inna gospodarka europejska z wyjątkiem Irlandii nie potrzebowała tak dużych zastrzyków kapitału zagranicznego, by związać koniec z końcem. Dlatego Wielka Brytania stawia na taniość: niskie podatki, niskie płace, umowy śmieciowe i nieuregulowany sektor finansowy. Jeśli Wielka Brytania ma wyrwać się z zaklętego kręgu niskich kwalifikacji, niskiej wydajności i powolnego wzrostu, jej obywatele muszą ponownie przemyśleć swoje miejsce w gospodarce światowej. Brexit to wspaniała okazja, żeby to zrobić, a jednocześnie odżegnać się od polityki obliczonej na spadek płac,  cięcia podatkowe i postępującą deregulację.

Na kilka tygodni zanim Wielka Brytania opuści UE żadna z trzech możliwych dziś opcji – Brexit bez umowy z Unią, porozumienie premier Theresy  May  o wyjściu z UE oraz pozostanie w Unii przez uchylenie artykułu 50 – nie zyskała poparcia większości ani w Parlamencie, ani wśród obywateli. Każda z nich wywołuje za to ogromne niezadowolenie: zwłaszcza scenariusz „twardego” Brexitu bez umowy wydaje się najbardziej niebezpieczny jako skok w nieznane. Zwolennicy pozostania w Unii odrzucają porozumienie wynegocjowane przez May, zaś przeciwnicy uważają, że taki dokument podpisałby tylko kraj, który przegrał wojnę. Wreszcie wycofanie się z Brexitu utwierdziłoby zwolenników wyjścia w przekonaniu, że demokracja jest dozwolona tylko wtedy, gdy przynosi rezultaty preferowane przez londyński establishment.

W Wielkiej Brytanii uważa się powszechnie, że ten impas jest godny pożałowania i dowodzi porażki brytyjskiej demokracji. Nie zgadzam się co do obydwu tych kwestii. Gdyby którakolwiek z trzech dostępnych obecnie opcji została zatwierdzona, na przykład w powtórnym referendum, niezadowolenie wzrosłoby jeszcze bardziej, a poważniejsze pytania nurtujące Wielką Brytanię nadal pozostałyby bez odpowiedzi. Niechęć Brytyjczyków do poparcia którejkolwiek opcji Brexitu jest z tej perspektywy oznaką zbiorowej mądrości i rzadką okazją do przezwyciężenia wielkich wyzwań stojących przed tym krajem, jak i do ponownego rozważenia brytyjskich relacji z UE. Aby wykorzystać tę okazję, Wielka Brytania musi zaangażować się w „debatę ludową”, która z czasem doprowadzi do „ludowej decyzji”.

Historyczny błąd Partii Pracy

czytaj także

Debata ludowa musi zająć się sześcioma kwestiami: brytyjską konstytucją, w tym utworzeniem angielskiego parlamentu lub szeregu regionalnych zgromadzeń angielskich; ordynacją wyborczą i rolą referendów; kwestią irlandzką, w tym możliwością wspólnego, irlandzko-brytyjskiego zwierzchnictwa nad Irlandią Północną; migracją i swobodą poruszania się; modelem ekonomicznym Wielkiej Brytanii, a w szczególności zbyt dużą rolą sektora finansowego i potrzebą stymulowania zielonych inwestycji w całym kraju; a także, rzecz jasna, stosunkami między Wielką Brytanią i UE.

Jeśli taka debata ma spełniać kryteria demokracji, musi odbywać się w zgromadzeniach regionalnych, a jej rezultatem musi być ogólnonarodowa konwencja, w ramach której zestaw opcji zostanie sfinalizowany, zanim kolejna Izba Gmin przełoży je na pytania referendalne, tak aby brytyjskie społeczeństwo mogło wyrazić swoje zdanie w roku 2022. Rząd Wielkiej Brytanii musi zatem zapewnić okres przejściowy po formalnym opuszczeniu UE 29 marca, trwający co najmniej do czasu, gdy trzy lata później obywatele podejmą decyzję.

Warufakis: Brexit? Tak, ale demokratycznie

W okresie przejściowym Zjednoczone Królestwo powinno pozostać w unii celnej UE i na jednolitym rynku, ze swobodą przemieszczania się i pełnymi prawami dla obywateli UE. A w 2022 roku głosujący będą mogli zdecydować, czy chcą pozostać w unii celnej i na jednolitym rynku, całkowicie opuścić Unię Europejską, czy też ponownie ubiegać się o przyjęcie do UE na prawach pełnego członka.

Kiedy niezadowolenie jest tak silne, jak w dzisiejszej Wielkiej Brytanii, najlepszą opcją jest maksimum demokracji.

 

**
Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Gucio.

Bio

Janis Warufakis

| Ekonomista, współzałożyciel DiEM25
Ekonomista, od stycznia od lipca 2015 roku minister finansów Grecji, współzałożyciel ruchu DiEM25 (Democracy in Europe Movement 2025). Autor książki "Globalny Minotaur" (2016) i "A słabi muszą ulegać?" (2017).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.