„Jestem tu po najlepszych, najbystrzejszych dżihadystów” – mówił pewnego wieczoru Chalid Szejk Muhammad do grupki muzułmańskich bojowników w Bośni. „To miejsce jest drugorzędne. Oczywiście, są tu nasi bracia muzułmanie i ich wspieracie. Prawdziwy wróg to Ameryka. W [prowincji] Chost w Afganistanie jest już obóz Khalden i tam powstaje nowa siła. Tam się przenieście. Będziecie włóczyć się gdzieś po obrzeżach świata, tracić czas i życie. A i tak przyjdą świeckie rządy. Zezwolą na alkohol, nocne życie. Żaden burdel nie zostanie zamknięty. Jedźcie do Afganistanu. Przygotujcie się do tej najważniejszej wojny” – zachęcał. Był rok 1995.
Już wtedy Khalid Szejk Muhammad myślał o wykorzystaniu cywilnych samolotów do przeprowadzenia ataku w Stanach Zjednoczonych. Wcześniej, na początku 1995 roku, jego siostrzeniec Ramzi Jusuf wraz ze wspólnikami przygotowywał Operację Bojinka – plan zakładający wysadzenie jedenastu amerykańskich samolotów lecących z Azji do Stanów Zjednoczonych, obejmujący również zamach na papieża. Nie doszedł do skutku, bo filipińska policja odkryła mieszkanie, w którym przechowywano materiały potrzebne do przeprowadzenia operacji.
W 1996 roku Khalid Szejk Muhammad przedstawił Osamie bin Ladenowi własną, zmodyfikowaną wersję tego pomysłu. Bin Laden początkowo ją odrzucił. Pod koniec 1998 lub na początku 1999 roku zmienił zdanie i dał KSM zgodę na przygotowanie operacji. Stało się to kilka miesięcy po amerykańskim ataku rakietowym na obozy Al-Kaidy w Afganistanie. W grudniu 1999 roku rozpoczęły się przygotowania do operacji, która dwa lata później miała zmienić oblicze świata.
Od wojny w Bośni do Al-Kaidy i 11 września
Część bojowników z Bośni walczyła wcześniej w Czeczenii lub Afganistanie. Niektórzy mieli po szesnaście lat i musieli po cichu wymknąć się z domu. Tak jak Aimen Dean, późniejszy agent MI6 i autor książki Nine Lives: My Time as MI6’s Top Spy Inside al-Qaeda. W 1994 roku wyjechał z Arabii Saudyjskiej do Bośni, gdzie dołączył do islamskich bojowników. Później trafił do Afganistanu, a w 1997 roku złożył przysięgę wierności Osamie bin Ladenowi. Nazwał się wówczas Haidarim al-Bahrainim, Lwiątkiem Bahrajnu – do dziś się tego wstydzi. Aimen Dean to też pseudonim.
Wśród islamskich bojowników z 40 krajów w Bośni było także dwóch Saudyjczyków, Khalid al-Mihdhar i Nawaf al-Hazmi.. Przyjaźnili się od dzieciństwa. Wybrani w Afganistanie przez Osamę bin Ladena jako pierwsi z 19 przyszłych zamachowców dotarli do Stanów Zjednoczonych w styczniu 2000 roku. Zatrzymali się w San Diego.
Z lotniska w Los Angeles trafili do San Diego. Pomógł im Omar al-Bayoumi, Saudyjczyk podający się za studenta. To on znalazł dla nich mieszkanie, podpisał umowę najmu i pomógł w pierwszych tygodniach pobytu. Sam twierdził później, że spotkał ich przypadkiem w restauracji w Culver City. Komisja 9/11 uznała, że nie ma wiarygodnych dowodów, by wiedział o planach albo świadomie pomagał organizacji terrorystycznej. Późniejsze śledztwa FBI i ujawnione dokumenty rzuciły na tę historię nowe światło.
Bayoumi oficjalnie był studentem, ale nie chodził na zajęcia. Utrzymywał się z pieniędzy pochodzących od firm powiązanych z saudyjskim rządem, w tym z ministerstwem brony. FBI ustaliło, że otrzymywał około 90 tysięcy dolarów rocznie, mimo że nie wykonywał żadnej pracy. Po przyjeździe al-Mihdhara i al-Hazmiego jego wynagrodzenie wzrosło ponad dwukrotnie, a następnie wróciło do wcześniejszego poziomu, gdy obaj opuścili San Diego.
To nie jedyny szczegół, który zwraca uwagę. Ujawnione przez BBC materiały ukazują Bayoumiego w objęciach Anwara al-Awlakiego, który kilka lat później został jednym z przywódców Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego. Na opublikowanym nagraniu obaj uczestniczą w rozgrywce paintballowej w San Diego razem z saudyjskim urzędnikiem z Ministerstwa Spraw Islamskich. FBI miało te materiały już wkrótce po zamachach, ale nie wykorzystało ich w pełni w późniejszym śledztwie.
Khalid i Nawaf rzadko wychodzili z domu. Spali, grali, a nocą podjeżdżała limuzyna i zabierała ich na szkolenie. Taki był plan – wśród porywaczy będą tak zwane mięśniaki, które obezwładnią, kogo trzeba, by inni, odpowiednio przeszkoleni, mogli przejąć stery samolotów.
Khalid Szejk Muhammad i tajne więzienia CIA
Mózg całej operacji, Khalid Szejk Muhammad, został aresztowany przez Amerykanów w marcu 2003 roku. Dziś wciąż przebywa w Guantanamo. Po zatrzymaniu trafił do tajnych więzień CIA. Jedno z nich znajdowało się w Polsce, w Starych Kiejkutach.
W grudniu 2014 roku Aleksander Kwaśniewski po raz pierwszy publicznie przyznał, że Polska zgodziła się na utworzenie na swoim terytorium tajnego ośrodka CIA. Mówił o „względnie bezpiecznym miejscu”, unikając słowa „więzienie”. Do Starych Kiejkut trafił także Khalid Szejk Muhammad. Według ujawnionych dokumentów CIA poddawano go tam tzw. wzmocnionym technikom przesłuchań, w tym co najmniej 183 razy waterboardingowi, czyli symulowanemu topieniu. Przetrzymywano go w pozycji stojącej, pozbawiano snu, rozbierano do naga. Stosowano także tzw. wlewy doodbytnicze.
W styczniu 2007 roku Frank Pellegrino, agent FBI, który przez lata zajmował się poszukiwaniem Szejka Muhammada, usiadł z nim przy jednym stole. Tym razem nie było krzyków, kajdanek ani wymuszania odpowiedzi. Rozmawiali przez kilka dni. Pellegrino podsumował to tak: „Uwierzcie lub nie, ma niesamowite poczucie humoru. Bardzo wciągająca rozmowa. I zero wyrzutów sumienia, zero skruchy”.
Tuż po zamachu 11 września zapytałam profesora Janusza Daneckiego, arabistę, czy tych dziewiętnastu młodych ludzi – mieli od 20 do 33 lat – rzeczywiście tak spieszyło się do raju, i jak pogodzić ich decyzję z koranicznym zakazem samobójstwa.
„Muzułmański raj to marzenie Beduina z siódmego wieku. Jest zielono. Jest woda. Są rzeki płynące winem. Są hurysy. Dziś to wszystko można mieć za pieniądze już na tym świecie. Ci ludzie zostali bardzo zręcznie i skutecznie zmanipulowani. Do nich nikt nie mówił o samobójstwie, tylko o męczeństwie w obronie islamu. Tuż przed zamachem mieli nieustannie się modlić, pościć, ogolić całe ciało i przygotować się do świętego rytuału oczyszczenia, który w jednej chwili przeniesie ich do raju” – wyjaśnił prof. Danecki.
Jest jednak jedna rzecz, której za pieniądze kupić nie można. Według późniejszej tradycji dotyczącej nagrody dla męczennika może on poprosić o miejsce w raju dla siedemdziesięciu swoich najbliższych.
Nie ma jednego kościoła, jak w chrześcijaństwie. Nie ma też jednego islamskiego autorytetu, który mógłby rozstrzygnąć, co jest właściwą interpretacją religii. Są uczeni, szkoły prawne, duchowni. Są też ugrupowania terrorystyczne, które tworzą własne interpretacje i próbują wprowadzać je w życie siłą. Czasem z ogromnym okrucieństwem.
Tak robi Boko Haram. Nie tylko w Nigerii, skąd się wywodzi, ale także w Nigrze, Mali i Czadzie. Tak robią talibowie w Afganistanie. I tak robiła Al-Kaida, która religijne teksty i pojęcia wykorzystywała do uzasadniania przemocy.
W obozach szkoleniowych Al-Kaidy w Afganistanie uczono nie tylko strzelania czy konstruowania bomb. Aimen Dean, który sam przeszedł takie szkolenie, opisywał naukę przygotowywania trucizn, broni chemicznej i biologicznej. Eksperymentowano również na zwierzętach. Według Deana zabijanie królików niektórym uczestnikom sprawiało autentyczną przyjemność.
Ahmad Szah Masud ostrzegał przed Al-Kaidą i talibami
Talibowie opanowali Kabul w 1996 roku. Al-Kaida zakładała swoje obozy szkoleniowe po obu stronach afgańsko-pakistańskiej granicy. Współpraca między talibami a organizacją Osamy bin Ladena zacieśniała się.
Dwa dni przed atakiem na World Trade Center zamordowany został Ahmad Szah Masud, „Lew Pandższiru” – przywódca Sojuszu Północnego i najważniejszy w kraju przeciwnik talibów. To on kontrolował Pandższir, jeden z ostatnich obszarów Afganistanu pozostających poza ich władzą. Kilka miesięcy wcześniej, w kwietniu 2001 roku, Masud przemawiał w Parlamencie Europejskim. Ostrzegał przed talibami i Al-Kaidą, mówił o zagrożeniu, jakie terroryzm z Afganistanu stanowi dla świata. Był aplauz, były wyrazy solidarności i politycznego wsparcia.
Po zamachu Masud został wspomniany w Parlamencie Europejskim jako człowiek, którego ostrzeżeń Zachód nie potraktował wystarczająco poważnie. Nicole Fontaine, ówczesna przewodnicząca PE, mówiła wprost, że jego śmierć – został zamordowany 9 września 2001 roku – była częścią tej samej strategii, co zamachy w Nowym Jorku i Waszyngtonie.
Dziś jego syn, Ahmad Masud, założyciel i przywódca Narodowego Frontu Oporu Afganistanu, również próbuje zwrócić uwagę świata na to, co dzieje się w jego kraju. I ze smutkiem przyznaje, że Afganistan stał się „wczorajszym newsem”.
W 2026 roku przeciwko talibom wystąpiło 180 afgańskich uczonych islamskich. W wydanej fatwie uznali ich władzę za tyranię, wezwali Afgańczyków do walki zbrojnej i stwierdzili, że obalenie talibów jest religijnym obowiązkiem. Ale uczeni nie mają broni. Talibom jej nie brakuje.
Jedyny taki kraj
Nie ma drugiego muzułmańskiego kraju na świecie, w którym panowałby apartheid płciowy i w którym kobiety byłyby całkowicie wyeliminowane z uniwersytetów, życia społecznego i gospodarczego. Tymczasem talibowie, opanowując kraj, przejęli sprzęt wojskowy wart ponad 8,5 miliarda dolarów. Tego ani żadnej porównywalnej pomocy z zewnątrz nie ma Narodowy Front Oporu.
Ponad 30 tys. terrorystów z ponad dwudziestu krajów świata przebywa dziś w Afganistanie. Szkolą się i rekrutują na potęgę. To tam ma działać sześciu synów Osamy bin Ladena, w tym jego ukochany Hamza, którego prezydent Trump w 2019 roku uznał za zmarłego.
Triumf talibów w 2015 roku niewątpliwie dodał skrzydeł innym organizacjom terrorystycznym. Gdy Syryjczycy z HTS poprosili o pomoc, popłynęła do nich broń z Doliny Pandższiru – to tam talibowie mają dziś swój największy arsenał.
Obecny prezydent Syrii Ahmad asz-Szara w 2003 roku przyłączył się do irackiej Al-Kaidy. Później stworzył własne ugrupowania: najpierw Dżabhat an-Nusra (2012), związane z Al-Kaidą, a następnie HTS (2017).
Jemeńscy rebelianci Huti od kilku lat blisko współpracują z Asz-Szabab (Ruchem Młodzieży Mudżahedińskiej). Dostarczają somalijskim dżihadystom broń, szkolą ich i wcielają w swoje szeregi – tylko w ostatnim tygodniu w Jemenie zginęło kilku Somalijczyków. Asz-Szabab kontroluje około jednej trzeciej terytorium Somalii. Ma własne sądownictwo, własny system ściągania podatków – albo, jak kto woli, haraczy. I ma pieniądze. Guled Ahmed, somalijski analityk i badacz związany z Middle East Institute w Waszyngtonie, specjalizujący się w geopolityce Rogu Afryki i finansowaniu terroryzmu, zatytułował swoją książkę zatytułował Al-Shabaab Mafia Inc. – przedstawiając organizację nie tylko jako ugrupowanie terrorystyczne, lecz także swoiste połączenie mafii i korporacji.
Powstają nieoczywiste sojusze. Filie i franczyzy. Czasem trzeba się przegrupować, czasem przenieść. Różnice są najwyżej taktyczne. Najważniejsi wrogowie pozostają ci sami: to Stany Zjednoczone i Izrael.
Tak zwane Państwo Islamskie również nie zniknęło. Według Global Terrorism Index 2026 w 2025 roku było jedną z czterech najkrwawszych organizacji terrorystycznych na świecie. Działało jednak „tylko” w 15 krajach – rok wcześniej w 22. Pozostałe trzy organizacje w pierwszej czwórce to Jama’at Nusrat al-Islam wal-Muslimin (JNIM), Tehrik-e-Taliban Pakistan (TTP) oraz Asz-Szabab.
„Osama byłby zadowolony” – podsumowuje sytuację ćwierć wieku po zamachu na World Trade Center profesor Bruce Hoffman z Uniwersytetu Georgetown.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!