Kraj

Qandil: Dlaczego Izrael mnie przegnał?

Kamil Qandil, wolontariusz Polskiej Akcji Humanitarnej, Polak o palestyńskich korzeniach, opowiada, co przeżył w izraelskich aresztach i sądach. I o żalu do MSZ i PAH.

Piotr Pacewicz: To się zaczęło w poniedziałek 2 września. Wracasz nocnym lotem do Tel Awiwu po pięciodniowym urlopie w Polsce i…

Kamil Qandil: …na lotnisku Ben Guriona lądujemy o 3.30, cały samolot śniętych ludzi, marzenie służb bezpieczeństwa. Wracam z wesela kolegi.

Na kacu?

Nawet nie. To jest mój czwarty wjazd do Izraela. Zaczyna się jak zawsze, podchodzę do kontroli paszportowej, ktoś telefonuje, mówi komuś o moim palestyńskim ojcu, odsyłają mnie do poczekalni. Tam już jest drągal z Rosji, który przyjechał grać w Izraelu w siatkówkę, oraz – jak się przedstawia – „mistrz kucia w skale”, ukraińska „złota rączka” Siergiej. Nie martwię się na zapas.

Po godzinie zapraszają na pierwsze przesłuchanie, pracowniczka służb granicznych klepie te same co zawsze pytania. Po co? (do pracy humanitarnej), gdzie? (na Zachodnim Brzegu), na Zachodnim Brzegu? (tak), dla kogo? (dla Polskiej Akcji Humanitarnej), skąd pochodzi matka? (z Polski), ojciec? (urodził się w Jordanii, jest z pochodzenia Palestyńczykiem, oboje są lekarzami), miejsce urodzenia? (Warszawa, wszystkie dane ma pani w paszporcie), inne obywatelstwo? (nie mam), znajomość arabskiego? (właściwie nie).

Po czterech godzinach, czyli dłużej niż zwykle, drugie przesłuchanie. Dość młody facet, arabskiego pochodzenia, po cywilnemu, dopytuje się, czy aby na pewno nie mówię po arabsku (znam parę słów), czy jestem muzułmaninem (nie), na czym polega „ta moja praca dla Arabów” (remontujemy cysterny na wodę). Każe mi podać prywatny numer telefonu w Polsce i w Izraelu (podaję), a także numer telefonu, którego używam na Zachodnim Brzegu (nie znam go, w wiosce, gdzie pracuję, jest zasięg izraelskiej komórki). Z kim pracuję (podaję nazwiska), każe mi podać ich numery izraelskie (podaję) i  palestyńskie (nie znam).

Znowu to samo. Podejrzane!

On też tak myśli. Każe mi podać adres mejlowy, i prywatny i służbowy PAH-owski, co robię z ociąganiem. Pyta, czy uczestniczę w politycznych protestach (nie, przyjechałem tu, by udzielać pomocy humanitarnej). Naprawdę nie? Nie byłeś na żadnej demonstracji? (na pewno nie, zresztą pracownikom PAH-u nie wolno w nich uczestniczyć). Mówi, że sprawdzi te informacje.

Odsyła mnie do poczekalni. Czas płynie. Zapewne wchodzą na moją pocztę i połączenia telefoniczne. Zaczynam się denerwować. Dzwonię do mojej siostry Ali, proszę o prawnika, i do Marty Kaszubskiej, szefowej misji PAH w Jerozolimie. Na karteczce spisuję najważniejsze numery – prawnika, sióstr, Marty, mojej dziewczyny Sophie, na wypadek, gdyby zabrali komórkę.

Kamil Qandil

Sophie jest Palestynką?

Nie, czemu? Jest Niemką po dwóch licencjatach, poznaliśmy się na krótkim kursie arabskiego w Jerozolimie, potem trzy miesiące mieszkałem z nią w Monachium, zarabiając jako kucharz. Ona pracuje w organizacji pozarządowej w Betlejem, wspiera młodzież po szkole w szukaniu pracy.

Mija kolejna godzina i następna. Mundurowi chcą mi pobrać odciski palców, odmawiam, bo nie wiem dlaczego i po co. Przychodzą kolesie po cywilnemu i mówią, że idziemy na przeszukanie osobiste. Boję się, że zaczyna się coś złego, wydzwaniam do prawnika.

