Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Najważniejszy kraj, którego „nie ma”. Dlaczego światowe potęgi płacą krocie za obecność w Dżibuti?

– Nie ma takiego kraju – słyszę w banku, gdy próbuję zrobić przelew dla jemeńskiej uchodźczyni w Dżibuti. Jest – malutki, ale bardzo ważny. A będzie jeszcze ważniejszy, jeśli Cieśnina Ormuz zostanie całkowicie zablokowana i dojdzie do dalszej eskalacji konfliktu.

Widok na meczet w Dżibuti z niewielkim minaretem, pod nim stoją stare samochody, w centrum zdjęcia znajdują się trzy odwrócone tyłem kobiety w hidżabach, idące w kierunku meczetu
Kontekst

🗳️ 10 kwietnia 2026 roku w Dżibuti odbyły się wybory prezydenckie, które po raz szósty wygrał Ismail Omar Guelleh, rządzący krajem od 1999 roku. Opozycja od lat bojkotuje głosowania, wskazując na brak realnej konkurencji politycznej i ograniczenia wolności mediów.

🌍 Dżibuti to niewielkie państwo w Rogu Afryki o ogromnym znaczeniu strategicznym – przez pobliską cieśninę Bab al-Mandab przechodzi ok. 10-12 proc. światowego handlu morskiego. Z tego powodu kraj stał się miejscem koncentracji baz wojskowych globalnych potęg.

🪖 Na terytorium Dżibuti działają stałe bazy m.in. USA, Chin, Francji i Japonii, co czyni kraj jednym z najważniejszych punktów militarno-logistycznych świata.

Walka

– Jesteś Chinką? – pyta mnie kierowca taksówki w stolicy Dżibuti. Widzi tylko skórę na policzkach i nosie, resztę zasłaniają szczelny hidżab i duże okulary przeciwsłoneczne. A skoro francuski nie jest moim językiem ojczystym, to pytanie wydaje się zasadne. Chińska obecność w maleńkim państwie w Rogu Afryki jest zauważalna na każdym kroku. Już na lotnisku widzimy duży wybór chińskich papierosów i alkoholi. Chińczycy, ze swoją długofalową strategią rozwoju i ekspansji, wręcz muszą tu być. Dżibuti leży nad Morzem Czerwonym, Zatoką Adeńską i Cieśniną Bab al-Mandab. Przepływa tędy co najmniej 12 proc. światowego handlu morskiego. W najwęższym miejscu Brama Łez ma niewiele ponad 30km. Po drugiej stronie jest Jemen.

Wybory prezydenckie w „oazie stabilności”

10 kwietnia Ismail Omar Guelleh po raz szósty wygrał wybory prezydenckie w Dżibuti, zdobywając 97,8 proc. głosów. „Na karcie do głosowania były trzy pozycje: Ismail, Omar, Guelleh” – żartują ci, którzy mogą to robić bezpiecznie, bo żyją za granicą.

„Nie mamy ropy naftowej, ale mamy nasze strategicznie ważne położenie. I to jest stałym źródłem naszych dochodów” – powtarza Guelleh. Już w 2010 roku usunął z konstytucji zapis o maksymalnej liczbie prezydenckich kadencji. Jesienią ubiegłego roku posłowie jednomyślnie znieśli także prezydencki limit wieku. Wynosił 75 lat, a Guelleh ma 78. „Na karcie do głosowania były trzy pozycje: Ismail, Omar, Guelleh” – żartują ci, którzy mogą to robić bezpiecznie, bo są za granicą.

Czytaj także Miała 8 lat, gdy została okaleczona. Dziś walczy z tym procederem. „Wy, w Europie, też o tym mówcie” Beata Błaszczyk

Wybory przebiegły sprawnie. Frekwencja wyniosła nieco ponad 80 proc., a na urzędującego prezydenta zagłosowało 97,8 proc. wyborców. Opozycja praktycznie nie ma możliwości działania, więc od lat wybory bojkotuje. Nie ma wolności prasy (Światowy Indeks Wolności Prasy, Reporterzy bez Granic, 2025 rok – miejsce 168 na 180 uwzględnionych krajów). A na aparat bezpieczeństwa władze wydają dużo. I z dumą podkreślają, że Dżibuti jest oazą stabilności w targanym konfliktami regionie.

Państwo dla ludzi czy baz wojskowych imperialnych potęg?

