Kraj, Michał Sutowski

Sutowski: O czym marzy lud koderski. Krótki kurs

kod-liberalowie-protesty-demokratyczne-dialog

Do takich ludzi można się odwołać z pozycji progresywnych, nie porzucając lewicowych wartości: wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia.

Opozycja nie musi zaraz tworzyć wspólnej listy do parlamentu, ale musi się przestać wzajemnie zagryzać. A także pouczać – bo od pouczeń właśnie zaczyna się każdy apel o jedność narodu w obronie demokracji. Może wtedy będziemy w stanie się skupić na właściwym przeciwniku i tworzyć konkurujące wizje przyszłej Polski, oferty polityczne i pomysły na najbliższe wybory, zamiast z góry rozważać, który ch… ściągnie nam PiS na głowę po raz kolejny.

Starszy i młodszy, względnie liberalny i lewicowy „nie-PiS” jest podzielony i taki zapewne pozostanie. Niedawna polemika Agaty Bielik-Robson z Kają Puto, morze felietonów, postów na Facebooku i gównoburz tamże, jak również kłótnie przy rodzinnych stołach wskazują, że sednem tego podziału jest stosunek do kapitalizmu – nie teorii rzecz jasna, lecz mitu z jednej, a realiów z drugiej strony.

Sutowski: Toksyczni rodzice nie pokonają PiS

Lewicy nie wystarczą w tym sporze szydercze repliki na felietony Maziarskiego czy Majcherka ani zaziewanie ich z nudów na śmierć. Tu w ogóle bowiem nie chodzi o żaden „wolnorynkowy beton” ani tym bardziej „neoliberalny mainstream”, który jako siła dominująca kopnął w kalendarz w 2015 roku, a dogorywał już w czasie wywiadu pt. Byliśmy głupi. Chodzi o całe, wielomilionowe jądro anty-PiS: ludzi po czterdziestce, a częściej nawet pięćdziesiątce, średnio i dobrze wykształconych, ze średnich i dużych miast.

To wśród nich postawy „w dupach się od dobrobytu poprzewracało” spotkamy najczęściej i to z nimi jest, względnie będzie, kłopot. Lud koderski ma bowiem moc – demografii i frekwencji, ale też stabilnego zatrudnienia z normowanym czasem pracy, nieraz oszczędności i kapitałów wszelakich. To oni w sondażach wyrabiają Platformie z Nowoczesną między 20 a 30 procent, to oni, wychowani na Trójce, w której dziś zostali im tylko Mann z Kaczkowskim, szerują SokzBuraka i dzwonią do Szkła kontaktowego, to oni robią frekwencję na marszach opozycji i krzyczą, że „kaczor do wora!”. Na KOD-y brali dzieci, ale te się migały; na Czarnym Proteście to oni przyłączyli się do dzieci, choć pewnie nie wiedzą, że cały ten ruch wymyśliła członkini nielubianego przez nich Razem.

Niestety, to również oni najsilniej mobilizują elektorat PiS swoimi memami o zasrywaniu plaż we Władysławowie, to oni najczęściej pouczają, że kiedyś ZOMO biło i ocet stał na półkach, więc niech gówniarze ruszą tyłek bronić demokracji; to wreszcie oni porównują Morawieckiego do Gierka. I to oni determinują język dzisiejszej opozycji.

Bo przecież hasła, że „ludzie chcą anty-PiS-u, a nie programu”, Siemoniak ze Schetyną nie wymyślili przy wódce, tylko im z badań tak wyszło. Badań tego właśnie elektoratu, którego jest oczywiście za mało, by pokonać PiS, ale bez którego PiS też będzie rządził latami. Który odpycha od polityki swym patosem i pogardą dla problemów młodszego pokolenia oraz budzi nienawiść – po odpowiedniej obróbce wizerunkowej w TVP Info – nie tylko twardego elektoratu Kaczyńskiego.

