UE

Pięć ścieżek Europy

Przywódcy Unii Europejskiej będą ją zmuszać do zaciskania pasa, aż w końcu zostanie im tylko niekontrolowany powrót do walut narodowych - pisze Adam Ostolski.

Unia Europejska znów jest na czołówkach gazet. W zeszłym tygodniu z okazji przyznania jej pokojowej Nagrody Nobla, w tym – z powodu odbywającej się właśnie Rady Europejskiej. Nagroda Nobla odświeżyła założycielski mit europejskiej integracji – obietnicę pokoju na kontynencie. Spotkanie europejskich przywódców przypomina o mozolnych negocjacjach, które tworzą europejską codzienność, konieczności uzgodnienia stanowisk i podjęcia decyzji w kwestii wielkości unijnego budżetu, dróg wyjścia z kryzysu, ciągle zmieniającego się podziału kompetencji między państwami członkowskimi a instytucjami wspólnoty. Wydaje się, że wszystko jest tak, jak zawsze: w najświeższych dziejach Europy odświętna retoryka pokoju i rutyna ostrych targów doskonale ze sobą współgrały.

Czy rzeczywiście możemy czuć się uspokojeni? W wielu krajach Europy pojawia się nowy nacjonalizm, którego nie można uznać za „relikt przeszłości”. W Holandii, Niemczech czy Finlandii rośnie niechęć do krajów południowych peryferii Europy, postrzeganych jako „pasażerowie na gapę”. Na południu kontynentu, zwłaszcza w Grecji, przybiera postać antyniemieckiego resentymentu. Ten nacjonalizm nie pochodzi z dawnych czasów, zanim Europa zaczęła się integrować. Jest dzieckiem obecnego kształtu integracji, niezamierzoną – ale i nieuchronną – konsekwencją wpisanych w obecny model sprzeczności. Tymczasem mijają miesiące, odbywają się kolejne szczyty, a Europa wciąż zwleka z nazwaniem swojego problemu. Im później się nim zajmie, tym będzie trudniej.

Tematy brukselskiego szczytu, zgłaszane propozycje, a nawet proponowane alternatywy dowodzą, że europejscy przywódcy obracają się w zaklętym kręgu. To prawda, że przez ostatnie pięćdziesiąt lat Europa integrowała się właśnie w taki sposób, ale wyzwania dnia dzisiejszego są poważniejsze. Światowy kryzys gospodarczy wydobył pewne fundamentalne słabości obecnej konstrukcji Unii – i nie da się ich załatać za pomocą drobnych poprawek. Dręczące pytanie nie polega dziś na tym, czy uda się uzgodnić taką czy inną rozsądną politykę, ale czy Unia Europejska będzie zdolna wymyślić się na nowo – w sytuacji, gdy zarówno kontynuacja dotychczasowego kierunku, jak i wybór jednej z podręcznych alternatyw oznacza najprawdopodobniej pułapkę bez wyjścia.

Zaciskanie pasa w wersji light

Pierwszą fałszywą ścieżką jest ta, którą Unia Europejska właśnie podąża. Forsowane przez Angelę Merkel zaciskanie pasa jako metoda walki z kryzysem zadłużenia nie tylko wpycha miliony Europejczyków i Europejek w nędzę, ale jest też drogą zupełnie beznadziejną z punktu widzenia czysto gospodarczego. Chroniczna recesja nie daje krajom peryferii żadnej szansy na spłatę zadłużenia, a im dłużnej ta sytuacja się utrzymuje, tym większa groźba niekontrolowanego rozpadu strefy euro.

Ale rozwiązaniem nie jest także proponowana np. przez „The Economist” polityka zaciskania pasa w wersji light: stymulacja wzrostu gospodarczego w krótkim okresie, a w dłuższym – działania na rzecz wyrównania konkurencyjności, czytaj: obniżania standardów pracy i bezpieczeństwa socjalnego do możliwie najniższego poziomu. I nawet Zielony Nowy Ład, czyli inwestycje w ekologię i gospodarkę opieki, w czym na czoło wysuwa się aktualnie Francja pod rządami François Hollande’a, to wciąż za mało. Pakt na rzecz zatrudnienia i wzrostu, euroobligacje, ponowna regulacja sektora finansowego – to wszystko mogą być dobre i potrzebne rozwiązania, ale żadne z nich nie dotyka nawet sedna problemu.

