Kraj

Lewica nie wygra, jeśli nie odbije prawicy słowa „patriotyzm”. Jak to można zrobić?

Święto Niepodległości. Fot. KPRM

Lewica zachowuje się jak uczeń, którego nie docenił nauczyciel: wyrywa się z ławki, macha ręką i krzyczy: „Psze pana! psze pana! my też jesteśmy patriotami!”.

11 listopada podzielona lewica zbierze się w Warszawie podczas odsłonięcia pomnika Ignacego Daszyńskiego w Warszawie. To dobry moment, żeby zastanowić się, o jakiej historii i patriotyzmie możemy opowiadać – i jak to się stało, że prawica uzurpuje sobie wyłączność na patriotyzm.

W sierpniu „Lewacka szmata” – mała grupa przyjaciół produkująca koszulki i kubki z lewicowymi hasłami i bohaterami lewicy – zaczęła zbierać na portalu Wspieram.to pieniądze na 100 tys. wlepek na stulecie niepodległości. Akcja zakończyła się sukcesem: 223 osoby wpłaciły w sumie ponad 16 tys. złotych.

We wrześniu „Lewacka Szmata” pytała na FB z goryczą:

Kochane lewackie osoby! (…) Jak to jest, że kiedy wrzucamy szczeniaczka wyklętego, lajki liczymy w setkach, sypią się szery i komentarze, ale kiedy pojawia się kolejna bohaterska postać, dziś niemal zapomniana, która wolnością, zdrowiem czy życiem przypłaciła walkę o prawa kobiet, prawa socjalne, demokrację i niepodległość, lajkuje z pięć osób?

Odpowiedzi, jak zwykle w przypadku takich pytań, jest kilka.

Po pierwsze, historia jako dyscyplina naukowa i pasja przyciąga konserwatystów i prawicę. Nie mam żadnych naukowych badań na ten temat – ale od czasów, kiedy studiowałem na uniwersytecie blisko ćwierć wieku temu, historia zawsze przyciągała prawicę, a socjologia – lewicę. Nie ma w tym nic dziwnego: socjologia krytykuje zastany porządek, historia – a w każdym razie taka, jaką się w Polsce zazwyczaj uprawia – ten porządek uświęca.

Czas przeszły niedokonany, czyli polska historia w komiksie

Po drugie, przez dekady wolnej Polski prawica wykonała ogromną pracę (piszę to całkowicie bez ironii), żeby stworzyć z przeszłości Polski sferę swojej politycznej dominacji i legitymizację dla władzy. Pomagali jej w tym niektórzy przedstawiciele centrum – tacy jak Bronisław Komorowski, który bardzo wsparł kult „żołnierzy wyklętych” w czasach swojej prezydentury. Zazwyczaj jednak przeszłość po prostu oddawano prawicy walkowerem. Centrum nie bardzo chciało się nią zajmować, a lewica krytykowała transformację lub „wybierała przyszłość” (młodsi czytelnicy KP mogą nie pamiętać hasła wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 roku).

Po przejęciu władzy przez PiS polityka historyczna władzy nabrała przyspieszenia i uległa radykalizacji. Zamiast Armii Krajowej oficjalnie czci się skrajnie nacjonalistyczną Brygadę Świętokrzyską Narodowych Sił Zbrojnych, pod koniec wojny współpracującą z Niemcami. AK jest już dla władzy zbyt demokratyczne i lewicowe. W lutym 2018 roku premier Morawiecki złożył kwiaty pod pomnikiem Brygady pod Monachium. Rząd RP kłóci się z demokratycznymi Niemcami, ale składa kwiaty pod pomnikiem formacji współpracującej z nazistami! Symboliczny wymiar tego aktu trudno przecenić.

Kogo uczcił polski Sejm

czytaj także

Dla tygodnika „Polityka” przeczytałem podręczniki historii do szkoły podstawowej napisane zgodnie z nową podstawą programową (tekst ukazał się w numerze z 7 listopada). W skrócie: o papieżu i „wyklętych” jest tyle samo, co o PRL w ogóle i o „Solidarności”. PRL był jak Korea Północna: władza mordowała Polaków, w szczególności księży, a ci, którzy nie zostali zamordowani, stali w długich szarych kolejkach po chleb. Zamordowana przez komunistów „Inka” pełni rolę Janka Krasickiego IV RP. Oboje byli promowani przez propagandę historyczną jako młodzi, idealistyczni ludzie zamordowani za słuszną sprawę. (Nie porównuję tu życiorysów tej dwójki, tylko ich propagandową funkcję).

Zamordowana przez komunistów „Inka” pełni rolę Janka Krasickiego IV RP.

Można się oczywiście naśmiewać z martyrologiczno-bogoojczyźnianego ideololo, ze złych filmów, pościeli „patriotycznej” i majtek z godłem Dywizjonu 303. Te ostatnie zmyśliłem, ale w ogólnym nurcie historycznego kiczu mieściłyby się doskonale. Niestety, dla tej produkcji nie ma alternatywy. Jeśli młody Polak zetknie się z narodową historią w sferze publicznej – w szkole, w kinie, na uroczystości państwowej – to będzie ona podana w takim właśnie sosie.

Patriotyzm równa się Bóg, Honor i Ojczyzna (to nawet będzie na paszportach); jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie; bij bolszewika, bij, bij bij; tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem. Znacie to? Znacie.

Nowy paszport państwa z dykty

Oczywiście lewica może po prostu spokojnie usiąść w fotelach – ma dużo ważnych zmartwień – i czekać na nieuchronny backlash. Bogoojczyźnianej propagandy jest za dużo i jest zbyt inwazyjna oraz infantylna, żeby w końcu nie nastąpił.

Stawiszyński: Warsztaty z masakry

Jest to jednak czekanie na Godota. Na razie w obliczu propagandy historycznej prawicy lewica ogłasza całkowitą kapitulację. Strategie, które przyjmuje, można z grubsza podzielić na dwa rodzaje. Pierwszy to po prostu alergiczna reakcja na słowo „patriotyzm”, zgodnie ze starą tradycją w myśli lewicowej, która mówi, że nacjonalizm jest wynalazkiem burżuazji służącym otumanieniu umysłowemu klasy pracującej. Jest to jednak pogląd radykalny, który jego wyznawców skutecznie delegitymizuje w naszej sferze publicznej. Mówiąc krótko: nikt, kto coś takiego twierdzi, nie wygra w Polsce wyborów ani w ogóle nie będzie w polskiej polityce nikim istotnym. Nigdy.

Druga strategia polega na przypominaniu: „my też byliśmy patriotami” i jest bardziej obiecująca. W ramach streszczenia zacytujmy rekomendację pisarza Jacka Dehnela dla akcji „Lewackiej Szmaty”:

100 lat po 1918 roku usilnie wymazuje się fakt, że ta rodzima siła polityczna, która faktycznie doprowadziła nas do niepodległości, to PPS, czyli, tak, Polska Partia SOCJALISTYCZNA. Pod czerwonym sztandarem, z Marksem w głowie, siedząca w carskich tiurmach, podkładająca bomby, likwidująca konfidentów, roznosząca bibułę wśród robotników, napadająca na pociągi z państwowym złotem. Warto pamiętać o tych bohaterach, kiedy ludziom takim, jak Stefan Okrzeja (dziewiętnastolatek, powieszony na stokach Cytadeli za walkę o wolną Polskę) zabiera się ulice i daje je proboszczom.

Dehnel ma oczywiście sto dziesięć procent racji, kiedy pisze o zasługach PPS. Jej dziedzictwo zostało całkowicie zmarginalizowane przez rządzącą prawicę. Dziś PiS traktuje Piłsudskiego jako swojego patrona, robiąc z niego brata bliźniaka Romana Dmowskiego (podczas gdy naprawdę dzieliła ich taka przepaść, jak Kaczyńskiego i Tuska). Najchętniej pochowaliby ich we wspólnym grobie. Jarosława Kaczyńskiego nazywano w partii podobno nawet „Naczelnikiem”, podczas gdy Prezes przypomina Piłsudskiego mniej więcej w takim stopniu, jak poseł Marek Suski Kasztankę.

Przypominanie o własnych zasługach jest dużo lepszą strategią, jest to jednak gra według melodii napisanej przez prawicę. Lewica zachowuje się jak uczeń, którego nie docenił nauczyciel: wyrywa się z ławki, macha ręką i krzyczy: „Psze pana! psze pana! my też jesteśmy patriotami!”.

Niepodległość: niedokończony projekt

Czy jest jednak lepsze wyjście? Tak: przestać grać w grę pisaną przez nacjonalistów. Polski patriotyzm był demokratyczny i lewicowy. Wrogiem dla niego był nie tylko carski policjant, ale także ich rodzimy współpracownik – niemal zawsze należący do klas posiadających (tak, to nie są fantazje). Bez ludowej i demokratycznej Rzeczypospolitej – ludowej w sensie socjalistycznym, czyli dającej obywatelom równość – nie ma niepodległej Polski. O tym trzeba opowiadać bez żadnych zahamowań wobec nacjonalistów wymachujących Mieczykami Chrobrego i obrazkami z papieżem.

Żadnych kompleksów, żadnych tłumaczeń, pełna rewindykacja: to oni się powinni wstydzić swojego pana Romana, a nie PPS Stefana Okrzei.

Chcę mieć koszulkę z Okrzeją

Żeby jednak rewindykacja była możliwa, trzeba rozmontować aparaturę propagandową prawicy, finansowaną w ogromnej większości za publiczne pieniądze. Potrzebna jest więc radykalna reforma programów szkolnych, zatrzymanie finansowania dla telewizyjno-kinowej bogoojczyźnianej hucpy, likwidacja IPN i powołanie go na nowo, pod inną nazwą i ze zmienionym personelem, jako instytutu badawczego o zróżnicowanym politycznie profilu.

Według przecieków płynących z kręgów zbliżonych do władz Koalicji Obywatelskiej jej władze zrozumiały konsekwencje ustępowania na tym polu prawicy – i po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach można liczyć przynajmniej na częściową realizację tych postulatów. Najpierw jednak trzeba wygrać.

12 listopada jako święto desperacji

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter
Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: "Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz "Zbawcy mórz" (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki "Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych" 1943–1980 (2013) i "Eksperymenty na biednych" (2016).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.