Unia Europejska

Sturis: SYRIZA jest zmianą, na którą Grecy czekali [rozmowa]

Przeciwko polityce cięć, ale za Unią, za demokracją, za wspólnotowością i solidarnością. Dlatego wygrali.

Jakub Dymek: W swojej książce Grecja. Gorzkie pomarańcze opisywałeś niepewność i codzienne problemy, jakie przyniósł Grekom kryzys i aplikowana tam polityka oszczędności i cięć. Mam jednak poczucie, że w Polsce temat polityki austerity nie może zafunkcjonować, bo towarzyszy mu lekceważące przekonanie, że cięcia w usługach publicznych to przecież nic takiego. „Zaciskanie pasa? My to dopiero w Polsce zaciskaliśmy pasa”. Ale gdyby to było nic takiego, to chyba Grecja nie przechodziłaby przez ostatnie lata przez okres wielkich turbulencji, po których w końcu postawiła na SYRIZĘ?

Dionisios Sturis: Oczywiście w Polsce trudno sobie wyobrazić grecki kryzys, bo tamtejsze emerytury wciąż są wyższe niż nasze, podobnie płaca minimalna. Jeśli ktoś przelicza tamtejsze wypłaty na złotówki, to wciąż może się wydawać, że Grecy i Greczynki są dużo bogatsi. Mało kto uwzględnia różnice w cenach towarów i usług oraz różnych opłatach – za tę rzekomo wysoką płacę minimalną albo emeryturę wynoszącą 300 euro – a tyle ma na przykład moja ciotka – nie wynajmiesz mieszkania, emeryt nie kupi leków, ledwo kupisz produkty żywnościowe na cały miesiąc. Szukając kolejnych przykładów kryzysu: moja kuzynka, która pracuje w szpitalnym laboratorium i ma 20 lat stażu, zarabia teraz 30 proc. mniej niż przed kryzysem. Wcześniej były widełki płacowe i zbiorowy układ pracy, który gwarantował, że co roku dostanie się trochę więcej. Teraz jednak płace spadły do poziomu przedkryzysowej stawki minimum, czyli nieco ponad 700 euro. To dużo czy mało? Chyba nie jest to majątek, skoro wynajęcie mieszkanie w Atenach to 450 euro.

Najbardziej dotknięci kryzysem są najbiedniejsi, czyli ci, którym i przed załamaniem nie wiodło się dobrze. Ale klasa średnia też dostała po tyłku, nawet jeśli nie zawsze po pensji, a to dlatego, że pojawiły się nowe podatki – podatek solidarnościowy, od nieruchomości – wmuszane także przy okazji np. rachunku za prąd.

Klasa średnia ucierpiała jeszcze przed wprowadzeniem pierwszego planu oszczędnościowego czy już po nim?

Mówimy o okolicach 2010 roku, kiedy zaczął działać pierwszy „pakiet ratunkowy”, a po nim lawinowo posypały się kolejne utrudnienia dla Greczynek i Greków. Jak to daje o sobie znać?

Dziś, gdy przejedziesz się po Atenach, zobaczysz, że w każdej dzielnicy jest kuchnia polowa, kościelna czy prowadzona przez organizację pozarządową, wydająca bezpłatne jedzenie.

Kolejki pod urzędami pracy to widoczny znak 26-procentowego bezrobocia, absolutnego przekleństwa greckiej gospodarki po kryzysie. Mnóstwo ludzi straciło miejsca pracy, choćby w administracji publicznej, a prawie nikt – młodzi i starzy – nie może jej na powrót znaleźć.

Obrazowym przykładem obecności kryzysu w greckich miastach jest wybuch popularności skupów złota. Gdziekolwiek pójdziesz, zobaczysz szyldy z napisem Αγορά Χρυσού], a za nimi malutkie lokaliki, w których znajdują się tylko kanapa, biurko i waga – ludzie wyprzedają tam swoje złoto, obrączki, medaliki, żeby mieć trochę podręcznej gotówki na kolejne wydatki. Ten biznes chyba jako jedyny zyskał na kryzysie. Względnie dobrze ma się może jeszcze turystyka.

