Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kurczakizacja i kasety wideo: dlaczego firmy technologiczne nie są coraz fajniejsze?

Google’owi pozwolono przekupić Apple’a, a efekt jest podobny jak w przypadku Amazona: skleroza, której objawem jest radykalne pogorszenie jakości usług i czerpanie zysków z renty monopolowej – tłumaczy autor książki „Gównowacenie. Jak cyfrowi giganci zmieniają nasz świat na gorsze”.

Rozmowa
Walka

Michał Sutowski: Odwrócony centaur – postać z głową konia i tułowiem człowieka – służy panu za metaforę podporządkowania ciał pracowników mózgowi maszyny, w tym wypadku maszyny cyfrowej. Ale czy to tak naprawdę nowe zjawisko? O tym, że maszyny miały człowiekowi służyć, a potem stał się ich niewolnikiem, pisze się co najmniej od półtora wieku. Robotnika maszyna wciągała w swoje tryby już Charliego Chaplina w filmie Dzisiejsze czasy już w 1936 roku…

Cory Doctorow: Jeśli chodzi o współczesny poziom kontroli i wyzysku, ilość przechodzi w jakość. Weźmy przykład pielęgniarek kontraktowych, które kiedyś zatrudniano przez lokalne agencje pośrednictwa pracy, po 2-3 w każdym mieście. Dziś wyparły je ogólnokrajowe aplikacje, jedna z czterech na całe USA. Apki mają dostęp np. do poziomu długu na kartach kredytowych pielęgniarek, dzięki czemu algorytm może im zaoferować tym niższą stawkę za dzień roboczy, w im głębszej są desperacji finansowej.

Czytaj także Wątpliwe dobrodziejstwa (byłego) Twittera Tomasz S. Markiewka

Pracodawcy zawsze wykorzystywali trudną sytuację pracowników – im większe bezrobocie, tym większa presja: nie podoba się, to mam pięciu na twoje miejsce…

Jasne, właściciele kopalni sprzed 150 lat też by chętnie uzależniali dniówkę od tego, czy dziecko danego górnika nie jest akurat chore albo czy mu sufit nad izbą nie przecieka. Ale żeby rozpoznać i ocenić stopień ekonomicznej desperacji każdego na bieżąco, musieliby zatrudnić tak wielu szpicli czy detektywów Pinkertona, że cały mechanizm byłby nieopłacalny. Co innego, jeśli można ten proces zautomatyzować – dzięki wpłynięciu na odpowiednie regulacje i dzięki rozwojowi technologii.

Jakie regulacje?

Wiedzę o tym, ile długu na karcie ma każdy Amerykanin, można poznać dlatego, że w USA nie aktualizowaliśmy prawa do prywatności od roku 1988, kiedy zakazano ujawniania… listy wypożyczanych przez obywatela kaset wideo. Inne naruszenia prywatności są jak najbardziej legalne. A teraz dodajmy do tego sztuczną inteligencję. AI nie wszędzie się sprawdza, ale akurat zautomatyzowaną, wieloczynnikową analizę eksperymentalną robi doskonale.

Czyli co właściwie?

W serialu Mad Men jest scena, w której spec od reklamy Don Draper dzieli rynek na segmenty: oto ludzie, którzy pamiętają Wielki Kryzys, więc będą kupować puszki z jedzeniem na zapas; a tu są ci, co wylecieli ze szkół średnich, ale lubią zajęcia praktyczno-techniczne. I jak już ich sobie podzieli, to robi badania fokusowe, żeby ich lepiej zrozumieć. A dzisiaj, kiedy masz dane z inwigilacji cyfrowej, możesz korzystać ze zautomatyzowanych narzędzi wnioskowania statystycznego. Dzielisz ludzi według ich zachowań konsumenckich i charakterystyk. Ale nie potrzebujesz fokusów, tylko robisz serię małych eksperymentów.

I czego się dowiem?

Kto i kiedy może zapłacić wyższą cenę za dany towar albo zaakceptować niższą stawkę za zlecenie. Sprawdzasz na milionowej populacji, czy zdołasz wycisnąć te 10 procent więcej. Kupią droższą pastę do zębów, zamówią droższe jedzenie? Przyjmą gorzej płatne zlecenie za dniówkę czy dzieło? To próbujesz dalej, tak długo, aż krzywa wzrostu się wypłaszczy… Do tego nie potrzeba wielkich teorii, wystarczą dość naiwne intuicje, mnóstwo danych do dyspozycji i automatyzacja. Szybko dojdziesz, którzy konsumenci są najbardziej podatni na pokusy, a pracownicy zdesperowani. I tak się przenosi wartość dodaną od pracy do kapitału, w czasie rzeczywistym…

I te mechanizmy muszą zawsze służyć kapitałowi? A nie pracy?

Technologia może być obosieczna. Komputer to przecież maszyna Turinga-Neumanna, czyli może obsługiwać dowolny program. W praktyce to znaczy tyle, że w środowisku konkurencyjnym lub przynajmniej takim, gdzie zbiorowości użytkowników czy pracowników mogą swobodnie działać, wszystkie te mechanizmy do nadzorowania pracy i podbijania cen można zneutralizować jakimś innym rozwiązaniem technologicznym… Jak ktoś ci wrzuca na ekran kilkadziesiąt wyskakujących reklam, to w końcu ściągniesz sobie program blokujący…

To czemu te biedne pielęgniarki i pasażerowie Ubera po nie nie sięgną?

Bo tu wchodzi całe na biało zawłaszczenie regulacyjne. W Europie taka inżynieria wsteczna aplikacji jest nielegalna ze względu na dyrektywę w sprawie prawa autorskiego, której elementem jest tzw. klauzula antyobejściowa. Amerykanie narzucili ją wszystkim partnerom handlowym, grożąc im w razie odmowy wprowadzeniem ceł importowych na ich towary. W Europie wprowadzono ją w 2001, w Kanadzie w 2012, praktycznie każdy kraj uprzemysłowiony świata ma podobnego typu prawo. Gdyby udało się je zmienić, można by zatrudnić mnóstwo techników do pracy na rzecz konsumentów, pracowników czy firm, które dopiero wchodzą na rynek, małych i średnich – zamiast próbować przekonać big techy do zmiany postępowania lub po prostu je uregulować.

A czemu nie regulować?

Bo uregulowanie takiego np. Apple okazało się niewykonalne. Bo oni udają, że są Irlandczykami, tam są zarejestrowani i nic im nie można zrobić. To może przestańmy przekonywać Apple, żeby napisał i udostępnił kod, który otworzyłby iPhone’a, a zamiast tego pozwólmy napisać taki kod Polakom czy Finom? O tym mogą zdecydować w Warszawie, w Helsinkach czy w Brukseli – o ile uniemożliwimy Apple’owi wykorzystanie sądów europejskich do zniszczenia polskiej, fińskiej czy jakiejkolwiek innej firmy czy spółdzielni, która tego iPhone’a dla ludzi otworzy. To mimo wszystko łatwiejsze dla Europejczyków niż wpłynięcie na sposób pisania kodów przez Apple’a, zwłaszcza gdy w Białym Domu siedzi Trump, a Irlandia jest rajem podatkowym.

A co z próbami nakłonienia Facebooka czy X-a, by np. moderowały debatę publiczną?

Po pierwsze: czy tego na pewno chcemy? Żeby Mark Zuckerberg odpowiadał za to, co ludzie mogą powiedzieć? Ja nie. Widzimy dziś, jak bardzo stronnicze są algorytmy moderujące wypowiedzi. A ponieważ są skrajnie nieprzejrzyste i działają na wielką skalę, to – po drugie – bardzo ciężko byłoby egzekwować np. ograniczenie mowy nienawiści. Bo najpierw musimy ustalić jakąś akceptowalną definicję mowy nienawiści, którą laik zrozumie. Potem zidentyfikować przykłady, kiedy dopuszczono jej pojawienie się na platformie. Dalej, potwierdzić, że wypowiedź mieści się w definicji, no i wreszcie, czy Facebook podjął odpowiednie działania, by temu zapobiec. A ponieważ tylko inżynierowie Facebooka rozumieją, jak on naprawdę działa, to pewnie za 10 lat będziemy w stanie rozstrzygnąć zasadność powództwa w sprawie wydarzenia, które wydarza się 100 razy na minutę. Przecież to niepoważne!

To co można zrobić?

Sprawić, że możliwe będzie opuszczenie Facebooka bez utraty kontaktu ze znajomymi, którzy tam zostają i z treściami, które chcieliby nam pokazać.

A to się tak da?

Tak, podobnie jak da się też odsiać cały ten śmieć, który spływa do nas na feedzie – wszystkie reklamy i materiały, które spychają posty naszych znajomych. W 2024 roku dwóch nastolatków zrobiło OG APP, dokonując inżynierii wstecznej – tyle że akurat Instagrama. Podawałeś jej swój login i hasło, apka logowała się na Instagramie, udając ciebie, a potem przekazywała ci to, co mieli do pokazania obserwowani przez ciebie znajomi w odwróconej kolejności chronologicznej, ale odsiewając to, co Instagram podbija za pieniądze, reklamy i cały ten szajs. W obydwu sklepach z appkami – Apple’a i Google’a – w ciągu dnia weszła do pierwszej dziesiątki kupowanych, aż oba sklepy ją skasowały. Dlatego, że Facebook ich o to poprosił.

