Świat

Narodził się trumpizm, czyli konwencja, która przejdzie do historii

Był skandal, była rywalizacja między samcami alfa, a to wszystko okraszone bronią i seksem.

Tegoroczna konwencja amerykańskiej Partii Republikańskiej w Cleveland, podczas której partia nominowała Donalda Trumpa na swojego reprezentanta w jesiennych wyborach prezydenckich, od kilku miesięcy zapowiadała się jako interesujące wydarzenie. Po majowych prawyborach jedynym kandydatem do nominacji został człowiek, który obrażał nie tylko swoich przeciwników z Partii Demokratycznej, ale też nie szczędził inwektyw pod adresem konkurentów z własnej partii. Wiele osób z umiarkowanego skrzydła Republikanów liczyło na to, że, wbrew przyjętemu zwyczajowi, podczas konwencji uda się przeforsować zmianę reguł i nominację innej osoby. Nie udało się, ale ostatnia konwencja z pewnością zostanie zapamiętana z kilku powodów – i śmiesznych, i strasznych.

Trochę śmieszno…

Powodów do śmiechu jest kilka i składają się one na prawdziwe full american experience: był skandal, była rywalizacja między samcami alfa, a to wszystko okraszone bronią i seksem.

Zaczęło się pierwszego dnia konwencji od przemówienia Melanii Trump, żony Donalda, które okazało się plagiatem przemówienia Michelle Obamy z 2008 roku. Republikanie popierający Trumpa na poczekaniu zmyślali, jaki to procent mowy Melanii nie został przepisany lub nieudolnie sparafrazowany. Gubernator New Jersey Chris Christie powiedział, że inne było jakieś dziewięćdziesiąt trzy procent przemówienia, szef kampanii Trumpa uznał, że było to około pięćdziesięciu procent.

Wpadka była dość zawstydzająca, bo wystarczyło użyć darmowych antyplagiatowych aplikacji online, by uniknąć skandalu. „Washington Post” i „New York Times” na stronach opinii odkryły winnego we wschodnioeuropejskiej kulturze plagiatu (Melania Trump jest Słowenką), choć prawdziwą autorką przemówienia jest Mereditch McIver, która współpracowała z Trumpem nad jedną z jego książek o tym, jak zostać bogatym.

Skandal z plagiatem przyćmił inne wydarzenia konwencji, do czasu aż odżył konflikt między Trumpem a Tedem Cruzem. Przypomnijmy: podczas prawyborów Donald Trump kilkukrotnie sugerował, że Cruz nie jest Amerykaninem, obraził w niewybredny sposób jego żonę, a na koniec zasugerował, że ojciec Teda, uciekinier z Kuby, jest zamieszany w morderstwo JFK. Cruz zemścił się na Trumpie podczas konwencji, która z wydarzenia politycznego zmieniła się na chwilę w coś na kształt walki profesjonalnego wrestlingu. Podczas swojego przemówienia Cruz nie poparł Trumpa pomimo gniewnych okrzyków publiczności i wcześniejszej obietnicy, że to zrobi. Gdy wbrew harmonogramowi senator z Tekasu przeciągał swoją mowę, sam Trump wszedł na salę. Sytuacja była tak napięta, że ochrona musiała eskortować żonę Cruza do wyjścia. Podczas konferencji prasowej zamykającej konwencję Trump w swoim stylu zapowiedział, że nie przyjmie poparcia Cruza nawet, gdyby ten zmienił zdanie.

To, co działo się wokół konwencji, było też pokazem konserwatywnej hipokryzji. Zaczęło się jeszcze na kilka dni przed wydarzeniem, gdy organizacje zwolenników posiadania broni i paradowania z nią na widoku w miejscach publicznych zakazały paradowania z bronią podczas swoich własnych wieców, oczywiście ze względów bezpieczeństwa. Jakby tego było mało, konwencja okazała się żyłą złota dla męskich prostytutek w Cleveland (o czym pisały nie tylko tabloidy typu „New York Post” ale też Reuters), pomimo bardzo konserwatywnej platformy programowej przyjętej przez partię.

Trochę straszno

Niestety poza powodami do śmiechu na konwencji pojawiły się też powody do strachu. Jednym z nich jest przyjęty program partii, czyli mieszanka nacjonalizmu z mało wyszukanym reakcjonizmem i odpornością na fakty. Preambułę otwiera stwierdzenie „Wierzymy w amerykańską wyjątkowość”, a potem jest tylko gorzej. Nowy program odmawia parom jednopłciowym prawa do małżeństwa oraz wielu innych praw, którymi cieszą się pary heteroseksualne. Log Cabin Republicans, organizacja wewnątrz partii działająca na rzecz praw osób LGBT, oficjalnie stwierdziła, że jest to najbardziej nietolerancyjny program w ponadstupięćdziesięcioletniej historii partii. Są pomysły na ochronę życia nienarodzonych, czyli daleko idące ograniczenie prawa do zatrzymania ciąży w duchu jej całkowitej delegalizacji.

Pojawia się też propozycja, by prawodawcy kierowali się „prawem bożym” podczas pisania ustaw.

Partia, zgodnie z nowym programem, sprzeciwia się ograniczaniu dostępu do broni (pomimo masowych strzelanin, które niedawno wstrząsnęły Stanami, i ewidentnych związków między dostępem do broni a tymi tragediami) i nazywa węgiel „czystą” energią. Na przekór faktom pojawiają się również wezwania do „walki z nadużywaniem narkotyków”.

Platforma programowa republikanów gra też tę samą ksenofobiczną melodię, którą od jakiegoś czasu nucił Trump. W sekcji poświęconej imigracji po rytualnych zapewnieniach o tolerancji wobec „legalnych imigrantów” (brak takich frazesów w kraju, którego 99 procent mieszkańców to imigranci lub potomkowie imigrantów bądź kolonizatorów, świadczyłby o kompletnym odklejeniu od rzeczywistości), padają stwierdzenia, że „nielegalna imigracja” „zagraża każdemu” (choć nie sprecyzowano, w jaki sposób) a republikański prezydent powinien cofnąć amnestie dla nieudokumentowanych imigrantów ogłoszone przez Obamę. Choć żadna grupa narodowa czy etniczna nie została wymieniona wprost, to nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby się domyślić, że pomysły na cofanie amnestii połączone z uwagami o ochronie amerykańskiego rynku pracy (również w sekcji o imigracji) odnoszą się do Meksykanów.

Konwencja była dopełnieniem tego obrazu. Kilka elementów zasługuje na szczególną uwagę. Po pierwsze, mobilizowanie wyborców strachem i nienawiścią, doskonale zobrazowane przemówieniem Rudiego Giulianiego, bohatera bajki o heroicznym burmistrzu Nowego Jorku, który twardymi metodami rozprawił się z szalejącą przestępczością (wszystkim wciąż wierzącym w tę bajkę polecam Więzienia nędzy Loïca Wacquanta). Giuliani zaczął mocno. Stwierdził, że większość Amerykanów nie czuje się bezpiecznie: boją się o siebie, o swoje rodziny i o policjantów, którzy narażają swoje życie w obronie zwykłych obywateli (gromkie brawa). Wspomniał co prawda o ofiarach brutalności policji, ale gdy z widowni dobiegły okrzyki niezadowolenia, wrócił do swojego lejtmotywu: Make America Safe Again (gromkie brawa). W kontekście niedawnych zabójstw policjantów w Dallas i Baton Rouge przekaz był jasny: narzekanie na brutalność i rasizm policji to fanaberie, najważniejszy jest porządek. Następnie Giuliani gładko przeszedł do zidentyfikowania „islamskiego ekstremistycznego terroryzmu” jako głównego zagrożenia dla bezpieczeństwa Amerykanów i wezwał do agresywnej walki z Państwem Islamskim (znowu długie, gromkie brawa). Co prawda zaznaczył, że nie wszyscy muzułmanie to terroryści (cisza), ale dodał, że Stany Zjednoczone nie powinny przyjmować więcej uchodźców z Syrii, bo z nimi przybędą terroryści (znowu brawa).

Po drugie, poziom niechęci wobec Hillary Clinton. Wspomniany już Chris Christie poświęcił Clinton całe swoje przemówienie. Choć miało ono formę udawanego procesu, w którym Christie jako oskarżyciel prezentował „fakty”, a publiczność jako ława przysięgłych wydawała werdykt, było to tak naprawdę publicznym linczem. Clinton dostało się za mierną ocenę charakteru dyktatorów (nazwanie Baszara Assada „reformistą”), uczynienie świata mniej bezpiecznym (zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w obalenie Kadafiego), brak zdolności negocjacyjnych (umowa z Iranem albo odmrożenie relacji z Kubą), czy wreszcie za przedkładanie własnej kariery nad bezpieczeństwo USA (skandal z mailami). Za każdym razem, gdy Christie pytał „Winna czy niewinna?”, rozentuzjazmowana publiczność wstawała z siedzeń i podnosząc zaciśnięte pięści, wykrzykiwała „Winna!”. Fakt, że Clinton wyciągnięto jej błędy (prawdziwe i wyimaginowane) nie powinien zaskakiwać. Cel przemówienia wydaje się jednak inny: nie chodziło o przedstawienie jej jako niekompetentnej przeciwniczki politycznej, ale jako kryminalistki, co publiczność zrozumiała dość łatwo: od czasu przemówienia Christiego standardową odpowiedzią publiczności na uwagi mówców o Hillary Clinton stało się wściekłe „Zamknąć ją!” (Lock her up!).

Po trzecie, podkreślanie słabości i fatalnej sytuacji Stanów Zjednoczonych we wszystkich możliwych dziedzinach. W polityce zagranicznej USA to kraj słaby i nieszanowany (choć to przecież the greatest nation in the world), a wrogowie Ameryki, tacy jak Rosja czy Iran, rosną w siłę. Gospodarczo Stany stoją „nad przepaścią” (by użyć słów gubernatora Florydy Ricka Scotta). Do tego przestępczość rośnie, strach pokazać się na ulicy, a Państwo Islamskie czyha u bram. Słaba i upokorzona Ameryka czeka więc na silnego przywódcę, który nie będzie niewolnikiem politycznej poprawności i będzie działał. Trump, ze swoją buńczucznością, bezczelnością i niczym niezmąconym narcyzmem, uosabia tę imperialną wielkość, za którą tęsknią jego wyborcy i za którą nie chcą przepraszać.

Od „strategii południowej” do nowego populizmu

Wszystkie te elementy znalazły się również w przemówieniu samego Trumpa, wygłoszonym na tle rzędu amerykańskich flag i pod wielkim telebimem z jednym jedynym słowem: „Trump”. Specjaliści od przemówień nie szczędzili mu słów krytyki. Zamiast skorzystać z możliwości przedstawienia się jako człowiek z krwi i kości, Trump w najdłuższej mowie po przyjęciu nominacji w historii amerykańskich konwencji partyjnych skupił się na fatalnej sytuacji kraju i sobie jako głosie „zapomnianych mężczyzn i kobiet” (co było bezpośrednim nawiązaniem do słów Richarda Nixona z kampanii z 1968 roku o „zapomnianych Amerykanach”). Eksperci uznali, że zmarnował okazję i dał się ponieść swojej megalomanii podlanej brakiem doświadczenia. Jak na złość ekspertom, jednak sondaże wskazują, że po konwencji Trump po raz pierwszy od długiego czasu wysforował się na prowadzenie w prezydencki wyścigu.

Udzielając Trumpowi nominacji i przyjmując skrajnie prawicową platformę programową, zerwano z długoletnią linią Partii Republikańskiej, która pomimo dryfu na prawo od późnych lat 60. XX wieku  starała się prezentować jako opcja (również) dla umiarkowanych wyborców. „Również” jest tu słowem kluczowym: od wyborów prezydenckich w 1968 roku republikanie stosowali tzw. „strategię południową”, czyli pośrednie odwoływanie się do rasistowskich sentymentów wśród przerażonych konserwatywnych białych wyborców z Południa. Richard Nixon w dobie napięć rasowych mówił o „prawie i porządku” (wiadomo, kto w czasie Ruchu Praw Obywatelskich ten porządek podważał), Ronald Reagan o ścinaniu wydatków na programy socjalne (a wiadomo, kto z nich korzysta). Z czasem odwoływanie się do drzemiącego rasizmu stawało się coraz bardziej subtelne, więc kampanię Trumpa można próbować traktować jako powrót do good ol’ days. Sam Trump powiedział, że wzorem dla niego jest kampania Nixona z 1968 roku.

Jednak mimo pewnych podobieństw w retoryce między Trumpem a Richardem Nixonem mamy do czynienia z czymś jakościowo innym. Jak zauważył historyk Federico Finchelstein, populizm Trumpa nie opiera się na jedynie na strachu przed innością (afroamerykanie, latynosi, muzułmanie), lecz odwołuje się do środków znanych z repertuaru reżimów autorytarnych i półautorytarnych, takich jak choćby kryminalizacja przeciwników politycznych. W tym momencie (jeszcze) nie ma znaczenia, czy Trump jako prezydent byłby w stanie wsadzić swoich przeciwników politycznych do więzienia (raczej nie, patrząc na siłę i niezależność władzy sądowniczej). Znaczenie ma to, że jedna z dwóch głównych amerykańskich partii odmawia prawomocności swoim przeciwnikom politycznym, a realizację innej wizji politycznej traktuje jako przestępstwo, pogłębiając tym samym i tak głębokie podziały społeczne i polityczne.

Niezależnie od tego, czy Trump wierzy w to, co mówi, czy niczym prawdziwy showman mówi to, co publika chce usłyszeć, trumpizm (tak już się mówi o tym fenomenie za oceanem) jest już projektem politycznym, bo wierzą w niego wyborcy Trumpa. Projekt ten zakłada, że Ameryka powinna znowu wielka i może być znowu jednością – ale tylko na zasadach dyktowanych przez trumpistów.

 

**Dziennik Opinii nr 209/2016 (1409)

Zinn-Ludowa-historia-stanow

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.