Najmniej kryzys widać na greckich wyspach. Tam, gdzie każda rodzina ma małą knajpę czy poletko, z którego żyje, ludzie dają sobie radę. Na Cykladach – gdzie byłem niedawno – mieszkańcy powiedzą, że ruch turystyczny jest dużo mniejszy, bo nie przyjeżdżają tam na wakacje ludzie z Aten czy Salonik, ale jakoś dają radę dzięki turystom zagranicznym. W dużych miastach jednak sytuacja jest naprawdę ciężka. Nie wiem, jak jeszcze o tym mówić, by w polskim kontekście wybrzmiało to, że kryzys w Grecji był naprawdę dotkliwy dla społeczeństwa. A Grecy spadali też z wysokiego konia…

Gdy ostatnio byłem w Grecji i widziałem emerytów grających sobie popołudniami w warcaby w kawiarniach, po części zrozumiałem, skąd się wziął mit o „leniwych Grekach”. Ale ta scenka, pokazująca raczej, jak wspólnotowa kultura wolnego czasu w greckich miastach może różnić się od polskiej, wcale nie mówi o wysokim standardzie życia czy olbrzymim socjalu. Jak z tym jest naprawdę?

Tak, te anegdotyczne dowody niewiele mówią. W Polsce czasów wojny kawiarnie też były pełne, ale to chyba nie znaczy, że wszystkim wiodło się świetnie. Tak samo jest dziś w Grecji: sytuacja jest bardzo ciężka, ale to nie znaczy, że ludzie nie znajdą 1,50 euro na kawę. Ale być może nie znajdą już na obiad czy kolację w tawernie. I znów, nie ma się co oburzać, że jedzą w restauracji, bo to zwyczajna grecka tradycja, z której muszą rezygnować. Możliwość wyjścia do restauracji to nie znak luksusu, tylko normalności. Nie bez powodu cieszymy się, gdy coroczne badania pokazują, że Polki i Polaków stać na to coraz częściej, prawda?

W kraju zaczęły też działać zagraniczne organizacje zajmujące się ratowaniem upadającej służby zdrowia, w Wielkiej Brytanii prasa pisze na przykład, że tamtejsze działaczki czy studenci jeżdżą do Grecji uczyć się pracy w realiach faktycznej katastrofy.

Tak, w Grecji działają teraz Lekarze bez granic i Lekarze świata, to chyba jedyny taki przypadek w Unii Europejskiej!

Głównie pomagają imigrantom, którzy nie mogą liczyć na bezpłatną opiekę lekarską – a bardzo często jej potrzebują, bo padają ofiarami brutalnych pobić dokonywanych przez bojówkarzy Złotego Świtu (działacze praw człowieka mówią o setkach rasistowskich ataków rocznie i tysiącach poszkodowanych). Ale w przychodniach prowadzonych przez te organizacje widziałem także mnóstwo Greków, których nie stać na wizytę u specjalisty lub na zakupy w aptece – cięcia w służbie zdrowia zupełnie poszatkowały listę leków refundowanych. Lekarzowi lub lekarce płaci się każdorazowo kilka euro za wizytę, a przed kryzysem nie było tych opłat. Do tego oczywiście dochodzą zwolnienia. Bo, tu znowu odwołam się do rodzinnego przykładu, w tym laboratorium, w którym pracuje moja kuzynka, zwolniono cztery osoby z siedmiu, przy jednoczesnej obniżce pensji pozostałym, a perspektyw na zatrudnienie kolejnych pracowników nie ma.

Właściwie kiedy zaczęły się te najgorsze czasy dla Grecji? Na świecie załamanie to jakiś koniec 2007 roku, bańka kredytów pęka w USA ostatecznie w 2008, a w Atenach?

Już w 2009 roku wiadomo było, że będzie źle, bo po wygranych przez PASOK wyborach premier Jorgos Papandreu ujawnił skalę długu i ogłosił, że pieniędzy nie ma.

Jak mieszkańcy i mieszkanki Grecji przyjęli tę informację?

Na początku był szok. Wczesną jesienią 2009 roku, podczas kampanii wyborczej, kryzys przebijał się już do świadomości, ale politycy powtarzali cały czas, że wszystko jest super. A jeśli nie ma publicznie dostępnych i wiarygodnych danych o gospodarce, to właściwie możesz im uwierzyć, bo skąd masz to wiedzieć, że idzie kryzys? Tak było wtedy w Grecji.

Przychodzą wybory, Papandreu wygrywa i dwa tygodnie po objęciu urzędu mówi – to brzmi podobnie zabawnie w języku polskim i greckim – coś w rodzaju „pieniądze były, ale się skończyły”. Wtedy było już jasne, że będzie naprawdę niedobrze. Kolejne miesiące między wyborami a pierwszym „pakietem ratunkowym” to zapowiedź późniejszego zaciskania pasa, wtedy zaczynają się pierwsze strajki, bo nowy premier zamroził płace w budżetówce i zarządził 10-procentową redukcję wydatków budżetowych, w tym środków na zasiłki dla najbiedniejszych . Ludzie słusznie zaczęli winić obie główne partie – Nową Demokrację i PASOK – za to, że nie ujawniły wcześniej skali zadłużenia i problemów gospodarczych. Ale wściekli się także na Niemców, na niemieckie władze, bo wszystkie rozwiązania oszczędnościowe, które uderzały w Greków, miały na sobie niemiecka pieczątkę. Do tego doszła cała europejska narracja o cięciach i koniecznościach, która była…

…wyższościowa?

Tak. To się z pewnością Grekom nie podobało. Ale nie było też tak, że całą winę zrzucono na Niemców. Szybko pojawiło się też coś, co można by nazwać świadomością czy poczuciem współodpowiedzialności za kryzys. Marszałek sejmu z ramienia PASOK-u mówił: „Przejedliśmy te pieniądze, my wszyscy”. Grecy zrozumieli, bo nie dało się tego ukrywać, że ich system jest skorumpowany, klientelistyczny, a prawo często działa tylko na papierze. Społeczeństwo szybko zracjonalizowało sobie kryzys, obok winy Europejskiego Banku Centralnego czy instytucji finansowych, uznając także własną, wynikającą z wad tamtejszego systemu.

Ale chyba nie tylko zracjonalizowało, skoro raz po raz wybuchały polityczne emocje.

Bo to był długi, bolesny i stopniowy proces.

Na szukaniu winnych kryzysu urósł w siłę skrajnie prawicowy Złoty Świt, a gniew był nakierowany na dwie główne partie, które rządząc naprzemiennie, właściwie przez kilkadziesiąt lat, nie były w stanie uwzględnić interesu dużych grup ludzi.

W kryzysie oba ugrupowania brnęły w to samo, powtarzając „no tak, teraz wszyscy, całe społeczeństwo, musimy pocierpieć”, zupełnie nie zwracając uwagi na najbiedniejszych czy emerytów. Ignorowały też inne problemy, jak napływ imigrantów. Bo to jest problem, jeśli w samych Atenach mieszka ich 1,5 miliona, są spychani do getta, nie chroni ich prawo i siłą rzeczy muszą tworzyć socjalny margines. Imigranci pochodzą z Somalii, Erytrei, Konga, ale też z Syrii, Pakistanu, Afganistanu czy Iraku. Najczęściej dostają się do Grecji nielegalnie, przez nieszczelną granicę z Turcją na rzece Evros. Wielu z nich to imigranci zarobkowi, którzy liczą, że przez Grecję trafią do Włoch czy Francji, ale spora grupa to ludzie uciekający przed wojnami, którym należy się azyl. Uchodźcy nie mogą jednak liczyć w Grecji na pomoc, bo system azylowy jest niewydolny. Całymi latami czekają na rozpatrzenie wniosku, wegetują – bez prawa do pracy, do opieki lekarskiej, w każdej chwili mogą trafić do więzienia za brak dokumentów.

Tę niszę polityczną, którą wytworzył kryzys – a właściwie pasywność głównych partii – zagospodarował swego czasu Złoty Świt. Do pewnego momentu była to partia – choć nawet to jest duże słowo – o zupełnie marginalnym znaczeniu. A kryzys wywindował ich do poziomu trzeciej siły w parlamencie. Złoty Świt organizował zbiórki krwi czy paczki żywnościowe, ale tylko dla „prawdziwych Greków”, za okazaniem dowodu tożsamości, żeby przypadkiem po pomoc nie zgłosili się imigranci. Wzrost popularności Złotego Świtu spowodował odpływ wyborców od największej prawicowej partii, czyli Nowej Demokracji, więc i ona zaczęła się przechylać mocniej na prawo. Część ludzi naprawdę miała dosyć Złotego Świtu i neofaszystowskich skłonności ludzi będących nawet bardzo blisko ówczesnego premiera Antonisa Samarasa. Wyborcy lewicowi i umiarkowani nie mogli zatem przejść do obozu Nowej Demokracji, ale i nie głosowali dłużej na PASOK, bo ten pikował w dół po kolejnej nieudanej kadencji.

I to stworzyło miejsce dla SYRIZY?

Tak. PASOK od początku zaangażował się w kolejne „pakiety ratunkowe”, stworzył też tymczasowy rząd koalicyjny z Nową Demokracją, z Lucasem Papademosem na czele. SYRIZA wtedy jako jedyna występowała przeciwko polityce oszczędności i wyłoniła się jako lewicowa alternatywa dla rozczarowanych rządami obu dużych partii.

Reprezentanci SYRIZY dostali się wtedy do parlamentu, jak dziś zwraca się uwagę, dosłownie „ze skłotów i fakultetów”, dzięki oddolnej organizacji i maksymalnie szerokiej koalicji różnych środowisk?

I tak, i nie. SYRIZA w części wywodzi się z postępowych rozłamowców z Greckiej Partii Komunistycznej, i dopóki ich elektorat liczył 2-3 proc. wyborców, faktycznie byli bardzo luźną grupą skupiającą różne ruchy, koalicją wyborczą właściwie. I gdyby nie kryzys, to proces mobilizacji i organizacji wewnątrz samej koalicji w ogóle by nie nastąpił. Jeszcze w 2009 roku wydawało się, że scena polityczna jest tak zabetonowana, że nie ma szans na wprowadzenie nowego projektu. Ale koalicji udaje się wejść do greckiego parlamentu, a Tsipras zostaje jej szefem. Wtedy staje się główną siłą opozycyjną, którą była do tegorocznych wyborów.

Jaki to jest czas dla Grecji? Co wtedy robi SYRIZA?

To czas pogłębiającego się kryzysu. Albo inaczej: aplikowania wciąż tej samej recepty, która się raz nie sprawdziła.

Bo gdy w 2010 roku Paul Krugman mówił, że to nie może działać, nikt mu jeszcze nie wierzył. Ale gdy minął 2012 i 2013 rok i polityka cięć dalej nie przynosiła efektu, Krugmanowi uwierzyli już wszyscy, ale nie rządzący politycy.

Nie przynosiła efektu, czyli nie było widać ożywienia gospodarczego ani poprawy codziennego życia ludzi?

Nie było ożywienia, wręcz przeciwnie. Kolejne lata to przeciągająca się walka polityczna słabej koalicji rządzącej, z małą większością głosów w parlamencie, i skutecznej opozycji, także w postaci SYRIZY, która uparcie sprzeciwiała się austerity. A każda kolejna ustawa budżetowa wprowadzała kolejne cięcia. Przez ten czas komentatorzy polityczni mówili, że nawet jeśli SYRIZA kiedyś na tym sprzeciwie wygra wybory, to będzie miała poważny problem z utworzeniem spójnego rządu, bo partia jest podzielona i nie mówi jednym głosem. Mówiło się, że w partii jest ideologiczny rozłam, bo jakiś szeregowy członek powiedział na przykład, że jego partia wyciągnie Grecję ze strefy euro, choć to wcale nie był postulat programowy partii. To, czego wtedy komentatorzy być może nie widzieli, to fakt, że w SYRIZIE cały czas trwała intensywna praca organizacyjna i mobilizacyjna, która zbudowała faktycznie spójną partię.

Dziś pokazuje to choćby sprawność machiny PR-owej SYRIZY w trakcie ostatnich wyborów. Mieli oczywiście subwencję budżetową, ale dużo mniejszą niż Nowa Demokracja, ale chodzi też o to, że organizowali świetne wiece i prowadzili skuteczną kampanię. Dzięki tej mobilizacji wprowadzili do parlamentu wielu ekspertów, ludzi spoza polityki czy spoza partii, choć dziś robi im się z tego zarzut. A taka właśnie jest ich baza, szersza od tej dwóch największych partii w Polsce: od inteligencji i biznesowej klasy średniej po anarchistów czy środowiska bliskie anarchizmu.

Pojawia się zarzut, że SYRIZĘ wybrała oburzona mniejszość, jedna trzecia Greczynek i Greków, nie większość.