Dzisiejsze Dżibuti do 1977 roku było Francuskim Somalilandem. Wcześniej, w latach 1967-1977, Francuskim Terytorium Afarów i Issów. Francuski pozostał jednym z języków urzędowych. Pozostała też baza wojskowa, chociaż główną francuską bazę, Camp Lemonnier, zajęli Amerykanie. W jedynej stałej amerykańskiej bazie na kontynencie stacjonuje ponad 4 tysiące personelu. Z czasem doszli Japończycy, Włosi i Chińczycy – początkowo jedynie aby chronić swoje statki przed somalijskimi piratami. Nigdzie na świecie nie ma takiego nagromadzenia baz wojskowych światowych potęg. Chińczyków od Amerykanów dzieli tylko kilka kilometrów.

Próbowała nawet Rosja. Prezydent Guelleh, który chętnie przygarnąłby kolejne miliony dolarów, tym razem musiał odmówić. Amerykanie najwyraźniej mogą być w sąsiedztwie Chińczyków, ale Rosjan już nie. Finalizuje się również sprawa militarnej obecności Arabii Saudyjskiej. Są Hiszpanie i Niemcy, ale działają w ramach baz francuskich i amerykańskich. Dokładnych wyliczeń raczej nie poznamy, ale roczny dochód z samych baz to ponad 300 milionów dolarów, jedna dziesiąta dżibutyjskiego PKB.

Podobno Chińczycy płacą nawet więcej niż Amerykanie. I chętnie udzielają Dżibuti kolejnych pożyczek. Już teraz dług wynosi ponad 2 miliardy dolarów, połowę PKB. Taki rodzaj długu MFW określa jako niebezpieczny i niezrównoważony. Prawdziwych liczb nie znamy. Są dane MFW, czasem rząd przedstawi swoje. Niewykluczone, że dług wobec Chin jest znacznie większy, może przekraczać 3 miliardy. Spłata niektórych wierzytelności – w tym za budowę kolei z Etiopii do Dżibuti – jest odroczona do 2027 roku.

Ponad 95 proc. etiopskiego handlu morskiego przechodzi przez Dżibuti. Z Etiopii też płyną duże pieniądze. Addis Abeba mówi o 2 miliardach dolarów rocznie. Pod koniec marca zareagował nawet dżibutyjski minister finansów, wzywając etiopskie władze do pokazania ksiąg i faktur. Jego zdaniem mowa o 46 milionach.

Dzisiejsze Dżibuti ma około 1,2 miliona mieszkańców. Połowa żyje w stolicy lub na jej znacznych obrzeżach. Jeszcze do niedawna ponad 400 tysięcy osób nie miało dostępu do elektryczności. Teraz jest lepiej – ma go ponad 65 proc. populacji. To głównie energia słoneczna, bo słońca tu nie brakuje. Skala ubóstwa wynosi ponad 35 proc. (dane African Development Bank z 2024 roku). Biedni muszą przeżyć za znacznie mniej niż równowartość 2 dolarów dziennie. W tym ma się zmieścić wszystko. Czasem transport, czasem baterie. Czasem leki. Zapałki. Jakiś opał. Tu nie da się nazbierać chrustu. Poza miastami ludzie mieszkają w szałasach skleconych ze wszystkiego, co udało się znaleźć. Falista blacha, trochę brezentu czy szmat. Skąd biorą wodę? Wciąż nie mam odpowiedzi.

Czytaj także Za Rosją czy za Ukrainą? Dla Kenijczyków problem nie jest w wyborze, a w narratorze Jan Wysocki

Ucieczka z Dżibuti – za czym i dokąd?

Ze stolicy jadę do portowego miasta Ubuk. Po drugiej stronie Bramy Łez znajduje się jemeński port Mokka. Stąd i stamtąd przemyca się wszystkich i wszystko. Maleńki biały busik wypełniony szczelnie po dach. Kilkunastu etiopskich migrantów, jeden jemeński uchodźca i ja. Na dachu niezliczone torby, pakunki, worki owoców. Wszystko zabezpieczone siatkami. Co chwila coś spada.

Kilkugodzinna podróż przez bezdroża. Co jakiś czas zatrzymuje nas policja. Moi współpasażerowie bez słowa przekazują zwitki banknotów. Nikt o nic nie pyta. Im bliżej Ubuk, tym bardziej krajobraz robi się księżycowy. To Dankalia, jedno z najgorętszych, najbardziej apokaliptycznych i niegościnnych miejsc na świecie. Tu nawet szarańcza nie ma co jeść.

Z Ubuk, pod osłoną nocy, moi towarzysze podróży chcą się przedostać do Jemenu, a stamtąd do Arabii Saudyjskiej, w poszukiwaniu pracy. Szczerze im życzę, żeby zostali zgarnięci przez morską straż graniczną. Inaczej mogą wpaść w ręce przemytników, którzy wiedzą, jak skutecznie wymusić haracz. Od swoich ofiar, ale przede wszystkim od ich rodzin, które będą słyszeć odgłosy tortur lub nawet widzieć je na ekranach swoich telefonów. Mogą też zginąć po drodze. To 1400 km w linii prostej. Podejmując decyzję o ucieczce wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy.

Z Jemenu ludzie wciąż próbują się wydostać. Uciec przed katastrofą humanitarną, blokadami i brakiem perspektyw. Jednak w Dżibuti prawie na pewno pracy nie znajdą. Bezrobocie przekracza 40 proc., dla najmłodszej grupy (15-24) wynosi ponad 75 proc. Mężczyźni w busie palą non stop. Po godzinie trzynastej na naszej trasie co jakiś czas pojawiają się kobiety sprzedające khat. Pęczki docierają tu z Etiopii każdego dnia około południa. Muszą być świeże. Po trzech dniach podobno tracą moc.

Gdy nie ma co robić, khat wyznacza rytm dnia. Najpierw się czeka. Potem się żuje. Następnie ze zdziwieniem patrzy na zegarek. Mija kolejny dzień. W stolicy khat można kupić w sieci sklepów. Właściciele z dumą pokazują okazałe pęczki, zachęcają do spróbowania i pozują do zdjęć. Inaczej zachowują się kobiety sprzedające khat na ulicach. Na drewnianych skrzynkach wykładają grube płócienne worki złożone na pół, tak jakby nic w nich nie było. To podobno najlepsze warunki dla świeżych liści, których nie pozwalają nawet fotografować.

Bogaci w eleganckich kawiarniach, najbogatsi – w aktach Epsteina

Centrum miasta, okolice Placu Menelika. Tam trafiam do popularnej francuskiej kawiarni. Tu nikt khatu nie żuje. Eleganckie garnitury, drogie zegarki, telefony najnowszej generacji. Garstka wybrańców. Beneficjenci lukratywnych międzynarodowych kontraktów. Tych najbogatszych tu oczywiście nie spotkamy. Odnajdziemy ich np. w aktach Epsteina. Jest tam prezydent, jest jeden z najbogatszych ludzi w Dżibuti – Abdourahman Boreh. W mailach Epsteina możemy przeczytać, że Guelleh i Boreh się nienawidzą. Nie wolno jednemu mówić o spotkaniu z drugim. A na spotkaniu miały być dziewczyny. Ale nie było – spore rozczarowanie. Za to nowy dżibutyjski znajomy okazał się całkiem fajny, good fun – pisze Epstein. Były noclegi w Waldor Astorii. Jedna noc w prezydenckim apartamencie w Beverly Hills to koszt 20 tys. dolarów.

Czytaj także „Lewicowa” prezydentka, sfałszowane wybory i przemoc. Polskie MSZ odradza wakacje w Tanzanii Beata Błaszczyk

Boreh to niegdyś sojusznik, dziś wróg. Gdy zaczął krytykować prezydenta o planowane zmiany w konstytucji, a przede wszystkim wdał się w spór z pierwszą damą – zwaną wiceprezydentką, chociaż takiej funkcji dżibutyjska konstytucja nie przewiduje – o obecność w Dżibuti zagranicznych inwestorów, szybko pojawiły się zarzuty o korupcję i terroryzm. Jego aktywa zostały zamrożone. Musiał opuścić kraj. Swojego syna z pierwszego małżeństwa od lat szykuje do najwyższego urzędu w państwie. Trochę tak jak w 1999 roku pierwszy prezydent Dżibuti wybrał na następcę swojego siostrzeńca. A ten właśnie zapewnił sobie władzę na kolejnych pięć lat.

Jedyny rywal prezydenta Guelleha, Mohamed Farah Samatar, uzyskał 2,19 proc. głosów. Prowadził kampanię pod hasłem: „Inne Dżibuti jest możliwe”. I pewnie jest, ale nieprędko.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie