Czytaj dalej

„Pornografia powinna być”

zdjecie-retro

Chłopcy dorastający w latach 70. i 80. wspominają, że „Sztuka kochania” doskonale nadawała się do masturbacji, podobnie zresztą jak magazyn modowo-krawiecki „Burda”. Fragment książki Agnieszki Kościańskiej „Zobaczyć łosia”.

„Pornografia powinna być” – napisał na początku lat 90. warszawski ósmoklasista w odpowiedzi na pytanie o jej definicję i stosunek do niej zadane przez Wiesława Sokoluka, z którym szkoła zorganizowała spotkanie. Seksuolog kazał każdemu z uczestników zapisać krótką wypowiedź, trochę z ciekawości, a trochę na wypadek, gdyby ktoś go oskarżył, że propaguje pornografię, co zresztą się stało.

Wypracowania pokazywały, że młodzież doskonale wiedziała, o co chodzi. Po aferze z podręcznikiem (chodzi o kontrowersyjny podręcznik z 1987 roku Przysposobienie do życia w rodzinie, którego Wiesław Sokoluk był współautorem. Podręcznik po burzliwej debacie i pod naciskiem Kościoła został wycofany ze szkół, a resztki nakładu wycofano – przyp. red.) ostrożność Sokoluka nie dziwi. Ten sam uczeń bardzo precyzyjnie określił też, o czym mowa: „Za pornografię uważam zdjęcia przedstawiające stosunki kobiet z mężczyznami lub osobników tych samych płci. Natomiast zdjęcia przedstawiające nagie kobiety nie są dla mnie pornografią”.

Młodzież nie jest dziś „rozseksualizowana” bardziej niż sto lat temu

Nie wszyscy w klasie mieli tak sprecyzowane podejście i tak liberalne poglądy. Uczennica: „Trudno mi jest określić, co to jest pornografia. Myślę, że jest: zdjęcia lub filmy pornograficzne począwszy od delikatnego obnażania ciała, a skończywszy na brutalnych scenach stosunków”. Dziewczyna widzi w niej problem, wyjątkowo konkretnie sformułowany, szczególnie jak na osobę niepewną co do tego, czym ona jest: „Uważam, że jeżeli dziecko zetknęło się z nią w wczesnym wieku, może to być bodźcem do zboczenia (osoba ta może się podniecać wtedy, gdy widzi pornografię, zaś jeżeli dochodzi do stosunku, nie może uzyskać orgazmu)”.

Ktoś inny napisał: „Mam stosunek obojętny – może pornografia być, nie przeszkadza mi ona, lecz nie dla wszystkich (ludzie »średniowieczni« i wstydliwi)”. Jedna z uczennic tak wyraziła brak zainteresowania: „Pornografia to pewien rodzaj zdjęć obnażający obraz człowieka, czyli po prostu fizyczny wygląd najczęściej kobiety. Jest mi to obojętne, gdyż nie interesuję się swoją płcią, jako partnera wolę osobiście chłopców”.

Wielu uczniów i uczennic definiowało pornografię w kategoriach przemocy. Jeden z chłopców tak to ujął: „Za pornografię uważam zdjęcia lub filmy ukazujące nie wizerunek kobiety tudzież mężczyzny, ale obraz o charakterze brutalnym ukazujący stosunek w formie sadyzmu – egoistycznej dążności do zaspakajania swoich potrzeb”. Na koniec zaznaczył: „Mój stosunek jest obojętny, ale ją akceptuję”.

Pewna uczennica z kolei stwierdziła kategorycznie: „Mój stosunek do pornografii jest negatywny, gdyż jest to coraz większe demoralizowanie młodzieży i dzieci. Za wszelką cenę powinno się ją zwalczać, nie szerzyć”.

Coś odwrotnego zdarzyło się we Lwowie 80 lat wcześniej. Młodzież zapytała dorosłych. W 1909 roku z inicjatywy sodalicji mariańskiej, czyli istniejącego od XVI wieku świeckiego stowarzyszenia wspieranego przez jezuitów, zachęcającego uczniów i studentów do zachowania wstrzemięźliwości (z wyjątkiem małżeńskiego seksu reprodukcyjnego), powstało patriotyczne Towarzystwo imienia Piotra Skargi. W trakcie jednego ze spotkań młodzi przygotowali odezwę Precz z pornografią. Podpisało się pod nią 27 galicyjskich studentów, w tym Eugeniusz Kwiatkowski, późniejszy wicepremier.

Pojawił się pomysł rozesłania pytań do różnych ważnych osobistości. W odpowiedzi na nie setka lekarzy, wojskowych, duchownych, pisarzy, etnografów i prawników wyjaśniała i przestrzegała. Henryk Sienkiewicz wypowiedział się tak: „Opis lub obraz nagości skąpanej w słońcu i powietrzu nie jest pornografią. Natomiast jest nią podpatrywanie nagości prze dziurkę od klucza”. Bolesław Prus okazał się bardziej dosadny – przyrównał pornografię do syfilisu. Niektórzy określali ją po prostu jako „rozpustę w druku, rysunkach, widowiskach” lub „zwierzęce żądze”. Zdaniem Juliusza Makarewicza, późniejszego twórcy kodeksu karnego, świadczyła ona o zwyrodnieniu.

W trakcie jednego ze spotkań młodzi przygotowali odezwę Precz z pornografią. Podpisało się pod nią 27 galicyjskich studentów, w tym Eugeniusz Kwiatkowski, późniejszy wicepremier.

Inni pisali: „Szerzy zepsucie, sprowadza upadek obyczajów”. Jest wszędzie: „Walka z pornografią to walka z całym obyczajem i trybem dzisiejszego studenta”. Rodzi się z próżniactwa. Radzono: „Uszlachetnijcie pożycie wasze towarzyskie, podnieście poziom konwersacji, a zadacie cios śmiertelny pornografji!”.

Z kolei katolicka działaczka społeczna Cecylia Plater-Zyberkówna apelowała, żeby sprawą zainteresowały się też kobiety, ponieważ to ich dotyczą jej skutki: „demoralizacja, uwiedzenie dziewczęcia, wiarołomstwo małżeńskie, rozwody, separacje i anulacje małżeńskie”. A w zetknięciu z pornografią kobiety, jako bardziej wrażliwe, mogą – prędzej niż mężczyźni – narazić się na „histerię, idiotyzm, obłąkanie, epilepsję, neurastenię”. Jako jedna z nielicznych Plater‐Zyberkówna wskazywała również na inną grupę szczególnie narażoną, składającą się z „biednej gawiedzi ulicznej, bezdomnych uczniów, terminatorów i przyszłych ladacznic ulicznych”.

Wydaje nam się, że coś powinno nas kręcić, bo tak napisali w gazecie

Przestrzegali też patrioci: „Taki obyczaj, takie życie odsuwa młodzież naszą od ideałów młodości, zapowiada skarłowacenie pokoleń i odgradza od kształcenia i wyrabiania na obywateli Ojczyzny i pionierów ludzkości”. W rezultacie: „Wrogowie nasi nie będą potrzebowali się fatygować – Ojczyzna wyzionie ducha w uścisku genialnych wesołków i histrjonów”. Pornografię zsyłają zatem zaborcy.

Argumenty te przetrwały dekady: również podręcznik z 1987 roku uznano za niepatriotyczny. Maria Braun-Gałkowska i Bolesław Suszka też twierdzili, że zdemoralizowana młodzież cofnie się w rozwoju i nie będzie umiała zadbać o ojczyznę.

Wszystkie te wypowiedzi Towarzystwo imienia Piotra Skargi wydało w księdze pod tytułem Pornografja. Głosy polskie w najważniejszej sprawie moralności społecznej. Całość świadczy nie tylko o wielkiej społecznej mobilizacji wokół przeciwdziałania pornografii, lecz także o jej powszechności.

Na alarm bito już w ostatnich dekadach XIX wieku. Wtedy też – jak ustalił Andrzej Szwarc – słowo „pornografia” weszło do języka polskiego. W słowniku opracowanym przez Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego i wydanym w latach 1900–1927 definiuje się je po prostu jako „pisma i obrazy o treści lubieżnej”. Znajdujemy nawet przykładowe użycie – cytat z krytyka literackiego Kazimierza Kaszewskiego: „Cała galeria tej koronkowej pornografji i bestjalizmu” – a także zestaw terminów powiązanych. Pornograf to zwolennik pornografii (forma żeńska: pornografka), a pornopatyk to „człowiek chorobliwie lubieżny” (formy żeńskiej brak).

Pornograf to zwolennik pornografii (forma żeńska: pornografka), a pornopatyk to „człowiek chorobliwie lubieżny” (formy żeńskiej brak).

Można było pornografować, czyli „tworzyć w kierunku pornograficznym”. Z kolei pornokracja to „czasy panoszenia się nierządu; czasy, w których kobiety rozpustne wywierają znaczny wpływ na sprawy publiczne”.

Dorośli wszelkiej maści byli zgodni, że lubieżne obrazy zachęcają młodzież do onanizmu i nierządu, popychają do przestępstw. W 1905 roku Augustyn Wróblewski, który później zasłynął z krzewienia idei anarchistycznych w Galicji, założył „Czystość. Dwutygodnik Bezpartyjny, Poświęcony Sprawom Zwalczania Prostytucyi i Nierządu”. Przeciwstawiał się nie tylko tytułowym, lecz także jakimkolwiek ekspresjom seksualności:

Mogą być utwory malarskie bardzo artystyczne pod względem techniki malarskiej, doboru barw, plastyki, wykończenia, nadzwyczajnej naturalności typów i scen, uwydatnienia żywości ruchu w przedstawianych scenach, pod względem bardzo silnego wrażenia wywieranego na widzach, a jednak bardzo niemoralne, bo pieszczące w sobie i wszczepiające w widza instynkt śmierci ludzkości”. O ilustracji homoerotycznej opublikowanej na łamach pornograficznego magazynu „Bocian” pisał: „Tego rodzaju dzieła, choćby miały wartość malarską dużą, choćby mogły nawet przynosić korzyść istotną w gabinecie lekarskim, lub w galeryi okazów dla uczonych patologów i psychiatrów […] wystawiane na widok publiczny być nie powinny i bezsensem, niemoralnością, mianowicie niemoralnością w moim, naukowym sensie, t.j. samobójstwem społecznem, byłoby żądać wystawiania takich demoralizujących obrazów na widok publiczny.

Na cenzurowanym byli też pisarze. Gabrieli Zapolskiej zarzucano zajmowanie się „wszelkimi brudami i fizjologią”, Sienkiewicz nazwał literaturę młodopolską, w szczególności tę autorstwa Stanisława Przybyszewskiego, „rują i porubstwem”, a w Krzewicielach zdziczenia Jan Baudouin de Courtenay pisał o scenach „krwiożerczo-lubieżnych” w Popiołach Stefana Żeromskiego. Słynny językoznawca pytał: „Na co się zda cała walka z onanizmem, z wyuzdaniem młodzieży i staruszków, z prostytucją, z zamachami na cześć kobiecą, jeżeli rozwielmożniona poezja i beletrystyka, wchłaniana gorączkowo, a rozpalająca wyobraźnię i podniecająca nerwy, pcha do tego wszystkiego z całą siłą i rozpędem nieuniknionej fatalności i… krzewi zdziczenie?”. A jeśli „krzewi zdziczenie”, to zawraca nas na niższe stadium ewolucji.

Pornografia była więc wtedy wszędzie: w literaturze, malarstwie, teatrze, a także sprośnych pocztówkach czy obrazkach. Wychowawcy mieli więc nie lada zadanie – mimo tej powszechności mieli uchronić młodzież przed deprawacją. Według nich od pornografii był już tylko krok do onanizmu i nierządu. Robiono więc wszystko – z bojkotem sprzedawców włącznie – by młodzież nie miała z nią kontaktu, by wytrwała w czystości. Ze skutecznością bywało różnie.

Pieniążek: Edukacja seksualna? Tylko z Tołstojem

W wypowiedziach uczniów goszczących Sokoluka uderza wręcz doskonałe rozeznanie w sprawie. Nie jest to polska specyfika. Jak wykazały badania brytyjskiej kulturoznawczyni Feony Attwood, pornografią interesują się młodzi ludzie na całym świecie, często jest to dla nich podstawowe źródło wiedzy o seksie. Obecnie w kraju ogląda ją prawie 80 procent nastolatków obu płci.

Ale pytanie brzmi: czy w dwudziestowiecznej Polsce młodzież miała dostęp do zakazanej prawnie pornografii i skąd to wszystko wiedziała? Artykuł 214 kodeksu karnego II RP z 1932 roku oraz artykuł 173 z kodeksu PRL-owskiego z 1969 roku są niemal takie same. Paragraf 1 brzmiał: „Kto rozpowszechnia pisma, druki, wizerunki [w 1969 roku: fotografie] lub inne przedmioty, mające charakter pornograficzny, podlega karze aresztu do lat 2” (w kodeksie z 1969 roku nieco liberalniej: karze pozbawienia wolności do lat 2, ograniczenia wolności albo grzywny). Paragraf 2 jest w zasadzie identyczny w obu kodeksach: tej samej karze podlega ten, kto „sporządza, przechowuje, przenosi, przesyła lub przewozi” materiały pornograficzne. Zalegalizowano je dopiero w latach 90., ale pod warunkiem, że nie występują w nich dzieci ani zwierzęta i że nie ukazują przemocy. Nie wolno też ich pokazywać małoletnim ani tak, by mogła zobaczyć je osoba, która sobie tego nie życzy (artykuł 202 kodeksu karnego z 1997 roku).

Uczniowie Sokoluka wygrzebywali „świerszczyki” i kasety z szuflad, o czym świadczy rumieniec, jakim oblali się rodzice, oskarżający seksuologa o propagowanie pornografii, gdy ten wyciągnął prace nastolatków i powiedział, aby dorośli lepiej chowali swoje zbiory. W PRL ojcowie i matki mieli je najpewniej z przemytu, który odbywał się na masową skalę. Celnicy wiele konfiskowali na granicy, ale przecież nie wszystko. Profesor Lew-Starowicz lubi wspominać wycieczkę do magazynów, w których władze przechowywały zatrzymane na granicy materiały, jakże potrzebne głównemu polskiemu seksuologowi do prowadzenia badań naukowych i przygotowania ekspertyz sądowych. Zgromadzono ich tyle, że uginały się pod nimi półki.

Ale wszystkiego przecież nawet w czasach zamkniętych granic nie udawało się zatrzymać – tego typu publikacje można było kupić (co sama pamiętam) choćby na warszawskim bazarze Różyckiego. Skoro mieli je dorośli, dostęp do nich miała również i młodzież. Przed małym dzieckiem wystarczy coś schować po prostu wysoko, nie istnieje jednak skrytka, której nie odkryłby ciekawski (i żądny seksualnych wrażeń) nastolatek.

Cieplak: Skąd się biorą dzieci?

W pierwszej połowie XX wieku krążyły erotyczne (pornograficzne) pocztówki, wiersze, powieści, ale przed dziećmi je chowano, choć oczywiście nieskutecznie, skoro wiemy, że uczniowie Falskiego podniecali się „tłustymi” wizerunkami lub lekturami.

Po październiku 1956 roku na fali liberalizacji pisma dla młodzieży zaczęły ozdabiać zdjęcia bardzo skąpo ubranych dziewcząt. Nie zniknęły one aż do końca PRL, a w latach 90. pojawiły się nowe, zagraniczne magazyny, takie jak „Bravo” i „Dziewczyna”, które kipiały seksem.

W PRL ambitniejsza młodzież mogła poszperać w bibliotece. W 1971 roku PIW wydał Zbrodnie miłości markiza de Sade’a, a rok później nakładem Czytelnika ukazały się Niedole cnoty tego samego autora. A w 1974 roku krytyk sztuki Andrzej Banach opublikował bogato ilustrowany Erotyzm po polsku. Zainteresowani antropologią zawsze mogli sięgnąć po Bronisława Malinowskiego i jego Życie seksualne dzikich. Po polsku ukazało się ono w 1938 roku, po wojnie wznowiono je w roku 1957. Historyk pornografii Lech Nijakowski twierdzi, że egzemplarze biblioteczne tej monografii naukowej były mocno zaczytane. Antropolog zafascynowany seksuologią dokładnie opisywał pozycję seksualną popularną wśród Trobriandczyków, tak szczegółowo, że Michalina Wisłocka mogła umieścić ją w swoim katalogu wraz z rysunkiem przedstawiającym członek wchodzący do pochwy.

A skoro już o Sztuce kochania mowa, chłopcy dorastający w latach 70. i 80. wspominają, że doskonale nadawała się ona do masturbacji, podobnie zresztą jak magazyn modowo-krawiecki „Burda”.

Wisłocka była kobietą

Najambitniejsi i poszukujący wzorców innych niż po prostu penetracja (na tym koncentrowała się Wisłocka) mogli oddać się sztuce, ale nie kochania, lecz współczesnej. Filmy takie jak Sfery kontaktu performera Krzysztofa Zarębskiego (1975), Ziarno Teresy Tyszkiewicz (1980), Druga strona Teresy Tyszkiewicz i Zdzisława Sosnowskiego (1979), Osmoza Krzysztofa Zarębskiego i Krystyny Jachniewicz (1974), prace z serii Sztuka konsumpcyjna Natalii LL (lata 70.) prowokowały i ukazywały seks nieco inny niż w popularnych wydawnictwach: afirmowały kobiecą masturbację i kobiecą autonomię seksualną, pokazywały erotyczne zastosowanie kapusty i fascynację seksem oralnym, przed którym w tym czasie przestrzegano na przykład na łamach „Itd” („kwalifikuje się raczej do badania i ewentualnego leczenia” – pisał wtedy Lew-Starowicz).

Równie wywrotowo było w rzeźbie. Kochankowie IV (1959) Aliny Szapocznikow są pozbawieni płci, a poduszki erotyczne Barbary Falender (początek lat 70.) to marmurowe, przemawiające do wyobraźni erotyczne części ciała. Wykonane z rozmaitych miękkich materiałów piersi i łechtaczki autorstwa Marii Pinińskiej-Bereś przypominały o kobiecych potrzebach. Obraz Egzekucja Jerzego Nowosielskiego (1949) zawiera wątki sado-masochistyczne. W latach 70. i 80. Ryszard Kisiel, nie tylko drukarz, lecz także utalentowany fotografik, tworzył artystyczne homoerotyczne akty, coś w rodzaju pornografii „zrób to sam”. Trafiały jednak do szuflady z uwagi na troskę o anonimowość modeli. Twórczość Kisiela przypomniał ostatnio artysta Karol Radziszewski. W czasach, w których te prace powstawały, miały jednak dość ograniczony zasięg, a obywatele PRL byli skazani na mniej awangardową sztukę erotyczną.

Pornografia a erotyka

PRL to złoty wiek seksuologii sądowej. Wzywano biegłych seksuologów, by rozstrzygnęli, czy zarekwirowane materiały to jeszcze erotyka, czy już pornografia. Ale wielu konsumentów (i prawników, dostrzegających fikcję tego rozróżnienia) uważało, że pornografię trzeba zalegalizować.

Domagali się tego na przykład studenci. Lew-Starowicz pisał w 1970 roku na łamach „Itd”: „Otrzymałem list z klubu studenckiego we Wrocławiu, w którym w ostrych słowach postulowana jest konieczność oficjalnego popularyzowania pornografii (np. poprzez sprzedaż w kioskach »Ruchu« kolorowych albumów i periodyków), nudyzmu w miejscowościach wypoczynkowych oraz występów stripteasowych”. Studenci żądają „zwalczania zakłamania i pruderii”, motywują to wolnością, chcą cywilizacyjnie dogonić Zachód.

Seksuolog dystansuje się od tych powodów: „Autorzy listu nie wybrali najszczęśliwszych argumentów. Pruderia w naszym społeczeństwie jest cofającą się falą i wśród młodzieży występuje rzadko. Wolność człowieka to problem filozoficzny, o bardzo szerokim ujęciu, i swoboda w popularyzowaniu pornografii nie stanowi jej istoty. Ciasnota moralna to również rzecz względna”. Zbija też argument cywilizacyjny: „Pornografia nie jest testem postępu, lecz ubocznym nurtem cywilizacji o szerokich powiązaniach merkantylnych”. Pornografii Lew-Starowicz przeciwstawia kulturę seksualną polegającą na „subtelności w obcowaniu płci, na wiedzy o odmienności psychicznej, na systemie wartości, a nie na ilości znanych technik i zapamiętanych obrazów”.

Koniec końców wyraźnie opowiada się przeciwko popularyzowaniu pornografii, ale bardzo za sztuką erotyczną. O ile pornografia jego zdaniem może prowadzić do niedojrzałości psychoseksualnej, uprzedmiotowienia kobiet, zboczeń i nerwic, o tyle sztuka erotyczna przynosi same korzyści. Po pierwsze: „Skierowanie osobowości ku uczuciom najwyższym, ku estetyce, kulturze”. Po drugie: „Humanizacja popędu płciowego poprzez nadanie mu wymiaru kulturowego, refleksji, kontemplacji artystycznej”. Po trzecie: „Wzrost kultury współżycia seksualnego”. Po czwarte wreszcie: „Dostarczenie bodźców do kontemplacji natury ludzkiej i dziejów kultury”.

Majmurek na walentynki: Trochę porno, trochę moralnego niepokoju

Cóż to jednak jest owa sztuka erotyczna? Lew-Starowicz definiuje: „Sztuka erotyczna, obejmująca malarstwo, rzeźbę, muzykę, literaturę, obejmuje również wspaniałe dziedzictwo przeszłości, np. wazy greckie, sztukę helleńską, sceny mitologiczne, egipską poezję miłosną, malarstwo i rzeźbę renesansu, baroku i rokoka, poezję prowansalskich trubadurów, malarstwo Renoira, literaturę miłosną dworską i romantyczną, muzykę hinduską, syryjską, operetkową, niektóre formy tańca itd. Obecnie obejmuje również fotografię artystyczną, nowe środki wyrazu sztuk plastycznych”.

Zaraz czyni pewne zastrzeżenie: „Nie każdy jest zdolny do odbioru sztuki erotycznej. Dlatego ważną rzeczą jest właściwy komentarz, właściwe wprowadzenie i umiarkowane rozpowszechnianie. Sztuka erotyczna może być adresowana do tych, którzy osiągnęli stan dojrzałości psychoseksualnej, znają podstawy fizjologii płci i rozrodu, psychologię seksu, determinanty kulturowe i etyczne, mają ustrukturalizowaną hierarchię wartości, w której seks jako wartość istotna jest jednak podporządkowany wartościom innym”. U takich osób może „wzbogacić osobowość o nowy wymiar kultury erotycznej. Seks nabiera wówczas głębi, subtelności, zintelektualizowania i traci swój bezrefleksyjny, prymitywny i egoistyczny charakter”. Lekarz snuje wizję współpracy ludzi nauki, sztuki i kultury w popularyzacji sztuki erotycznej, a co za tym idzie – w rozwoju „kultury seksualnej” i wrażliwości na piękno.

„Nie każdy jest zdolny do odbioru sztuki erotycznej. Dlatego ważną rzeczą jest właściwy komentarz, właściwe wprowadzenie i umiarkowane rozpowszechnianie”.

Do kwestii tej Lew-Starowicz wraca na łamach „Itd” ponad 10 lat później, znowu sprowokowany przez czytelników. Jan M. z Łodzi pisze: „Zainteresował mnie program w TV o pornografii. Dlaczego jest ona traktowana jako szkodliwa? Przecież znana jest już dawno, nie budzi żadnej sensacji, a jednak widzi się w niej coś złego i niebezpiecznego. Czy rzeczywiście jest w niej cokolwiek niebezpiecznego?”. Przekonuje też, że „ułatwia ona uatrakcyjnienie współżycia seksualnego w wielu związkach”.

Lew‐Starowicz przedstawia krótką historię pornografii, wspomina o jej komercyjnym komponencie, ale zgadza się z czytelnikiem – dziś pornografia już nie szokuje, dlatego możemy o niej spokojnie rozmawiać. Znowu proponuje podział na pornografię i sztukę erotyczną, ale podkreśla, że granica jest płynna. Tej pierwszej nie wartościuje tak negatywnie jak w latach 70. Pisze: „Następstwa pornografii uzależnione są m.in. od motywacji zainteresowania się nią. Pornografia może być traktowana jako środek dopingujący seksualnie, nowy bodziec i takie znaczenie miała już dawno w starszych stażem związkach”. Czasami ułatwia zaspokojenie seksualne tym, którzy nie mają partnera (jest to wówczas „forma zastępcza”), czasami „wyraża potrzeby orgiastyczne, czyli pobudzania się różnymi bodźcami, niezależnie od osoby, stylu, seks jest wówczas czymś autonomicznym”. Kiedy indziej „dostarcza wyobraźni, pomysłów, nowych oczekiwań i potrzeb”. Dla młodzieży jest jednak, zdaniem seksuologa, szkodliwa.

Moje ciało, mój wybór? Tak, dlatego pracuję na czacie erotycznym

Problem poruszają Jaczewski i Żmijewski w Książce dla chłopców. O dorastaniu i dojrzewaniu. Definiują pornografię szeroko jako „teksty albo wizerunki o treści nieprzyzwoitej, obscenicznej, przedstawiające sceny erotyczne, aby podniecić seksualnie czytelnika lub widza”. Przesłanie autorów jest takie: jeśli chłopcy nie zostali odpowiednio uświadomieni, zaczną szukać na własną rękę, mogą łatwo natrafić na pornografię, wpaść w szpony jej producentów, gdyż „żeruje [ona] na ciekawości ludzkiej” (brzmi to bardzo podobnie jak Odezwa do młodzieży dojrzałej Miklaszewskiego). U osób dojrzałych i kulturalnych seks łączy się z miłością, szacunkiem, jest owiany tajemnicą: „Nie powinno się więc tych przeżyć ośmieszać, przedstawiać w krzywym zwierciadle jako aktu brutalnego i zwierzęcego zaspokojenia instynktu”. Szkody wywołane przez pornografię u młodych polegają na tym, że życie seksualne stawiają oni na pierwszym miejscu, „uznają je za sprawę nadrzędną w stosunku do innych”, istnieje też obawa, że „przejaskrawione pożądanie erotyczne stępi ich wrażliwość na inne uczucia”. Z tego względu („w interesie ochrony społeczeństwa”) pornografia jest prawnie zabroniona w Polsce i nie tylko.

*
Fragment książki „Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

 

„Sztuka kochania” aktualna? Może i tak, ale to nie jest dobra wiadomość

***
zobaczyc-losiaDr hab. Agnieszka Kościańska pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego; obecnie stypendystka Royal Society of Edinburgh w Edinburgh College of Art na University of Edinburgh i senior researcher w grancie Cruising the 1970s: Unearthing Pre-HIV/AIDS Queer Sexual Cultures. Autorka książek Płeć, przyjemność i przemoc (Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, 2014) oraz Potęga ciszy (WUW, 2009). Redaktorka zbiorów i numerów monograficznych czasopism dotyczących problematyki płci i seksualności, m.in. Gender. Perspektywa antropologiczna (WUW, 2007, wspólnie z Renatą Hryciuk) i Antropologia seksualności (WUW, 2012). Nakładem Wydawnictwa Czarne ukazuje się właśnie jej nowa książka pt. Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

podyskutujmy czy słońce powinno świecić w dzień

Dzis nie ma pornografii lecz chory stan zboczenia

wam lewakom pornografia odpowiada, bo zaburza prawidłowe odbieranie i przeżywanie miłości i sprowadza seksualność do hedonistycznego samozaspokojnenia w coraz dziwniejszy i bardziej wyuzdany sposób, najlepiej ze "spustem na twarz", bo z tego nie ma dzieci, a przecież lewakom zależy na depopulacji ziemi

Mam mieszane uczucia, choć zdarza się mi kontakt z pornografią częściej niż rzadko. Ze względu na wszechobecność i ekstremalną obecnie łatwość dostępu, myślę, że warto pomyśleć nad jego ograniczeniem. Jest właściwie ZAWSZE jeden z pierwszych "kontaktów" z kobiecym, męskim ciałem i o ile to nie wydaje mi się problematyczne w ogólności, to już to, że to właściwie nigdy nie jest wybór, już nie. Bo wyborem nie można nazwać 14-15 latka/ę z dostępem do internetu. Zgaduję, że to dość często kończy się jakąś formą uzależnienia. Wtedy lub w przyszłości.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!