Czy ten „twardy anty-PiS” jest niereformowalny, a wielka część pokolenia naszych rodziców – stracona dla projektów lewicy? Niezdolna do rezygnacji choćby z estetycznej dystynkcji, która każe jej widzieć w Polaku wiecznego chama nienawidzącego „wszystkich, którym się udało” – i która tak świetnie pasuje do PiS-owskiej propagandy o gardzących ludem elitach?

Zaryzykuję jednak tezę, że za różne błędy i wypaczenia anty-PiS-owskiej narracji pokolenia 45+ czy 50+ nie odpowiada „oderwanie od koryta”, wyparta akumulacja kapitału na trupie PGR-owskiego robotnika rolnego ani tym bardziej wrodzony sadyzm burżuazji. Główną przyczyną niezrozumienia postulatów młodszej generacji, ale też niechęci do wszelkich pachnących „socjalizmem” idei jest raczej okres formacyjny – dojrzewanie i wczesna dorosłość w okresie schyłkowego socjalizmu, a tak naprawdę protokapitalizmu lat 80. Tej historii – inaczej niż opowieści o „wykluczonych transformacji” – lewica nie przyswoiła. Tymczasem to historia paradoksalna, nieredukowalna do banalnego zderzenia pustych półek z popkulturową wizją amerykańskiej obfitości. Prawdziwa ludowa historia kapitalizmu w socjalizmie.

Polska bieda-klasa średnia, przedsiębiorcy, którym trochę się udało, a trochę nie, bardzo często budżetówka i kadry administracyjne, ale także młodzi emeryci III RP o wysokiej stopie zastąpienia, ci wszyscy, którzy domy pod miastem budowali za wytyrane na niemieckich budowach pieniądze – oni bardzo rzadko czytali Hayeka, choć przed telewizorem w grudniu 1989 roku bardzo często oklaskiwali Balcerowicza.

Druga połowa lat 80. to kulminacja ciężkiego kryzysu realnego socjalizmu, zdelegitymizowanego ostatecznie stanem wojennym i nieudolnością sterowania gospodarką przez wojsko. Tę część podręcznika historii znamy zresztą nieźle – milion ludzi emigruje z PRL, władza miota się między gospodarką niedoboru a drożyzną, wszelkie sensowne reformy rozbijają się o opór biurokratycznej materii, politbiuro daje przyzwolenie na „bogacenie się” sfrustrowanego aparatu, licząc, że zbuduje przy okazji jakąś „klasę modernizacyjną”. System gnije i wije się w konwulsjach, a po drodze uwłaszczają się towarzysze. Tyle że to tylko jedna strona medalu, eksponowana do dziś przez prawicę i jakoś przyswojona przez starszą część elektoratu „zbuntowanego”. Drugą jest protokapitalizm oddolny – klucz do zrozumienia utopijnych fantazji tak wielu „obrońców III RP” – którego kluczowe sfery to nielegalny handel zagraniczny, praca na czarno w drugim obszarze płatniczym i oczywiście wyspy prywatnego biznesu.

Zacznijmy od handlu. Wyobraźnię antykomunistyczną na ten temat organizuje obraz młodego ZSL-owca sprowadzającego z Zachodu komputery dla ukraińskiego KGB, ale doświadczenie potoczne Polaków było zupełnie inne. Weźmy taką historię z życia: młoda mieszkanka mojego rodzinnego Koszalina w 1985 roku pożycza od znajomych 200 dolarów i jedzie na tzw. karuzelę – wycieczkę objazdową Orbisu. Kupuje tanie ubrania w Polsce i sprzedaje na pniu w czasie postoju we Lwowie za ruble, następnie z obłędem w oczach biega po sklepach w poszukiwaniu lokalnego sprzętu AGD. Potem jest Rumunia, gdzie jak woda schodzi wczesnoporonny Biseptol i prezerwatywy, kupuje się zaś kryształy, haftowane obrusy i kombinezony dla dzieci. Teraz szybki przelot przez Bułgarię i jazda do Turcji: tam lokalsi (ale też Jugosłowianie) za dolary biorą radzieckie AGD (i sami sprzedają w biednej Anatolii, gdzie ludzi na zachodni sprzęt nie stać). Stambuł to w końcu lat 80. światowe centrum podróbek, więc za zarobione dolary (1 za sztukę) można nabyć swetry, ale też droższe sukienki skopiowane wprost z katalogów „Burdy”. I z powrotem do Polski – chyba że jeszcze wpadniemy po drodze do Grecji, sprzedamy Zenita i komputer Atari, a kupimy kożuch i Metaxę. Część wysyłamy paczką, część do autokaru – turecka konfekcja schodzi na polskim bazarze z 3- lub 4-krotną przebitką. Lepsze rzeczy można potem zabrać (na sobie i w podręcznym do samolotu) na wycieczkę do Moskwy i Leningradu, gdzie kiecki schodzą i po 30 dolarów, kupują je prostytutki. Za ruble i dolary kupuje się pod Moskwą złoto z domieszką miedzi, czasem agaty, a nawet rubiny – na granicy przechodzą na zasadzie „sztuka jest sztuka”, bo liczy się liczba, a nie waga i próba deklarowanych przy wjeździe precjozów. Jak towaru jest więcej, pomaga kobieca fizjologia. Na niej można też zarobić – w Erywaniu dobrze np. schodzą spirale. A był jeszcze Budapeszt z dworcem Keleti, polski targ w Berlinie Zachodnim czy promy do Kopenhagi.

Można? Można, trzeba mieć tylko kapitał na początek (ale kilka pensji, nie miliony), z kimś zostawić dzieci i być wygadanym trochę powyżej poziomu czendżmany. Przydaje się też odwaga, logistyczna pomysłowość i twarz pokerzysty, kiedy celnik nie odpuści kontroli za parę majtek i sztangę Kentów. To nie jest zabawa dla każdego, ale też nie są to tylko rozrywki dyplomatów, oficerów Departamentu II czy pracowników central handlu zagranicznego.

Taki handel, zwłaszcza na większą skalę, był domeną inteligencji i ludzi wolnych zawodów, choć nieźle sprawdzała się też małomiasteczkowa prywatna inicjatywa. Z kolei praca na czarno w RFN, Austrii czy Szwecji – za niemal pełnym przyzwoleniem polskich władz w drugiej połowie lat 80. – była już domeną klasy robotniczej, nie wymagała też, jak dawniejsze kontrakty w Libii czy Iraku, wielkiej dawki pokory w zakładowym dziale kadr. Harówka na budowie, przy remontach autostrad, naprawach dachów lotnisk, ale też przy zbiorze owoców, w szczęśliwych przypadkach zlecenia dla wykwalifikowanych hydraulików czy terakociarzy w prywatnych domach – ciężka praca fizyczna, nieraz w urągających godności i zdrowiu warunkach – opłacana była jednak w walutach, których czarnorynkowy kurs przyprawiał o zawrót głowy. Seria kilkumiesięcznych wyjazdów za zachodnią granicę pozwalała zacząć budowę domu albo rozpocząć chałupniczą produkcję lusterek stokrotek, sztucznych kwiatów, względnie założyć hodowlę pieczarek. Z kolei wspomnienia prostych chodników, funkcjonalności hamburskiego S-Bahnu czy kolorowych miasteczek Skandynawii ustawiały optykę Europy Zachodniej jako naturalnego horyzontu aspiracji.

Wreszcie: wyspy prywatnego biznesu, formalnie legalne od połowy lat 70., szeroko akceptowane od połowy lat 80. Zmagania z urzędami (załatwiane zazwyczaj łapówkami) oraz brakiem surowca i często pracowników (nie było bezrobocia!) wynagradzał praktycznie natychmiastowy zbyt na rynku trapionym niedoborami, a jednocześnie chronionym przed zagraniczną konkurencją. Ekonomiczne prawo Saya: „każda podaż znajdzie swój popyt”, w socjalistycznej gospodarce PRL sprawdzało się znakomicie. Co ciekawe, od mniej więcej 1986 roku zmienia się oficjalny przekaz na temat prywatnej inicjatywy: to już nie są domniemani złodzieje i spekulanci, lecz awangarda postępu i racjonalności. W Dzienniku Telewizyjnym obrazy pijanych robotników z kombinatów budowlanych i zamkniętych w godzinach pracy sklepów „sektora uspołecznionego” zestawia się z obiecującymi innowacjami, wysoką jakością produktów, uprzejmą obsługą klienta w spółdzielniach i firmach prywatnych. Mitu potęgi wolnego rynku i prywatnej inicjatywy dopełnia słynna ustawa Wilczka. Jako mokry sen o przywróceniu „prawdziwego kapitalizmu” podnieca dziś głównie korwinistów, ale niewątpliwie oddawała atmosferę epoki, w której wyspy racjonalności i sensu na morzu niedoboru miały się zamienić w archipelag, a wraz z reformami Balcerowicza – zwarty kontynent kapitalizmu. Nawet jeśli pod amerykańską okupacją, to miała ona przecież wyglądać tak, jak w powojennej RFN.

Można było uwierzyć, że Zachód płynie mlekiem i miodem, że otwarta głowa i dwie ręce do pracy plus trochę odwagi to recepta na sukces, wreszcie – że państwo czego nie dotknie, to spieprzy. Także dlatego, że protokapitalizm połowy lat 80. był darwinistyczny, ale na swój sposób też egalitarny – przetrwają najzaradniejsi, ale też nie muszą mieć skończonego SGPiS-u ani rodziców w partii, wystarczy dobrze układać kafelki albo bajerować celników na Szeremietiewie. Pracuje się ciężko, ale za godne wynagrodzenie, więc jak ktoś „naprawdę chce”, nie tyko głodny i bosy nie będzie, ale i na wideo z Baltony mu starczy. Taki american dream w późnym PRL.

Wielki paradoks PRL-owskiego kapitalizmu oddolnego polegał oczywiście na tym, że jego walory ujawniały się nie tyle na tle beznadziei socjalistycznej, ile za jej sprawą. Puste półki w domach towarowych nie były kontrastem, lecz przyczyną atrakcyjności łóżkowo-szczękowego handlu, który w „normalnych” kapitalistycznych warunkach musiał zostać szybko stłamszony. Podobnie otwarcie granic i normalizacja kursu walutowego zamieniły los drobnego przemytnika: z minikrezusa na orbisowskiej wycieczce mógł już tylko zostać „mrówką” taszczącą torby ze spirytusem na pieszym przejściu granicznym. Do tego nastała prawdziwa konkurencja – nawet bez ekspansji zachodnich korporacji marże naszych drobnych protokapitalistów musiałyby spaść wraz z wejściem na rynek setek tysięcy kolejnych wierzących w opowieść pt. „załóż firmę, będziesz jak Carrington”.

Jeszcze w PRL całe kategorie obywateli były z dostępu do tych „protokapitalistycznych” możliwości wykluczone: samotni rodzice, pracujący biedni, którym niskie płace nie pozwalały na zgromadzenie najskromniejszego kapitału początkowego, duża część lumpenproletariatu, ludzie o najniższym kapitale kulturowym. Warstwa „włączonych” była mimo to relatywnie szeroka, a wielu mogło się wydawać, że spełnienie rozbudzonych aspiracji jest na wyciągnięcie ręki – zwłaszcza gdyby państwo zniosło ograniczenia (o których dziś wiemy, że były warunkiem sukcesu rynkowych nisz).

Polski lud w swej masie pragnął w efekcie kapitalizmu, choć – jak w dowcipie profesora Kowalika o Balcerowiczu i Tadeuszu Mazowieckiem – sprzedano mu bilet raczej do Waszyngtonu niż Bonn. Kontakt z realnym (choć nie reprezentatywnym) Zachodem mniejszości Polaków, ale za to z różnych warstw społecznych, i względnie niskie bariery wejścia do walki konkurencyjnej złożyły się na mit, w którym kapitalistyczne życie nie jest może sielanką, ale przynajmniej jest jakoś sprawiedliwe, bo wynagradza ambitnych, z głową na karku, co się pracy nie boją. A do tego wymusza modernizację i „cywilizowane standardy” produkcji i usług, skoro dwa tysiące nie należą się już za samo stanie i leżenie. Obalenie tego mitu wymagało bardzo brutalnego zderzenia z rzeczywistością w rodzaju upadku największego pracodawcy w mieście i zepchnięcia na margines rynku pracy. Ci, których to nie spotkało, mogli kapitalistyczny sen śnić dalej.

Tak czy inaczej, to właśnie tamten formacyjny okres zdeterminował światopogląd współczesnych KOD-erów i liberalnych przeciwników PiS: bardzo produktywistyczny, przypisujący jednostce silne sprawstwo i kontrolę nad własnym losem, niechętny interwencji państwa w gospodarkę. To raczej biografia pokolenia niż świadomość jednostkowych interesów ekonomicznych i raczej doświadczenie młodości niż współczesny status określają ich wybory polityczne i estetyczne – a także ramy akceptowalnego dla nich dyskursu.

Ci ludzie, do których również mogłaby mówić lewica, nie stanowią klasy społecznej – są wśród nich emerytowane nauczycielki i wykwalifikowani robotnicy z odchowanymi dziećmi, prawnicy wysokiego szczebla korporacji i lekarki, inżynierowie i sklepikarze. Łączy ich raczej zbudowana na pokoleniowym doświadczeniu mentalność, którą określają: pragnienie osobistej wolności i aspiracje do dobrego życia w modelu klasy średniej w kraju nowoczesnej Europy, z ograniczoną władzą państwa – nie wspólny próg podatkowy. A co z tego wynika na dziś i najbliższe dwa lata?

Do ludzi o takiej mentalności można się odwołać z pozycji progresywnych, nie porzucając własnych wartości: wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia; klasa średnia potrzebuje wysokiej jakości usług publicznych, aby mogła w pełni rozwijać swój potencjał; Unia Europejska wymaga solidarnościowej reformy, aby mogła przetrwać; najlepszą ochronę przed władzą daje silny samorząd i sieć obywatelskich organizacji itp. Można w ten sposób przeciągać istotną i zróżnicowaną grupę społeczną „na lewo”, a zarazem czynić ją lepszym sojusznikiem w walce z PiS.

Jeśli z kolei ustawimy „starych liberałów” (uczestników marszy KOD, obecnych wyborców PO i Nowoczesnej, starszych czytelników „Polityki” czy „GW”…) w roli beneficjentów transformacji gardzących „ludem”, namawiając ich do ekspiacji za PGR-y, siebie zaś uczynimy w tym układzie samozwańczymi trybunami ludowymi („lud ma rację, że się burzy, a że rządzi PiS, to wasza wina”), sami wkładamy się w ramy opowieści politycznej Kaczyńskiego.

W ten sposób wzmocnimy tylko dyskurs przeciwnika (bo wojna ludu z elitami to sedno przekazu PiS), jako lewa strona skazujemy się natomiast na klęskę – bo ani nie przyciągniemy do lewicowego projektu ludzi pokolenia „wyborów czerwcowych”, ani tych, którzy zostaną przy PO/Nowoczesnej nie przekonamy do rezygnacji z antyspołecznych poglądów. Skrzydło postępowe opozycji rozbije się o szklany sufit demografii, a skrzydło bardziej zachowawcze – o kontrskuteczność swej ideologicznej fiksacji. Jedna opozycja czy dwie, wszyscy przegrywamy.

Opozycjo, chcesz wygrać z PiS? Podziel się na pół

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.