Świat

Igrzyska w Brazylii już się zaczęły

Próba obalenia prezydent Rousseff to walka z korupcją czy prawicowy zamach stanu?

W nocy z 17 na 18 kwietnia niższa izba brazylijskiego parlamentu w osobliwym spektaklu politycznym większością ponad dwóch trzecich głosów zdecydowała o kontynuowaniu procesu impeachmentu przeciwko prezydent Dilmie Rousseff. Zarzuca się jej „księgowe manipulacje” budżetem państwowym, które miały pozwolić jej ukryć dziurę budżetową i sfinansować programy społeczne przed wyborami prezydenckimi w 2014 (została wówczas wybrana została na drugą kadencję). Jednak w sporze politycznym, który od miesięcy toczy Brazylię i może zakończyć się usunięciem Dilmy Rousseff z urzędu, oficjalne powody impeachmentu są najmniej istotne.

Świadczą o tym choćby występy deputowanych w trakcie nocnego głosowania. Aby oddać swój głos, każdy z nich podchodził do mównicy, aby wygłosić formułkę „Głosuję na tak” lub „Głosuję przeciw impeachmentowi”. Zdecydowana większość posłów uznała jednak, że warto wykorzystać ten moment do wygłoszenia politycznego manifestu. Na palcach jednej ręki można policzyć deputowanych, którzy odnosili się do zarzutów, które faktycznie ciążą na prezydent Rousseff.

Zamiast tego z trybuny padały epitety takie jak „złodzieje, kanalie, zdrajcy, hipokryci, gangsterzy” podkreślone powoływaniem się na wszystkich świętych, ojczyznę i członków swoich rodzin, całość kończyły zazwyczaj wezwania do skończenia z korupcją. W niektórych przypadkach życzenie to spełniło się bardzo szybko. Już następnego dnia po głosowaniu policja zatrzymała burmistrza Montes Carlos w stanie Minas Gerais, męża deputowanej Raquel Muniz, która ekstatycznie wymachując brazylijską flagą, wykrzyczała czterokrotne „tak” za odsunięciem prezydent od władzy, tłumacząc swoją decyzję koniecznością położenia kresu korupcji. Jednak najbardziej oburzający był głos deputowanego Jaira Bolsanaro, który swoją decyzję wzmocnił „upamiętnieniem pułkownika Carlosa Brilhante Ustry, postrachu prezydent Dilmy Rousseff”. Pułkownik Brilhante Ustra był w czasie panowania dyktatury wojskowej szefem jednostki, która odpowiadała za torturowanie więźniów politycznych. Warto dodać, że obecna prezydent jest osobą, która walczyła w opozycji, była torturowana i spędziła trzy lata w więzieniu.

Postulaty walki z korupcją wygłaszane z kongresowej mównicy w kontekście możliwego impeachmentu Dilmy Rousseff brzmią co najmniej groteskowo z dwóch powodów.

Po pierwsze z dużą dozą pewności można stwierdzić, że nie ma na świecie bardziej skorumpowanego gremium niż brazylijski Kongres. Z 65 członków komisji, która skierowała impeachment do niższej izby kongresu, 37 jest oskarżonych o korupcję lub inne ciężkie przestępstwa. Z 513 członków Izby Deputowanych aż 303 postawiono już zarzuty lub objęto ich śledztwem. W Senacie proporcje te wynoszą 49 z 81. Tymczasem, mimo wnikliwego śledztwa, prezydent Rousseff nie postawiono dotąd żadnych zarzutów korupcyjnych.

Jak więc doszło do tego, że Rousseff znalazła się o krok od usunięcia z urzędu? Proces impeachmentu rozpoczął się w grudniu 2015 roku z inspiracji przewodniczącego Izby Deputowanych Eduardo Cunhi (polityk koalicyjnej wówczas partii PMDB). Decyzję o zaakceptowaniu złożonego kilka miesięcy wcześniej wniosku o odwołanie prezydent zaakceptował on dzień po tym, jak Rousseff ogłosiła, że jej rząd poprze postawienie Cunhi przed Komisją Etyki w związku z wiszącymi nad nim zarzutami korupcyjnymi w aferze wokół państwowego koncernu naftowego Petrobras.

Wniosek o impeachment opiera się na zarzutach dotyczących manipulacji budżetowych. Prezydent Dilma Rousseff pożyczyła z Banku Rozwoju Brazylii (BNDES, Banco Nacional de Desenvolvimento Econômico e Social) pieniądze, które przeznaczyła na realizację programów społecznych. Zrobiła to, nie uzyskawszy zgody Kongresu. Praktyka ta w Brazylii nie jest niczym nowym. Od czasu upadku dyktatury wojskowej w 1985 roku podobne zabiegi stosowało pięciu poprzedników Rousseff i żaden z nich nie został z tego powodu pociągnięty do odpowiedzialności. Nie jest to bowiem praktyka sprzeczna z artykułem 85 Konstytucji Brazylii, który w enumeratywny sposób wymienia delikty konstytucyjne dające podstawę do wszczęcia procesu impeachmentu.

Przeciwnicy prezydent starają się więc połączyć osobę prezydent z gigantyczną aferą korupcyjną w państwowym gigancie naftowym Petrobras, w którym sprawowała funkcję prezeski rady nadzorczej w latach 2003–2010. Skandal, wykryty w ramach śledztwa o kryptonimie Operação Lava Jato („myjnia samochodowa”) przez sędziego Sérgio Moro w 2014 roku, dotyczy wielu prominentnych polityków – zarówno z partii rządzącej, jak i opozycyjnych. Załatwiali oni firmom budowlanym w zamian za łapówki intratne kontrakty z Petrobrasem po znacznie zawyżonej cenie. Nielegalne pieniądze płynęły albo na konta prywatne polityków, albo na konta partii politycznych.

Mimo drobiazgowego śledztwa, w którym Moro, będący dla opozycji niemal bohaterem narodowym, posiłkował się z nielegalnymi podsłuchami, nie udało się znaleźć dowodów na skorumpowanie prezydent Brazylii. Całe zamieszanie wokół impeachmentu Dilmy Rousseff niewiele ma więc wspólnego z walką o czystość i przejrzystość brazylijskiej polityki. Nosi za to znamiona konstytucyjnego zamachu stanu – podobnego do zachowujących pozory legalności usunięcia Fernando Lugo ze stanowiska prezydenta Paragwaju w 2012 roku (proces impeachmentu przeprowadzono w zaledwie dwa dni) i Manuela Zelayi w Hondurasie w 2009 roku.

Moment ataku na Rousseff jest dla opozycji wyjątkowo korzystny. Brazylia przeżywa aktualnie najpoważniejszy od dekad kryzys ekonomiczny, który w połączeniu z powszechną korupcją brazylijskiej klasy politycznej rozsierdził Brazylijczyków. W takiej sytuacji łatwo jest zagospodarować gniew tłumu, a opozycji dobrze się to udaje. Jest jej o tyle łatwiej, że wpierają ją najważniejsze prywatne media, będące własnością kilku rodzin, w tym przede wszystkim największy konglomerat medialny w Ameryce Łacińskiej O Globo. Były prezydent Luiz Inácio Lula da Silva posunął się nawet do stwierdzenia, że w Brazylii nie ma opozycyjnych partii, jedynie opozycyjne media. Wsparcie w obaleniu demokratycznie wybranego rządu nie byłoby dla koncernu nowością – w 1964 roku środowisko Globo poparło wojskowy zamach stanu przeciwko João Goulartowi, ostatniemu lewicowemu prezydentowi Brazylii do czasów Luli.

Jednak mimo tej intensywnej kampanii i bardzo niskiej, nieprzekraczającej dziesięciu procent, popularności Rousseff prawicowa opozycja nie może być pewna zwycięstwa. Kraj jest niezwykle mocno spolaryzowany. Z jednej strony stanęli oburzeni korupcją i kryzysem gospodarczym przeciwnicy rządu rekrutujący się głównie z przedstawicieli białej, zamożnej klasy średniej i wyższej, ubrani w żółty kolor reprezentacji kraju. Z drugiej strony – ubrani na czerwono obrońcy rządu i Brazylijczycy obawiający się cofnięcia dotychczasowych zmian społecznych (w tym wyciągnięcia z biedy 40 milionów z nich).

Faktycznym celem procesu impeachmentu nie musi być więc wcale prezydent Dilma Rousseff.

Dla wielu obserwatorów próba jej odwołania jest przede wszystkim atakiem prawicowej opozycji i bogatych elit na Partię Pracujących (PT), której nie udaje się odebrać steru władzy w sposób demokratyczny od 2002 roku. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że sędzia Moro wziął na celownik również Lulę da Silvę, niezwykle popularnego poprzednika i mentora obecnej prezydent. Mimo  jedynie bardzo wątłych poszlak na udział Luli w aferze korupcyjnej, wyrastający na kluczowego gracza na brazylijskiej scenie politycznej Moro, polecił urządzić spektakularne zatrzymanie byłego prezydenta. Ujawnił też nagrania zdobyte z nielegalnych podsłuchów telefonów prezydent (nielegalnie podsłuchiwano również telefony kancelarii prawniczej reprezentującej Lulę), z których wynikać ma, że powodem próby powołania Luli na szefa gabinetu Dilmy Rousseff miało być objęcie go immunitetem. O ile faktycznie mogło to być taktyczne posunięcie mające na celu uprzedzenie działań śledczego, to powodów dla chęci zaangażowania Luli do prac rządu było więcej. Dilma Rousseff nie cieszy się wysokim poparciem i brakuje jej charyzmy poprzednika. Jego zadaniem miało być m.in. przekonanie polityków z koalicyjnych partii by zagłosowali przeciw impeachmentowi.

Zdyskredytowanie Luli może okazać się dla prawicy kluczowe. Wobec narastającego kryzysu państwowego zadeklarował on bowiem, że jeśli zajdzie taka potrzeba, jeszcze raz stanie w szranki wyborcze. Z przeprowadzonego w kwietniu, a więc w samym środku afery, sondażu wynika, że do drugiej tury wyborów prezydenckich weszłaby Marina Silva – minister środowiska w rządzie Luli, działaczka ekologiczna i obecnie członkini Partii Zielonych o dość konserwatywnych poglądach obyczajowych – oraz właśnie Lula.

Na razie trwa jednak jeszcze proces impeachmentu. W ciągu miesiąca Senat zwykłą większością głosów zadecyduje, czy sprawa ma toczyć się dalej. Jeśli zagłosuje na tak, Rousseff w sprawowaniu urzędu tymczasowo zastąpi wiceprezydent. Po przeprowadzeniu dochodzenia Senat zagłosuje ponownie – tym razem do odwołania prezydent potrzebne będą już 2/3, czyli 54 z 81 głosów. Nie wiadomo czy uda się to uzyskać, obecnie definitywnie zdecydowanych głosować na tak jest 39 senatorów. Kto stoi w kolejce do stanowiska prezydenta kraju? Pierwszy jest wiceprezydent Michel Temer, na którym oczywiście ciążą zarzuty korupcyjne, a jego usunięcie z urzędu popiera 58 procent Brazylijczyków (dla porównania impeachmentu Roussef chce 61 procent). Gdyby i on stracił stanowisko jego miejsce zajmie… przewodniczący Izby Deputowanych Eduardo Cunha (jego usunięcia domaga się aż 77 procent społeczeństwa).

5 sierpnia na stadionie Maracanã w Rio de Janeiro zapłonie znicz oznaczający początek Igrzysk Olimpijskich. Miały one być symbolicznym dowodem na to, że – wbrew popularnemu portugalskiemu powiedzeniu O Brasil é o país do futuro – e sempre será – Brazylia nie będzie wiecznym krajem przyszłości, lecz, że ta przyszłość już właśnie nadeszła. Dla przyszłości Brazylii dużo ważniejszy jednak niż olimpijskie zmagania sportowców z całego świata będzie rezultat starcia politycznego, które zdecyduje, czy młoda brazylijska demokracja obroni się przed pełzającym zamachem stanu.

Adam Traczyk jest prezesem think-tanku Global.Lab; Janina Petelczyc ekspertką
Fundacji Terra Brasilis.

**Dziennik Opinii nr 118/2016 (1268)

Bio

Adam Traczyk

| Współzalożyciel i prezes think tanku Global.Lab
Prezes think-tanku Global.Lab. Absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Studiował także nauki polityczne na Uniwersytecie w Bonn oraz studia latynoamerykańskie i północnoamerykańskie na Freie Universität w Berlinie. Doktorant na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Technicznego w Chemnitz. Uczestniczył w projektach badawczych w Peru i Boliwii, jest także autorem publikacji naukowych z zakresu relacji sportu i polityki oraz pomocy humanitarnej. Pracował m.in. jako asystent naukowy w Fundacji im. Friedricha Eberta oraz w Ambasadzie RP w Berlinie, współpracował także z Helsińską Fundacją Praw Człowieka oraz Polską Akcją Humanitarną.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.