UE

Lewandowski: Nie dać się wypchnąć na peryferia UE

Zraniona przez kryzys Unia stanęła przed jeszcze trudniejszym geopolitycznym wyzwaniem.

Cezary Michalski: Czy heroiczny bój o Junckera, w którym udało się obronić tego „spitzenkandydata” Europejskiej Partii Ludowej na Przewodniczącego Komisji, miał realne znaczenie dla wzmocnienia suwerenności Parlamentu Europejskiego – a w przyszłości także Komisji i innych instytucji wspólnotowych – wobec rządów najsilniejszych państw? I do jakiego stopnia wpływa to na procedurę wyboru całego składu Komisji?

Janusz Lewandowski: Optymistyczna wykładnia brzmi: jest to zwycięstwo demokracji i upodmiotowienie instytucji, która ma poczucie niedowartościowania, czyli Parlamentu Europejskiego. Ale głębiej sięgając odsłaniamy prawdę – kandydatura Junckera musiała zostać zaakceptowana przez najważniejsze stolice, przede wszystkim przez Berlin, co miało większe znaczenie, niż upór Parlamentu Europejskiego. Jest to jednak jakaś forma uzupełnienia deficytu demokracji na poziomie ponadnarodowym. Ale umiarkowana.

Zgodna przynajmniej z duchem traktatu lizbońskiego.

Zgodna z duchem traktatu, ale bez rządowej podpórki w postaci akceptacji najważniejszych stolic pewnie by się nie udało. Determinacja parlamentu – jedynej europejskiej instytucji mającej bezpośrednią demokratyczną legitymację – na pewno pomogła. To ostatecznie dobra wiadomość dla pokaleczonej przez kryzys Unii Europejskiej. Po pierwsze, europarlament nasycony bardziej niż kiedykolwiek eurosceptykami potrafił się sprawnie zorganizować. A po drugie, płynnie przeszła nominacja na szefa Komisji Europejskiej otwierając drogę do dalszej obsady kluczowych stanowisk.

Czy podczas pańskiej kadencji jako komisarza Parlament Europejski był realną osłoną, wzmacniał waszą suwerenność wobec najsilniejszych rządów narodowych, czy bardziej przeszkadzał?

Pomimo rozmaitych napięć, które były, są i będą pomiędzy Komisją i Parlamentem, to są dwie instytucje, które pozostają strażnikami metody wspólnotowej. A europejska wspólnotowość miała się źle w czasie kryzysu, który idzie w parze z egoizmem, wzmaga nastroje odśrodkowe, odruchy ksenofobiczne, dając pretekst dla rozwiązań międzyrządowych…

Gdzie łatwiej o dyktat silnych, a średniacy i mniejsi są eliminowani?

Metoda wspólnotowa gwarantuje nieznaną wcześniej siłę głosu i wpływu małym i średnim udziałowcom Unii Europejskiej. Komisja i Parlament to dwie instytucje zdolne do odczytu „interesu europejskiego”, ponad różnicami narodowymi, najmniej podatne na dyktat najsilniejszych państw. Ten wspólny front zadziałał w czasie batalii budżetowej na lata 2014-20. Oprócz zwoływanych ad hoc zgromadzeń beneficjentów netto, Parlament Europejski był jedyną instytucją, która wymogła realne koncesje na rządach, zwiększając elastyczność wieloletniego budżetu. Zatem dla Komisji, Parlament jest partnerem wymagającym, ale zarazem orędownikiem solidarności europejskiej i tym samym sojusznikiem mniejszych i uboższych uczestników integracji.

Metoda wspólnotowa dla kraju takiego jak Polska – po pierwsze, „beneficjenta netto”; po drugie, państwa o średnim potencjale, mocno uszczuplonym przez naszą historię, a nie jednego z tradycyjnych członków europejskiego „koncertu mocarstw” – jest chyba zawsze lepsza, niż renacjonalizacja wymuszająca konieczność bezpośredniego negocjowania własnych interesów z najsilniejszymi stolicami bez osłony instytucji unijnych?

Nigdy za dużo powtórzeń, że renacjonalizacja polityk, czy powrót „koncertu mocarstw europejskich” nie służy polskiej racji stanu. Polska wzięła w tym względzie dobitną lekcję historii, więc dziwi nierozumienie korzyści z metody wspólnotowej jako dźwigni naszych interesów, w porównaniu z rozmaitymi, przezwyciężonymi na naszym kontynencie wersjami „porządku westfalskiego”, z jego najbardziej opłakanym wcieleniem, jakim były rozbiory Polski. Metoda wspólnotowa czyni słyszalnym głos Estonii, czy Luksemburga, a Polsce zapewnia realny wpływ na los kontynentu, o ile tylko – tak jak teraz – potrafimy budować koalicje i zyskiwać sojuszników. Dodatkowym narzędziem budowania europejskiej pozycji naszego kraju jest Trójkąt Weimarski, podniesiony z ruin po rządach PiS, Samoobrony i LPR-u. Trójkąt Warszawa-Berlin-Paryż nabrał nowej mocy w szczególnych okolicznościach dzisiejszej Europy, kiedy Rzym i Madryt pochłonięte są kryzysem, a Londyn zastanawia się nad wyjściem z Unii. Wdrapaliśmy się na unijne podium.

Znajdująca się też na tym podium Francja jest dziś sparaliżowana gospodarczo, społecznie i politycznie. Front Narodowy wygrał tam wybory pod hasłem „Francja Tak! Europa Nie!”. I wtedy z trójkąta robi się prostsza figura, nie wiadomo, czy równie stabilna.

Oś Paryż – Berlin wciąż jednak wyprzedza Trójkąt Weimarski. I pozostanie filarem stabilizującym Europę. Choć właśnie raczej stabilizującym, niż napędzającym integrację. Jeśli oczywiście sukces Frontu Narodowego pozostanie świadectwem odreagowania frustracji, podobnie jak to było w wyborach europejskich w Grecji i Danii, a nie dowodem trwałej zmiany układu sił. Notabene, dzisiejszy nacjonalistyczny ton debaty na Zachodzie stawia pod znakiem zapytania diagnozę grupy refleksyjnej z roku 1999, kierowanej przez Giuliano Amato, która martwiła się o sens rozszerzenia Unii, skoro spotykają się społeczeństwa Zachodu, zbudowane na „civic model of national identity” (obywatelski model tożsamości narodowej) ze Wschodem, który ugrzęzł w „etnicznym” modelu identyfikacji narodowej. Wprawdzie brak obywatelskiej identyfikacji z instytucjami publicznymi pozostaje problemem na Wschodzie, ale największym problemem jest nośność „etnicznych” haseł Frontu Narodowego w kraju, który był kolebką ducha obywatelskiego.

Tylko gdzie znaleźć równorzędnego europejskiego partnera dla Niemiec, skoro także Wielka Brytania ma „tożsamościowe” kłopoty i trwa tam walka wewnętrzna o pozostanie w UE?

Źle się dzieje w państwie francuskim, ale nic nie zastąpi osi Berlin-Paryż, tyle, że traci ona impet „motoru” napędzającego integrację europejską. Tym większe znaczenie instytucji wspólnotowych – Parlamentu Europejskiego i Komisji, hamujących tendencje odśrodkowe. Tak było w krytycznej fazie kryzysu, kiedy dochodziło do desperackich narad  przywódców państw europejskich, obmyślających środki antykryzysowe, z reguły międzyrządowe. Podobnie było w fazie konstruowania nowej architektury strefy euro – paktów fiskalnych i unii bankowej – co tworzy Europę dwóch prędkości.

Nie mam wątpliwości, że upodmiotowienie Brukseli, a jednocześnie wnoszenie tam naszej wrażliwości wschodniej, która jest nieco inna niż zachodnia w kwestiach społecznych, gospodarczych i geopolitycznych – to jest sposób na obronę spójności Unii i obronę polskich interesów w Europie.

Juncker, już jako zaakceptowany przez Parlament i Radę Europejską przyszły szef Komisji, zapowiedział stworzenie instrumentów mających regulować działalność londyńskiego City. Bez tego wszelkie regulacje świata finansów w Europie będą fikcją, bo to City jest największym europejskim centrum finansowym. Na ile jednak taka zapowiedź jest dziś realistyczna, czy to nie jest „odwinięcie się Cameronowi” i czy nie przyczyni się dodatkowo do wypchnięcia Wielkiej Brytanii z UE? 

Sądzę, że intencją Junckera było ostrzeżenie Londynu co do kosztów bycia poza integracją i tym samym mobilizowanie tamtejszego lobby gospodarczego na rzecz pozostania w Unii, a nie wypychanie Wielkiej Brytanii. Na wyspach ta deklaracja była interpretowana niezgodnie z intencjami, bo to norma w tamtejszych odczytach sygnałów Brukseli. Na kontynencie większe echo miały jednak inne zapowiedzi Junckera, budzące pewien niepokój nawet w naszej rodzinie politycznej EPP wspierającej tego kandydata. Rozumieliśmy jednak, że był politykiem pozyskującym inne frakcje. Wiedział, do jakiej batalii przystępuje i rzeczywiście tę batalię wygrał. Grał o przychylność 75-procent nowego parlamentu, czyli wszystkich tych, którym zależy na budowaniu Unii. Nie interesowało go poparcie Marine Le Pen czy Farage’a. Ale konieczność przekonania tych 75-procent tłumaczy akcenty socjalne czy ekologiczne w jego programie, niekiedy tak dosadne, że budziły konsternację we własnych szeregach.

Chyba jednak większą u bardziej prawicowych polityków EPP z Europy Wschodniej, bo zachodnia chadecja jest raczej socjalna, współtworzyła także politykę klimatyczną UE.

Niepokój wzbudziło to także u chadeków zachodnioeuropejskich, przy całym rozumieniu strategii pozyskiwania szerokiego wsparcia. Także adresowania się do Londynu, gdzie był najostrzej krytykowany. Niezależnie od tego, co na ten temat mówią antyunijne media Murdocha, Juncker należy do polityków rozumiejących sens pozostania Wielkiej Brytanii w UE. Wiem jednak, że w Polsce większym echem odbiły się jego wypowiedzi na temat pensji minimalnej i polityki klimatycznej, a ogólniej, jego zapowiedzi ujednoliceń podatkowych czy standardów socjalnych, które mogą obniżyć konkurencyjność gospodarek Europy Wschodniej – opartych na niższych kosztach pracy czy podatkach, a nie na przewagach technologicznych. A oprócz tego pojawiła się i odbiła silnym echem jego zapowiedź odrębnego budżetu dla strefy euro.

Wydaje się, że polityczny mainstream UE, aby zapobiec renacjonalizacji, zablokowaniu integracji, rozluźnieniu Unii, wybrał dwie drogi. Pierwsza z nich to „ucieczka do przodu” w globalizację. Całej Unii, a nie tylko Niemiec czy innych bardziej konkurencyjnych krajów Europy Północnej. Zapowiadane jest przyspieszenie negocjacji umowy o wolnym handlu z USA, a także zawieranie podobnych umów z kolejnymi krajami Azji i Ameryki Południowej. Druga droga ratowania Unii to jej dalsza konsolidacja wewnętrzna – wokół strefy euro. Czy Unia rzeczywiście ma szanse przetrwać w globalizacji ze swoją specyfiką społeczną i polityczną? I jak konsolidować strefę euro, kiedy z dwóch jej wiodących podmiotów Niemcy są politycznie sterowne, a Francja nie? 

Unia przeżywa swoisty kryzys wieku średniego, wypełniona lękiem o przyszłość i samozwątpieniem. Ta smętna kondycja była zauważalna już przed rokiem 2009, ale kryzys gospodarczy wszystko to pogłębił. Nakłada się na to niepokój geopolityczny, bo Unia nie znajduje dobrej odpowiedzi na agresję Putina. Nie potrafi przekuć swego ogromnego potencjału gospodarczego i politycznego w siłę potrzebną do tej konfrontacji. Dostrzegam dwie fałszywe recepty. Pierwsza to ponowienie rozmowy o Unii w kategoriach „finalite”, poszukiwania wielkiej idei, nieodmiennie federacyjnej, wychodzącej poza horyzont federacji państw narodowych. Jest to sprzeczne z kodem genetycznym UE, z testamentem Schumana i Monneta, czyli postrzeganiem integracji europejskiej jako procesu, a nie kształtu docelowego. Druga radykalna podpowiedź byłaby „powrotem do przeszłości”, w postaci wycofania się ze wspólnej waluty jako projektu politycznego, który powoduje więcej kłopotów, niż korzyści, bo się nie może udać w warunkach gospodarczej wielokulturowości, powodując nieusuwalny konflikt między Północą i Południem. Na tle tych fałszywych drogowskazów „ucieczka w globalizację” stanowi pragmatyczną odpowiedź na realia XXI wieku. Jeśli 80-procent światowego wzrostu kryje się na innych kontynentach, to trzeba otwierać te rynki dla Starego Kontynentu. Stąd zagęszczenie układów bilateralnych, gdyż wielostronne negocjacje liberalizujące handel nie dają efektów. Zaś po drugiej stronie Atlantyku, oprócz dynamicznego rynku zbytu, znajdujemy wspólne wartości.

W świecie ostrego zderzenia kultur i religii, zaprzeczającego tezom Fukuyamy, zwieranie szyków na gruncie wspólnego kodeksu wartości ma sens. Dlatego wspólnota transatlantycka jest pomyślana szerzej, niż układy handlowe z Koreą czy Ameryką Południową, które są pragmatycznym szukaniem rynków zbytu bardziej obiecujących, niż stagnacyjny rynek europejski.

Oczywiście, my także otwieramy nasze rynki, co oznacza ułatwienia dla eksporterów żywności i artykułów rolnych, ale ogólny bilans tak rozumianej ucieczki w globalizację jest dla Europy korzystny.

Przestrzega pan przed zbyt radykalną formułą integracji europejskiej jako niezgodną z testamentem Schumana i Monneta, jednak formuła Monneta, „integracji przez kryzys”, zakładała, że kolejne działania na rzecz ściślejszej współpracy gospodarczej w Europie będą później wymuszały dostosowanie instytucji politycznych. Tak właśnie dzieje się w przypadku ratowania euro, co pan sam uważa za działanie pragmatyczne. 

Dziś testujemy tę „kryzysową” teorię Unii. Optymistyczną, bo zakłada dorastanie poprzez kryzysy do nowych wyzwań. Kryzysowego napędu integracji nie brakuje, lecz nie oznacza to urządzania Unii „od góry”, wedle ideologicznych wizji. To byłoby złamanie kodu ojców założycieli. „Europa narodzi się poprzez konkretne kroki, które najpierw budują solidarność, by wojna między Francją i Niemcami nie tylko była nie do pomyślenia, ale nie była materialnie możliwa” – to była dewiza Schumana. Zaś metoda Monneta to „stopniowe tworzenie między Europejczykami możliwie największego interesu wspólnego”. Łatwo zauważyć, że metoda przebudowy strefy euro na niepogodę ma coś wspólnego z testamentem ojców założycieli, natomiast próba narzucenia europejskiej konstytucji była wyrazem elitarnej pychy, wziętej z innej tradycji – oświeceniowej wiary w lepsze urządzenie świata wedle wskazań racjonalnego umysłu.

Obawiam się, że nawet najbardziej pragmatycznie rozumiana UE nie przeżyje upadku idei Oświecenia w Europie. A gdybyśmy mieli tę europejską konstytucję od dziesięciu lat, to może także metoda wspólnotowa byłaby w Unii silniejsza, także jako odpowiedź na kryzys finansowy czy ukraiński?