Te zarzuty są nieuprawnione. Przed kryzysem duże partie tez nie reprezentowały większości wyborców, a jednak, także z powodu ordynacji wyborczej, która premiuje zwycięzców dodatkowymi pięćdziesięcioma mandatami, rządziły. Przed ostatnimi wyborami Nowa Demokracja miała poparcie mniejsze – poniżej trzydziestu procent – niż dziś SYRIZA (która zdobyła w ostatnich wyborach 36% głosów), a nie pojawiały się wątpliwości co do jej legitymacji do rządzenia. Która partia, czy to w Polsce czy Grecji, wygrywa wybory, zdobywając ponad połowę głosów?

Jak będą wyglądały rządy SYRIZY? Yanis Varoufakis, nowy minister finansów, mówi o trzech podstawowych punktach programowych: renegocjacji długu, odpowiedzi na kryzys humanitarny wywołany polityką oszczędności i otwarciu na nowo europejskiej dyskusji gospodarczej. To wszystko jest przejrzyste i spójne, ale i niesłychanie trudne. Na polu europejskim na pewno jeszcze trudniejsze niż w kraju, w którym się wygrywa.

Nie wiem, co się stanie. Jednak już widać, że dyskusja się zmienia. Rozwiązania, które przez lata były dla neoliberałów nie do przyjęcia, uważano je wręcz za śmieszne, dziś są dyskutowane na serio. To nie znaczy, że od razu będą wprowadzane, ale pokazuje, że dzięki zwycięstwu SYRIZY coś się zmienia już na samym poziomie dyskusji i języka. Francuzi i Włosi są już na przykład dużo bardziej przychylni wobec greckich pomysłów, niż mogłaby wskazywać europejska średnia…

Atmosfera – właściwie panika – wokół wygranej SYRIZY jest bardzo symptomatyczna. Jest jednocześnie antylewicowa, elitarystyczna – w takim odruchu, jaki zawsze, słusznie lub nie, towarzyszy populizmom – ale i całkiem poważnie pokazuje pewne pryncypia europejskiej polityki, co można, a czego nie.

Właściwie wszystkie partie, które rządzą dziś w Europie, to takie szerokie spektrum liberalizmu – od skrajnego wydania z przedrostkiem neo-, po zwyczajnie umiarkowane.

Albo postpolityczne, nieafiszujące się z żadną, nawet umiarkowaną, wersją ideologii.

A SYRIZA to coś innego. Nie wiem, czy Europa jest gotowa na inne spojrzenie na politykę. Byłem na jednym ze spotkań przedwyborczych Varoufakisa. Wszyscy go pytają, jakie ma narzędzia, żeby wpływać na Europę.

A on mówi: „Zawsze odpowiadam to samo. Jeśli masz w banku 1000 euro długu, to bank może zrobić z tobą wszystko, naliczyć ci dodatkowe odsetki albo zażądać szybszej spłaty. Ale jeśli masz 400 miliardów długu, to ty masz władzę nad bankiem i musicie zacząć współpracować”.

To oczywiście tylko pewne hasło, ale ono pokazuje, z jakiej pozycji wychodzić będą te narzędzia. Europa i Grecja muszą dojść do porozumienia i wypracować jakiś mechanizm oddłużania, nie chodzi o skasowanie długu cz fresh start, ale – Varoufakis to też w kółko powtarza – sposób spłaty, który w dłuższej perspektywie będzie korzystny dla wszystkich. Niemcy, Francuzi nawet Słowacy w Brukseli będą musieli wytłumaczyć swoim wyborcom, jak to się stało, że trochę pieniędzy w Grecji utopili. Ale mogą im jednocześnie powiedzieć, że nie będzie więcej pożyczania i więcej nie stracą, a Grecja będzie się powoli spłacać. Bo przy dzisiejszych warunkach nie ma na to szans, jeśli dług wynosi 170 proc. PKB, a jedynym planem jest przedłużanie kolejnych programów pomocowych, następne transze miliardów euro i wymuszanie kolejnych cięć. Nie jestem ekonomistą, ale daję wiarę Varoufakisowi – który nim jest – gdy przekonuje, że to faktyczne błędne koło, jeśli pożycza się Grekom pieniądze na procent tylko po to, by one zaraz wróciły do wierzycieli. Przez to dług nie maleje, ale rośnie. Jak długo może rosnąć dług?

A najważniejsza rzecz dla SYRIZY w kraju?

