Czytaj dalej

„Potop” chroni przed postprawdą?

czytanie

Czy w drugiej dekadzie XXI wieku czytanie anachronicznych tekstów to jedyny sposób na rozwijanie kompetencji kulturowych i społecznych?

15 maja na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się wywiad Justyny Sucheckiej z profesorem Krzysztofem Biedrzyckim, wykładowcą literatury na UJ, kierownikiem Zakładu Dydaktyki Przedmiotów Szkolnych w Instytucie Badań Edukacyjnych. Niedługa rozmowa poświęcona była nowemu kanonowi lektur dla szkoły średniej mającemu obowiązywać po zapowiadanej przez PiS reformie.

Redaktorzy papierowego wydania „Wyborczej” niefortunnie wyróżnili z tekstu wyimek z wypowiedzi Biedrzyckiego: „Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć-siedem książek, a do tego dużo poezji, fragmentów obszernych tekstów”. Zdjęcie cytatu natychmiast stało się fejsbukowym memem, udostępnił je na swoim profilu m.in. krytyk filmowy Tomasz Raczek, opatrzywszy komentarzem: „Jak rozumiem następny krok na drodze ograniczania listy lektur to będzie walka o powrót do analfabetyzmu… 6-7 książek w roku! I jeszcze do tego parę wierszy! Biedactwa”.

Post został udostępniony kilkaset razy, pojawiły się pod nim liczne komentarze. W większości ironiczne, ale przede wszystkim utrzymane w tonie bezrefleksyjnego narzekania na kondycję dzisiejszej młodzieży: to przez tablety; to przez internet; za moich czasów…; ogłupianie społeczeństwa – pojawił się cały arsenał nieprzemyślanych narzekań służących jedynie poprawie własnego samopoczucia i pielęgnowaniu źle pojętego poczucia wyższości. Nie o tym jednak jest wywiad z profesorem Biedrzyckim – wyraża on właśnie troskę o czytelnictwo, bynajmniej nie nawołując do zwolnienia uczniów z czytania lektur. Dzieli się zaniepokojeniem, że pobieżne omawianie zbyt obszernej listy lektur może mieć skutek odwrotny do zamierzonego.

O tym, jak bardzo klasistowskie jest takie pozbawione głębszej refleksji załamywanie rąk nad stanem czytelnictwa, powiedziano całkiem sporo przy okazji dorocznej publikacji raportu Biblioteki Narodowej. Nie ma potrzeby powtarzania, odsyłam chociażby do tekstu Edwina Bendyka O pożytkach z nieczytania.

Bendyk: O pożytkach z nieczytania

Skupmy się jednak na szkole i kanonie lektur. Wymuszanie na innych naszych własnych praktyk kulturowych jest wykluczające, ale brak głębszej refleksji nad problemem zwyczajnie irytuje. W przywołanej narracji da się dostrzec sprzeczność między wyrażanym przez mieszczańsko-liberalne środowiska poglądem, że PiS demoluje edukację, m.in. lansując określoną perspektywę historyczną i nie ukrywając chęci kształcenia tzw. elit humanistycznych na swoją modłę, a nieprzemyślanym narzekaniem na zbyt okrojoną listę lektur, bez namysłu nad ich jakością i jakością nauczania o literaturze w ogóle.

6-7 lektur rocznie na poziomie szkoły średniej to niemało, biorąc pod uwagę, że rok szkolny trwa w praktyce trochę ponad 9 miesięcy. Nie każdy uczeń zdaje na studia filologiczne (nie każdy uczeń i nie każda uczennica w ogóle planuje zdobycie wyższego wykształcenia, o czym wielkomiejska inteligencja zdaje się zapominać). Język polski nie jest jedynym nauczanym w szkole przedmiotem. Osobom troszczącym się o kompetencje młodzieży, szczególnie w obecnej sytuacji politycznej, powinno zależeć na tym, by lektury szkolne nie były jedynymi tekstami, z jakimi ta młodzież się styka i na jakie ma czas. Warto do znudzenia powtarzać, że sposób omawiania lektur w szkole oraz ich dobór może spowodować co najwyżej awersję do obcowania z kulturą, każdą, na zawsze – niezależnie od aktualnej władzy i poziomu nieudolności aktualnego ministra edukacji (prof. Biedrzycki zwraca uwagę właśnie na ten problem – zapowiadana reforma i ograniczenie liczby godzin języka polskiego może tylko pogorszyć stan czytelnictwa).

Warto do znudzenia powtarzać, że sposób omawiania lektur w szkole oraz ich dobór może spowodować co najwyżej awersję do obcowania z kulturą, każdą, na zawsze.

Przywileje klasowe – a do takich zaliczają się praktyki kulturowe, w tym czytelnictwo – przede wszystkim się dziedziczy. Choć dostrzegam oczywiście emancypujący potencjał upowszechnienia szkolnictwa i doceniam wysiłek pokoleń walczących o alfabetyzację, trudno mi wyobrazić sobie, by współcześnie aktywnie czytający dorośli Polacy nie byli swego czasu dziećmi po prostu dziedziczącymi kapitał kulturowy.

Pozwolę sobie na przywołanie własnego doświadczenia (mając świadomość, że może ono pełnić jedynie funkcję anecdata) – sama czytam od zawsze, a zainteresowanie literaturą zaprowadziło mnie na studia filologiczne i rozbudziło ambicję zajmowania się literaturą naukowo. O żadnym z autorów, których czytałam jako nastolatka (modny wówczas Houellebecq, wydawana właśnie na nowo grupa OuLiPo czy nieodmiennie popularna powieść latynoamerykańska), nie usłyszałam w szkole. Dowiadywałam się o nich w domu, w którym książki się kupowało i pożyczało od czytających znajomych, a także za pośrednictwem prasy, którą czytali moi rodzice. Tymczasem lekcje języka polskiego w gimnazjum w mieście powiatowym były dla mnie, dobrej uczennicy, męką i przypominały lekcję opisaną przez Gombrowicza w Ferdydurke – gdzie nie ma miejsca na otwartą dyskusję, podważenie opinii autorytetów czy krytykę tradycji. Czytanie szkolnych lektur na akord jest kontrproduktywne, zarówno dla dziecka z dużym kapitałem kulturowym, którego gust i przyzwyczajenia na pewnym etapie są już ukształtowane, jak i dla dziecka, które tego kapitału od początku jest pozbawione.

Mam wrażenie, że fetyszyzując czytanie i załamując ręce nad „dzisiejszą młodzieżą”, zapomina się, że edukacja powszechna, pozostająca pod kontrolą państwa, niezależnie od profilu światopoglądowego aktualnej władzy lansuje konkretne, zawsze podobne narracje na temat historii i tożsamości zbiorowej. Np. uczy społeczeństwo  – w 90% pochodzenia chłopskiego  – że jego wzorcem kulturowym i źródłem, z którego ma czerpać poczucie przynależności, jest bohater zbiorowy Pana Tadeusza. Albo że napisane anachronicznym językiem powieści przygodowe Sienkiewicza to sztuka wysoka (jakie to szczęście, że na polonistyce nie obowiązuje to tabu i można powtarzać za Gombrowiczem, że Sienkiewicz to „pierwszorzędny pisarz drugorzędny”). Albo że patriotyzm jest bezwzględnie pozytywną wartością i ma oczywiście tylko jedno wydanie i jeden wzorzec historyczny.

Czytanie, w rozumieniu krytycznego przetwarzania tekstu, jest oczywiście wartością samą w sobie i nie nawołuję z pewnością do tego, by od lektur szkolnych odejść w ogóle. Jednak tradycyjny szkolny kanon i sposób jego omawiania nie pasuje do zmieniającego się świata. Żyjemy w czasach globalizacji, doświadczając na co dzień jej aspektów kulturowych i ekonomicznych, podczas gdy w szkole omawia się teksty stworzone w zasadzie w jednym kręgu kulturowym. Zmagamy się z problemem postprawdy i fake news, a poglądy polityczne młodzieży kształtują portale typu Kwejk. Kodem, na którym opiera się komunikacja, są efemeryczne, autoreferencyjne memy. Rozwój technologii – w tym potrzeba nauki języków programowania w coraz większej liczbie branż – będzie wymagał raczej sprawnego przeszukiwania dokumentacji technicznej niż cierpliwego przetwarzania od deski do deski kilkusetstronicowych tekstów. Zaś w obliczu możliwości dowolnego kreowania rzeczywistości przez media coraz bardziej pożądaną kompetencją powinna być rzetelna weryfikacja źródeł albo umiejętność analizowania chociażby aktów prawnych.

Sami wyprodukowaliśmy miliony medialnych analfabetów

Tymczasem w rzeczywistości wymagającej ciągłego kwestionowania informacji i ograniczonego zaufania do słowa pisanego cały czas głównym zadaniem szkoły jest wbicie do głów, że Słowacki wielkim poetą był. Nawołując do dbałości o stan czytelnictwa, nie udawajmy, że te 6-7 lektur czytanych w całości przez licealistów i licealistki w ciągu roku szkolnego ma jakkolwiek odpowiadać na wyzwania współczesności.

***
Anna Roszman – polonistka, kulturoznawczyni, webdeveloperka. Członkini partii Razem, gdzie wspiera działania w ramach edukacji wewnętrznej.

Majewska: Karolcia do lamusa. Ale co zamiast?

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Klasistowski", "przywileje klasowe", "emancypacyjny potencjał". Egzamin z lewicowego pseudointelektualnego bełkotu zdany na szóstkę. I dobrze, bo chyba o to chodziło autorce bardziej, niż o jakąkolwiek głębszą refleksje. Banał goni tu banał.
Uczenie historii literatury jest "klasistowskie"? A może za bardziej "klasistowskie" należałoby uznać twierdzenie, że człowiek biedny lub pochodzący z prowincji skazany jest na disco polo, kicz i badziewie? Oczywiście, autorka nie formułuje tej tezy wprost. W końcu wierzy w "emancypacyjny potencjał" edukacji. Czym jednak ta jej wiara się objawia, skoro jednocześnie denuncjuje ona nauczanie o kulturze wysokiej, jako "wymuszanie własnych praktyk kulturowych na innych"? Może naiwnym powtarzaniem biznesowo-korporacyjnej mantry o "technologii"i "globalizującym się świecie", w którym nauczanie czegokolwiek, co nie wychodzi naprzeciw "potrzebom rynku" jest archaizmem i drastycznym nierozumieniem "współczesności". Trzeba przyznać, że połączenie neoliberalnych "prawd wiary" z aparatem pojęciowym hippie-maoistki z lat 60. stanowi nie lada wyczyn. Za to należą się autorce brawa.

"Uczenie historii literatury jest "klasistowskie"?" - ach, nie ma to jak bohatersko walczyć z tezą, którą się wyssało z własnego palca 🙂

Może wyssane, może z palca. Ale z pewnością nie własnego. Bo nie ja wymyśliłem tezę, iż uczenie o Panu Tadeuszu nie przystaje do klasowej, "w 90% chłopskiej" genezy społeczeństwa.

Znalazłem w tekście powyżej idealny komentarz pasujący do prawie każdego artykułu publikowanego w Krytyce Politycznej. Brzmi on " wymuszanie na innych naszych własnych praktyk kulturowych jest wykluczające".

na milosc boska, potrzebuje chemioterapii tu i teraz

tl;dr

Oj, no jednak nie... Przykro mi, ale to jest wzorcowy bełkot wykorzystujący pojęcia marksistowskie do szkolenia idealnego pracownika korporacji, którego horyzonty kulturowe nie sięgają poza memy.

Jak było napisane w jednym z poprzednich komentarzy artykuł jest napisany językiem nieco przeintelktualizowanym.
Jakkolwiek z większością tez się zgadzam. Pamiętam, ze nic tak nie zabijało chęci do czytania (a jestem jednym z tych, którzy czytają dużo) jak właśnie omawianie lektur przez moją polonistkę, która nawet w "Odzie do młodości" potrafiła znaleźć aluzje do uwłaszczenia chłopów i zamiast przeczytać z klasa wiersz, żeby zachwycić się uczuciami poety dyktowała nam występujące w wierszu epitety i wyliczała anafory.
Zawsze powtarzałem, ze gdyby na liście lektur w szkole znalazł się "Wiedźmin" w ciągu roku książki te znalazłyby się na najbardziej zakurzonej półce w bibliotece po przecież pani od polskiego wyjaśniła, że organizacja Nilgardu to jest zakamuflowany symbol społeczeństwa uciśnionego w PRL.
Olbrzymim problemem jest nie tylko anachronizm lektur. powiedzmy sobie szczerze, że większość lektur jest kompletnie niedopasowana do wieku i młodzież je postrzega albo jako skrajnie nudne (np. "Chłopi"), albo zupełnie niezrozumiałe (właściwie cały romantyzm z "Dziadami" na czele). Drugim problemem są także klapki na oczach polonistów. Poloniści są kompletnie impregnowani na współczesną literaturę. Pamietam, zę u mnie w szkole średniej jeden chłopiec napisał ciekawą pracę opierając się na jakieś powieści Stephena Kinga. Oczywiście polonistka była bezmiernie zgorszona.

