💸 Doctorow przypomina o przełomowym znaczeniu badań Piketty’ego i ich związkach z opublikowanymi w tym samym czasie przeciekami Edwarda Snowdena.
💰 Piketty poparł analizą 300 lat historii tezę, że kapitał kumuluje się szybciej, niż gospodarka rośnie, co sprzyja koncentracji bogactwa w rękach już zamożnych.
↕️ W ten sposób system tworzy dziedziczną elitę, która zyskuje wpływ na społeczeństwo bez odpowiedniej legitymacji czy kompetencji.
📝 Przeczytaj także najnowszą rozmowę Michała Sutowskiego z Corym Doctorowem o przyczynach i skutkach gównowacenia gigantów technologicznych.
Latem 2013 roku w przeciągu zaledwie kilku tygodni ukazały się dwa niezwykle ważne, ezoteryczne, techniczne teksty: przecieki Snowdena, ujawniające system wszechobecnej globalnej inwigilacji, oraz książka Thomasa Piketty’ego Kapitał w XXI wieku, poświęcona gospodarczej nieuchronności i niestabilności politycznej oligarchii.
Wtedy, w 2013 roku, powiązania między tymi pracami nie były aż tak oczywiste, jednak wraz z upływem lat jestem coraz bardziej przekonany, że Snowdena i Piketty’ego można właściwie zrozumieć wyłącznie traktując ich prace jako opis dwóch aspektów tego samego zjawiska.
Przełomowe dzieło Piketty’ego opierało się na szczegółowej analizie przepływów kapitału na świecie na przestrzeni aż 300 lat, będącej efektem benedyktyńskiej pracy sporego zespołu doktorantów, którzy przeczesali gigantyczny zbiór różnorodnych danych. Wypływający z jego książki wniosek brzmi: „w długim okresie stopa zwrotu z kapitału przewyższa tempo wzrostu gospodarczego” (w skrócie „r > g”).
Choć na pozór brzmi to niewinnie, w rzeczywistości to prawdziwa bomba. Skoro r > g, to większość bogactwa nieuchronnie skumuluje się w rękach tych, którzy już na starcie mają największy majątek, zaś to, czy będą z posiadanymi pieniędzmi robić cokolwiek produktywnego, nie ma tu najmniejszego znaczenia. To z kolei oznacza, że rzekomi bohaterowie systemu rynkowego, owi przedsiębiorcy, którzy zakładają i prowadzą firmy przyczyniające się do wzrostu publicznego dobrobytu, są skazani na granie drugich skrzypiec w stosunku do tych, których wkład w rozwój polega na gromadzeniu dóbr, to jest zwykłych hydraulików udrażniających przepływ pieniądza.
Kapitał wygrywa z pracą
Najbrutalniejszym tego przykładem w Kapitale w XXI wieku jest zestawienie przez Piketty’ego dziedziczki L’Oreala, Liliane Bettencourt (podówczas najbogatszej kobiety świata) z Billem Gatesem, założycielem Microsoftu (w tamtym czasie najlepiej prosperującej korporacji świata). Piketty porównuje wzrost ich fortun w dwóch okresach: od założenia Microsoftu do odejścia Gatesa z funkcji CEO i od momentu jego rezygnacji ze stanowiska wykonawczego, kiedy przestał być przedsiębiorcą, a zajął się wyłącznie inwestowaniem.
W tym pierwszym okresie, kiedy Gates zakładał i prowadził odnoszącą ogromne sukcesy korporację, zgromadził on mniej bogactwa niż Liliane Bettencourt, która w tamtym czasie nie robiła dokładnie nic wartościowego. Bettencourt nawet nie zarządzała własnymi inwestycjami, pozostawiając to w rękach kilku bardzo bystrych speców od finansów, prawników i księgowych. Innymi słowy: siedząca z założonymi rękoma Bettencourt wygenerowała więcej bogactwa, niż Gates zakładając najprężniejszą korporację na świecie. Bettencourt, do której coś należało, wiodło się lepiej niż Gatesowi, który coś robił.