Ogłoszony przez nich program z Salonik zakłada odpowiedź na kryzys humanitarny wywołany cięciami i to wydaje się pierwszym zadaniem do realizacji, tym bardziej, że nie jest to wyjątkowo drogie. Pomoc najuboższym dziś to nie tylko widoczny znak tego, że SYRIZA będzie wypełniać swoje zobowiązania, ale realna potrzeba, bo na kryzysie ucierpieli najbiedniejsi. Na dłuższą metę sukcesem będzie oczywiście skuteczne negocjowanie w Brukseli, ale w kraju chodzi też o spadek bezrobocia, i poradzenie sobie z nim nie tylko poprzez przywrócenie kilku czy kilkunastu tysięcy miejsc pracy w administracji. Te najważniejsze sprawy dotyczące polityki społecznej i gospodarczej w kraju. Jeśli uda się za nie zabrać w pierwszej kolejności, będą tym, na czym rząd SYRIZY będzie mógł się oprzeć i skutecznie realizować swoją politykę w pozostałych aspektach.

Czyli jesteś optymistą?

Tak. Wydaje mi się, że SYRIZIE uda się ugrać w Europie mniej, niż myślą, ale coś jednak się uda. To są rozsądni, ideowi ludzie, którzy realizują postępowe i równościowe poglądy. W greckiej polityce pojawiła się siła różna od tego, co w Grecji było dotychczas: naprzemiennych rządów dwóch zabetonowanych partii psujących cały system polityczny.

Tu można szukać analogii do Polski…

Tak, tylko tam układ właściwie dwupartyjny trwał 40 lat. To paradoks, że Unia Europejska nawołuje dziś Greków, by głosowali na partie, które wpędziły ich w ten kryzys. Ja wiem, że wszyscy boja się nowego, ja też czasem się boję…

…czego?

Polityka zagraniczna nowego rządu to znak zapytania. Dotąd SYRIZA działała w opozycji, więc nie zajmowała się polityką zagraniczną, ale krajową. Nie wiem, czy ma strategię i ekspertów, którzy wdrażaliby ją w życie.

Ale większych kryzysów raczej nie przewiduję.

Nie podzielam obaw wielu polskich dziennikarzy co do jakiejś nadzwyczajnej słabości nowego szefa greckiej dyplomacji wobec Rosji i tego, że Grecja stanie się koniem trojańskim Rosji w Unii Europejskiej.

Nikos Kotzias nie powiedział nic, co kazałoby mówić od razu o sojuszu SYRIZY z Putinem. SYRIZA to partia proeuropejska, prounijna, równościowa, progresywna – nie wyobrażam sobie, by jej członkom podobały się autorytarne metody stosowane na Kremlu.

W programie SYRIZY jest rozwiązanie konfliktu dyplomatycznego z Macedonią – przed objęciem rządów Tsipras zapowiadał, że nie będzie obstawał przy używaniu przez nią nazwy F.Y.R.O.M lub Skopje, ale teraz nie wiadomo czy pozwoli mu na to koalicjant (prawicowy ANEL). Mogą pojawić się też napięcia z Izraelem, bo SYRIZA jest mocno propalestyńska.

Ale czy jest się czego bać? Nie sądzę, to nie jest tego rodzaju partia. A mówienie, że idą siły antysystemowe czy antyeuropejskie, to zwyczajna bzdura.

Najważniejsze jest to, że idzie nowe, SYRIZA jest zmianą, na którą Grecy czekali – przeciwko polityce cięć, ale za Unią, za demokracją, za wspólnotowością i solidarnością. Dlatego wygrali.

Dionisios Sturis – dziennikarz Radia TOK FM, autor książek reporterskich „Grecja. Gorzkie pomarańcze” i „Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania”.

Dziennik Opinii o zwycięstwie Syrizy w wyborach w Grecji:

Igor Stokfiszewski: Nadzieja jest mistrzem z Grecji

Ula Lukierska, Michał Sutowski: Kto się boi Syrizy?

Jakub Majmurek: Syriza: ze skłotów i fakultetów do władzy

James Galbraith, Europa ma w ręku trzy kije. Ale Grecja nie jest bez szans

Cezary Michalski: Lula czy Chavez

Michał Sutowski: Syriza i Putin. Radzieckie sentymenty czy nóż na gardle?

Oleksij Radynski, Syriza i pożyteczni idioci

Józef Pinior: Puls europejskiej lewicy bije dziś w Atenach

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij