Gospodarka

MMT, czyli wojna o pieniądze

Fot. William Canady, Pexels

Zwolennicy MMT postulują: to rząd ma prawo do produkcji własnych pieniędzy. Jeżeli polski premier chce wybudować nową stocznię, to może zaordynować swojemu bankowi centralnemu, żeby wpłacił 20 miliardów – stworzone z niczego – na rządowe konto.

Modern Monetary Theory (MMT), czyli, tłumacząc na polski, nowoczesna teoria pieniądza, robi w ostatnim czasie oszałamiającą karierę. Coraz częściej przewija się w wypowiedziach rozpoznawalnych polityków lewicy (m.in. wschodzącej gwiazdy amerykańskiej Partii Demokratycznej, Alexandrii Ocasio-Cortez), dyskutują o niej ekonomiści, finansiści i publicyści, także w Polsce (aczkolwiek z przekąsem).

MMT stało się modnym skrótem, ale wygląda na to, że jest czymś więcej niż tylko sezonową fascynacją – ekonomiczną teorią, która zagości na stałe w dyskursie dotychczas zdominowanym przez liberalny, wolnorynkowy konsensus. Czym więc jest nowoczesna teoria pieniądza i jaki może mieć wpływ na gospodarkę?

Skąd się biorą pieniądze?

Aby dobrze zrozumieć idee MMT, należy najpierw pochylić się nad tym, jak światowy system finansowy działa obecnie, a w szczególności skąd biorą się w nim pieniądze. Lwia część pieniędzy w obiegu (szacunki mówią o ok. 95–97 procentach) tworzona jest przez banki komercyjne w procesie udzielania kredytów. Z grubsza: jeżeli pójdziemy do banku pożyczyć pieniądze na zakup samochodu czy remont domu, bank tworzy te pieniądze „z powietrza” i wpłaca je nam na konto. To żadna teoria spiskowa – taki sposób funkcjonowania systemu finansowego został udowodniony empirycznie, i z taką właśnie teorią zgadzają się główne banki centralne świata (w tym NBP).

Podstawową przyczyną nierówności są pieniądze. Kobiety mają ich mniej

Jedynym praktycznym ograniczeniem skali udzielonych przez banki kredytów jest wiara w to, że ich klienci nie zbankrutują i swoje pożyczki spłacą. Jeżeli bowiem wystarczająco dużo klientów zbankrutuje, bankowi prędzej czy później zabraknie kapitału, z którego pokrywa straty na udzielonych pożyczkach. A w sytuacji, kiedy bankowi skończy się kapitał, wartość jego pasywów (środków pożyczonych z zewnątrz) przekroczy wartość jego aktywów (własnych zasobów i spłacalnych kredytów) i bank będzie musiał ogłosić bankructwo.

Reszta pieniędzy w gospodarce (około 3–5 procent) pochodzi z banku centralnego w formie monet i banknotów – w dobie dominacji pieniądza elektronicznego gotówka ma coraz mniejsze znaczenie i jej ilość w zasadzie nie ogranicza w znaczący sposób banków w procesie kreacji kredytowej. Jakie są konsekwencje takiego, a nie innego systemu finansowego?

Rząd nie ma własnych pieniędzy

Obecnie wszystkie pieniądze są tworzone w sektorze bankowym, więc rząd może zdobyć środki na swoją działalność albo przez pobór podatków, albo przez emisję obligacji, czyli zapożyczanie się na rynku kapitałowym. Trzecią opcją jest użycie tzw. renty menniczej, czyli dochodu, który bank centralny osiąga z emisji banknotów i który przekazuje skarbowi państwa, jednak w obecnych czasach jest on na tyle mały, że możemy go zignorować. Należy zauważyć, że brak kontroli nad produkcją pieniędzy jest dla rządu mocnym ograniczeniem. Przykładowo: jeżeli rząd ma w swojej strategii znaczące dofinansowanie jakiejś gałęzi gospodarki (np. energetyki), to żeby to zrobić, musi albo ograniczyć wydatki gdzieś indziej (np. w służbie zdrowia albo edukacji), albo podnieść podatki, albo zadłużyć się poprzez emisję dodatkowych obligacji. Podkreślmy raz jeszcze – w żadnym z tych wariantów rząd nie tworzy nowych pieniędzy, tylko redystrybuuje już istniejące.

