Kinga Dunin czyta

Wszystko lepsze od Goncourtów

Niesłuszna antyromska autobiografia, literacka nagroda Goncourtów 2016, kryminał, w którym na początku jest trup, i komiks o zespole Deathstar.

***

Prosiak (Krzysztof Owedyk), Będziesz smażyć się w piekle, Kultura Gniewu 2017

Komiks otwiera osiemnaście okładek płyt zespołu Deathstar, a spis treści to tracklista. Grają black albo death (nie wiem, czym to się różni) metal. Ten typ hałasu do mnie nie przemawia, ale podoba mi się ich wygląd. Gdybym miała więcej odwagi, to też tak bym się ubierała.

Deathstar to świetny, znany zespół, występujący na całym świecie. Trafia do niego Tarantul, znakomity gitarzysta, zakochany w Deadhstarach od pierwszej domówki. Od zawsze marzył, żeby z nimi grać. Poza tym to miły facet, ma uroczą żonę, świetną córeczkę i kota. Liczy na samorealizację i rozwiązanie kłopotów finansowych, co jest tym ważniejsze, że córeczka zaczyna mieć problemy ze zdrowiem. Niestety. Szefem, frontmanem, mistrzem, właścicielem i fuhrerem Deathstra jest Lord Solo. Zły jak szatan. Sam żyje w luksusie, okrada muzyków, poniża i znęca się dla przyjemności, a na scenie odgryza głowy żywym gołębiom. Postać naprawdę diaboliczna, jak z piosenek black/death, ale (patrz tytuł) będzie smażyć się w piekle. A rodzina Tarantula – bardzo wzruszający, obyczajowy watek – przetrwa i poradzi sobie. Poradzą też sobie inni mili muzycy, jeden mówiący po śląsku, co – przepraszam – ale niemówiących zawsze trochę bawi.

Krzysztof Owedyk jest znany raczej z obiegu fanzinowego. Oraz z tego, że namalował obraz Ojciec Dyrektor Rydzyk Lux Mundi. Ten album jest jednak dla każdego, kto lubi wzruszające historie. Rysowany prostą kreską, trochę dramatycznie, a trochę satyrycznie. Chętnie zdradziłabym, co znajduje się na końcowym bonus track, ale nie chcę komuś zepsuć frajdy.

Idealny wybór na prezent gwiazdkowy. (Mam nadzieję, że nie czyta tego osoba, której zamierzam go sprezentować, bo to ma być niespodzianka.)

***

Tereza Bouckova, Rok koguta, przeł. Olga Czernikow, Wydawnictwo Afera, 2017

Sala szpitala była nagrzana bardziej niż wszystkie ulice razem wzięte.

Jeden z chłopaków niedawno skończył osiemnaście lat, drugi skończy niebawem. Kradną, oszukują, kłamią, nie można wierzyć w żadne ich obietnice, jak ognia unikają pracy, nie uczą się, piją, palą, zażywają. Kompletnie obca jest im empatia. Obydwoma interesuje się policja i sąd. Jeden z nich spłodził dziecko z czternastolatką. Włóczą się nie wiadomo gdzie. Za ich długi wciąż odpowiadają rodzice i chyba nikt nie chciałby znaleźć się na ich miejscu. Jeśli nawet ojciec czy matka czasem zaczynają krzyczeć, a nawet próbują rzucać się do bicia – czy jest zupełnie niezrozumiałe? To trudna i niepojąca historia, jest jednak jeszcze gorzej niż myśleliście. Obaj chłopcy zostali adoptowani we wczesnym dzieciństwie. I obaj są Romami oraz wcieleniem wszystkich najgorszych stereotypów antyromskich.

Czy wolno coś takiego pisać, nawet jeśli jest to prawda? Zanim ukazała się książka, ich matka, pisarka i scenarzystka, opowiadała o tym publicznie. Na dodatek ostrzegając przed adopcją. W Czechach awantura z tego powodu – w prasie i w internecie – już się odbyła, dziesięć lat temu. Padły oskarżenia o rasizm i zaniedbania wychowawcze. Młodszy syn, biologiczny, nie sprawia kłopotów, ale wobec dzieci z sierocą traumą, deficytem miłości i odpowiedniego kontaktu w najwcześniejszym dzieciństwie, innych od rodziców adopcyjnych, może potrzebna była większa troska? A może takim rodzinom potrzebne jest dużo większe wsparcie. W tym wypadku również psycholodzy i kuratorzy okazywali się bezradni.

Ta historia musi nas zaniepokoić. I na pytanie, skąd to niepowodzenie, może paść wiele odpowiedzi. Rasistowska – geny. Psychoanalityczna – najważniejsze wydarzyło się w życiu płodowym i niemowlęctwie. Pedagogiczna – można było temu zaradzić, robiąc to czy tamto. Nie zmienia to w niczym faktu, że to, co opisuje Bouckova w swojej autobiograficznej powieści o jednym roku z jej życia, jest po prostu jej życiem. A ta jego część wzbudzała najwięcej emocji. Nie jest to jednak jej całe życie. I gdybym przeczytała jej książkę bez tych fragmentów i tak bardzo by mi się podobała. I nadal byłaby interesująca.

Dziedzictwo

czytaj także

Bouckova opowiada też o swoich problemach z pisaniem i sprzedaniem tego, co napisała, na swoich warunkach, a nie poddając się komercyjnych oczekiwaniom rynku. A jak już na ten rynek wchodzi, chciałaby, żeby jej praca została opłacona. O ojcu, bardzo znany czeskim pisarzu, Pavle Kohoucie, który po rozwodzie z jej matką przez dwadzieścia pięć lat nie zaprosił jej do swojego mieszkania. O matce, wspierającej, ale też czepiającej się, która cierpiała na depresję, bo Havel zapomniał, że miał z nią romans. Tak, Havel na chwilę też się pojawi – autorka była najmłodszą, osiemnastoletnią sygnatariuszką Karty 77. Dlatego też nie dostała się na studia, pracowała przez lata fizycznie, a dziś przygląda się dawnym kolegom nie bez złośliwości. Niezwykle szczerze opisuje też swoje małżeństwo, nie zawsze idealne, bo mąż bardziej od niej kocha rower, a ona zakochuje się w kimś innym. Ale są też scenki bardziej idylliczne: życie na wsi, spacery z psem, rowerowe wyprawy i narty, pobliski pub, gdzie można spotkać się z przyjaciółmi. Nie tylko samotność (wieś, mąż albo w pracy, albo na rowerze), ale także wielu, wielu przyjaciół, piwo i becherovka, wspólne śpiewanie. (Bouckova śpiewa też w żydowskim chórze). Prochy na depresję i poczucie humoru. Zbliżające się pięćdziesiąte urodziny i gotowanie knedli…

Wszystko to opisane tak, że nie mogę odżałować, że to tylko jeden rok. Chciałabym przeczytać o każdym następnym. „Rok z życia” to nie jest bardzo oryginalny pomysł, przypomniał mi o kilku takich niedawno opublikowanych książkach męskich autorów. To, że ta jest napisana przez kobietę, przy wszystkich innych odmiennościach, czyni dla mnie różnicę. Bo jednak jest coś specyficznego w kobiecym doświadczeniu, co sprawia, że autorka ta wydaje mi się po prostu kimś bliskim.

***

Anna Kańtoch, Niepełnia, Powergraph 2017

Nie pamiętam, które z nas umarło tamtego dnia, wiem jedynie, że ta historia zaczyna się od śmierci.

Jeśli oczekujemy kryminału, w którym na początku jest trup, to, jak widać, będzie to dziwny trup, skoro nie wiadomo „które z nas umarło”. Może zresztą wcale go nie będzie. Najpewniejszym punktem tej opowieści jest starsza aspirant Elżbieta Budzioł, która na małym posterunku policji, odciętym przez śnieżycę od świata, rozmawia z kimś, kto został zatrzymany. Mają mnóstwo czasu, pada więc propozycja: może chciałaby pani posłuchać pewnej historii?

Będzie to historia o Marcie, która zniknęła kilka dni przed Wigilią. W jej komputerze znajduje się plik prowadzący do opowiadania, które znowu prowadzi do kolejnych opowiadań… I tak dalej, szkatułkowa opowieść. Historie te splatają się ze sobą, ich bohaterowie odnajdują w nich swoją przeszłość albo przyszłość. Wszystko koncentruje się zaś wokół białego, zasypanego śniegiem domu, gdzieś na bezludziu. Może ktoś w nim został zamordowany, a może przetrzymywano tam kogoś?

Czy w końcu uda się wszystkie te opowieści – a każda mnie wciągała – ułożyć w jakąś jedną, spójną narrację? Chyba tylko sięgając po klucz psychoanalityczny. Biały dom to czysta androgyniczna dusza, która musi dokonać niechcianego podziału na męskość i żeńskość. Zabić w sobie drugą stronę. Można z tego chaosu układać jednak i inne narracje, a zakończenie domyka także „normalną” fabułę.

Fajnie zrobiona i pomyślana rzecz. Czytałam z przyjemnością.

***

Leila Slimani, Kołysanka, przeł. Agnieszka Rosińska-Bóbr, Wyd. Sonia Draga 2017

Młodsze dziecko nie żyje. Wystarczyło kilka sekund. Lekarz zapewniał, że nie cierpiało.

Już w pierwszych zdaniach dowiadujemy się, że niania zamordowała dwoje małych dzieci, a potem napięcie… opada.

Literacka nagroda Goncourtów 2016 zachęciła mnie do lektury. Ale to ciężka powieść, oszczędna – zarówno, jeśli chodzi o język, jak i opis tła społecznego. Wystarczy jednak, by dowiedzieć się, że chodzi o ambicje zawodowe kobiet z klasy średniej, które łączą pracę z macierzyństwem, o outsourcing pracy emocjonalnej oraz problemy klasowe i rasowe – ten zawód zdominowany jest przez imigrantki. Mimo że matka, młoda prawniczka, też jest pochodzenia arabskiego, starannie wybiera białą nianię. Luisa pozornie przypomina Marry Poppins – dzieci ją uwielbiają, dom lśni i trudno jej coś zarzucić. Staje się ważną częścią rodzinnej struktury. Nikt nie ma jednak czasu i potrzeby, żeby poznać ją i zrozumieć, mimo pojawiających się sygnałów, że może to być osoba mające jakieś problemy życiowe i osobowościowe. Taką pracę wykonuje komisarz prowadząca śledztwo, chce wczuć się w sytuację Luisy na tyle, żeby zrozumieć, dlaczego zabiła. I jest to też zadanie dla czytelnika.

Nie wiem, czy zrozumiałam. I mimo że doceniam literacką finezję, ta powieść pozostawia mnie zupełnie obojętną.

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Death metal przywiązuje większą wagę do brzmienia gitar, solówek , szybkich riffów, jest bardziej techniczny i „czysty” w brzmieniu a wokalista używa growlu. Grają black albo death (nie wiem, czym to się różni) metal.

    Black metal – przesterowane gitary, większy chaos w brzmieniu i efekt ‚brudnego’ dźwięku, bardziej płynne zmiany, wokalista używa skrzeku.
    W death metalu ważniejsza jest forma,czyli praca gitar, mocny growl i perkusja, a w black metalu najważniejsza jest treść czyli przesłanie, słowa zawarte w tekście.

    Jest też blackened death metal – forma przejściowa pomiędzy jedną a druga odmianą . Prekursorem i klasykiem tego gatunku jest Behemoth – wielka legenda i megagwiazda światowego blackened death metalu.