Ale potem Gates odszedł ze stanowiska. Przestał robić, zaczął mieć. Stał się inwestorem, prześcigając w zyskach zarówno Bettencourt, jak i Gatesa-przedsiębiorcę. I znów okazało się, że system rynkowy słabiej nagrodził osobę, która była najlepsza w biznesie robienia czegoś, niż tę samą osobę, która zrezygnowała z pracy i przerzuciła się na biznes posiadania czegoś.
Piketty pokazuje, że jest to zjawisko występujące na różnych rynkach, w różnych narodach i epokach: przy zachowaniu równości pozostałych warunków, system rynkowy tworzy klasę dziedzicznych arystokratów, rządzących światowym kapitałem i nadających kierunek jego alokacji, choć oni sami nigdy nic nie zrobili. Rynek przewiduje najhojniejsze premie nie dla tych najbardziej produktywnych uczestników, tylko dla uczestników, którzy dzięki łaskawemu oku fortuny wykluli się ze złotodajnego łona.
Jak wielkie fortuny zamieniają się we władzę
Co gorsza, wygranie w tej loterii najfartowniejszego czepka, w którym można było się urodzić, wcale nie jest równoznaczne z uzyskaniem kwalifikacji do kierowania odziedziczonym wraz z odcięciem pępowiny kapitałem. Liliane Bettencourt nie miała żadnych rewolucyjnych pomysłów biznesowych, nie wynalazła żadnych cudownych materiałów ani procesów, nie stworzyła żadnych genialnych dzieł sztuki. Dokonała jedynie akumulacji dóbr za sprawą usług wprawnych technicznie zawodowców, których obowiązki służbowe obejmują m.in. zatrudnianie własnych następców, by w ten sposób zadbać o ciągłość owej akumulacji przez kolejne pokolenie fuksiarzy, którzy wygrali swoje czepki na porodówce i będą zarządzać jeszcze większym kapitałem i dzierżyć jeszcze większą władzę w społeczeństwie.
Być może gdyby owi wybrańcy losu zadowolili się tym, że to pozbawieni ludzkich odruchów Renfieldzi zajmą się alokacją ich kapitału, podczas gdy oni sami będą mogli w tym czasie zajadać się pralinkami i imprezować na jachtach, mogłoby to zapewnić jakąś stabilną sytuację polityczną. Niestety, szybko orientują się oni, że pochodzą z długiej linii zamożnych przodków, której przedłużeniem będą ich potomkowie, i dochodzą do wniosku, że cechuje ich jakaś wyjątkowa, dziedziczna cnota, magiczna krew, którą system w dowód uznania nagrodził gigantyczną fortuną i wynikającą z niej władzą.
Niebezpiecznie zaczyna się robić, kiedy arystokraci, znudziwszy się zbijaniem bąków, zaczynają mobilizować odziedziczony kapitał, by zmienić to, jak żyje reszta z nas. Miliarderzy-dyletanci to broń masowego rażenia – ich specjalne projekty mają bardzo szeroki promień oddziaływania, wyrządzając przy okazji wiele niezamierzonych szkód.
Weźmy na przykład Billa Gatesa: jego projekty ideologiczne to katastrofa. Jako patentowy maksymalista finansował lobbystów, którym udało się zablokować plany produkcji własnych leków na AIDS przez RPA w ramach programu zrzeczenia się prawa własności intelektualnej, po czym wykorzystał ich ponownie do tego, by globalne Południe nie mogło produkować własnych szczepionek na covid.
A bliżej własnego podwórka, kierowany swą nienawiścią do instytucji publicznych Gates przeznaczył miliony na likwidację szkół publicznych, by zastąpić je przez tzw. szkoły charterowe (czyli finansowane jak państwowe, ale zarządzane jak prywatne), specjalnie z myślą o dzieciach ubogich i marginalizowanych ze względu na rasę, co okazało się katastrofalne w skutkach.
Gates wspierał też oczywiście i wzmacniał pozycję Jeffreya Epsteina z jego wyspą gwałtów.