Żaden z tych scenariuszy nie jest dla rządu idealny. Przeniesienie finansowania z jednego sektora na drugi może sprawić, że zabierzemy pieniądze tym, którym są one faktycznie potrzebne. Podniesienie podatków to dosyć niepopularne uderzenie w wyborców. Zadłużanie się z kolei może sprawić, że strategia rządowa zostanie w znaczącym stopniu uzależniona od międzynarodowych rynków finansowych – dobitnie pokazały to niedawne perypetie nowego rządu włoskiego. Gdy w maju zeszłego roku na nowego ministra finansów zaproponowano Paola Savonę, znanego z eurosceptycyzmu, „rynki” dostały apopleksji, a oprocentowanie na dziesięcioletnich obligacjach włoskiego skarbu państwa poszybowało w górę. Doprowadziło to do bezprecedensowej sytuacji, w której prezydent Włoch odmówił zaprzysiężenia Savony, którego musiał zastąpić kandydat bardziej odpowiadający globalnej finansjerze. To tylko jeden z przykładów, jak rynki wydają pomruki niezadowolenia, jeżeli tylko rządy próbują wykonywać ruchy niezgodne z ekonomiczną ortodoksją (zrównoważone budżety, niskie podatki, deregulacja etc.).

To prywatne banki tworzą nowe pieniądze i decydują, kto je otrzyma

W systemie demokratycznym banki nie są bezpośrednio kontrolowane przez rząd, więc to one tak naprawdę decydują, które sektory gospodarcze otrzymają nowe kredyty, a które nie. W latach powojennych rządy starały się wpływać na sektor bankowy poprzez kontrolę ustawodawczą, jednak po fali deregulacji z lat 80. nastąpiła faktyczna abdykacja państwa, jeśli chodzi o rynek finansowy, i decyzje kredytowe pozostały w wyłącznej gestii banków. Można spekulować, czy to dobrze czy źle, ale trend jest raczej niepokojący – coraz więcej tworzonych z niczego pieniędzy idzie albo na kredyty hipoteczne (skutkując ogromną inflacją cen mieszkań), albo wprost na spekulację finansową (skutkując kryzysami, takimi jak w 2008 roku). W niektórych krajach (np. Wielkiej Brytanii) szacuje się, że na tak mało produktywne cele przeznacza się aż 90% nowych kredytów, a tylko 10% zasila „realną” gospodarkę.

Obecne prawo właściwie uniemożliwia rządom tworzenie własnych pieniędzy

Skarb państwa mógłby co prawda spróbować przejąć bezpośrednią kontrolę nad podażą pieniądza poprzez proces tzw. monetyzacji długu, w którym bank centralny kupowałby obligacje wprost od rządu. To znaczy – rząd wypuszcza nowe obligacje, bank centralny bezpośrednio je skupuje, tworząc przy tym nowe pieniądze (ponieważ posiada prawo do emisji waluty), i te nowe pieniądze trafiają na konto budżetu państwa, gotowe do wydania. Praktyczne problemy takiego rozwiązania są dwa: po pierwsze, mniej więcej 40 lat temu banki centralne na świecie wybiły się na niezależność, która została wpisana do konstytucji, więc nie miałyby one żadnego prawnego obowiązku skupowania obligacji skarbowych bezpośrednio od rządu. Po drugie, w przypadku Europy monetyzacji długu zabrania państwom członkowskim traktat lizboński na podstawie artykułu 123.

Gorzki sukces globalizacji

czytaj także

Gorzki sukces globalizacji

Matthew, Andrew i Paul Caruana Galizia

Głosi on, że „zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne państw członkowskich, zwane dalej „krajowymi bankami centralnymi”, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym (…), jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. Zarówno traktaty międzynarodowe, jak i niezależność banków centralnych sprawiają zatem, że zadania państwa związane z sektorem finansowym praktycznie ograniczają się do roli „Wielkiego Redystrybutora”.

Państwo wstaje z kolan

Zwolennicy MMT słusznie zauważają, że system opisany powyżej jest niedorzeczny z kilku powodów.

Przede wszystkim absurdalna jest sytuacja, w której rząd musi stworzyć jeden świstek papieru (obligacje) i sprzedać go, aby otrzymać inny świstek papieru (banknoty). Czy nie byłoby prościej, gdyby tym pierwszym świstkiem papieru były po prostu pieniądze? Skoro rząd ma prawo do wykonania pierwszej operacji, dlaczego nie może mieć prawa do drugiej?

Poza tym dlaczego strategia rządowa ma być ograniczana przez prywatne banki? Przecież od tego są demokratyczne wybory, żeby wyłoniony rząd mógł faktycznie sprawować władzę, tymczasem ma związane ręce przez skomplikowany system finansowy. W ostatnich latach regularnie słyszy się o tęsknocie wyborców za politykami, którzy mieliby na sztandarach wielkie idee, plany i strategiczne pomysły na rozwój kraju. Tylko w jaki sposób mają owe wizje wprowadzać w życie, skoro nie będą mieli na nie pieniędzy?

Wobec tego zwolennicy MMT postulują, co następuje: to rząd powinien mieć prawo do produkcji własnych pieniędzy. Rząd tworzy prawo, w tym prawo do emisji waluty. Czyli jeżeli polski premier chce wydać 20 miliardów złotych na zbudowanie nowej stoczni, to może zaordynować swojemu bankowi centralnemu, żeby ten wpłacił na rządowe konto owe 20 miliardów (stworzone z niczego), które zostaną następnie wydane na materiały budowlane, pensje robotników, architektów, inżynierów, marketing etc. W ten sposób rząd ma w posiadaniu bardzo skuteczną dźwignię do rozkręcenia gospodarki, bez oglądania się na dąsy rynków kapitałowych czy ograniczenia budżetowe.

A konsekwencje?

Zastanówmy się zatem nad konsekwencjami takiego postawienia sprawy przez zwolenników MMT.

Po pierwsze, kontrola rządu nad pieniędzmi ma przede wszystkim służyć zaprzęgnięciu do pracy niewykorzystanych zasobów drzemiących w gospodarce. Upraszczając – dzięki sprawnej manipulacji walutą rząd może w pełni wyeliminować bezrobocie. W modelu ekonomii według MMT, jeżeli na rynku prywatnym nie potrzeba pracowników i mamy bezrobocie, rząd to zapotrzebowanie może stworzyć – wystarczy, że wskaże bezrobotnym, gdzie mają iść pracować (np. przy budowie nowej stoczni) i zapłaci im, używając do tego pieniędzy, które sam wydrukował.

Podkaminer: Żyjemy na kredyt

Po drugie, właściwie jedynym ograniczeniem polityki rządu jest inflacja. W tej kwestii MMT dosyć sprawnie radzi sobie z argumentem podnoszonym przez liberałów o „drukowaniu pieniędzy przez państwo, co zawsze prowadzi do hiperinflacji”. MMT tłumaczy, że nadmierna inflacja nie powstanie, jeżeli nowe pieniądze przeznaczy się na produkcję dóbr potrzebnych gospodarce. Inflacja powstaje dopiero wtedy, gdy nowe kredyty przeznacza się na zwykłą konsumpcję bądź na spekulację na rynkach finansowych. Tak długo jak rząd przeznacza nowe pieniądze na rozwój gospodarczy, hiperinflacja się nie pojawi, ponieważ zwiększoną ilość gotówki w obiegu zrównoważy zwiększona ilość produktów na rynku.

Po trzecie, podatki w teorii MMT odgrywają głównie rolę monetarnej „gąbki”, zamiast narzędzia redystrybucyjnego. Jeżeli rząd uzna, że pieniędzy w systemie jest jednak za dużo, wystarczy, że podniesie podatki, ściągnie w ten sposób większą ilość gotówki z rynku i stłumi inflację. Podatki przestają być wykorzystywane jako narzędzie potrzebne rządowi do zebrania środków na inwestycje, ponieważ rząd te środki może sobie stworzyć sam.

Sama MMT, choć jej pomysły wywodzą się z teorii monetarnych z początków dwudziestego wieku, jest wciąż teorią młodą i jeszcze nieokrzepłą, więc w jej środowisku toczą się ciągłe debaty (np. o tym, czy rząd powinien monetyzować dług narodowy poprzez bank centralny, czy drukować pieniądze bezpośrednio, bez tworzenia obligacji? Albo – czy powinno się zostawić prywatnym bankom możliwość kreowania pieniędzy?). Główne założenie pozostaje jednak niezmienne – państwo przestaje być „Wielkim Redystrybutorem” i odgrywa główną rolę w krajowym systemie monetarnym.

Pomysł MMT na rządową kontrolę procesu kreacji pieniądza nie jest nowy. Historia zna wiele przykładów, kiedy faktycznie miało to miejsce – antyczny Rzym, średniowieczne Chiny, Stany Zjednoczone podczas wojny secesyjnej (tzw. greenback), dziewiętnastowieczne Japonia i Niemcy, Wielka Brytania w pierwszych dekadach dwudziestego wieku (Bradbury pound) czy próby Kennedy’ego z lat 60.

MMT dotyka jednak bardzo ważnego wątku, którego sednem jest polityka, a nie ekonomia. Prawda jest bowiem taka, że kto kontroluje pieniądze i kredyt, ten kontroluje gospodarkę i kierunek, w którym podąża dany kraj.

Alexandria Ocasio-Cortez wzięła Amerykę szturmem

Obecnie kontrolę tę dzierżą banki komercyjne (które pieniądze tworzą) do spółki z niezależnymi od rządu bankami centralnymi (które banki komercyjne nadzorują). MMT zakłada zaś, że władza nad pieniądzem należy się rządom, które zostały wyłonione w demokratycznych wyborach, a nie prywatnym firmom. To oczywiście rodzi kolejne pytanie – czy możemy ufać politykom, że z tej wielkiej władzy będą korzystali rozsądnie? Czy jesteśmy pewni, że np. partia dołująca w sondażach nie pokusi się o dodruk pieniądza na spełnienie konsumpcyjnych zachcianek wyborców? MMT zdaje się głosić, że taki jest już urok demokracji – wybierajmy ludzi rozsądnych, którzy co prawda będą mieli w swoich rękach ogromną władzę, ale którzy będą wiedzieli, jak z niej skorzystać z pożytkiem dla nas wszystkich.

Z drugiej strony – czy lepszy jest obecny system, w którym ufamy bankom, że dobrze rozdysponują kapitał? Być może właśnie kryzys 2008 roku pokazał, że tak nie jest i że założenia MMT należy wprowadzić w życie?

MMT w praktyce

Powiedzmy sobie szczerze – wprowadzenie w czyn idei MMT w Polsce jest nierealne. Bo nie dość, że oznaczałoby to najprawdopodobniej unieważnienie konstytucyjnej zasady niezależności NBP (wyobraźmy sobie wrzask medialny, gdyby czegoś takiego spróbował obecny rząd), to jeszcze najpewniej potrzebne byłoby wypowiedzenie traktatu lizbońskiego (byłoby to równoznaczne z Polexitem, co brzmi jak polityczne science fiction). Jednak nie należy załamywać rąk – nawet w ramach istniejącego systemu mamy co najmniej trzy sensowne opcje, które zwiększają wpływ rządu i sektora publicznego na system pieniężny bez wprowadzania MMT.

Pierwsza to perswazja kredytowa – rząd, we współpracy z bankiem centralnym, może wymuszać na bankach komercyjnych kredytowanie tych gałęzi gospodarki, które są strategicznie istotne. Rozwiązanie to zostało wypróbowane np. w Japonii czy w państwach Europy Zachodniej w pierwszych trzech dekadach po drugiej wojnie światowej.

Od żółtych kamizelek po Zielony Nowy Ład

Druga to decentralizacja sektora bankowego – rząd może wspierać bankowość lokalną, czyli sieć małych banków, których współwłaścicielami są mieszkańcy danej społeczności decydujący, na co wydawane są nowo stworzone kredyty. Taki model sektora bankowego był jednym z głównych źródeł potęgi gospodarki niemieckiej w ostatnich stu kilkudziesięciu latach.

Rządowe pożyczki od banków – zamiast opierać się na rynkach kapitałowych, rząd mógłby pożyczać pieniądze bezpośrednio od krajowych banków komercyjnych, dzięki czemu faktycznie tworzyłby nowe pieniądze w obiegu. Banki z chęcią zgodziłyby się na taki układ – państwo jest jednym z najstabilniejszych i najbardziej wypłacalnych klientów, jakiego można sobie wyobrazić, więc ryzyko bankructwa jest minimalne. Możliwe też, że rząd uzyskałby niższe oprocentowanie, niż miałoby to miejsce przy emisji obligacji.

Powyższe nie zmienia faktu, że MMT jest głosem potrzebnym w debacie ekonomicznej na świecie. Przede wszystkim dlatego, że w przejrzysty sposób tłumaczy działanie obecnego systemu finansowego i pokazuje, jak można go zmienić, by w większym stopniu służył społeczeństwu. Każdy głos, który stara się w logiczny sposób polemizować z dominującymi ideami wolnorynkowymi, zasługuje na uwagę i rzetelną debatę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.