Znałeś go wcześniej?

Nie. Yadim Elam, gość od trudnych spraw. Mówi, że będzie interweniował. Jeden z tajniaków oznajmia mi, że tak czy owak będę odesłany i że mam wybór: albo zacznę współpracować i będzie przyjemnie, albo mnie skują, przeszukają, a potem doniosą na mnie Interpolowi i będę miał kłopoty także na innych granicach. OK, mogę „współpracować”, ale proszę o wyjaśnienia. Wyjaśnienia będą, ale na razie idziemy na przeszukanie.

W kolejnym pomieszczeniu pięć osób grzebie w mojej torbie, znajdują żubrówkę, torcik wedlowski i płytę libańskiego zespołu Mashrou’ Leila.

Ciekawe.

Ogromnie ich to interesuje. Wyciągają zadrukowaną wkładkę ze środka. Kto ci dał tę instrukcję? Odpowiadam, że to pewnie słowa piosenek, któryś z nich czyta po arabsku, potwierdza, że to piosenki. Każą się rozebrać do bokserek. Moja komórka dzwoni non stop, bo wszyscy się o mnie denerwują, ale nie dają mi odebrać. Jeden z tych gości się drze: „Nie masz żadnego pieprzonego prawa (fucking right) by być w tym państwie, bo to nie jest twoje państwo, to moje państwo”. Pakują mnie do lodówy.

Lodówy? Tego nie znałem.

Suki z kratami w oknach. Jedziemy razem z Siergiejem do ośrodka deportacyjnego na terenie lotniska. W celi jest już dryblas z Rosji. Odwiedza mnie prawnik, daję mu upoważnienia, odwołuje się do sądu rejonowego w Lod, dawnej Liddzie. Dwa kroki od Liddy leżało Der Tarif, wioska, skąd w 1948 roku wygnano moich palestyńskich dziadków, dziś izraelskie Bet Arif. Siedzimy we trzech. Cela jest spora: trzy piętrowe łóżka, zakratowane okno, toaleta z prysznicem.

Żyć nie umierać.

Pozwalają mi zabrać książki z torby: Kundery Nieznośną lekkość bytu, wybór tekstów Marka Edelmana i Jagielskiego Modlitwę o deszcz. Wszystko nabiera nieoczekiwanych znaczeń, bo przecież remontowałem cysterny zbierające deszczówkę. W celi wciąż chce mi się pić (znowu woda!), do dziś bolą mnie kostki od stukania w drzwi. Zabierają mi komórkę, w ostatniej chwili ratuję kartę sim. Wolno mi za to czasem zadzwonić z pokoju strażników.

We wtorek znowu „lodówa” i do sądu. Tam na mnie czekają siostra Ala, dziewczyna Sophie, szefowa misji Marta, izraelscy przyjaciele, adwokat Yadim Elam, pani konsul Maria Markowska. Na sali rozpraw jest jeden sędzia i prokurator. Dwaj goście z Szin Bet (Szabak) –  izraelskiej służby bezpieczeństwa – siedzą z tyłu z walizką.

Walizką? Taką na kółkach?

Tak, mocno używaną. Zachodzę w głowę, co oni tam mogą mieć. Przemawia mój prawnik, naszej koleżance, polskiej Żydówce, pozwalają tłumaczyć mi na żywo. Dlaczego zakazano wjazdu mojemu klientowi, pyta prawnik. Kiedy poznamy jakiekolwiek dowody przeciwko niemu? Mój klient ma wszystkie niezbędne wizy i pozwolenia. Prawnik zastanawia się, czy gdybym nie wyjeżdżał z Izraela, też zostałbym zatrzymany.

Sędzia oznajmia, że głos zabierze prokurator i że… wszyscy muszą opuścić salę. Jesteśmy zdumieni, ale co robić, wychodzimy. Prawnik bierze mnie na bok i pyta, czy na pewno nie przychodzi mi na myśl cokolwiek, co mogłem zrobić nie tak, kontaktować się z kimś…

Też o to zapytałem w naszej telefonicznej rozmowie dla „Gazety Wyborczej”.