Od nierówności do masowej inwigilacji
To, że kapitał ma tendencję do gromadzenia się w rękach tych, którzy już są zamożni (r > g) oznacza, że arystokraci ci zaczynają decydować w coraz większym zakresie o kwestiach dotyczących całego społeczeństwa i to pomimo tego, że cechuje ich oczywista niezdolność do zarządzania oraz brak jakiejkolwiek legitymacji demokratycznej.
Piketty sugeruje, że nierówność jest z natury elementem sprzyjającym destabilizacji politycznej. Społeczeństwo, którym rządzą głupcy i potwory, niewyłonione w drodze głosowania i niemożliwe do odsunięcia od władzy przez głosowanie, to społeczeństwo skazane na zagładę. Takie społeczeństwa w końcu stają się tak niestabilne, że dochodzi do ich upadku, patrz: rewolucja francuska, wojny światowe.
To właśnie tutaj Piketty podaje sobie rękę ze Snowdenem. Kiedy wybuchła sprawa przecieków Snowdena, dużo mówiło się o mechanizmach i legalności globalnego monitorowania cyfrowego przez NSA, jednak rażąco mało uwagi poświęcono powodom całej tej inwigilacji. W 2013 roku pogląd, że takie szpiegowanie było związane z „bezpieczeństwem”, w zasadzie nie podlegał dyskusji. Zastanawiano się wtedy raczej nad tym, czy szpiegowanie może przełożyć się na zwiększenie bezpieczeństwa. Nikt nie zadawał sobie pytania, dlaczego sytuacja jest aż tak niepewna i niebezpieczna.
Patrząc z perspektywy lat, odpowiedź znajdowała się u Piketty’ego. W Kapitale w XXI wieku pojawia się długi, płomienny apel do prawodawców i arystokratów, by zastanowili się nad redystrybucyjnymi rozwiązaniami społeczno-politycznymi (np. podatek od bogactwa), które stanowią najtańszy sposób, jak zapewnić stabilność polityczną. Piketty twierdzi, że najtańszy sposób na to, by nikt nie postawił im na trawniku gilotyny, to wybudowanie szpitali i szkół. To tańsze niż opłacanie strażników i więzień, do których trafią niedoszli budowniczowie szafotu.
Dzisiejsze dyskusje wokół AI toczą się wokół pytania, czy ta rzeczywiście zwiększa naszą produktywność i czy dzięki chatbotom jedna osoba będzie w stanie wykonywać pracę dwóch, trzech, czterech, a nawet stu innych. Kiedy jednak mowa o inwigilacji, rewolucja cyfrowa zdecydowanie przyniosła gigantyczny wzrost produktywności.
Weźmy dla przykładu aparat szpiegowski byłych Niemiec Wschodnich (NRD), które powszechnie uchodzą za najbardziej inwigilowane społeczeństwo w historii ludzkości. Po upadku muru berlińskiego w Niemczech żyło około 16 milionów ludzi, z czego około 90 tys. wschodnich Niemców pracowało bezpośrednio dla Stasi, we współpracy z kolejnymi 100-200 tysiącami płatnych informatorów.
Około 200 tysięcy osób szpiegowało więc 16 milionów mieszkańców NRD. Oznacza to mniej więcej jednego szpiega na 80 osób. Dla porównania NSA była w stanie gromadzić szczegółowe dane dotyczące około 6 miliardów użytkowników internetu. W 2013 roku około 5 milionów Amerykanów posiadało poświadczenie bezpieczeństwa lub spełniało warunki, by je uzyskać. Nawet gdyby założyć – czysto hipotetycznie – że każda z tych osób pracowała przy programach inwigilacyjnych NSA, i tak na jednego szpiega przypadałoby ponad 1200 obserwowanych osób. Komputery pozwoliły więc zwiększyć skalę nadzoru wielokrotnie w porównaniu z metodami stosowanymi przez Stasi.
To wzrost o kilka rzędów wielkości w ciągu zaledwie jednego pokolenia! O takich skokach produktywności śnią ekonomiści, fantazjując o dywidendach wynikających z automatyzacji.
Po co szpiegować? Od Stasi i NSA do Trumpa i DOGE
Wschodnie Niemcy szpiegowały własne społeczeństwo, ponieważ system był tak niesprawiedliwy i okrutny, że jego beneficjenci rozumieli, iż ich sąsiedzi o każdej porze dnia i nocy byli na skraju rewolty, gotowi powstać przeciwko nim. Enerdowscy przywódcy mieli tutaj rację, a ich ewentualny błąd polegał na tym, że nie zaangażowali w szpiegostwo wystarczająco dużo ludzi. Skąd taki wniosek? Bo w 1989 roku runął mur berliński!
Oczywiście NRD opłacało już wtedyponad 1,2 proc. populacji, by szpiegował całą resztę. Niewykluczone, że enerdowskim przywódcom wydawało się, że w ich społeczeństwie po prostu nie ma już potencjału fiskalnego, by zatrudnić więcej szpiegów, mimo że niedobory personalne w Stasi mogły grozić załamaniem społecznym. Jeżeli zatem Piketty się nie myli, liderzy NRD mogli rozwiązać ten problem, zmniejszając liczbę powodów, dla których ludzie mieliby ochotę obalić władzę. Mogli odsunąć się trochę od koryta, mogli podjąć reformy demokratyczne, mogli spróbować uzyskać demokratyczną legitymację i zadbać o komfort materialny społeczeństwa. Musiałoby to się jednak odbyć kosztem władzy i bogactwa tychże przywódców, a skoro zabrakło im na takie poświęcenie odwagi, stracili wszystko.
Teraz na scenę wkracza NSA: cyfryzacja ludzkiej cywilizacji drastycznie obniżyła koszty inwigilacji, i tym samym (tu znów odwołuję się do Piketty’ego) zdecydowanie powiększa skalę nierówności, jaką świat będzie w stanie dźwigać, zanim neoarystokratyczni zwycięzcy swoim brakiem legitymizacji, kompetencji i okrucieństwem w rządzeniu doprowadzą do tego, że wszystko legnie w gruzach.
Lata rządów Trumpa właśnie tego dowodzą. Osiągnęliśmy apogeum bezprawnych rządów sprawowanych przez miliarderów-dyletantów. Drugą kadencję Trumpa zainaugurowało przygotowane przez DOGE ognisko głupoty, kiedy to wyznawcy kultu Muska przeprowadzili demontaż amerykańskiej administracji publicznej na gargantuiczną skalę. Musk zaatakował nie tylko programy pomocy zagranicznej (choć oczywiście sam fakt, że najbogatszy człowiek świata pośrednio zamordował dla beki setki tysięcy najuboższych dzieci, nie stanowi jedynie przejawu okrucieństwa – jest także aktem niewiarygodnie destabilizującym w sposób, który przez pokolenia będzie trząsł światową polityką w posadach), ale również instytucje krajowe. To jeden z członków sekty DOGE postanowił zetrzeć na miazgę tę część narodowych instytutów zdrowia NIH, która odpowiadała za monitorowanie ognisk cyklosporozy.
Dziś dziesiątki tysięcy Amerykanów doświadczają gównowacenia państwa. Nie chodzi tu już tylko o ludzką tragedię (z którą niewątpliwie mamy do czynienia), ani o tragedię gospodarczą o potężnym efekcie domina dla firm, które polegają na owych ledwo zipiących Amerykanach, albo dla sektora rolnego, którego produkty są obecnie bojkotowane przez miliony. Fakt, że pozwala się Billowi Gatesowi decydować o zasadach działania szkół, a Elonowi Muskowi o zasadach działania systemu publicznej opieki zdrowotnej, prowadzi do politycznego chaosu i odciąga społeczeństwo od praworządności, popychając je w stronę gilotyn.
Cyfrowa infrastruktura autorytaryzmu Trumpa
I tak oto wracamy do Snowdena. Jego rewelacje rzeczywiście stały się impulsem do globalnej dyskusji na temat inwigilacji cyfrowej, dzięki czemu większość ruchu cyfrowego na świecie jest obecnie szyfrowana. To już coś.
Tyle że państwo amerykańskie znalazło nowe sposoby na prowadzenie globalnej inwigilacji, często dzięki bezpośredniej współpracy z technologicznymi gigantami. Miliarderzy tacy jak Peter Thiel wykorzystali rozdarcie big techów w kwestii otwartego udziału w inwigilacji i założyli Palantir, którego nadrzędna misja polega na mordowaniu oponentów politycznych oligarchii.
W ciągu ostatniego dziesięciolecia miarowa ofensywa technologii cyfrowej, zdominowana przez kartel gigantycznych globalnych firm, prowadzących konszachty z systemem represji politycznej amerykańskich władz w zamian za ulgi podatkowe, przymykanie oka w postępowaniach antymonopolowych i tłuściutkie kontrakty państwowe, doprowadziła do większego wzrostu efektywności masowej inwigilacji, niż miało to miejsce w ciągu poprzednich 25 lat.
Przez ponad sto lat nie było administracji bardziej niepopularnej, niż ta Trumpa. Żaden inny prezydent w dziejach nie nakradł na tym stanowisku tyle, co on. Trump sprawuje prezydenturę w warunkach rozszalałej chciwoflacji i załamania siły nabywczej. Pod rządami obecnej administracji USA doszło do gigantycznego wzrostu sprywatyzowanej, powiązanej z aparatem państwowym inwigilacji. Lata Trumpa to lata Flock Safety.
Lata Trumpa to lata Palantira.
Lata Trumpa to lata technologii rozpoznawania twarzy.
Autorytaryzm Trumpa stanowi funkcję jego złych rządów, a jego złe rządy są napędzane przez jego autorytaryzm. Im więcej nakradnie, im więcej zniszczy, prowadząc wojny z wyboru i chaotyczną politykę celną, im częściej padają oficjalne oświadczenia łączące autyzm ze szczepieniami, tym bardziej potrzebne mu są kamery do szpiegowania, inwigilacja internetowa, śledzenie pojazdów, rozpoznawanie twarzy. Za każdym razem, kiedy Trump wspomina o trzeciej kadencji, o zniesieniu wyborów czy ograniczaniu praw wyborczych, generuje zapotrzebowanie na masową inwigilację, która pozwoli wyłapywać i wsadzać za kraty tych, którzy w reakcji na jego słowa wyjdą na ulicę. Im więcej masowej inwigilacji, tym bezpieczniej czuje się on, dopuszczając się niepopularnych, skorumpowanych czynów.
Oczywiście na Trumpie się nie kończy. Należy on do awangardy ruchu zwycięzców w loterii złotego łona, których upodobanie do złodziejstwa, oszustwa, niszczenia i plądrowania skutkuje polityczną destabilizacją i zmusza ich, by część pieniędzy z kupki „na jachty” przeznaczali na najemną ochronę.
Weźmy taką AI. Lata rządów Trumpa obejmują czasy, w których tę niewiarygodnie niepopularną technologię wciska się w każdy zakamarek każdej aplikacji, która jest nam potrzebna.
To czasy, w których bossowie korporacji bez opamiętania chełpią się tym, ile miejsc pracy planują zniszczyć , ile planują obciąć pensji pracownikom, którzy przeżyją zwolnienia.
AI co prawda nie potrafi wykonywać naszej pracy, ale handlarz AI z pewnością będzie w stanie przekonać naszego szefa, żeby nas zwolnił i zastąpił tym wynalazkiem.
I, co najbardziej bije w oczy, oto era, w której miasta i miasteczka coraz większych rzesz obywateli są plądrowane przez niechciane przez mieszkańców centra danych, grabione przez działające w jak największej tajemnicy samorządy, uciszające, a nawet aresztujące obywateli domagających się podejmowania decyzji o konieczności zrezygnowania z prądu, wody, ziemi i pokoju w drodze procesów o charakterze demokratycznym.
Ekonomista powiedziałby, że mamy w tej sytuacji do czynienia z poszukiwaniem równowagi między kosztami przekupienia rady miasta w celu przepchnięcia zgód na centrum danych, kosztami wybudowania skromniejszego, lepiej strawnego centrum danych i kosztami uciszenia krytyków ze strony opinii publicznej. Koszty przekupienia władz samorządowych po to, by wmusić centra danych mieszkańcom miast i miasteczek, są niskie, ponieważ istnieje mnóstwo gmin, które nadają się do tego idealnie, dlatego baronowie centrów danych mogą sobie przebierać jak w ulęgałkach.
Jednak równolegle do rozrastania się coraz lepiej zorganizowanych protestów przeciwko centrom danych (oligarchia prowadzi do destabilizacji) nawarstwiają się koszty radzenia sobie z publiczną opozycją. Dlatego właśnie administracja Trumpa łączy siły z preferowanymi przez siebie kontrahentami z branży technologicznej i wojskowej, by rozkręcić szczegółową inwigilację krytyków centrów danych i AI.
Im więcej nadzoru, tym większy bunt
Owi korporacyjni szpiedzy nie szpiegują tylko krytyków centrów danych. Mają całe portfolio usług inwigilacyjnych do stabilizacji oligarchii, w ramach których biorą sobie za cel „antifę”, prawa imigrantów i grupy anty-ICE.
Dołączają do nich sprzedawcy sprzętu, oferujący korporacjom, bogaczom i enklawom zasiedlanym przez jednych i drugich robocopy, najtańszą siłę roboczą w branży ochroniarskiej (patrz: roboty są do bani).
Trump i jego armia złotoczepków złapali się w tę samą pułapkę, co enerdowscy przywódcy. Każdy krok na drodze ku większej wydajności pracy wartowników zwiększa dostęp do koryta, z którego może nachapać się jeszcze więcej gęb. Zawsze, kiedy ma to miejsce, destabilizacja w amerykańskim społeczeństwie wzrasta, a to wymaga jeszcze więcej strażników do ochrony.
Jak pokazał przykład Minneapolis, strzeżenie – czy to w formie masowej inwigilacji, przez robocopy czy zbirów z ICE – jest samo w sobie destabilizujące. Państwa policyjne sprawiają, że ich mieszkańcy chcą obalić rząd, co wymaga zasilania szeregów policji i owocuje pomnażaniem sił partyzanckich, mogących wszystko obrócić w perzynę.
Teoretycznie klasa uprzywilejowanych z tytułu urodzenia bogaczy mogłaby postanowić, że czas skończyć z kradzieżami, oszustwami, okaleczaniem. Problem polega na tym, że na każdego jednego plutokratę, który uświadomi sobie, że granie fair play to najtańszy sposób, żeby pewnego dnia na jego podwórku nie wyrosła gilotyna, przypada trzech innych, którzy nie są w stanie powstrzymać się przed przekrętami. Skoro więc tak czy siak czeka nas destabilizacja, a rachunki za strzeżenie i tak będą spływać, równie dobrze można sobie dalej spokojnie kombinować.
W historii znanej z „tragedii wspólnego pastwiska” zostaje ono wyjałowione do ostatniego źdźbła przez pasterzy, z których każdy wie, że jeśli nie będzie wypasać swojego stada, dopóki wszystko nie zostanie zjedzone, zrobi to jakiś inny pasterz. Oryginalna „tragedia wspólnego pastwiska” była rasistowską mistyfikacją popełnioną przez akademika-oszusta, który w ten sposób starał się przekonywać o konieczności wypędzenia osób czarnych i brązowych z Ameryki i ich masowej eksterminacji za granicą.
W rzeczywistości wspólnota zasobów wcale nie musi oznaczać tragedii, wiele z naszych najważniejszych zasobów było zarządzanych jako wspólne przez setki lat.
Kiedy jednak tym wspólnym zasobem jest „stabilne społeczeństwo”, klasa bogato urodzonych nie jest w stanie uwolnić się z tragicznego klinczu, przekonana, że albo to oni nas oszukają, albo zrobi to kolejny amerykański arystokrata. Dlatego wciąż rośnie zapotrzebowanie na tych, którzy będą pilnować, nadzorować i strzec… oraz na gilotyny.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!