"Jakkolwiek z większością tez się zgadzam."
Zdanie wprowadzone przez "jakkolwiek" jest zdaniem podrzędnym przyzwalającym, i jako takie nie może być zdaniem samodzielnym. Czytanie w szkole tych anachronicznych nudziarstw służy m.in. do nauczenia poprawności językowej.
Poza tym Autorka nie stawia tez (tezy wymagają dowodzenia), a od razu przedkłada wnioski, lub po prostu opinie.

Bzdury pleciesz mości Panie.
Język jest żywy, rozwija się i zmienia. Gdybym miał się uczyć pisać i mówić z tych "anachronicznych nudziarstw" (To Twoje określenie) używałbym języka takiego jak w pierwszym zdaniu.
W dyskusję na temat rozpoczynania zdań od spójników pozwolę sobie zacytować Mirosława Bańkę z Poradni PWN:
"Nauczyciele nie lubią zdań zaczynających się od spójnika, gdyż w wielu wypadkach taki sposób budowania zdań świadczy o nieporadności piszącego. Nie ma jednak reguły, która zabraniałaby użycia spójnika na początku zdania"

Celem edukacji w szkole średniej jest to, by przygotować młodzież do dorosłości, więc "lektury niedopasowane do wieku" nie powinny dziwić. Ogólnie gdyby Pańskie uwagi potraktować poważnie, należałoby lektury dopasować nie tylko do wieku, ale też do środowiska społecznego, religii, poglądów politycznych, orientacji seksualnej (poradniki rolne dla młodzieży chłopskiej, żywoty świętych dla katolików, broszury polityczne w zależności od ideologii, powieści gejowskie dla gejów itd. - niech każdy czyta to, co najłatwiej sobie przyswoi). Ale zaletą literatury jest ponoć i to, że przedstawia świat inny od tego, który jest bezpośrednio dostępny czytelnikowi. No chyba że traktuje się literaturę głównie jako rozrywkę.

Sprowadza Pan moje wypowiedzi do absurdu, choć faktycznie przydałoby się gdyby nauczyciele polskiego mówili uczniów, ze istnieją różne rodzaje literatury, w tym np. literatura dla gojów, o której Pan wspomniał. Niestety mojej nauczycielce słowo "gej" nie przeszłoby przez usta.
Literatura w szkole średniej jest zupełnie niedopasowana do wieku a większość uczniów i tak jej nie czyta (to nie jest żadne odkrycie). Tyle tylko, że ja nawet nie tyle krytykuje dobór tek literatury ile sposób jego tzw. omawiania.
Już kiedy zakończyłem edukację średnią pojawiły się nowe matury na których zdarzały się ciekawe tematy, np. "Feminizm u Prusa" czy "Samotność w literaturze". Niestety były to tylko tematy maturalne, a nie sposób omawiania dzieł.

Mówimy o lekturach szkolnych i o polonistach, którzy mają realny wpływ na omawianie tych 6-7 książek rocznie. Należy może zwrócić uwagę na ich objętość. Czasem zrzędzimy nad jakąś nowelą może niepotrzebnie.
Za każdym razem na korepetycjach pytam uczniów, jaką współczesną lekturę omawiali w szkole i zawsze to szukanie w pamięci, i spojrzenie zdziwione, że jednak jest coś innego jeszcze.Historia literatury kończy się dla nich na literaturze wojny i okupacji. Jakby dalej nie było nic. Taka "wyrwa lat kilkudziesięciu". A po niej pojawia się to, co uczniowie znają z mediów, czyli współczesne powieścidła w rodzaju "Zmierzch" czy "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Bo innej literatury się nie promuje z taką nachalnością. Problem, że większość polonistów nie zna tej współczesnej literatury. Moja nauczycielka nie kojarzyła kim jest Cortazar. Skoro nie wiedzą, co w trawie piszczy, to niby jak mają o tym nauczać. Dziś należałoby podpowiedzieć, co czytać, omówić fragmenty powieści współczesnych (bez wartościowania, tak dla zabawy chociażby). Niech uczeń czytający wie, że może popełnić błąd czytelniczy, że dopiero w toku swej przygody z czytaniem rozpozna wartościowe książki. Od strony uniwersytetów jest podobnie - z rozmów z wykładowcami wiem, że wprowadzenie literatury najnowszej na polonistyce było obciążone wielkimi perturbacjami. A wynikały z nabytego przeświadczenia o nadzwyczajnej wartości literatury XIX w. I tutaj można coś zmienić, choćby wprowadzić zmiany w pozycjach powieści historycznej. Wcale nie tak dawno wyszło kilka pozycji, które mogłyby zastąpić Sienkiewicza (Twardoch, Cherezińska itd.)
Przypomnę tylko, że te wszystkie lektury były kiedyś literaturą najnowszą, przeznaczoną dla dorosłych. Bo problemy tych wielkich bohaterów literackich nie są problemami współczesnej młodzieży. Wszyscy wymagamy od młodzieży, ale od siebie to już nie. Większość dorosłych nie czyta, także w mojej rodzinie. I nie zmieni się to w następnych latach, a 6-7 lektur nie robi intelektualisty, nie nauczy myślenia, nie wyrobi mechanizmów obrony przed wszechobecną manipulacją.

Nauczyciele poloniści (z którymi ja miałem do czynienia) nie byli żadnymi intelektualistami. Po prostu od dwudziestu lat dyktowali uczniom formułki "Słowacki wielkim poeta był" (a niechby któryś próbował się nie zgodzić!) i byli przeświadczeni, że będą je dyktować przez kolejne dwadzieścia lat.
Nigdy np. nie potrafiłem zrozumieć dlaczego w szkole w ogóle nie ma słowa o s-f. Większość młodych ludzi bardzo lubi science fiction i niestety najczęściej ich zamiłowanie kończy się na obejrzeniu "Gwiezdnych wojen"
Tymczasem w szkole pojawia się tylko Lem i to chyba tylko w podstawówce utwierdzając przekonanie grona pedagogicznego, ze s-f to jakieś bajki dla dzieci. Asimow, Sagan, Clarke, Dick to w polskiej szkole jakaś kompletna abstrakcja.

Artykuł moim zdaniem trafia w sedno.

Panuje jakieś niezdrowe przekonanie, że młodzieży można wciskać różne historyczne rzeczy do czytania czy ma ona na to ochotę czy nie.
A może taki młody człowiek ma ochotę poczytać w tym czasie coś co sam/sama sobie wybierze? Coś współczesnego? Może Karpowicza? Może Tokarczuk? Ojej... zachciało się młodzieży współczesną literaturę czytać. A przyłożymy im Sienkiewiczem, żeby nie mieli czasu na głupoty.
A kiedy taki młody człowiek ma się pouczyć biologii, czy zrobić zadania z matematyki? Albo pograć w siatkówkę?

Dla tych co tak ubolewają, że 6-7 książek to przecież malutko: proszę wyobrazić sobie, że nam po skończonej pracy każą czytać - ale nie to co sami chcemy. Tylko to co MUSIMY. Jakieś archaiczne powieści, które nas w ogóle nie interesują i potem jeszcze zdawać z nich relację. Fajnie co?

Zainteresowani mogą przecież studiować historię literatury. Ba, nikt w szkole nie zabrania czytania książek z minionych epok. Ale żeby wymuszać ich takie ilości... nieprzyzwoite.

To, ze młodzież musi zdawać relacje z lektur to akurat dobrze. Problemem jest to, że ta relacja może być tylko w tonie zachwytu - powiedzenie, ze "Kordian" jest ciężki, trylogia napastliwie religijna, a "Śpiewy historyczne" są po prostu karykaturą dyskwalifikuje odpowiedź.

Uff...
jestem kwiatem nenufaru na spokojnej tafli jeziora - powtórzyłem sobie to dziesięć razy i mogę teraz pisać...

Nie wiem, czy autorka jest tą samą osobą, która zasłynęła wywiadem dla Gazety Wyborczej ( https://twitter.com/pikus_pol/status/864481942686892032 ); jeśli tak, to tworzy to spójny - choć przerażający - obraz.
Właściwie mógłbym spytać jaką funkcję ma spełniać Pani zdaniem nauczanie szkolne, skoro tworzenie tożsamości zbiorowej i wzorców kulturowych wydaje się czymś groźnym. Czy może groźne nie są same wartości, ale przeraża fakt, że "patriotyzm jest bezwzględnie pozytywną wartością" i wzmiankowane wzorce są polskie?

Uff... pomimo mantry o nenufarze dalej mi brak słów. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Pani "polonistka" (cudzysłów celowy) nie zajmuje się edukacją młodzieży, a jeśli tak, to jak najszybciej przestanie - w trybie dyscyplinarnym.

Kiedyś PPS upowszechniała czytelnictwo wśród mas, prowadziła czytelnie robotnicze i ludowe. Dziś aktywistka partii Razem dywaguje o tym, jak to nawyk czytania jest "klasistowski", i jak czytanie literatury pięknej nie przystaje do nowoczesności. I dlatego partia Razem nigdy - nawet jeśli uda się jej przekroczyć 5 % - nie wyjdzie poza niszę obejmującą lewicujących inteligentów i niewielką część "nowego mieszczaństwa". "Długi marsz" po zwycięstwo możecie sobie między bajki włożyć.
Aż dziw bierze, że Anglosasi nadal wmuszają w uczniów Szekspira i Dickensa, a Niemcy Goethego i Manna - to przecież autorzy nienowocześni, anachroniczni (także językowo), nie potrafiący odpowiedzieć na wyzwania technologiczne, globalizację, postprawdę i fake news...A może potrafiący, jeśli się ich inteligentnie czyta (prawdę mówi Autorka, że wielu polonistów nie posiadło tej umiejętności).
Mickiewicz był przekonanym demokratą, a Prus i Reymont znakomicie przedstawili problemy walki klasowej, skutków drastycznego rozwarstwienia, i ambiwalencje awansu społecznego. Choćby dlatego lewica nie powinna ich traktować lekceważąco.

Tak się składa, że też jestem po polonistyce. Nie pracuję co prawda w szkole, choć miałam przez chwilę takie plany. I także mnie miłość do literatury przywiodła na studia.
Nie mogę się zgodzić z tezami artykułu. Uważam, że zasadnym zadaniem byłoby kształcić nauczycieli. Przede wszystkim od rzeczonej polonistyki trzeba by zacząć. Aby się dostać w ramach tych studiów na jakąkolwiek specjalizację trzeba było zdać stosowne egzaminy z dobrym wynikiem. Aby się dostać na spec. nauczycielską nie trzeba było robić NIC. Poza złożeniem stosownego wniosku. Nic zatem dziwnego, że wśród nauczycieli trafiają się wybitne jednostki, robiące to, co robią całym sercem i z powołania, a z drugiej strony wielorakie kopie niesławnego profesora Pimko z Ferdydurke. Jak może być inaczej, skoro nie robi się nawet wstępnej selekcji, kto się nadaje do tego zawodu.
Wiem doskonale, jak źle prowadzone lekcje polskiego mogą budzić awersję do obcowania z kulturą. Sama to przeżyłam. Ale wiem też, na szczęście, jak to działa na odwrót - jak dobre lekcje polskiego, prowadzone przez nauczyciela inteligentnego i z pasją, mogą rozwijać intelektualnie młodych ludzi i uwrażliwiać ich na świat dookoła.
Wiem, że szkoła jest anachroniczna. Należy bezwzględnie pracować na jej lepszym dostosowaniem się do obecnego świata - ale to właśnie szkoła jest nośnikiem tradycji i jako taka ma prawo, a nawet powinna być trochę anachroniczna.
Przecież aby czytać i poprawnie rozumieć współczesnych pisarzy, należy się najpierw zapoznać z wcześniejszym dziedzictwem kulturowym. Bez tego obraz świata jest niepełny, sprowadzony wyłącznie do tu i teraz, bez głębszej refleksji, jak w ogóle doszliśmy do tego punktu.
Uważam, że należy modyfikować listę lektur szkolnych, pracować nad kompetencjami nauczycieli, zwalniać tych, którzy się nie nadają. A nie obcinać listę lektur. To kompletnie niedorzeczne.
A co z uczniami, którzy lubią literaturę i kochają czytać, a nie są z dobrych, kulturalnych domów, gdzie biblioteka w każdym pokoju, mama artysta a ojciec inżynier? Im też należy ten dostęp do książek uciąć i być przekonanym, że jakoś sobie same dadzą radę a pani w bibliotece zastąpi im nauczyciela? A może tak? W końcu skoro mają chłopskie pochodzenie, to już bohater zbiorowy Pana Tadeusza im się nie należy.

Cyt:
"Przecież aby czytać i poprawnie rozumieć współczesnych pisarzy, należy się najpierw zapoznać z wcześniejszym dziedzictwem kulturowym. Bez tego obraz świata jest niepełny, sprowadzony wyłącznie do tu i teraz, bez głębszej refleksji, jak w ogóle doszliśmy do tego punktu."

Nie zupełnie.
Mówisz zapewne o filologach (z wykształcenie lub zamiłowania), którzy dla przyjemności czytają "Raj utracony" i zastanawiają się czy romantycy mogli się nim inspirować.
Ale przeciętny uczeń nie ma takich dylematów i nie będzie ich miał. Jeśli sięgnie po książkę to raczej dla przyjemności (a nie spodziewaj się, że czytanie trzynastozgłoskowca będzie dla niego przyjemnością).

Czy "Pan Tadeusz" powinien być omawiany?
Naprawdę nie wiem.
A ile znasz dorosłych osób (nie nauczycieli), którzy o "Panu Tadeuszu" wiedzą coś więcej niż to, ze był tam jakiś przeprany zakonnik a całość zaczyna się od słów "Litwo! Ojczyzno moja"?

Równie dobrze można by powiedzieć, że po co uczyć historii tych, którzy nie zostaną historykami. Ale zainteresowanie historią przejawiają nie tylko zawodowi historycy. A filolodzy nie stali się od razu filologami: najpierw była zainteresowania dawną literaturą bez filologicznych i historyczno-literackich niuansów. Rozbudzenie takiego zainteresowania jest jak najbardziej w zasięgu możliwości szkoły średniej.
'A ile znasz dorosłych osób (nie nauczycieli), którzy o "Panu Tadeuszu" wiedzą coś więcej niż to, ze był tam jakiś przeprany zakonnik a całość zaczyna się od słów "Litwo! Ojczyzno moja"?'
Typowe rozumowanie tzw. zdroworozsądkowe, pozornie trafne, faktycznie kulą w płot. A ile Pan zna dorosłych osób (nie fachowców w danej dziedzinie), które z marszu odpowiedzą, co jest rachunek różniczkowy i czy minerał to to samo, co pierwiastek? Na tej zasadzie można by w szkole uczyć nie więcej, jak tylko elementarnych umiejętności czytania, pisania i liczenia (i tak nie tak dawno wyglądała szkoła elementarna, a dalsze kształcenie było dostępne dla nielicznych - mamy do tego wracać?). Co do lektur - niekoniecznie chodzi o to, by po latach pamiętać dokładnie "o co tam chodzi", czytanie powinno wyrobić sprawność i kulturę językową, umiejętność choćby podstawowego odróżniania różnego typu przekazów i różnego użycia słów.

Jako historyk mogę powiedzieć, że Pana pierwsze zdanie jest cholernie trafne. Edukacja średnia z historii jest tak pełna mitów i uproszczeń (by nie powiedzieć przekłamań), że właściwie cały I rok studiów jest marnowany na zmianę sposobu myślenia studentów, a udaje się to i tak tylko w niektórych przypadkach. Najlepsi uczniowie z ogólniaka postrzegają historię tylko jako zbiór kompletnie niepowiązanych ze sobą dat (które dosłownie wykuwali w szkole) albo mają ekspercką wprost wiedzę z jakiegoś wycinka dziejów (chłopcy najczęściej z okresu II Wojny) przy całkowitej nieznajomości jakiegokolwiek innego zagadnienia.
Nie mam odpowiedzi na pytanie jaka powinna być edukacja średnia. Wiem na pewno, ze nie powinna wyglądać tak jak moja (a z tego co wiem nic w tej materii się nie zmieniło).

Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!