Myślę i myślę, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Drzwi sali rozpraw są wciąż zamknięte, prawnik pociesza mnie, że im dłużej, tym lepiej, widać, że sędzia ma wątpliwości. Wchodzimy. Sędzia tłumaczy, że nie był pewien, co zrobić, ale po namyśle uznał, że jednak mogę stanowić zagrożenie dla państwa.

Brzmi wiarygodnie?

Gość koło sześćdziesiątki, wygląda, że naprawdę został przekonany, chyba że świetnie zagrał swoją rolę. Yadim Elam prosi sędziego o nieodsyłanie mnie od razu, bo myślimy o apelacji do Sądu Najwyższego. Dają mi głos. Pytam, jak w takim systemie mam się bronić. Jestem gotów na każdą konfrontację, wszelkie wyjaśnienia. Nie mam sobie niczego do zarzucenia.

Sędzia na to?

Nie pamiętam. Pytam prawnika o apelację, mówi, że razem z jego honorarium to kosztowałoby 15 tysięcy szekli (ponad 13 tysięcy złotych), kupa forsy! Yadim Elam pyta też, czy wytrzymam dwa tygodnie w areszcie, a może więcej.

Do celi dokwaterowują nam księdza z Rumunii, który spod sutanny wyjmuje starą nokię. Wkładamy moją kartę Orange i dzwonimy na przemian z łazienki, on do swoich biskupów, ja do Sophie, moich sióstr i adwokata. Decydujemy się na apelację.

Chcę kupić nokię od księdza, żąda 50 euro, ale sumienie go gryzie i dodaje, że batery kaput. Księdza szybko gdzieś zabierają, w ogóle jest duży ruch, czasem mamy nawet wszystkie miejsca zajęte. Siergiej, który ma wciąż szklane oczy z rozpaczy, że nie chcą go wpuścić, przemycił zapalniczkę, więc popalamy w łazience. Chciałem właśnie rzucać palenie, mama kupiła mi lek…

W ośrodku deportacyjnym panuje wzorowa segregacja: w mojej celi siedzą ludzie z Europy Wschodniej, Afrykanie są gdzieś na dole, kobiety jeszcze gdzie indziej.

Masz wsparcie od władz konsularnych?

Po pierwszej rozprawie odwiedza mnie pani konsul Maria Markowska. Przekazuje owoce i książki, krótki list i zdjęcia od Sophie. Rozmawiamy na korytarzu przed pokojem strażników. Jest życzliwa, mówi, że robią, co w ich mocy. Wysłali notę dyplomatyczną z zapytaniem do izraelskiego MSZ, więcej mogłoby zrobić polskie MSZ, ale czy zrobi? Mają różne kłopoty, właśnie padł im system, poza tym akurat wypadają te żydowskie święta. Dodaje, że „to wszystko nie jest aż takie zaskakujące, z racji na moje korzenie”. Myśli o korzeniach nie rozwija.

Minister spraw zagranicznych nie odpowiedział na opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” list twojej starszej siostry Magdy z prośbą o interwencję.

Po publikacji tego listu odwiedził mnie jeszcze pan Piotr Starzyński – główny konsul w Tel Awiwie. Opowiedział anegdotę o zatrzymaniu polskiego kierowcy w Chinach, który po pijanemu spowodował wypadek. Trudno, wie pan, w takich sprawach interweniować. Zapytałem, czy widzi jakiś podobieństwo do mojej sprawy. O liście do Sikorskiego nie było mowy. Ale później, już po wszystkim, dzięki jego staraniom, dostałem miejsce w pierwszym samolocie do Polski.

Teraz z perspektywy czasu jestem zawiedziony brakiem reakcji ministra. Pan minister zajmuje się na Twitterze różnymi głupstwami, ale nie reaguje, gdy człowiek, którego wysłał z projektem humanitarnym, ma kłopoty. Nie wiem, czy to lekceważenie, czy obawa przez tematem niewygodnym politycznie.

Na rozprawę w Sądzie Najwyższym czekasz kolejny tydzień.

Do Sądu Najwyższego w Jerozolimie, niedaleko Knesetu, wiozą mnie drogą 443, która przechodzi przez Tereny Okupowane, ale mogą z niej korzystać tylko izraelscy osadnicy, więc nie ma tam korków. Zjeżdżamy do jakichś lochów, widzę więźniów na pomarańczowo, z nogami i rękami skutymi łańcuchami, strażnicy uzbrojeni po zęby, jak w Guantanamo. Wjeżdżamy windą, przed samą rozprawą udaje mi się uściskać Sophie i Alę, jest cała czwórka z PAH-u (Marta, Ania, Ola i Andres), jacyś dziennikarze, szefowie organizacji pomocowych z różnych krajów, konsulowie Starzyński i Markowska, a nawet dyplomata przysłany przez przedstawicielstwo Unii Europejskiej. Prawnik odciąga mnie na bok i pyta, czy zgodzę się na ustępstwa, na przykład czy mogę skrócić pobyt, zrezygnować z wizy wielokrotnego wjazdu. Jasne, mogę.

Sędziów jest troje, w tym jedna kobieta, która w pewnym momencie zasypia. Mój adwokat mówi to, co zawsze: gdzie są dowody, jak mam bronić klienta, skoro działam zza zasłony tajemnicy. Głos ma zabrać prokurator i… znów to samo, wszyscy muszą wyjść, a ja do piwnicy.
Ostatni kwadrans nadziei. Gdy strażnicy wprowadzają mnie z powrotem na salę, sędzia już przemawia. Mój prawnik powtarza mi, że Sąd Najwyższy podtrzymuje decyzję o niewpuszczeniu mnie do Izraela, ale daje mi możliwość anulowania apelacji. I że lepiej to zrobić, bo przegrana apelacja oznacza większe problemy z wizą w przyszłości. No to wycofujemy.

Formalnie rzecz biorąc apelacji nie było?

Była. Została złożona i anulowana. Pyta mnie jeszcze prawnik, czy chcę coś powiedzieć. Nie wiem co i po co, jestem podłamany, zły, ale wstaję i mówię, że nigdy nie miałem na celu naruszania bezpieczeństwa Izraela, że jestem prawą osobą, że przyjechałem wypełniać zadania pracownika humanitarnego. Na co sędzia, pierwszy raz po angielsku, zwraca się do mnie: „Może jesteś tego nieświadomy, to nie jest takie proste. (Maybe you are unaware of it, it is not that simple).

Jak wyrocznia delficka. Tak dokładnie pamiętasz?

Tak, bo to jedyne słowa nie po hebrajsku.

I tyle?

Nie, jeszcze coś. Sędzia po hebrajsku oświadczył, że ten tajny materiał Szabaku wskazuje na moje „powiązania z elementami terrorystycznymi” (prawnik mi to przetłumaczył na angielski: You have ties with terrorist elements). Co to miało znaczyć, nie wyjaśnił.

Może czas wyjawić, jakie są te twoje ties. Jak powiedział PAP Jacek Olejnik, I sekretarz ambasady w Tel Awiwie, „trzeba po prostu uważać, z kim się na Zachodnim Brzegu pozostaje w kontaktach, do kogo się dzwoni, od kogo telefony odbiera, z kim się spotyka”.

Wzruszająca troska. Moja praca polegała na współpracy z Palestyńczykami: partnerami PAH, rolnikami, dostawcami materiałów. Mam też jednego palestyńskiego kolegę, filmowca, zresztą chrześcijanina. Spotykam się czasem z synem faceta, od którego PAH wynajmuje dla nas mieszkanie w Jerozolimie. Owoce i warzywa też kupuję od Palestyńczyków. Takie są moje powiązania. I jeszcze – parę razy byłem w zakładzie poligraficznym, gdzie zamawiamy tabliczki, które mają chronić cysterny remontowane przez PAH przed ich niszczeniem przez wojsko.

Kamil w Beit Mirsim

PAH wyremontował tych cystern – razem z twoimi – ponad pięćdziesiąt.

Moje są w wiosce Beit Mirsim, która została przecięta murem separacyjnym. Piękne miejsce, masa pozostałości z czasów rzymskich, bizantyjskich i imperium otomańskiego, imponujący system tuneli, antyczne spichlerze i zbiorniki na oliwę w kształcie grusz, niestety zrujnowane. Nie ma kanalizacji, wodociągów. Wioska leży na granicy strefy B i C.