Czytaj także Rynki prognostyczne: od „mądrości tłumu” po zabójstwa na zlecenie Cory Doctorow

Widzisz, ja nie jestem z tych, co mówią, że rynek powinien zawsze decydować, no ale przecież za coś takiego ludzie naprawdę gotowi byliby zapłacić, nie?

A to było legalne?

Oczywiście, że nie, ze względu m.in. na dyrektywę o prawach autorskich i inne regulacje. Ale można by to zalegalizować.

Zalegalizować łamanie kodów i hakowanie apek?

Ale w taki sposób, by chronić inne wartości: w Europie macie RODO, prawa pracownicze, dość mocną ochronę praw konsumenckich. Jeśli zatem obejdę zabezpieczenia twojej aplikacji czy twojego sprzętu, możesz mnie pozwać. Ale ja z kolei mam wtedy prawo do szybkiej rozprawy wstępnej: jeśli nie łamię praw pracowniczych, konsumenckich czy do prywatności, to nie ma procesu, a ciężar dowodu jest po stronie pozywającego. To byłby kompromis, jakoś analogiczny do przepisów anty-SLAPP, które bronią sygnalistów, dziennikarzy przed pozwami zastraszającymi krytyków. Jeśli moja apka wprowadza wirusa do twojego telefonu, śledzi cię czy wysyła scam do twoich znajomych, to oczywiście jest nielegalna. Naprawdę nie jest tak trudno odróżnić rozwiązania pożyteczne i użyteczne od szkodliwych. Pomijam już taki drobiazg, że to byłoby wcielenie zasady samego Zuckerberga – Move Fast and Break Things – w najlepszym wydaniu.

Dlaczego?

Projektowanie i udostępnianie technologii tak, by służyły pracownikom i konsumentom, zgodnie z piękną zasadą „nic o nas bez nas”, także kosztem przełamania barier i ograniczeń, które narzuca wszystkim monopolista – to dużo łatwiej osiągalne niż wymuszenie na Zuckerbergu czy Musku, by zachowywali się przyzwoicie. W Europie macie wyjątkowo sprzyjające warunki, żeby wyjść z dylematu: wolna amerykanka dla każdego czy „monarchia konstytucyjna”, kiedy to jacyś biurokraci może i nakładają królowi Zuckerbergowi pewne ograniczenia, ale nie pozbawiają go tronu.

Zaczęliśmy od historii i dawnych wyobrażeń na temat człowieka i maszyny. To może jeszcze jedna historyczna analogia: metaforą dla całej epoki przemysłowego kapitalizmu była fabryka i taśma produkcyjna Henry’ego Forda. W książce Gównowacenie. Jak cyfrowi giganci zmieniają nasz świat na gorsze sugeruje pan, że dobrą metaforą dla dzisiejszych czasów jest… ferma kurczaków. Dlaczego?

Faktycznie piszę o „kurczakizacji”, czyli upodabnianiu się modelu biznesowego big techów do tego, jak funkcjonują dziś fermy kurczaków. W USA hodują one kurczaki wedle reguł ściśle wyznaczonych przez odbiorcę, który ma de facto monopol na danym terytorium. Farmerzy biorą na siebie całe ryzyko i niepewność związane z procesem technologicznym i koniunkturą, na które nie mają wpływu. Wnoszą swoje pieniądze, swoją infrastrukturę, stosują wskazany sposób produkcji – a na końcu i tak o ich wynagrodzeniu decyduje odbiorca.

Coś jak taki duży chałupnik?

Jak połączenie najgorszych cech chałupnika z robotnikiem w fabryce. Wnosisz do interesu swoje narzędzia i swoje nakłady finansowe, a potem jesteś ściśle kontrolowany niczym w taylorowskiej fabryce, gdzie nadzorca stoperem wymierzał twoje ruchy przy taśmie i egzekwował normę. Dziś monitorowanie i organizowanie umożliwiają oczywiście maszyny.

Ale jak to się ma do fermy kurczaków?