Gdyby obecny kryzys gospodarczy wynikał po prostu z cyklu koniunkturalnego, polityka stymulowania wzrostu w duchu Keynesa mogłaby wystarczyć. Gdyby kryzys zadłużenia był jedynie skutkiem recesji, albo recesji i kosztów ratowania banków, można by się z nim uporać przez stymulowanie wzrostu połączone z regulacją sektora finansów. Ale kryzys zadłużenia nie wynika jedynie ze złej koniunktury i nie ma swych źródeł jedynie w tych krajach, które są nim bezpośrednio dotknięte: to strukturalny kryzys całej strefy euro.

Analiza danych o budżetach państw Unii Europejskiej w ostatniej dekadzie przed kryzysem pokazuje ciekawy obraz: wśród krajów notorycznie przekraczających wyznaczone progi deficytu i/lub długu publicznego była m.in. Grecja i Niemcy. Natomiast kraje takie jak Hiszpania czy Irlandia przeważnie odnotowywały nadwyżkę. Wydatki na cele społeczne w większości zadłużonych krajów były wyraźnie niższe od unijnej średniej. Legendy na temat szalejącego deficytu budżetowego spowodowanego rozdętymi wydatkami socjalnymi nie wytrzymują konfrontacji z danymi. Ale to nie znaczy, że Grecję, Hiszpanię, Irlandię i Portugalię połączył czysty przypadek. Tym, co upodobnia do siebie gospodarki tych krajów, jest utrzymujący się deficyt, ale nie w budżecie, lecz w bilansie handlowym. Czyli inaczej mówiąc, trwała przewaga importu nad eksportem. Nierównowaga w bilansie handlowym jest jednym ze skutków funkcjonowania strefy euro. Bez pochylenia się nad tym problemem trudno myśleć o rozwiązaniu kryzysu.

Nie patrzcie na Islandię

Drugą fałszywą ścieżką byłby prosty powrót do walut narodowych. Na pierwszy rzut oka rozwiązanie to ma wiele zalet. Mniejsze waluty umożliwiają, jak pokazał przykład Islandii, bardziej elastyczne reagowanie na kryzys. Sprzyjają lokalizacji produkcji i konsumpcji, co niesie ze sobą korzyści z punktu widzenia ekologii i bezpieczeństwa socjalnego. Jeśli są używane na terytorium o pewnym poziomie gospodarczej spójności, łatwiej zarządzać nimi zgodnie z potrzebami zamieszkujących je ludzi.

Te zalety są realne, a jednak powrót do walut narodowych bez żadnych mechanizmów koordynujących byłby dziś bardzo ryzykowny. Korzyści z odzyskanej możliwości prowadzenia własnej polityki pieniężnej nie zrównoważyłyby strat wynikłych z zaostrzonej gospodarczej rywalizacji między krajami Europy. Nie można też przecenić „efektu dezintegracji” towarzyszącego takiej zmianie. Powrót do walut narodowych wyznaczałby precedens, który mógłby przenieść się na inne obszary integracji. A bez względu na wszystko jasne jest, że Europa potrzebuje dziś więcej, a nie mniej współpracy.

Unijny federalizm? To tylko unik

Może więc rozwiązaniem jest dopełnienie unii gospodarczej rzeczywistą unią polityczną? Przykro mi to mówić, ale federalizm polityczny stał się dziś trzecią fałszywą ścieżką. Tak, to prawda – unia walutowa jest projektem niedokończonym, niepełnym i – z czego zdawali sobie sprawę jej twórcy – skazanym na niestabilność bez jednoczesnej unii politycznej. Szkopuł w tym, że obecne dyskusje o unii politycznej utknęły na poziomie z lat 90. i są rażąco nieadekwatne do dzisiejszych wyzwań.

Dyskusja zatrzymała się na kwestii przenoszenia kompetencji między państwami narodowymi a instytucjami Unii, tak jakby wystarczyło znieść państwa narodowe, aby inne problemy same się rozwiązały. Problem w tym, że integracja europejska oznaczała nie tylko zmieniające się relacje między państwami członkowskimi a poziomem wspólnotowym, lecz przede wszystkim przekształcający się układ sił między kapitałem a światem pracy. Mówienie o politycznej formie integracji w oderwaniu od jej społeczno-ekonomicznej treści dziś, w piątym roku kryzysu, może być tylko unikiem.

Do czego mają prawo Europejczycy?

Cóż więc można zrobić? Na szczęście istnieją też drogi bardziej obiecujące, choć trudniejsze. Jeśli myślimy o zachowaniu wspólnej waluty, musi być ona walutą rzeczywiście istniejącego organizmu gospodarczego. Wzorem – może niedoskonałym, ale za to realnie istniejącym – mogą być Stany Zjednoczone. Dlaczego Stany Zjednoczone w ogóle mogą mieć wspólną walutę? Bo po pierwsze nikt nie zastanawia się, czy gospodarka Montany jest równie „produktywna” jak gospodarka Kalifornii. Po drugie istnieje bank centralny z prawdziwego zdarzenia, a jego zadania obejmują obok hamowania inflacji także cele społeczne – troskę o wzrost gospodarczy i zatrudnienie. I po trzecie: przez budżet federalny przechodzi ponad 20 proc. PKB. (Dla porównania: budżet Unii Europejskiej nieznacznie przekracza 1 proc. unijnego PKB).

Zabierając się za konstrukcję europejskiej federacji politycznej, powinniśmy zacząć nie od tego, czy więcej władzy nad naszym życiem ma mieć wyobcowana klasa polityczna w kraju czy w Brukseli, lecz od zdefiniowania obywatelstwa socjalnego na poziomie europejskim – gwarantowanego poziomu bezpieczeństwa socjalnego i niezbywalnych praw przysługujących wszystkim Europejczykom i Europejkom: do edukacji, ochrony zdrowia, dachu nad głową, godnej emerytury. Powiększony do 20 proc. unijnego PKB budżet powinien służyć zabezpieczaniu tych praw. Zarazem trzeba stworzyć mechanizmy, które zapobiegną równaniu w dół i umożliwią poszczególnym krajom członkowskim prowadzenie polityki społecznej na wyższym poziomie. Podział władzy między Brukselą a stolicami państw członkowskim będzie wtedy rzeczywiście kwestią wtórną.

Sposób na deficyt w bilansie handlowym: unia clearingowa

Inna możliwa droga to kontrolowany powrót do walut narodowych i zastąpienie unii walutowej Europejską Unią Clearingową. Jej podstawą byłby sformułowany przez Keynesa podczas II wojny światowej projekt Międzynarodowej Unii Clearingowej, która miała regulować obrót handlowy między państwami. Państwa zachowałyby własną walutę na rynku krajowym, ale w obrocie międzynarodowym obowiązywałaby specjalna waluta – bankor. W system wpisane byłyby zachęty do utrzymywania bilansu w handlu międzynarodowym na poziomie bliskim zeru: kraje gromadzące nadwyżkę handlową płaciłyby specjalny podatek, zaś kraje mające deficyt zmuszone byłyby do dewaluacji swojej waluty. Gospodarka byłaby bardziej zlokalizowana, a zarazem lepiej skoordynowana na poziomie europejskim niż obecnie. Nie byłoby ani zadłużania się, ani zabójczej rywalizacji między państwami kosztem standardów pracy i bezpieczeństwa socjalnego.

Nie będę tu rozstrzygał, która z tych dróg – rzeczywista federacja czy unia clearingowa – jest bardziej obiecująca bądź atrakcyjna. Obawiam się bowiem, że dzisiejsi przywódcy Unii Europejskiej będą ją prowadzić pierwszą ścieżką (zaciskania pasa) tak długo, aż pozostanie tylko druga (niekontrolowana dezintegracja). Chyba że wydarzy się coś, co wstrząśnie Europą i wyrwie ją z zaklętego kręgu.

Bio

Adam Ostolski

| Socjolog, publicysta
Socjolog, publicysta, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. W nauce reprezentuje perspektywę teorii krytycznej, łączącej badanie społeczeństwa z zaangażowaniem w jego zmianę. Członek redakcji "Green European Journal" oraz Partii Zieloni. W Krytyce Politycznej od początku.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.