Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Darmowe szoty śmierci. Jak zabija metanol – od Laosu po Jemen

Po kilku kubełkach alkoholu, nawet nieskażonego, człowiek inaczej ocenia odległości i własne możliwości. Nie pomogły tablice z napisem: „Nie skacz, bo zginiesz”. Niektórzy tonęli, inni rozbijali czaszki o skały.

Tall forest waterfall with a large tilted device displaying a skull-and-bones warning, leaking a yellow drop into a clear pool
WTF
Płacz

3

Różowy kubełek, pomarańczowy kubełek. W jednym „whisky”, w drugim „wódka”. Grupa roześmianej młodzieży dryfuje na dętkach i oponach z prądem rzeki Nam. W tle widać góry, krajobraz jak z pocztówki. To Vang Vieng, imprezowa stolica Laosu. Między stołecznym Wientian a Luang Prabang, stolicą duchową. Za kilkadziesiąt godzin część młodych ludzi będzie pilnie potrzebować pomocy lekarskiej. Nie wszyscy przeżyją.

W listopadzie 2024 roku sześcioro turystów straciło życie po wypiciu nielegalnie produkowanego alkoholu. Teraz sprawa wróciła na łamy mediów. Chociaż ofiary w aktach zgonów miały wpisane „zatrucie metanolem”, władze Laosu uchylają się od odpowiedzialności i utrzymują, że nie można wskazać winnych.

Młodzi turyści zatrzymali się w hostelu Nana Backpackers, gdzie noc na piętrowym łóżku kosztuje około 10 euro. Kubełek alkoholu – połowę tej kwoty. Na powitanie jest darmowy szot. Potem, przy wieczornym wyjściu, kolejny. Wtedy najpewniej była to miejscowa wódka Tiger albo whisky tej samej marki. Miesiąc później produkcja obu trunków została zakazana.

Nie skacz, bo zginiesz

Spokój, brak pośpiechu, przyjaźni ludzie, smaczne jedzenie, bogata kultura, zjawiskowe widoki, niskie ceny – czego chcieć więcej? Dla wielu młodych to pierwsza dalsza podróż. Dwie australijskie turystki, które śmiertelnie zatruły się metanolem w Vang Vieng, miały po dziewiętnaście lat. Wypiły po powitalnym szocie, zostawiły plecaki i wyszły na miasto. Najpewniej bez planu, odbijały się od baru do baru.

Czytaj także Od budowy szkoły w Afganistanie po bieliznę dla Burkiny Faso. „Pomaganie sprawia, że człowiek chodzi jak nakręcony” Patrycja Wieczorkiewicz rozmawia z Beatą Błaszczyk

Przyjechałam do Vang Vieng busikiem, był grudniowy wieczór 2010 roku. Sześć godzin, by pokonać około 150 km. „Dotrzesz tam, tylko że w czasie laotańskim” – słyszałam wcześniej wielokrotnie. Angielską nazwę kraju – Laos PDR – żartobliwie tłumaczy się jako Laos Please Don’t Rush – to Laos, więc się nie spiesz. Tiziano Terzani, włoski reportażysta, w wydanej w latach 90. książce Powiedział mi wróżbita. Lądowe podróże po Dalekim Wschodzie pisał: „Na małym balkonie hotelu […] w Wientianie blond hippiska paliła tak mocnego dżointa z marihuany, że zapach rozchodził się na wiele metrów dookoła. Na mój widok szepnęła: «Pamiętaj, Laos to nie miejsce, to stan umysłu»”. Jej słowa wciąż są aktualne.

Vang Vieng to senne miasteczko. Grupki młodych Brytyjczyków w czerwonych szortach i czapeczkach Świętego Mikołaja wykrzykiwała do wszystkich „It’s Christmas!”, śpiewała  kolędy, wielu wymiotowało gdzie popadnie. Wtedy jeszcze na odcinku mniej więcej kilometra nad brzegiem rzeki działało kilkanaście barów. Można było pływać na oponie od jednego do drugiego. W wiaderkach miejscowa wódka lub whisky wymieszana z napojem energetycznym. Piwo w Laosie jest tanie, około dolara za butelkę 640 ml, ale mocniejsze trunki – jeszcze tańsze.

Po obu stronach rzeki wiszą sznurowe huśtawki. Duże ilości alkoholu, wszechobecne narkotyki i rzeka – w wielu miejscach zbyt płytka, by nadawać się do pływania. Po kilku kubełkach alkoholu, nawet nieskażonego, człowiek inaczej ocenia odległości i własne możliwości. Nie pomogły tablice z napisem: „Nie skacz, bo zginiesz”. Niektórzy tonęli, inni rozbijali czaszki o skały. W 2012 roku władze Laosu zamknęły bary wzdłuż rzeki. Zniknęły sznurowe huśtawki.

Śmierć w raju

Zamiast imprezowej stolicy kraju miało być centrum turystyki ekologicznej. Warunki są. Sady morwowe, rzeka, góry. Ale hostele i bary pozostały. Niektóre zmieniły nazwy i właścicieli. Nana Backpackers to dziś Paradise Hostel. Wybór niezbyt fortunny, przywodzi na myśl tytuł dokumentu Death in Paradise, zrealizowanego w 2012 roku dla australijskiej telewizji.

W rzece i wokół rzeki Nam raczej nie zobaczymy dorosłych Laotańczyków, wyjątek stanowią wędkarze. Miejscowi się tam nie kąpią. Wiedzą, jak wielu osobom rzeka odebrała życie.

Byli właściciele hostelu tłumaczyli, ze tego samego wieczoru ponad sto innych osób otrzymało darmowe szoty i nic im się nie stało. Prawie na pewno nie było tu złych intencji. Problem w tym, że regulacje są tylko na papierze. Produkcja i dystrybucja odbywają się w sposób niezakłócony. Laotańczycy również każdego roku trafiają do szpitali z ostrym zatruciem metanolem. Wielu traci wzrok.

Laos trafił na łamy prasy zachodniej, bo zginęli zagraniczni turyści. Ale jeśli chodzi o zatrucia w ogóle, nie łapie się nawet do światowej pierwszej dziesiątki. Miejsca na podium zajmują Indonezja, Indie i Rosja. Dalej jest Bangladesz, Pakistan, Wietnam, Iran, Kambodża, Chiny i Kenia. W maju 2026 roku w Indiach 142 osoby zatruły się metanolem. Dwudziestu dwóch nie udało się uratować.

Czytaj także Żuć, żeby żyć. Dla wielu Jemeńczyków narkotyczny khat to sposób na przetrwanie Beata Błaszczyk

„Nigdy tego nie pij, gdziekolwiek będziesz”

Indonezja, lider rankingu, w 87 proc. jest krajem muzułmańskim. W przypadku zatrucia alkoholem i metanolem może być trudno uzyskać pomoc. A gdy już pojawią się objawy – zazwyczaj następnego dnia – trzeba działać szybko. W warunkach poza szpitalnych podaje się etanol. Dżin, whisky, cokolwiek – każdy mocny, ale nieskażony alkohol. W Indonezji pacjenci z widocznym zatruciem często nie są przyjmowani przez muzułmański personel, a odmowa podania etanolu jest standardem.

Liam Davis dobrze znał region i zamawiał w barach tylko importowany alkohol. Nie przewidział, że obsługa może napełniać oryginalne butelki miejscowymi, śmiercionośnymi wytworami. Gdyby zatrucie zostało zdiagnozowane w ciągu dwudziestu godzin, pewnie miałby szansę na przeżycie. Odsyłano go ze szpitala do szpitala, kilka razy błędnie zdiagnozowano, wreszcie przetransportowano do Australii, gdzie zmarł po trzech godzinach. Dziś jego matka prowadzi organizację Lifesaving Initiative About Methanol (LIAM), aby nie tylko upamiętnić syna, ale przede wszystkim przestrzegać innych podróżników.

Podobnie jest w Bangladeszu, kraju muzułmańskim, gdzie alkohol też jest tematem tabu. Lekarze Bez Granic wraz ze szpitalem uniwersyteckim w Oslo szkolą personel medyczny i są w stanie udzielić pomocy w sytuacjach kryzysowych. Prowadzą również stronę o zatruciach metanolem. Przeczytamy tam, że od rozpoczęcia monitorowania w 2013 roku do dnia dzisiejszego odnotowano ponad 3200 sytuacji zatrucia metanolem, które dotknęły ponad 122 tys. osób, a 40,9 tysięcy przypłaciło to życiem. To właśnie w 2013 roku w Libii odnotowano ponad tysiąc przypadków zatrucia metanolem w ciągu tylko jednego tygodnia. Sześć lat później, w lutym 2019 roku, w indyjskim stanie Assam po wypiciu nielegalnie produkowanego alkoholu zmarło ponad 150 osób. Setki doznały trwałego uszczerbku na zdrowiu, najczęściej utraty wzroku. W 2018 roku w Iranie w pojedynczym incydencie śmiertelnie zatruły się 84 osoby.

W przypadku wielu krajów nie ma co liczyć na dane. To m.in. Jemen, Dżibuti czy Erytrea. Tam też ludzie tracą wzrok i życie. O dżibutyjskiej whisky usłyszałam po raz pierwszy kilkanaście lat temu w jemeńskim Taiz. Latif, mój kierowca, miał ze sobą wszystko, co zakazane i dużo więcej. Na skrzyżowaniach policjanci kłaniali mu się nisko. W terenowym i wysokobudżetowym samochodzie dziwił silny kwaśny zapach. Latif nie rozstawał się ze swoją „czarną damą”. Plastikowa butelka z brązowym gazowanym płynem amerykańskiej marki, w znacznym stopniu wypełniona czymś zupełnie innym. „Wszyscy sprzedają” – mówił. „Wszystkie ambasady, to żaden problem. Oczywiście trzeba dobrze zapłacić. Gdy nie masz pieniędzy, pozostaje dżibutyjska whisky. Chcesz zobaczyć?”

Czytaj także Najważniejszy kraj, którego „nie ma”. Dlaczego światowe potęgi płacą krocie za obecność w Dżibuti? Beata Błaszczyk

Chwilę później podjechaliśmy pod rondo. Tuż przy krawężniku leżały plastikowe torby z przezroczystym płynem. Tak kupuje się wodę, więc nie budzi to niczyich podejrzeń. Ale tym razem w torbach znajdował się wysokoprocentowy alkohol. „Nigdy tego nie pij, gdziekolwiek będziesz” – powiedział Latif. Wspominałam te słowa wielokrotnie – w Dżibuti, Erytrei, Somalilandzie, Jemenie i Etiopii.

Wśród sześciu ofiar śmiertelnego zatrucia w Vang Vieng była również dwudziestoośmioletnia brytyjska prawniczka. Podróżowała z przyjaciółką z dzieciństwa, obecnie mieszkającą w Australii. Przyjaciółce nic się nie stało. Władze brytyjskie na rządowych stronach zamieściły dodatkowe ostrzeżenia dla podróżnych. Wśród dwudziestu wymienionych dziewięciu krajów – obok Indonezji czy Wietnamu – znalazł się także Laos. Ale czy młodzi ludzie, jadący w swoją pierwszą dorosłą podróż z plecakiem, czytają strony rządowe?

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x