Odbiorca kurczaków może wymyślić sobie eksperyment: zmienimy ustawienie światła w twoim kurniku albo skład paszy. Inni farmerzy będą grupą kontrolną. Jak eksperyment się powiedzie i kurczaki urosną tłustsze, to fajnie, a jak nie – to farmer dostanie mniej pieniędzy, niż się spodziewał. Kiedyś praca chałupnika wyglądała podobnie: mój dziadek, gdy przybył do Kanady, był krawcem i szył dla większego odbiorcy. Pracował w swoim warsztacie, który musiał sam zorganizować, a jak się odbiorcy coś nie podobało, to nie wziął towaru – i dziadek był stratny. Ale przynajmniej nie był kontrolowany przez cały czas, jak siedzi w swoim przydomowym stanowisku pracy.

Miał przynajmniej swoje home office…

A dziś home office to nie jest praca z domu, tylko mieszkanie w pracy, zwłaszcza od czasu pandemii. Powstał cały szereg tzw. bossware, czyli technologii monitorowania pracy przez szefa pracowników na zdalnym – pozwalających oglądać ich widok z kamery, słuchać dźwięków mikrofonu, a nawet sprawdzać układ wciskanych klawiszy i przepływ danych w domowym WI-FI. Pracownik płaci za czynsz, wodę, prąd i ogrzewanie, a jeszcze szef zagląda mu do mieszkania; podobnie ten farmer, który płaci za warsztat produkcji, a i tak nie ma na nic wpływu.

Mówisz o możliwościach i przewagach, jakie gigantom dają technologie cyfrowe, sprzyjające im regulacje i warunki monopolu – i jak to wszystko sprzyja „gównowaceniu” oferty dla konsumenta, warunków pracy i współpracy. Ale pokazujesz również, na przykładach Facebooka, Google’a czy Amazona, że to był proces. Czy to znaczy, że był jednak kiedyś np. „stary, dobry Amazon”, który rzeczywiście służył klientom, pracownikom i kontrahentom?

Ależ oczywiście! Na początku Amazona zajarani byli nie tylko konsumenci, ale też wydawcy i pisarze. Serwis miał przede wszystkim świetne rekomendacje książek. A że lata 90. to były czasy wzlotu J. K. Rowling, Amazon naprawdę wciągał ludzi w czytelnictwo. Fanom Harry’ego Pottera, którzy nie przeczytali w życiu niczego innego, wskazywał 50 kolejnych tytułów i nierzadko robił z nich moli książkowych.

Amazon, przypomnijmy, zaczął działalność od księgarni.

Tak, książki mają tę zaletę, że są dość zestandaryzowane: niemal wszystkie paperbacki w USA mają 6 na 9 cali, więc łatwo zoptymalizować pakowanie i wysyłkę. A obsługa klienta była początkowo rewelacyjna – zwroty towaru przyjmowali właściwie bez pytania, na swój koszt. Kiedy wpuścili kontrahentów, tzn. innych sprzedawców, to brali na siebie część kosztów wysyłki i również część zwrotów. Sprzedawcy byli zachwyceni, klienci też. A co więcej, wtedy jeszcze nie zdzierali z wydawców.

Promotional banner for the book Muskizm: Świat według Elona Muska, pink cover with a man holding a chainsaw and a 'zamawiam!' button.

Dlaczego to było możliwe?

Raz, że dostarczali naprawdę świetną usługę. A dwa, że pozyskiwali gigantyczne środki z giełdy – Bezos naprawdę umiał zachęcić inwestorów swym wizjonerstwem. Widziałem go bodaj w 2003 roku, jak opowiadał, że Amazon to inwestycja długoterminowa – jak jesteś traderem, co bawi się w szybką sprzedaż, nie pakuj się w to, bo wahania z dnia na dzień są bardzo nieprzewidywalne. Pokazał wykres: góra-dół-góra-dół. Tłumaczył: tu spadło, bo musieliśmy zainwestować w infrastrukturę. A tu w wykup jakiegoś konkurenta. A potem wykreślił linię trendu i oczywiście była wyraźnie wznosząca – w sam raz dla smart money, inwestorów, który rozumieją, że do nich należy przyszłość.

Zbierali pieniądze z giełdy i pakowali w dobrą jakość usług. A potem?

A potem była np. „operacja Gazela”, czyli dociskanie księgarni, począwszy od tych najmniejszych; na tej samej zasadzie gepardy wybierają na ofiarę najsłabszą gazelę ze stada. Domagano się od nich większych rabatów, żeby zostali wpuszczeni na platformę… A potem to już poszło, aż do poziomu obecnej sklerozy.

Co to znaczy? 

Najbardziej zyskownym elementem biznesu Amazona są reklamy w wyszukiwarce. Przeprowadza się aukcje pozycjonowania: kto wyskoczy na pierwszym miejscu na dane hasło, kto na drugim, kto na pierwszej stronie, itd. Pierwsza pozycja, jaką widzi klient, jest średnio 29 proc. droższa, a cała pierwsza strona około 25 proc. droższa niż najbardziej korzystna oferta, która znajduje się np. na 17 miejscu. A co zabawne, niedawno zaczęła ich ścigać Federalna Komisja ds. Handlu – instytucja podległa administracji Trumpa! – za to, że oszukiwali sprzedawców na tzw. aukcjach drugich cen. Chodzi o to, że każdy wysyła Amazonowi swą najwyższą ofertę – a ten, co zaproponuje najwięcej za „jedynkę” w wyszukiwaniu, ma zapłacić stawkę w wysokości oferty drugiej, plus jeden cent. To uznany model aukcji, który przyspiesza całą operację – problem w tym, że ze zwycięzców ściągali dużo więcej, niż wynosiły drugie oferty. Wygląda na to, że ukradli w ten sposób 25 mld dolarów…

Ale jak się przechodzi od biznesu fajnego dla wszystkich do takiego lewiatana?

Zaczęli wychodzić ze swej niszy książkowej i wchodzić w kolejne branże, a potem rozwijać własną infrastrukturę, z czasem tworząc coś w rodzaju fosy wokół siebie i wygradzając dla siebie coraz większą część rynku.

Książki nie wystarczały?

Biznes książkowy był naprawdę udany, stworzyli świetną platformę do sprzedaży, natomiast cały pozostały handel detaliczny po prostu wykupili. Szukali, kto jest najlepszym sprzedawcą… czegokolwiek: zabawek, butów, środków czystości i po prostu go kupowali. Znalazła się firma sprzedająca pieluchy, Diapers.com, która nie chciała dać się wykupić. Amazon zaczął więc nielegalnie sprzedawać pieluchy i towary dla dzieci poniżej kosztów.

Czytaj także „Zgównowacenie” Grindra. Jak platforma monetyzuje queerową potrzebę bliskości Aleksander Kamkow

Klasyczny dumping cenowy, żeby wykończyć konkurencję.

Tak, zabrania tego tzw. ustawa Claytona jeszcze z 1914 roku, zabrania ustawa o Federalnej Komisji Handlu, ale nikt ich za to nie ścignął. I tu się robi naprawdę ciekawie: Diapers.com była częścią większej sieci sprzedawców różnych asortymentów, na których Amazon jeszcze się nie zasadził. Wystawiono go w końcu na sprzedaż i Walmart zaoferował lepszą cenę – ale i tak kupił ich Amazon, bo była obawa, że jak sprzedadzą Diapers.com Walmartowi, to Amazon wykończy pozostałych. Krótko mówiąc: to wszystko jest możliwe dzięki wielkiej przewadze kapitałowej, ale także „tolerancji regulacyjnej”, innymi słowy, ktoś nie wyegzekwował obowiązujących przepisów. Gdyby zakazano im dumpingu wobec konkurenta, kapitał na jego wykup by nie popłynął.

W ten sposób, jak rozumiem, ze sprzedawcy książek stali się sprzedawcą wszystkiego dla każdego?

Równocześnie zaobserwowali, że w efekcie kolejnych okresów wzrostu wedle krzywej K – kiedy góra się bogaci, a dół biednieje – naprawdę liczy się górne 10 procent konsumentów. W Ameryce ten górny decyl odpowiada za połowę konsumpcji, więc jeśli przejmiesz jego większość, to rynek jest twój. Jeśli oni wykupią Amazon Prime, co oznacza płatność z góry za wysyłkę, to będziesz kupować już tylko w Amazonie – a to znaczy, że jeśli ciebie, tzn. sprzedawcy na Amazonie nie ma, to nie istniejesz. A jeśli nie umożliwiasz dostawy w ramach Prime, to spadasz w rankingu wyszukiwarki.

To się nazywa monopson? Jedyny pośrednik-odbiorca z punktu widzenia sprzedawców?

Tak, a skoro mają monopson, to mogą zacząć ich wyciskać jak cytrynę. Po pierwsze podnosząc marże, nawet do 60 procent, a po drugie wymuszając tzw. klauzulę najwyższego uprzywilejowania. Zabraniają sprzedawcom podnieść swoje ceny na Amazonie, jeśli nie podniosą im równocześnie we wszystkich innych punktach sprzedaży, włącznie z ich własnym sklepem. W ten sposób mogą utrzymać najniższą cenę na rynku i jednocześnie coraz bardziej podwyższać marżę. Klient traci szansę, że gdzieś indziej dostanie towar taniej. Wreszcie, kurier-kierowca musi oddawać mocz do butelki w kabinie ciężarówki, bo normy dostarczania paczek są absurdalnie wyśrubowane.

To może chociaż klient dostanie ją na czas…

Nawet nie, bo w imię absurdalnie rozumianej wydajności i ścisłego nadzoru Amazon mówi kierowcy, kiedy np. nie wolno mu przemieścić ciężarówki między konkretnymi dostawami. Zaparkujesz tu i masz stąd dostarczyć np. 7 paczek. Jak nie, obniżymy ci stawkę za paczkę, z 50 na 10 centów. To czasem bez sensu, bo dany obiekt może być na tyle duży i złożony, że zamiast drałować kilkaset metrów, lepiej byłoby podjechać… Oczywiście, ci kierowcy formalnie w ogóle nie są pracownikami Amazona, tylko kontrahentami podwykonawców, nawet jeśli ciężarówki mają logo Amazona, podobnie jak ich kamizelki, a telefony pełne są apek, które regulują i nadzorują ich pracę.

Te 60 procent marży to lepiej niż polska deweloperka, to jest chyba poziom… handlu bronią w kraju objętym amerykańskim embargiem?

Tak, narkotyki, handel ludźmi, to chyba jest ten poziom.

Czy to jest naturalny proces? Albo inaczej: konieczny? Czy tak musiało się stać? Najpierw byli tacy fajni, bo spływały pieniądze z rynku kapitałowego, a potem trzeba je było już wyciskać z wszystkich dookoła?

Ja tłumaczę to modelem konfliktu wewnątrz firmy. W Gównowaceniu pokazuję to akurat na przykładzie Google’a, którego wzrost dochodów z wyszukiwań wypłaszczył się w 2020 roku, kiedy osiągnęli 90 procent udziału w rynku wyszukiwarek. Dalej rosnąć nie było już gdzie. Ujawniła się zatem – wiemy to z maili opublikowanych przy okazji sprawy Departament Sprawiedliwości kontra Google – frakcja na czele z Prabhagarem Raghavanem, kiedyś w McKinseyu. I on zaproponował, że przecież można rosnąć dalej, jeśli… pogorszy się jakość wyszukiwania. Jak musisz szukać czegoś więcej niż raz, to możemy ci pokazać dwa zestawy reklam, prawda? Była też, co prawda, frakcja głosząca, że tak nie wolno, że to złe, że stworzyliśmy coś wielkiego…

A skoro jest doskonałe, to po co to niszczyć?

To było dzieło ich życia: byli dumni z Google’a, wiele mu poświęcili, omijały ich przyjęcia urodzinowe własnych dzieci i pogrzeby własnych matek… Ale przegrali.

Dlaczego to Raghavan wygrał?

Przede wszystkim on nie był pierwszym w firmie, który wpadł na ten pomysł, ale pierwszym, który przekonał zarząd. I znów, zagrały czynniki prawno-rynkowe. Wcześniej pozwolono Google wykupić większość bezpośrednich konkurentów. Pozwolono mu przekupić Apple’a – 20 miliardów dolarów rocznie tylko za to, by nie wchodził na rynek wyszukiwarek. A efekt jest podobny jak w przypadku Amazona: skleroza, której objawem jest radykalne pogorszenie jakości usług i czerpanie zysków z renty monopolowej.

Amazon żyje z opłat za pozycjonowanie w wyszukiwarce, a pozostali?

Facebook największe wpływy czerpie z haraczu za umieszczanie reklam, nad którymi reklamodawcy i tak nie mają kontroli, z kolei drugie najważniejsze źródło wpływu Apple, po iPhonie, to 30-procentowa opłata za transakcje w ich sklepach internetowych. Żeby było jasne: w branży technologicznej wiele firm po latach prowadzenia sensownej działalności zaczynało oferować klientom przestarzały szajs lub całkowicie rozmijało się z wymogami epoki: IBM, Sun Microsystems, Silicon Graphics, Compaq, Dell, Univac… Ale w końcu konkurencja wypychała ich z rynku, bo wejście na rynek w tej branży, technologicznie rzecz biorąc, jest prostsze niż w starych sektorach przemysłu, jak np. samochody.

Dlaczego?

Jeśli drukarka nie obsługuje tańszego tonera innej firmy, to na funkcjonalnym rynku cyfrowym ściągniesz sobie odpowiedni program, który to załatwi. Jak twój telefon nie obsługuje jakiejś apki, to znajdziesz coś, co ten telefon zhakuje. Bariera wejścia na ten rynek jest naprawdę niska, a takie innowacje, tyleż destrukcyjne, co przełomowe, po prostu dyscyplinują gigantów. Ja nie twierdzę, że to zastąpi prawa pracownicze, prawa konsumenta czy prawo do prywatności, ale prawne umożliwienie takich innowacji naprawdę poprawiłoby  naszą sytuację radykalnie.

W sprawie zwalczania praktyk monopolistycznych pewne próby – ich twarzą była Lina Khan, ówczesna komisarz Federalnej Komisji Handlu USA – podjęła administracja w kadencji 2020-24, pod pewnym względami najdalej idące od czasów Franklina D. Roosevelta. Tylko dlaczego rozwiązania z czasów FDR pozostały z nami na długo, a te z czasów Bidena Donald Trump tak łatwo odkręca?

Różnic między FDR a Bidenem jest mnóstwo, ale w tej sprawie wskazałbym jedną: Roosevelt nie czynił koncesji na rzecz prawego skrzydła partii. Reprezentanci kapitału wśród Demokratów usłyszeli, że mają spadać na drzewo, a kiedy ci za to atakowali prezydenta, to on zorganizował wiec w Madison Square Garden i powiedział, że cieszy się z ich nienawiści, I welcome their hatred. A swoją politykę wyniósł na polityczny sztandar, na niej robił swoje kolejne kampanie wyborcze. Tymczasem Biden nie robił ani jednego, ani drugiego.

To znaczy?

Biden próbował ciągnąć wózek w dwie strony naraz: nominacje w sądownictwie dostawało prawe skrzydło Demokratów, zaś stanowiska wykonawcze lewica. Ci drudzy, żeby cokolwiek przeforsować, muszą argumentować przed sędzią. I tak kiedy Lina Khan pozwała Microsoft, żeby powstrzymać przejęcie potentata gier komputerowych Activision Blizzard, to sędzia federalna, którą nominował Biden, a której syn pracuje w Microsofcie, stwierdziła, że ta fuzja jest zupełnie w porządku. Co więcej ani Biden, ani tym bardziej Harris nie mówili głośno, że Departament Sprawiedliwości, Biuro Ochrony Finansów Konsumenckich czy Federalna Komisja Handlu USA mają powściągać władzę korporacji, byście wy, wyborcy, mieli więcej pieniędzy w kieszeni. Zagłosujcie na nas, a załatwimy to! Tymczasem skrzydło korporacyjne w partii i jej donorzy-miliarderzy chodzili do mediów i mówili, że kiedy Kamala Harris wygra, to całą tę Khan trzeba wywalić z roboty, podobnie jak Rohita Choprę czy Jonathana Kantera.

To ja poproszę na koniec o promyki nadziei. Skąd dobro i co robić? Historycznie, jak piszesz, gigantom technologicznym wchodzili w paradę regulatorzy, związki zawodowe, elita pracowników sektora, innowacyjni urzędnicy, a przede wszystkim konkurenci. A dziś?

Myślę, że uratuje nas towarzysz Trump, bo przekonuje wszystkich, żeby nie korzystali z amerykańskiego internetu, tak samo jak wywołując wojnę z Iranem uświadomił wszystkim, dlaczego ropa naftowa to tak ryzykowne źródło energii. Przypomnijmy, że Unia Europejska przyjęła dyrektywę o prawach autorskich, bo Ameryka zagroziła nałożeniem ceł importowych, jeśli tego nie zrobi. Tymczasem Trump i tak nakłada cła… To po co trzymać się tego prawa?

A przecież nie da się zbudować cyfrowej suwerenności Europy dopóty, dopóki nielegalna jest wsteczna inżynieria i modyfikacja amerykańskiej technologii. Nie przeniesiecie wszystkich danych waszych ministerstw z chmury Microsoftu, jeśli nie będziecie mogli zmodyfikować produktów Microsoftu, a teraz nie możecie, bo zabrania wam prawo autorskie. A tak długo, jak to się nie zmieni, będziecie na łasce Trumpa. On ma w ręku coś lepszego niż bomba neutronowa…

Czyli broń, która zabija ludzi, ale budynki zostawia nienaruszone.

Jak się wyłączy Office 365 w Polsce, to wszystkie firmy i ministerstwa leżą, nieprawdaż? Po co właściwie najeżdżać Grenlandię, skoro można odciąć Danię od infrastruktury cyfrowej?

Akurat Duńczycy zaczęli już przechodzić na systemy open source, choć to zapewne potrwa.

Jasne, ale takich obszarów jest więcej. Pamiętamy, jak w 2022 roku żołnierze Putina ukradli traktory John Deere z Ukrainy i przewieźli do Czeczenii. A potem firma im je zdalnie wyłączyła.

Cieszymy się.

Jasne, ale to pokazuje, że można wyłączyć traktory także w Ukrainie, w Polsce, w Danii – gdziekolwiek jeżdżą.

Krótko mówiąc: nadzieja w tym, że z gigantami cyfrowymi rządy Europy zaczną walczyć z obawy o własne bezpieczeństwo?

I tu obok kwestii bezpieczeństwa pojawia się kwestia rozwoju biznesu. Bo te amerykańskie biliony zysków mogłyby się zamienić w europejskie miliardy, nieprawdaż? Jeff Bezos lubił powtarzać, że „wasze marżę są moją szansą”. To znaczy: ktoś, w tym wypadku amerykańscy giganci, osiągają absurdalnie wysokie zyski, przy czym ich firmy ogarnęła zupełna skleroza, oferowane przez nich produkty i usługi są coraz bardziej do dupy, a ludzie ich nienawidzą.

Czytaj także E-faje, leki, śmieci. Jak zgównowaciło się Vinted Aleksandra Kasprzak

Zgównowacenie w pełnej krasie. Ale co dalej?

Swoje produkty możecie sprzedawać wszędzie, nie tylko w Europie. Jeśli zmienicie prawo, co umożliwi produkowanie lepszego software’u, kupimy go także w Kanadzie. Skoro Amerykanie potrafili nauczyć się kupować kanadyjskie leki przez amerykańską pocztę, to Amerykanie i Kanadyjczycy jakoś wymyślą, jak importować lepszy od amerykańskiego, europejski software. Wy się tam zastanawiacie, jak by tu Finlandia mogła stworzyć drugą Nokię, ale wam nie potrzeba drugiej Nokii, bo produkowanie takich rzeczy, transportowanie ich za ocean, wepchnięcie ich do hurtowni i ryzykowanie, że się nie sprzedadzą – to naprawdę trudny biznes. Niech sobie Apple sprzedaje hardware…

A Europa?

Może zapełnić stoiska przy kasach każdego Carrefoura, Lidla i Aldiego na świecie adapterami za parę dolarów, które po włożeniu do smartfona hakują go i pozwalają zainstalować europejski sklep z aplikacjami, który nie zdziera 30 procent opłaty za transakcję, tylko np. 3 procent. Marża Apple to wasza wielka szansa. Dlaczego ludzie mieliby ściągać apki z niej, a nie z AppStore? Cóż, to proste, bo ceny byłyby niższe, gdyby nie trzeba było płacić Amerykanom udającym Irlandczyków haraczu. 

OK, rozumiem, co robić, ale problem chyba polega na tym, że nie wiadomo jak i kto miałby do tego doprowadzić…

Najpotężniejsze koalicje to te, które tworzą ludzie nie zgadzający się skądinąd w żadnej innej sprawie, ale w tej konkretnej mający wspólną opinię. Hippisi od cyfrowych praw obywatelskich jak ja, inwestorzy pragnący zbudować w Europie miliardowe biznesy technologiczne, jastrzębie od bezpieczeństwa narodowego, obawiający się tyleż zagrożenia ze strony Ameryki Trumpa, co z Chin – panele słoneczne i samochody elektryczne stamtąd też wypadałoby zhakować, prawda?

Czytaj także Świat poszedł dalej. Nic nie działa. Wszystko za dużo kosztuje. Nikt nie potrafi pomóc Cory Doctorow

Ja nie twierdzę, że żyjemy w dobrych czy łatwych czasach, ale sytuacja, kiedy geopolityczne jastrzębie, zwolennicy silnej polityki przemysłowej i cyfrowi hippisi chcą tego samego jest naprawdę ekscytująca. I to właśnie daje mi nadzieję.

**

Cory Doctorow – kanadyjsko-brytyjski pisarz science fiction, dziennikarz, publicysta oraz czołowy aktywista na rzecz praw obywatelskich w erze cyfrowej. Jest uznawany za jeden z najważniejszych głosów w debacie publicznej na temat wolności słowa w sieci, prawa do prywatności, własności intelektualnej oraz monopolu technologicznego. Stały autor krytykapolityczna.pl. W sierpniu nakładem wydawnictwa Szczeliny ukazała się w Polsce jego książka Gównowacenie. Jak cyfrowi giganci zmieniają nasz świat na gorsze w tłumaczeniu Tomasza Markiewki.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x