Kultura

Salon poza prawem

Salon_de_Madame_Geoffrin

Spod gazetowego opisu afery wokół literackiego Nobla wyłania się uderzająco trwały system pozwalający na nadużywanie kobiet mężczyźnie ze świata kultury. Takie historie są też znane na polskim gruncie. Krążą nieformalnie albo w odpryskach fejsbukowych dyskusji, a nieliczne ujawnienia sprawców w publicystyce zostają szybko wygaszane.

W pierwszej publikacji, zbiorze opowiadań Pamiętnik z okresu dojrzewania z roku 1933, Witold Gombrowicz opisał dynamikę dopuszczania do elitarności. Bohaterem historii Biesiada u hrabiny Kotłubaj jest młody mężczyzna z klasy średniej, zafascynowany arystokratycznością hrabiny (sportretowanej na wzór matki autora). Jako wielbicielka i autorka poezji, organizatorka zbiórek charytatywnych i przeciwniczka wszystkiego, co prymitywne, hrabina jest aż przesadnie uduchowiona. To, że bohater chce uzyskać dostęp do jej „ptifurków”, sprawia wrażenie kazirodczej i klasowej fantazji o przekroczeniu własnej pozycji. Gdy dostaje zaproszenie na postny obiad piątkowy, ma nadzieję, że ta fantazja w końcu się ziści. Wizyta jednak okazuje się rozczarowująca i niezbyt prestiżowa. W końcu goście wyznają bohaterowi, że w swoim gronie zachowują się bardzo swobodnie i lekceważą wszystkie normy. On zaś widzi i słyszy, jak wulgarnie flirtują, plotkują, robią sprośne aluzje, wyśmiewają się z dzieci i ubogich. Odkrywa, że sekret arystokratyczności to perwersyjne bycie ponad prawem.

Gombrowicz był idiotą

Gombrowicz uchwycił moment, w którym wobec załamania dawnych podziałów klasowych i upadku tradycyjnej arystokracji jej cechy zaczęły przybierać środowiska artystyczne. I prawdopodobnie do dziś świat sztuki działa trochę jak dwór opisany przez Norberta Eliasa. Przyjrzyjmy się, tę historię znamy z mediów. 4 maja 2018 roku Akademia Szwedzka ogłosiła, że Literacka Nagroda Nobla za rok 2018 nie zostanie przyznana. 18 kobiet oskarżyło Jeana-Claude’a Arnauta, męża członkini komisji literackiej poetki Katariny Frostenson, o molestowanie. Miało się ono odbywać w pomieszczeniach klubu dyskusyjnego Forum w Sztokholmie, finansowanego przez Akademię. 1 października 2018 Arnault został sądownie uznany winnym zgwałcenia jednej kobiety w październiku 2011: skazano go na dwuletnie więzienie i grzywnę w wysokości 10 tysięcy funtów dla ofiary.

Spod gazetowego opisu wyłania się uderzająco trwały system pozwalający na nadużywanie kobiet mężczyźnie ze świata kultury: możemy się domyślić, że wstęp na salony zyskał on dzięki żonie. To zdobyta z jej pomocą pozycja posłużyła mu do wykorzystywania innych kobiet. Z newsów wiemy, że proceder obejmował co najmniej 18 osób i trwał przynajmniej 7 lat. Jeżeli to, co wyprawiał Arnault, nie zostało wcześniej nazwane, nie oznacza to, że nikt o tym nie wiedział – to niemożliwe. Oznacza to, że środowisko musiało uznawać i tolerować to zachowanie, dopóki nie zakłócił go głos ofiar, zachęconych zapewne zasięgiem #metoo i ujawnieniem nadużyć Weinsteina.

Takie historie są też znane na polskim gruncie. Krążą nieformalnie albo w odpryskach fejsbukowych dyskusji, a nieliczne ujawnienia sprawców w publicystyce zostają szybko wygaszane. Oznaczałoby to, że hierarchia prestiżu oparta na znajomościach, lojalności i przynależności ma silne mechanizmy utrzymywania status quo. Można się domyślać, jakie: nazwanie trybików takich układów grozi ofierze wtórną wiktymizacją: hejtem, zaprzeczaniem krzywdzie, ostracyzmem towarzyskim, niezatrudnialnością. Dlatego, żeby dokładniej obejrzeć ten mechanizm, przytoczę tutaj historie moje i innych kobiet anonimowo, w fikcyjnych profilach skompilowanych z kilkunastu pojedynczych doświadczeń.

Ilu obleśnych, nadzianych typów potrzeba jeszcze do zmiany?

Odejdź

A jest redaktorką, w wydawnictwach wybiera książki i autorów do publikacji i prowadzi proces wydawniczy. Gdy zachorowała bliska jej osoba, musiała spędzić parę tygodni w szpitalu i straciła możliwość wykonywania prac dodatkowych. Poinformowała szefa, że bez tych dodatkowych pieniędzy nie może utrzymać się z pensji i poprosiła o podwyżkę. Usłyszała, że rodzina jest dla niej ważniejsza niż praca. Następnie szef przeszedł z nią na śmieciówkę, argumentując, że wtedy będzie miała więcej pieniędzy na rękę, a niedługo później ją zwolnił, korzystając ze skróconego 1-miesięcznego okresu wypowiedzenia.

Zajęła się wtedy reprezentowaniem autorów polskich. Pisarz, z którym pracowała nad jego tekstem i przekazała mu kontakty do wydawców i redaktorów, zaproponował jej przyjaźń i romans. Gdy książka została wprowadzona do negocjacji, zakończył znajomość, sprzedał prawa samodzielnie, a A ocenił jako osobę niemoralną i interesowną.

Kiedy odpowiadała za książki tłumaczone, negocjowała dużo z agentami reprezentującymi prawa do dzieł autorów zagranicznych. Jeden z takich agentów, mężczyzna, oszukiwał ją w negocjacjach. Gdy A go skonfrontowała, zaczął wypisywać do niej obraźliwe maile, po czym poskarżył się jej szefowi na jej zarzuty. Ten, nie sprawdzając faktów, wyrzucił ją z pracy.

Penny: Zgoda (nie)rządzonych

czytaj także

Zejdź niżej

B jest redaktorką, podobnie jak A, ale jej szefowymi są najczęściej kobiety. Gdy pracowała w jednym z cenionych wydawnictw literackich, szefowa miała zwyczaj przypisywać sobie publicznie jej zasługi w pozyskaniu wartościowych tekstów. Jednocześnie poniżała B na zebraniach, krytykując ją w obecności kolegów i kontrahentów za nieznaczące pomyłki. Gdy B trafiła do międzynarodowego wydawnictwa jako główna redaktorka, szefowa polskiego oddziału prosiła ją o wybory książek do planu wydawniczego, po czym przedstawiała jej pracę wyższemu kierownictwu jako własne decyzje, a B jako konsultantkę. B trafiła po latach do pierwszego wydawnictwa po przekształceniach, jej przełożoną okazała się inna kobieta niż za pierwszym razem. B dostała zakaz publikowania własnej książki – zarówno w tym wydawnictwie, jak i jakimkolwiek innym – pod groźbą zwolnienia. I rzeczywiście została zwolniona.

Światowy Dzień Pracownic i Pracowników Poezji

Nie podpisuj się

C jest nagradzaną pisarką publikującą od kilku lat. Jeden z wydawców, który okazał się jej kolegą ze szkoły, w chwili jej kryzysu życiowego i osamotnienia zaczął ją uwodzić online, przyjacielsko i seksualnie. C potrzebowała kogoś bliskiego, więc weszła w tę relację. Człowiek ten, zdobywszy jej zaufanie, wyłudzał od niej darmowe prace redakcyjne, prawa do jej tekstów i pieniądze. Gdy uzyskał te zasoby, zaczął ją wulgarnie wyzywać. Potem okazało się, że od kilku lat występuje na fejsbuku pod żeńskim pseudonimem i jako kobieta umieszcza obraźliwe posty pod wpisami innych wydawców i autorów. Opracował też proceder wyłudzania od autorów i autorek pieniędzy: odrzuca ich propozycje, a za udostępnienie recenzji domaga się kilkuset złotych opłaty.

W innym wydawnictwie C pracowała nad rozproszoną spuścizną pewnego poety razem z kolegą. Gdy wydawnictwo zrezygnowało z jego usług, kolega ten wyraził swoje oburzenie w poście na fejsbuku, przedstawiając się jako jedyny autor redakcji. W sukurs przyszli mu redaktorzy z „Małego Formatu”, młodzi mężczyźni, podchwytując jego narrację i wciąż pomijając C, główną redaktorkę tomu.

Innym razem C została zaatakowana przez szefa kolejnego wydawnictwa, który przez kilka dni obrażał publikujące autorki, twierdząc, że są zainteresowane głównie robieniem selfie, nie mają życiowego doświadczenia i nie potrafią pracować ani dobrze pisać. Osoby z jego otoczenia wystosowały pisemne wyjaśnienie, tłumacząc za niego, że mężczyzna był pijany i nie w pełni odpowiadał za swoje słowa.

Nie mów

D jest recenzentką i krytyczką. Tuż po studiach zaczęła pracować w redakcji pewnego magazynu. Ale ściśle mówiąc, to nie była praca: jako dziewczyna jednego z ważniejszych redaktorów była proszona o wykonywanie zadań za darmo, nigdy nie dostała umowy. Gdy jej związek i z chłopakiem, i z redakcją się zakończył, zgłosiła się do mniejszego pisma. Członkowie redakcji, głównie mężczyźni, mieszkali w różnych miastach, więc dyskusje o treściach odbywały się mailowo i w messengerze. Kilkukrotnie powtórzył się podobny scenariusz: D zgłaszała pomysł na materiał, nikt na niego nie odpowiadał, a po kilku godzinach albo dniach z tym samym pomysłem występował jako własnym męski kolega. Dopiero wtedy reszta zespołu podejmowała dyskusję.

W czasie medialnego poruszenia wokół #metoo spodobał się jej pewien tekst zamieszczony w dużym ogólnopolskim dzienniku. Autor, używając dosadnego języka, uświadamiał innym mężczyznom, że seksualne zaczepki są nadużyciem i przemocą. Gdy ten mężczyzna zaproponował D randkę, poczuła się bezpiecznie, była przekonana, że ktoś o feministycznych poglądach będzie umiał zadbać o relację. Tymczasem autor na spotkaniach opowiadał dużo o swoich romansach z innymi kobietami, a po tym, gdy już poszedł z nią do łóżka, wyzwał ją od epatujących pogardą narcyzek i zakończył znajomość. Gdy poparła kobiety, które publicznie ujawniły informacje o podobnych zachowaniach u mężczyzn z redakcji i wydawnictw, usłyszała od znajomych, że sprzyja oskarżaniu niewinnych osób.

Starszy wykładowca i młoda studentka, czyli pewnego rodzaju miłość

Ile kosztuje kolacja

Mimo że opowiadanie Gombrowicza dotyczy aspirującego mężczyzny i uprzywilejowanej kobiety, opisuje dynamikę działającą w środowiskach artystycznych również w drugą stronę. Jej współczesną kopią wydaje się historia z Januszem Rudnickim z jesieni 2017, który przywitał dziennikarkę umówioną z nim na wywiad i jej koleżankę okrzykiem „kurwy już są”. Gdy kobieta wyraziła publicznie swoje oburzenie, pisarz tłumaczył, że to „taki rodzaj kodu między samymi swoimi”. W sukurs pisarzowi pospieszyły jego znajome z branży kulturalnej, potwierdzając że wulgarne uwagi Janusza to dystynkcja ich towarzystwa, różniącego się od zwykłych ludzi odczytujących słowo „kurwa” standardowo jako obelgę. Felieton o takim wtajemniczeniu w lepszy świat rządzący się regułami niepojętymi dla naiwnej osoby z innego podwórka napisał Szczepan Twardoch.

Nasze #metoo, wasz Janusz

Obie historie, literacka i z życia, pokazują sedno problemu z nadużyciami władzy środowiskowej: głównym winowajcą nie jest uprzywilejowany sprawca, lecz otoczenie podtrzymujące jego przemocowe zachowania jako podstawę własnej dystynkcji. Podobnie jest w przemocowych rodzinach: gdy ojciec bije dziecko, biernym agresorem jest matka, która udaje że tego nie widzi. Nie chroni dziecka, bo chce utrzymać swoje małżeństwo, ocalić swój świat. To potem do niej skierowana jest największa porcja złości i żalu ze strony ofiary. Czyli to nie tylko szefowie kulturalnych instytucji uwodzący podwładne wielkim światem czy działacze zyskujący dostęp do kobiet dzięki feministycznym frazesom są winni. Również – osoby, w tym kobiety, stwarzające ich dowodami lojalności oraz bagatelizowaniem bólu skrzywdzonych, z którymi znajomość nie przynosi żadnych korzyści.

Zaznaczanie władzy to tworzenie własnego prawa, sprzecznego z potocznymi zasadami współżycia społecznego. Wyniesieni do roli liderów działacze głoszący równościowe poglądy albo szefowie wydawnictw czy redakcji w czterech ścianach swojego biura, saloniku dla gości albo – jeśli tracą kontrolę – na swoim wallu dają sobie przyzwolenie na rzeczy, które są zabronione zwykłemu Kowalskiemu. Na przykład pytają: „Kogo mam posunąć, aby dostać ten raport?”. Albo przekraczają granice fizyczne i pozwalają sobie na uprawianie seksu z sekretarką w windzie biurowca. Na co dzień wszystkich to oburza, ale tylko, jeśli mówimy o programie Rolnik szuka żony, a nie o organizacji zajmującej się kulturą wysoką. Wtedy jest dużo usprawiedliwień: mężczyzna mógł być pijany, zmęczony, pisze przecież dobre teksty, ma zasługi albo zwyczajnie taki ma charakter.

Kobiety dopuszczone do ich kręgów, aby się w nich utrzymać, jak w mafii, muszą oczywiście akceptować to odwrócone prawo i okazywać lojalność, inaczej wypadną z gry i trafią na korytarz albo na ulicę. Domyślamy się, jaki ponoszą koszt, godząc się na wykorzystywanie i poniżenia. System działa, dopóki wszystko zostaje w rodzinie. Problemy powstają, gdy ktoś zaczyna się buntować albo gdy obserwator z innego boiska wpadnie w odwiedziny.

System działa, dopóki wszystko zostaje w rodzinie.

Ta dynamika wyjaśnia częściowo, dlaczego tak często w organizacjach kulturalnych kobiety na wyższych stanowiskach są zaciekłymi wrogami kobiet, które są ich podwładnymi. Dojście do salonu, w którym tradycyjnie rządzą mężczyźni jako przewodnicy i sumienia narodu, to najczęściej straszliwe poświęcenie i samonadużycie, o ile patriarchalnie nie zostaje się „żoną swojego męża”. Po poniesieniu tak ogromnego kosztu można nie mieć ochoty robić miejsca koleżankom starającym się robić karierę standardową ścieżką dla niewtajemniczonych.

Głodne kobiety

Dużo kobiet humanistek niepochodzących z „dobrych rodzin” wciąż wierzy, że mogą coś osiągnąć dzięki talentowi i pracowitości, bez angażowania się w romanse i małżeństwa z mężczyznami u władzy. Taki przekaz, typowy dla etyki mieszczańskiej, sprzedawano w dzieciństwie pokoleniu Y: jeśli będziesz się uczyć i ciężko pracować, możesz przekroczyć to, skąd pochodzisz. Kobieta wychowana w ten sposób, zamiast starać się dostać na modne imprezy, będzie próbować prowadzić swoją karierę w instytucjach, o których można sądzić, że posługują się czytelnymi regułami biznesowymi. Ale tam prędzej czy później pojawia się szklany sufit, zbudowany z wyzysku połączonego z seksizmem.

Tubylewicz: Mam problem z hipokryzją [rozmowa]

Po pierwsze, źle jest nie mieć kapitału innego niż dochody z własnej pracy. Tradycyjnie, prace na rzecz kultury, związane z książkami czy twórczością są komunikowane jako działalność, której nie wypada wprost wyceniać w pieniądzu, to wciąż bardziej aspekt działalności charytatywnej hrabiny Kotłubaj. Pokazała to dobrze dyskusja wokół kontraktu Twardocha z Mercedesem, o której pisałam w „Kulturze Liberalnej”. Jeśli nie jest się hrabiną, pozostaje życie w rozszczepieniu: publiczne pokazywanie, że uwielbia się sztukę i swoją pracę, a prywatnie czekanie z lękiem na przelew i drżenie, aby się nie rozchorować.

Osoby u władzy wiedzą, kto boi się o swoje sprawy bytowe i dla której kobiety każdy problem rodzinny to ruina misternej logistyki. Nie inaczej jest zapewne w organizacjach spoza branż kreatywnych, ale w instytucjach kulturalnych ta postawa uderza właśnie dlatego, że jest prostacka i całkowicie niehumanistyczna. Szefowa w jednym z wydawnictw, matka, którą było stać na nianię, zrównywała z ziemią podwładne, zarabiające oczywiście mniej, kiedy domagały się płatności za nadgodziny spędzane w ramach obowiązków służbowych na wieczorkach promocyjnych. Inny szef wymagał pracy zdalnej od kobiet, które miały dziecko w szpitalu, same przechodziły ciężką chorobę albo właśnie zajmowały się organizowaniem pogrzebu swojego rodzica.

Bardziej opłaca się wynająć Polaka niż kupić robota

Po drugie, nie należy zwierzać się z problemów w związku albo ujawniać, że nie ma się stałego partnera, bo wtedy mężczyźni z branży chcą się zaprzyjaźniać. Kulturalni koledzy często nie mają skrupułów, aby użyć koleżankę, która ma słabszy moment, do ustawienia biznesowej intrygi albo wyłudzać od niej pracę lub informacje albo na jej plecach wspiąć się na kolejny szczebel kariery, a potem się „odfriendować”. I mimo że takie rzeczy dzieją się wszędzie, w środowisku literackim te praktyki potwierdzają tylko niepisaną zasadę, że wchodzenie do środowiska o własnych siłach naraża na emocjonalne zniszczenie, czego wśród licznych arystokratów ducha trudno się spodziewać od razu.

Kod traumy i kodeks prestiżu

Doświadczenie traumatyczne nie polega tylko na tym, że zostało się nadużytą i wykorzystaną, ale też na tym, że potwornie trudno jest o tym opowiedzieć. To denerwujący i mało estetyczny gest, który zakłóca system klanowy, a jak wiadomo ojciec chrzestny i jego świta nie wybaczają. Osoba wyrzucona z układu jest uznawana za persona non grata przez innych aspirujących, chyba że ich samych spotkało podobne cierpienie. Kobiety, które chcą powiedzieć coś o swojej krzywdzie, ale jakkolwiek utrzymać swój system wartości i swoją konstelację, robią coś takiego, jak ja w tej chwili: trochę mówią, a trochę nie mówią – pisałam o tym w artykule Pisarki: strategie znikania. Poza „zamazywanymi” książkami i artykułami, wykorzystują narracje drugo- i trzecioplanowe: przy okazji shitstormów wokół nadużywających mężczyzn piszą wyjaśniające komentarze (gdy głównym postem jest post wydawcy jakiegoś medium albo znanego dziennikarza). Kiedy dotyka ich nieszczęście, piszą post widoczny dla znajomych, a kilka godzin później przepraszają, że zawracają innym głowę.

Mężczyźni objaśniają mi świat

czytaj także

W Strategiach znikania wskazałam na jeden aspekt słabości języka kobiet: to, że nie nazywa on całego bolesnego doświadczenia. We współczesnych wypowiedziach literackich jest ono systematycznie upiększane, racjonalizowane, łagodzone. Ale drugim aspektem tej słabości jest jego niska moc performatywna, zmniejszana na różnych etapach recepcji. Koronnym przykładem jest artykuł Papierowi feminiści zamieszczony 27 listopada 2017 w Codzienniku Feministycznym autorstwa kobiet pokrzywdzonych seksistowskimi zachowaniami dwojga redaktorów. Lista przykładów składała się na przejmujący obraz przemocy psychicznej, molestowania i nadużywania władzy. Po publikacji jeden z redaktorów został zawieszony przez pracodawcę w swojej funkcji, z drugim pisma, dla których pisał, zawiesiły współpracę. Część reakcji środowiska i na list, i na konsekwencje formalne sprawiała jednak wrażenie, jakby obserwatorzy próbowali zmodyfikować znaczenie tego, co chciały powiedzieć kobiety. Autorki odwoływały się do „elementarnej przyzwoitości”, czyli do zasad współżycia społecznego, przy czym w jednym akapicie sformułowały zarzut gwałtu. W Liście otwartym środowisko odwołało się głównie do tego zarzutu i do prawa kodeksowego, diagnozując „stosowanie mechanizmów publicznego linczu oraz odbieranie oskarżonym prawa do obrony”.

Jakkolwiek publicystyczne ogłoszenie „Kowalski to gwałciciel” było ryzykowne i niefortunne, ciekawe było to, że w odbiorze zniekształcono przekaz całego listu, jakby oskarżenie o gwałt było jego jedyną treścią i jakby artykuł nie mówił przede wszystkim o środowiskowej bezkarności mężczyzn, którzy są akurat uznawani. Racjonalny i słuszny argument pochodzący z prawa oficjalnego, że nie można zarzutów karnych formułować ot tak, chcący lub niechcący zepchnął na drugi plan opis mechanizmu władzy nieformalnej, przyzwalającego na krzywdzenie słabszych, i posłużył do ustabilizowania naruszonych reguł środowiskowych.

Zniekształcanie sensu, intencji albo zamilczanie jest powszechną strategią w recepcji pisania kobiecego. Gdy opublikowałam tekst Pisarki: strategie znikania, Maciej Jakubowiak napisał ciekawy komentarz pod linkiem do niego umieszczonym przez redakcję na FB. Zachęciłam recenzenta do polemiki na łamach, fantazjując trochę o dawnych czasach prasowych sporów o literaturę. Okazało się, że Jakubowiak na moje zaproszenie odpowiedział tak, że odtworzył moje rozumowanie w sposób niemający nic wspólnego z logiką wywodu, potem mnie za nie dosadnie skrytykował, a następnie na bazie spreparowanych Pisarek przedstawił swoją konkurencyjną teorię. Plan był taki, że się spieramy publicznie, napisałam więc mail zarówno do autora, jak i do redaktora naczelnego „Małego Formatu”, dając sygnał, że nie mogę się polemicznie odnieść do wypowiedzi opartej na niezrozumieniu moich słów, ale mogę napisać inny tekst oświetlający problem z jeszcze innej strony. Nigdy nie dostałam żadnej odpowiedzi. Po moim mailu redakcja dwukrotnie w kilkutygodniowych odstępach zapostowała tekst mojego „polemisty”. Poczułam, że nie mam żadnego sposobu, aby na to odpowiedzieć. Tymczasem recenzent idealnie swoim zachowaniem zilustrował moją tezę: że niepisane reguły pozwalają środowiskowym kumplom przybić piątkę nad głową piszącej kobiety, a tę uciszyć, gdy już przestała być potrzebna do autoprezentacji.

Szybowicz: Z czego żyją pisarze?

W jakich warunkach możemy zatem mówić wszystko głośno, konkretnie i z nazwiskami? Niestety tylko poza tym systemem. Ten bowiem działa jak postkapitalistyczny układ feudalny: sugeruje osobom z warstw niższych, że mogą się przybliżyć do elitarności, jeśli spełnią nieludzkie warunki prekariackiego kapitalizmu. Co oznacza nie to, że będą systematycznie pracować, bo to jest wymóg kapitalizmu XIX-wiecznego, ale będą wyświadczać znanemu panu albo rozpoznawalnej pani lojalnościowe przysługi. Ponieważ ta folwarczna relacja zakłada stałe poniżenie, oczywiście nigdy naprawdę nie zostaną zaproszone do stołu w partnerskiej roli. Aby to przełamać, jedyną, ogromnie trudną możliwością jest działanie awangardowe: powiedzenie czegoś z dołu, ze swojej pierwotnej pozycji i bez oglądania się na dwór, ale w taki sposób, że go to dotknie do tego stopnia, że będzie musiał zmienić reguły swojej gry.

Gdy elitarni goście biesiady już się ujawnili przed bohaterem Gombrowiczowskim, hrabina zadedykowała mu tomik swoich wierszy, podpisując się Podłubaj. Czyli zasygnalizowała, że jest otwarta na romans. Ale bohater już wiedział, że jej towarzystwo jest zdolne do wszystkiego, również do mordowania, i zrezygnował z penetrowania zarówno hrabiny, jak i jej salonów.

**
Joanna Stryjczyk – doktorka literaturoznawstwa (Instytut Kultury Polskiej UW) i psycholożka, pracuje jako redaktorka naczelna Culture.pl i psychoterapeutka.

Leder: Relacja folwarczna

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.