Musimy to wytłumaczyć.

W wyniku porozumień z Oslo z 1993 roku okupowany przez Izrael Zachodni Brzeg został podzielony. Strefa A, głównie miasta (Hebron, Betlejem, Ramallah, Jerycho), jest pod pełną kontrolą władz palestyńskich, strefa B jest zarządzana przez obie strony (administracyjnie przez władze palestyńskie, wojskowo przez Izrael), a strefa C – tylko przez władze wojskowe Izraela. Stefa C stanowi aż 65 procent Zachodniego Brzegu.

I wiele wskazuje na to, że Izrael konsekwentnie dąży do przyłączenia tych terenów, choć oficjalnie nikt tego nie powie. Nawet w dokumentach unijnych padają stwierdzenia, że narzędziem polityki Izraela jest ograniczanie Palestyńczykom dostępu do wody.

W strefie C budowane są też izraelskie osiedla i bazy wojskowe. Działalność pomocowa napotyka tu na duże utrudnienia. Dwie cysterny remontowane przez PAH zostały w zeszłym roku zburzone przez wojsko.

Opisywałem to w „Gazecie Wyborczej” w reportażach z Rahawy i innych wiosek Południowego Hebronu.

W moim Beit Mirsim żyło nie tak dawno 1200 osób, dziś 150. Niestety, wioski na terytorium C szybko się wyludniają, nawet gdy nie dochodzi do przesiedleń.

Niestety?

Żal mi tych wiosek, rolnicy porzucają tradycyjny styl życia i swoją ziemię, przenoszą się do dużych miast, jak Ramallah. Tracą swą kulturę, swą palestyńskość.

Kamilu, w pewnym sensie ty rzeczywiście zagrażasz polityce Izraela. Bronisz „palestyńskiego żywiołu”.

Jeżeli już, to raczej tradycyjnego stylu życia tych prostych ludzi. Przeniesieni do miast przestaną pielęgnować swoje drzewa, zwierzęta, obyczaje. Ale wspieraniem ludności palestyńskiej zajmuje się kilkadziesiąt organizacji pomocowych z wielu krajów, nie wiem, dlaczego kara spotyka właśnie mnie.

W Beit Mirsim pracowałem z doświadczonym inżynierem z palestyńskiej organizacji partnerskiej dla PAH. Zaczęliśmy od zebrania w baraku – siedzibie Związku Kobiet w Beit Mirsim. Przyszła niemal cała wioska. Trudno było wybrać, komu pomóc. Po tygodniu ogłosiliśmy, że będziemy remontować cysterny tym rodzinom, które mają większe potrzeby, więcej dzieci, pól, owiec. Kierowaliśmy się też wielkością cysterny i jej stanem technicznym. Nie mogło być wątpliwości, że cysterna jest własnością danej rodziny.

Ale oni nie maja przecież żadnych papierów, dlatego przegrywają sprawy w sądzie izraelskim.

Ale jest prawo rodowe, słowne ustalenia, które w wiosce liczą się bardziej niż papiery. Pieniędzy miałem na remont czterech cystern, ale udało nam się zaoszczędzić na piątą.

Co tu kosztuje?

Zakup cementu, drobnego piasku, klapy zamykającej, narzędzi, wynajęcie wyciągarki do oczyszczania cysterny. No i praca.

Płacicie rolnikom za pracę przy własnych cysternach?

PAH jako jedyna organizacja wymaga 40-procentowego wkładu własnego, czyli oni pracują de facto bezpłatnie. Lokalny gipsiarz, Ali, dał nam słowną gwarancję, co w tej kulturze najzupełniej wystarczy, że jeżeli któraś cysterna zaczęłaby w najbliższych piętnastu latach przeciekać, to on naprawi. Jego własna była remontowana w 2012. W moim projekcie ważna była też edukacja: jak dbać o cysterny, czyścić, zabezpieczać, remontować.

Zabiegi o wodę dla Palestyńczyków to walka o przetrwanie wiosek. Zwłaszcza że władze izraelskie ograniczyły ostatnio liczbę ciężarówek dostarczających wodę, za którą mieszkańcy płacą horrendalne ceny.

Nowe w moim projekcie było zastosowanie ceramicznych filtrów, które pozwalają oczyścić wodę tak, że nadaje się nie tylko do nawadniania pól czy pojenia owiec, ale także do użytku domowego.

I jak to działa?

Dopiero to odpalaliśmy, ale wiadomo, że filtry ceramiczne zatrzymują niemal sto procent cyst i bakterii. Szkolenie dla mieszkańców miało się odbyć w miniony czwartek, poprowadził je, mam nadzieję, mój inżynier.

Jacy są ci ludzie z Beit Mirsim?

Ciepli, gościnni, domagają się uwagi, każdy chce się podzielić swoimi kłopotami, zaciągają cię do domu, sadzają na materacach, podsuwają poduchy, częstują słodka herbatą, przysuwają wiatrak.

Kamil w Beit Mirsim

Jest elektryczność!

Jest nawet szkoła, raczej szkółka, też wybudowana przez organizację pomocową. Zawsze od nich wyjeżdżałem obładowany daktylami, figami, winogronami. Trudno odmówić, by nie naruszyć reguł gościnności. Ci ludzie są szczerzy, uczciwi, prości.

Twoje palestyńskie korzenie pomagały ci w pracy?

Inżynier poinformował ich, że mój ojciec jest Palestyńczykiem. Ale czy to ułatwiało relacje? Liczyła się raczej reputacja PAH-u. No, może miałem więcej zrozumienia i wyczucia ich sytuacji, znam trochę palestyńską kulturę, potrafiłem bliżej do nich dotrzeć. Rozumiem też pojedyncze słowa. Bir harban znaczy cysterna zepsuta, maj emszi – woda uchodzi…

Pasterze, których ja spotkałem, w naszych kategoriach mogli się wydawać „dziecinni”.

Tak bym nie powiedział. Są na pewno bardziej otwarci. Często żartują, nie wiem, skąd biorą tyle siły i pogody ducha.

Z wiary?

Nie sądzę. Mają meczet, ale mało kto chodzi na modlitwę.

A ty jesteś wierzący?

Już nie. Zostałem ochrzczony, byłem u pierwszej komunii, chodziłem na religię. Ale w wieku 13 lat powiedziałem księdzu, że choć go szanuję, to rezygnuję z bierzmowania, zwłaszcza że dla rówieśników to był taki bezrefleksyjny, rytualny gest.

Przez te dziesięć dni siostry walczyły o ciebie jak lwice

Trzymamy się mocno razem. Magda ma 32 lata, skończyła studia w Londynie, mieszkała w Syrii, o której od kilku lat pisze w „Tygodniku Powszechnym”, zaczyna doktorat w PAN. Ala, korespondentka PAP w Jerozolimie, kończyła studia w Chicago. Magda żyje prawami uchodźców, Ala – prawami lokatorów. Są niesamowite!

Czy jako pół-Palestyńczycy bywaliście w Polsce dyskryminowani?

Nie, nigdy. Czasem koledzy w gimnazjum robili sobie jaja, typu: „może byś zadzwonił po Al-Kaidę?”. Kiedyś zatrzymał nas policjant, sprawdził dokumenty i zapytał tatę o powiązania z terrorystami, czy coś takiego. Tata odpowiedział, że Ben Laden jest jego wujkiem. Policjant się zaczerwienił i przeprosił.

Ojciec mówi płynnie po polsku, jest tutaj prawie czterdzieści lat. Religie nie odgrywają w jego życiu żadnej roli. Mama jest katoliczką, była nawet na audiencji u Jana Pawła II. Mają z ojcem ślub kościelny.

Ja jestem Polakiem, mój język, kultura, mój dom jest polski, ale czuję się też obywatelem świata.

Cała wasza trójka angażuje się w sprawy świata.

Zaszczepili nam to rodzice, społecznicy z duszy i poniekąd zawodu. Mama w latach 90. harowała w państwowej przychodni, zarabiała grosze. Tata jest histopatologiem, z doktoratem, pracuje na kilku etatach, bo spłacają kredyt na budowę domu.

Moja mama nosi w sobie cierpienie rodziców wygnanych z Wileńszczyzny. Moi palestyńscy dziadkowie byli niepiśmiennymi rolnikami. Tata jako dziecko musiał pracować, by wspomagać swą wykorzenioną rodzinę.

Na lotnisku w Warszawie czekała na ciebie delegacja PAH.

Nie rozmawialiśmy zbyt długo, umówiliśmy się na poniedziałek. Z bólem serca czytałem w PAP, jak Janina Ochojska „odcięła” mnie od PAH-u. Mówiła, że nie chce komentować wyroku, bo nie wie, jakie były jego powody.

„Dla nas ważne jest, że te zarzuty nie są wobec PAH i nie wpłynie to na naszą pracę związaną z pomocą humanitarną w strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu”.

Jak to nie wpłynie? Już wpłynęło.

„Mamy nadzieję, że ten wyrok oznacza, iż nie musimy obawiać się, że nasi pracownicy humanitarni nie będą wpuszczani do Izraela, bo byłoby to pogwałceniem międzynarodowego prawa humanitarnego”.

Ich pracownik, czyli ja, właśnie nie został wpuszczony, prawo już zostało pogwałcone.

Organizacje humanitarne całego świata żyją w lęku przed tzw. advocacy, rzecznictwem, czytaj: unikają wszelkiego zaangażowania w „politykę”. Co jest zresztą utopijne, bo na przykład kwestia wody dla Palestyńczyków jest głęboko polityczna.

Czy działania PAH w mojej obronie to byłoby rzecznictwo? Moich praw do pracy humanitarnej bronili dyplomaci Unii Europejskiej, zaangażował się poseł Parlamentu Europejskiego, jego były przewodniczący, Jerzy Buzek. AIDA – zrzeszenie ponad 80 organizacji pomocowych działających na terenie Izraela i okupowanych terytoriów palestyńskich – wezwała społeczność międzynarodową „do wywarcia presji na władze Izraela, by przestrzegały powszechnie przyjętych zasad udzielania pomocy humanitarnej” i domagała się zezwolenia mi na dalszą pracę. Czemu więc i PAH, i MSZ uznali, że no cóż, stało się, nie ma co mnie dalej bronić?

Jesteś od dwóch dni w Polsce. Jak patrzysz teraz na to wszystko?

Przeglądam, co pisały polskie media. Było trochę nieścisłości. Nie zostałem ani „wydalony”, ani „deportowany” z Izraela, odmówiono mi wjazdu i odesłano do Polski. Deportacja oznaczałaby zakaz wjazdu na dziesięć lat, odesłanie – na rok. Nie postawiono mi „zarzutów”, nie zostałem o nic „oskarżony”, bo to nie był proces karny. To ja apelowałem do sądu rejonowego, a następnie do Sądu Najwyższego, by uzyskać wyjaśnienia i otrzymać pozwolenie na kontynuowanie mojej pracy.

Czuję się jakoś dziwnie pusty. Nigdy nie myślałem, że spotka mnie taka niesprawiedliwość. Powoli do mnie dociera, że straciłem to, nad czym tyle pracowałem, do czego od lat się szykowałem. Miałem rozpocząć następny projekt w połowie września, kolejne dziesięć cystern… Zostałem oderwany od ludzi, których cenię, od przyjaciół, od siostry, od dziewczyny. Ale to nie ja jestem najbardziej poszkodowany. Przegrali ci pasterze i rolnicy, dla których pracowałem. MSZ też przegrał, podobnie PAH. I polscy podatnicy, którzy finansują programy pomocowe.
Chciałbym, by moja historia przynajmniej wywołała zaciekawienie pomocą humanitarną, żeby wzrosło w Polsce poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje na świecie, żebyśmy nie byli tacy obojętni na ludzką krzywdę, tylko dlatego, że dzieje się daleko.

I jeszcze…

Jeszcze?

Z moją dziewczyną nie wiemy, co teraz robić. Marzyło nam się pół roku razem w Jerozolimie. Ona ma tam przed sobą kilka miesięcy ważnej pracy. Nie wiemy, czy może bezpiecznie z Izraela wyjechać, żebyśmy się choć na chwilę zobaczyli. Bo kto wie, czy jej też nie odmówią wjazdu. Jesteśmy w potrzasku.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.