Albo ryzykowalibyśmy rozpad Wspólnoty, w wyniku zbiorowego odrzucenia przez ludzi takiego sposobu „ulepszania” świata. Porażka referendum konstytucyjnego w Francji i Holandii ujawniła ryzyko rozejścia się z vox populi. Epoka powszechnego zawierzenia elitom minęła, dziś kwestia europejska znajduje się w centrum debaty publicznej w wielu krajach. Przeważa ton krytyczny, a nie przyzwolenie na ucieczkę do przodu. Nakazuje to ostrożność w wymyślaniu Europy na nowo. W dzisiejszych reformach strefy euro jest tyle transferu suwerenności na szczebel wspólnotowy, ile jest konieczne, żeby przetrwała wspólna waluta.

Jednak euro nigdy nie było projektem wyłącznie ekonomicznym.

Po pierwsze gospodarka, głupcze – słyszymy zza Atlantyku. Polityczna nadbudowa strefy euro powinna służyć konkurencyjności Europy. Utrata konkurencyjności doprowadziłaby do unicestwienia europejskiego modelu życia, który wciąż jest przedmiotem zazdrości i ściąga przybyszy z innych kontynentów. Ten wzór „dobrego życia” wystawiony jest na ciężką próbę tam, gdzie oznaczał życie ponad stan, czyli na Południu, ale też we Francji. Stąd przebudowa strefy euro w tym segmencie, który wymusza dyscyplinę budżetową. Jest to konieczne dla przetrwania strefy euro, ale jednocześnie sprowadza poziom życia do możliwości gospodarki i tym samym rozczarowuje Greków, Portugalczyków, Hiszpanów. Powstały reguły i procedury (tzw. europejski semestr) umożliwiające Brukseli głęboką ingerencję w politykę gospodarczą i budżetową krajów członkowskich, uważaną dotąd za świętą domenę narodowego parlamentaryzmu. To jest niezbędna nadbudowa wspólnej waluty, poprzez wymuszenie nordyckich standardów gospodarności. Skutki polityczne takiej terapii są jednak opłakane.

Jest to integracja z konieczności – z odkrycia zimnej współzależności pomiędzy losem Grecji i kondycją banków niemieckich. Nie ma w tym śladu ciepłej wspólnoty. Niczym małżeństwo, które kalkuluje, że koszty rozstania przewyższają koszty trwania w starym związku.

W dodatku jeszcze w tym samym czasie Unia musi zdać inny test, równie trudny, geopolityczny.

Kryzys ukraiński, stosunek do Rosji, konieczność zgrania „wschodnich” polityk i wrażliwości Berlina, Paryża, Londynu, Warszawy, Budapesztu, Sofii, które różnią się jeszcze bardziej, niż „kultury gospodarcze” Północy i Południa?

Przebudowanie strefy euro na niepogodę okazuje się łatwiejsze, niż wykrzesanie z Unii takiej siły, by przeciwstawić się nagiej sile Putina. Wobec tego wyzwania stanęła wspólnota, która się jeszcze nie wygrzebała do końca z kryzysu gospodarczego, zatem starannie kalkuluje skutki własnych sankcji i odwetu Moskwy.

Tutaj jakiś europejski „projekt” jest chyba jednak konieczny? Nie można mieć wspólnej polityki zagranicznej czy obronnej bez tego projektu. Bez tego nie jest nawet łatwo o faktyczną wspólną politykę energetyczną czy gospodarczą, która miałaby posłużyć dyscyplinowaniu Putina. Bez antyrosyjskiej histerii, ale żeby jednak skutecznie obronić Ukrainę, osłonić konsolidację tego państwa.

Ja bym zostawił militaria dla NATO. Oczywiście, im więcej Unii, tym więcej odpowiedzialności za nasz własny kontynent. Ale to oznacza siły szybkiego reagowania w lokalnych konfliktach, a nie własną strategię przeciwstawienia się Rosji, bo to jest wyzwanie geopolityczne innego kalibru. Nie akceptuję niekompetencji polskich dziennikarzy, którzy biernie wysłuchują narzekań na impotencję Unii Europejskiej w czasie kryzysu ukraińskiego ze strony ludzi, którzy od lat zasilają grupy polityczne otwarcie deklarujące demontaż wspólnoty. Tolerowanie wezwań do mocnych reakcji Unii ze strony tych, co faktycznie Unię osłabiają jest świadectwem nędzy polskich mediów. Domeną Unii nie są militaria, ale reguły wspólnego rynku, które bronią konsumentów przed dyktatem dostawców. Wylansowana przez Polskę idea unii energetycznej zmierza w tym kierunku. Europa mniej zależna od Gazpromu, bardziej samowystarczalna, stanowi najlepszą odpowiedź na imperialne zakusy Putina. W tym kierunku zmierzały inicjatywy Komisji Europejskiej w roku 2014, które współkształtował mój dzielny gabinet.

Nie wszyscy podzielają tę ocenę odchodzącej Komisji.

Mieliśmy jednak udział w tym, by lekcja Putina nie była dla Unii Europejskiej daremna. Nawet walka z ociepleniem klimatu została osadzona w kontekście konkurencyjności gospodarki, cen energii, a ostatecznie bezpieczeństwa energetycznego. W tym roku dokonała się prawdziwa rewolucja w postrzeganiu miejsca polityki klimatycznej wśród całokształtu polityk unijnych, mało w Polsce odnotowana.

W Polsce uważa się politykę klimatyczną za „ideologiczny humbug” osłabiający konkurencyjność i suwerenność Europy. Tymczasem Niemcy potrafią zmniejszać zużycie gazu o blisko 10 procent rocznie, właśnie dzięki realizowaniu elementów polityki klimatycznej.

Niemcy mają większe niż Polska możliwości rozwoju energii wiatrowej na Morzu Północnym i energii solarnej na południu. Poza tym akurat niemiecka „Energiewende”, czyli zwrot w polityce energetyczno-klimatycznej, nie jest dla mnie wzorem. Dramat elektrowni jądrowej Fukushima podniósł temperaturę debaty publicznej w Niemczech do takiego stopnia, że przestała przypominać racjonalne spory, jakie zazwyczaj ukierunkowują wybory polityczne w tym kraju. Skutkował decyzjami politycznymi, które zaciążą kosztowo nad przyszłością niemieckiego przemysłu.

Dziś daje sobie radę lepiej, niż niektóre sąsiednie gospodarki „wysokoenergetyczne”. Ale pomówmy jeszcze o innych obszarach integracji europejskiej. I o tym, czy polityka polska ma potencjał pozwalający naszemu krajowi w tym procesie uczestniczyć. Czy w sytuacji, w jakiej polski rząd znalazł się u progu krajowego sezonu wyborczego, po odpaleniu podsłuchów, widzi pan potencjał polityczny pozwalający podjąć decyzję dotyczącą przystąpienia Polski do Unii Bankowej, już nie mówiąc o rozpoczynaniu debaty o euro?

W Polsce najlepiej rozumiana jest solidarność energetyczna jako element bezpieczeństwa kraju sąsiadującego z Rosją Putina.

Unia Bankowa jest skomplikowanym problemem, podobnie jak pakty fiskalne, co utrudnia wprowadzenie tych problemów na agendę polityczną w kraju, w którym spory polityczne zamieniły się prymitywną pyskówkę. Największym wyzwaniem jest euro. Ale nie dla Polaków, dobrze czujących się w Unii, poznających wygodę wspólnej waluty na wyjazdach, ale dla Polski, jako kraju, który może tracić pozycję wypracowaną w ostatnich latach, gdy strefa euro stanie się wewnętrznym kręgiem wpływów i integracji. Jest to znowu wybór cywilizacyjny, niestety mniej dziś rozumiany, niż w latach 2003-4, kiedy rozstrzygało się nasze członkostwo w Unii. Czy chcemy być w „rdzeniu decyzyjnym”, czy też razem z Wielką Brytanią, Danią, Szwecją, poza nim.

Mając zupełnie inną sytuację wewnętrzną i geopolityczną niż Wielka Brytania, Dania czy Szwecja.

Owszem, ale takie sąsiedztwo unijnych outsiderów wcale Polaków nie przeraża. Choćby z tego powodu problem euro nie nadaje się na agendę PO w konfrontacji z PiS w nowym sezonie wyborczym. W atmosferze politycznej głupawki, jaka zapanowała w kraju, nie sposób wytłumaczyć, że Trójkąt Weimarski może przestać działać w sposób zapewniający Polsce wpływ na najważniejsze decyzje, kiedy przyszłość Europy zacznie wyznaczać strefa euro. Z czasem do polskiej opinii publicznej dotrą lepsze wiadomości o zabezpieczeniach związanych z byciem w środku. Mam na myśli nie tylko wzajemne ubezpieczenie od ryzyka finansowego, ale także elementarne, geopolityczne poczucie bezpieczeństwa. Wierzę, że Polacy zauważyli, że większość krajów naszego regionu (Słowenia, Słowacja, Estonia, Łotwa, Litwa ) ucieka do euro od niepewności geopolitycznej. Ucieka z przestrzeni „pomiędzy”, traktowanej przez Kreml jako własna strefa wpływów. Kryzys ukraiński pozwala to zrozumieć, ale nie w takim stopniu, by kwestia euro zapewniała sukces wyborczy w Polsce.

Ta dyskusja powróci, jestem jej zwolennikiem, dlatego, że wedle mojej wiedzy dwa kraje są dziś naprawdę zapraszane do strefy euro, by ją wzmocnić: Szwecja i Polska. W Polsce zadowolonej z Unii zaufanie do wspólnej waluty znalazło się jednak na najniższym poziomie, podobnie jak w eurosceptycznej, bardziej samowystarczalnej Szwecji. To może się zmienić tylko wtedy, gdy Polacy dowiedzą się, z udziałem mediów, które dotąd ogłupiają rodaków w stylu mediów Berlusconiego, w jaki sposób Europejski Bank Centralny może pomagać bankom krajowym, jak bardzo polski biznes jest dziś narażony na ryzyko walutowe. Bez przełożenia tej debaty na interes polskiej rodziny i polskiego przedsiębiorcy, nie ma szans na zmianę w konstytucji, rozpoczynającej naszą drogę do euro.

Chciałbym zapytać o drugi kraj naszego regionu, który podobnie jak Polska swojej drogi do euro nawet nie rozpoczął. A w dodatku inaczej niż Polska zrywa dziś podstawowe zasady regionalnej i europejskiej solidarności. Chodzi o Węgry. Pan obserwował ten pełzający kryzys, jako liberałowi Orban musiał się panu kiedyś nawet podobać. Dziś ten polityk wylądował na pozycjach antyunijności, antyliberalnych, skrajnego narodowego egoizmu. Do jakiego stopnia to zdestabilizowało nasz region i całą UE? Co było „straszeniem Węgrami”, rozgrywanym jako element sporu pomiędzy europejską lewicą i prawicą, a na czym polega zagrożenie prawdziwe? Ja o to pytam także w kontekście polskim. Jakie konsekwencje dla regionu i dla całej Unii miałoby, gdybyśmy rzeczywiście mieli po kolejnych wyborach parlamentarnych „Budapeszt w Warszawie”?

Pamiętajmy, że Bruksela wzięła wcześniejszą, austriacką lekcję Haidera. Reakcji na nacjonalizm austriacki, zupełnie przeciwskutecznej, bo napędzającej antyeuropejskie nastroje. Nasze wiarygodne źródła w Budapeszcie mówią nam, że tak samo może być na Węgrzech, jeśli ostro potraktujemy Orbana mającego wsparcie absolutnej większości Węgrów. Mam z tym taki sam problem jak premier Tusk, bo osobiście lubimy Orbana, z którym grywaliśmy w piłkę i jest miłym, bezpośrednim facetem, przy bliższym poznaniu. Mam wielu przyjaciół w Budapeszcie z dawniejszych, lepszych czasów. „Zrozumieć znaczy wybaczyć”. Węgry mają okaleczoną narodową duszę. Dawne mocarstwo źle czuje się w obecnych granicach, z licznymi rodakami w Słowacji, Rumunii i Serbii, usiłującymi zachować narodową tożsamość.

I z licznymi rodakami na Ukrainie. A poza tym, akurat w naszym regionie wszyscy mają skaleczone dusze. Polacy mieli kiedyś swoje imperium regionalne, różne narody urządzały tu sobie wzajemnie pogromy i rzezie. Ale ponieważ były i pozostały raczej słabe, raczej z kłopotami, wszystkie uważają się dziś za ofiary.

Jednak Polacy, lepiej niż Węgrzy, czują się w swoich dzisiejszych granicach. A to zbiorowe samopoczucie determinuje politykę. Orban gra na węgierskich kompleksach, mających pewne historyczne uzasadnienie, podobnie jak Kaczyński, tylko bez uzasadnienia. W obecnych realiach, próba rozegrania mniejszości węgierskiej na Ukrainie jest równie niebezpieczna dla Europy, jak pobudzanie pamięci rzezi wołyńskiej. Przyjdzie czas na rozliczenia i pamięć, gdy wygramy suwerenność Ukrainy. To co robi Orban, podziwiany przez Kaczyńskiego, to niszczenie europejskiej solidarności energetycznej, dziś tożsamej z bezpieczeństwem Europy Środkowo-Wschodniej. Każde porozumienie z Gazpromem, a zwłaszcza South Stream, umożliwiające pompowanie rosyjskiego gazu z ominięciem Polski, Ukrainy, czy Litwy, stwarza możliwość ukarania wybranych krajów bez narażania dostaw dla Zachodu.

Niemcy budują razem z Gazpromem drugą nitkę North Streamu.

Ale jednocześnie budują łączniki, które pozwalają przesyłać gaz w odwrotnym kierunku, z Zachodu na Wschód, co jest warunkiem bezpieczeństwa energetycznego krajów narażonych na odwet Kremla. Widząc różnice interesów, mimo wszystko pozostaję wyznawcą optymistycznej  teorii Unii Europejskiej, czyli wiary, że wolne społeczeństwo dorasta do wyzwań; rozwija się poprzez kryzysy. Prędzej czy później będziemy mieli sprawny system połączeń transgranicznych, który jest techniczną przesłanką solidarności energetycznej i sprawi, że nie powtórzy się sytuacja z roku 2009, kiedy zabrakło gazu w kuchenkach domowych na Słowacji czy w Bułgarii. Nie pomaga temu gra na narodowych emocjach w wykonaniu Orbana, ale największe ryzyko spada na samych Węgrów. Węgry to drugi kraj w naszym regionie po Czechach, który jeszcze w latach 90. był pupilkiem i nadzieją europejskiej opinii publicznej, a w XXI wieku spadł do rangi państwa prowincjonalnego. Czechy wyeliminowały się z wpływu na wspólną politykę europejską w epoce prezydenta Klausa, a dziś premier Orban skazuje na izolację Węgry.

A gdyby podobny zwrot wydarzył się Polsce, kraju o większym politycznym potencjale? Jak ty by się przełożyło na stabilność UE w całym naszym regionie?

Przede wszystkim to my wrócilibyśmy do sytuacji z lat 2005-7, kiedy oficjalną twarzą Polski w Brukseli były Samoobrona, LPR i PiS. Traktowano nas jako kraj specjalnej troski, którego zachowania trzeba tolerować, ale nie jest partnerem w kształtowaniu losów Unii. Tak jak Czechy Klausa i Węgry Orbana. Zważywszy na pozycję wypracowaną przez Polskę w ostatnich latach, nieosiągalną dla Czech i Węgier, byłoby to spadanie z wysokiego konia. Takiego wyboru dokonają Polacy w sezonie wyborczym 2014-2015. Albo Polska w roli rozgrywającego w Unii, potwierdzając aspiracje do wewnętrznego kręgu euro, albo powrót na peryferia, które w kontekście siłowej polityki Kremla stają się na nowo swego rodzaju strefą buforową. Nie życzę takiego losu Polakom!

Janusz Lewandowski – ur. 1951, ekonomista, polityk. Autor i promotor Programu Powszechnej Prywatyzacji. Poseł, a następnie europoseł Platformy Obywatelskiej, w latach 2010-2014 Komisarz europejski ds. programowania finansowego i budżetu. W 2014 roku po raz trzeci wybrany do Parlamentu Europejskiego.

 ***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej