⚔️W wyniku operacji Potop al-Aksa zginęło około 1200 osób, a 251 zostało uprowadzonych do Strefy Gazy. Był to największy atak w historii Izraela i największa rzeź Żydów od czasów Zagłady.
💥W odpowiedzi IDF dokonał inwazji na Strefę Gazy, zabijając co najmniej 70 tys. jej mieszkańców i rujnując 85 proc. zabudowy. Określenie działań Izraela w Gazie mianem ludobójstwa przyjęły m.in. Amnesty International i Human Rights Watch, a we wrześniu 2025 roku podobny wniosek przedstawiła Komisja Śledcza ONZ.
🇵🇱 W trzecią rocznicę ataku Hamasu pytamy mieszkające w Polsce Izraelki i Izraelczyków o to, w jaki sposób wpłynął on na ich życie.
Sapir Librowski-Sher mieszka w Polsce od 2018 roku. Pierwszy raz przyjechała jako licealistka, na szkolną wycieczkę do obozów zagłady. Dziesięć lat później wróciła już jako dorosła osoba – wtedy zrozumiała, że tutaj jest jej miejsce na ziemi.
– Gdy tylko przyjechałam, po prostu poczułam się jak w domu – mówi. – Miałam wrażenie, że noszę ze sobą wspomnienia z Polski, choć byłam świadoma, że to nie jest moja własna pamięć. Mój dziadek pochodził z Polski, a babcia była Litwinką.
Po powrocie do Izraela wróciła na studia, ale myśl o Polsce nie dawała jej spokoju. Choć miała tam rodzinę i przyjaciół, po ukończeniu uniwersytetu postanowiła przeprowadzić się do kraju swoich przodków.
– Nie przyjechałam do Polski ani za pracą, ani za miłością. Powodem była Polska, po prostu – wyjaśnia.
Znalezienie legalnego sposobu emigracji zajęło jej blisko trzy lata. W Warszawie zaczęła uczyć się jidysz, dołączyła do chóru śpiewającego piosenki w tym języku oraz do Centrum Społeczności Żydowskiej (JCC). W wolnym czasie uczyła prywatnie języka hebrajskiego.
W Polsce ceni bezpieczeństwo, porządek, transport publiczny i brak alarmów lotniczych. Lubi polski krajobraz – wsie i pola.
– Gdy patrzę na polską przyrodę, myślę o tym, że tak wyglądało dzieciństwo moich dziadków. To mnie wzrusza.
Librowski-Sher jest silnie związana z dziedzictwem kultury jidysz, zwłaszcza z jego wspólnotowym, feministycznym i emancypacyjnym wymiarem. Na ręce ma wytatuowany napis „סאָלידאַריטעט” – „solidarność”, oraz „שוועסטערשאַפט מוז זיין” – „musi być siostrzeństwo”.
7 października 2023 roku była w Warszawie. Kiedy się obudziła, telefon był pełen powiadomień o alarmach bombowych w Izraelu. W wypadku poprzednich ataków na Izrael takie powiadomienia zwykle cichły po kilku minutach. Tego dnia smartfon nie przestawał wibrować.
– Z godziny na godzinę docierała do mnie skala wydarzeń. W pewnym momencie pojawiła się informacja o porwanych i ona wydała mi się najstraszniejsza. Nikt nie wiedział, jak długo zakładnicy pozostaną w niewoli. Widziałam, że izraelski rząd dąży do przedłużenia wojny kosztem bezpieczeństwa zakładników i życia ludzi w Gazie.
W pierwszych dniach otuchy dodawały jej wyrazy wsparcia ze strony polskich znajomych. Z czasem współczucie ustępowało nieufności. Na UJ ktoś wywiesił napis „Żydzi do gazu”. Pojawiły się protesty domagające się zerwania współpracy z izraelskimi instytucjami badawczymi. Librowski-Sher uważa te postulaty za głupie i niebezpieczne.
– Akademia jest jedną z nielicznych przestrzeni w Izraelu, w których wciąż szuka się prawdy i rozwija krytyczne myślenie – tłumaczy. – Jeśli zamkniemy ten kanał dialogu, trudniej będzie kiedykolwiek osiągnąć porozumienie. Poza tym bojkoty rzadko okazują się skutecznym sposobem rozwiązywania konfliktów. Jeśli ktoś sprzeciwia się Netanjahu i jego rządowi, powinien kierować swój sprzeciw właśnie w ich kierunku, a nie karać ludzi, którzy nie mają żadnego wpływu na przebieg wojny.
Próby rozmowy ze znajomymi często kończyły się zerwaniem kontaktu.
– Zapytałam moją byłą nauczycielkę gry na akordeonie, co oznacza flaga Palestyny na jej zdjęciu profilowym. Moje niekonfrontacyjne pytanie było definitywnym końcem naszej znajomości. Frustruje mnie, że ludzie postrzegają konflikt jak mecz piłkarski, w którym kibicuje się jednej albo drugiej stronie. Tymczasem mówimy o tragedii milionów ludzi, którzy cierpią przez złe decyzje mężczyzn u władzy.
Była wówczas jedyną Izraelką w swoim zakładzie. Członkowie Akademii dla Palestyny organizowali liczne demonstracje, na których wykrzykiwano anryizraelskie hasła. Podczas protestów Librowski-Sher nie czuła się bezpiecznie. Istotną rolę odgrywał fakt, że odbyła służbę w IDF. Demonstrujący w swym przekazie sugerowali, że wszyscy, którzy byli w izraelskiej armii, są odpowiedzialni za jej zbrodnie.
– Gdybym nie poszła do wojska, trafiłabym do więzienia. Osoby urodzone w bezpiecznej i spokojnej Polsce nie mają pojęcia, przed jakimi dylematami stają obywatele Izraela.
Librowski-Sher nadal kocha Polskę i nie zamierza jej opuszczać. Oprowadza Izraelczyków po Warszawie: za swoją misję uważa pokazanie, że istnieje alternatywa dla polaryzacji.
O co naprawdę chodzi ruchowi propalestyńskiemu w Polsce?
Guy (nazwisko do wiadomości redakcji) urodził się w Izraelu, ale od trzeciego roku życia mieszka w Polsce. Jego rodzina nie ma polskich korzeni – przodkowie przyjechali do Izraela z Czech i Węgier, a rodzice Guya wyemigrowali do Polski za pracą. Na pytanie, czy czuje się bardziej Izraelczykiem, czy Polakiem, odpowiada bez wahania: „Jestem po prostu Warszawiakiem”.
Podobnie jak Librowski-Sher, najbardziej ceni w Polsce bezpieczeństwo i jakość usług publicznych. Lubi też polską kulturę – Polacy są w codziennych kontaktach bardziej powściągliwi niż Izraelczycy, rzadziej dochodzi tu do sprzeczek z błahych powodów.
O atakach z 7 października dowiedział się z aplikacji informującej o alarmach bombowych w Izraelu.
Jeszcze tego samego dnia media zaczęły publikować zdjęcia spalonych kibuców i ciał pomordowanych. Guy był wstrząśnięty. Martwił się o bliskich. Z czasem wojna coraz bardziej wkraczała także w jego otoczenie. Organizowano demonstracje przeciwko współpracy z Izraelem.
Guy deklaruje się jako przeciwnik wojny i zwolennik współistnienia. Wraz z Librowski-Sher próbuje stworzyć w Polsce przestrzeń do dialogu izraelsko-palestyńskiego. Projektu nie udało się jak dotąd uruchomić z uwagi na brak chętnych – wielu Izraelczyków w ich otoczeniu z niechęcią odnosi się do jakiejkolwiek obrony praw Palestyńczyków.
Nie dziwi go solidarność z Palestyńczykami, ale niepokoją hasła wymierzone w Izraelczyków jako takich oraz te, które relatywizują zbrodnie Hamasu. Szczególnie negatywnie odbiera slogany takie jak „From the River to the Sea” – widzi w nich wezwanie do czystki etnicznej na izraelskich Żydach.
Jego przodkowie uciekli z Europy do Palestyny przed antysemickimi prześladowaniami. Dziś Izrael jest domem dla jego sióstr i ich rodzin, które nie mają innego miejsca na ziemi. Guy zastanawia się, czy osoby demonstrujące w obronie Palestyny potrafią dostrzec także ich perspektywę.
Wraz ze znajomymi próbował znaleźć odpowiedź. 25 października 2023 roku napisał do biur grup parlamentarnych PO, Nowoczesnej, Zielonych, PSL, Nowej Lewicy i Polski 2050, a także do mediów, w tym Polsatu i TVN. Podkreślił swój sprzeciw wobec polityki wojennej Izraela i przywiązanie do koegzystencji. Do dziś nie dostał żadnej odpowiedzi.
Dopiero pod koniec lipca zwrócił się do przedstawicieli Nowej Lewicy i partii Razem przez Facebooka. Posłanka Joanna Wicha spotkała się z nim za pośrednictwem komunikatora internetowego. Z kolei Chrystian Talik z Razem zapewnił, że jego partii zależy na rozróżnieniu pomiędzy państwem Izrael a osobami narodowości żydowskiej mieszkającymi w Polsce. Trwa ustalanie daty i formy ewentualnej rozmowy.
Zapytany, co musi się stać, aby przemoc między Izraelczykami a Palestyńczykami ustała, odpowiada bez wahania:
– Izraelczycy i Palestyńczycy muszą mieć równe prawa. Izraelscy Arabowie są pod wieloma względami traktowani jako obywatele drugiej kategorii. Ta sytuacja nie sprzyja porozumieniu między narodami.
Guy liczy, że pierwszym krokiem będzie zmiana izraelskiego rządu po nadchodzących wyborach. Nie wierzy jednak, że samo odsunięcie Netanjahu wystarczy. Potrzebna jest także walka z rasizmem – w Izraelu i poza nim. Zacząć, jego zdaniem, można od małych gestów.
Niepokoi go niechęć do migrantów i mniejszości w Polsce. Czasem zastanawia się, czy Polska i Europa nie znalazły się w sytuacji przypominającej tę z lat 30. XX wieku.
„Mieliśmy poczucie, że Zagłada wydarzyła się jeszcze raz”
7 października 2023 roku doszło do największego i najkrwawszego ataku na Izrael w jego historii. Operację Potop al-Aksa przeprowadził Hamas, przy udziale bojowników innych ugrupowań, m.in. Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, a także części mieszkańców Strefy Gazy formalnie niezwiązanych z żadną organizacją. Aby sforsować izraelskie ogrodzenie graniczne, napastnicy użyli materiałów wybuchowych, spychaczy i taranów, a na terytorium Izraela przedostali się motocyklami, samochodami ciężarowymi, łodziami motorowymi i paralotniami.
Atak objął ponad dwadzieścia miejscowości przy granicy, izraelskie bazy wojskowe oraz festiwal muzyczny Nova w pobliżu Re’im. Niemal od razu zaczęły krążyć również nieprawdziwe i niezweryfikowane relacje, które poza Izraelem zbudowały przekonanie, że skalę przemocy wyolbrzymiono, a w skrajnych przypadkach stały się podstawą do kwestionowania samego ataku.
To, co wydarzyło się naprawdę, mrozi jednak krew w żyłach. Komisja śledcza ONZ stwierdziła, że w ataku zabito ponad 1200 ludzi, w tym 809 cywilów i 314 żołnierzy, a 215 osób uprowadzono do Strefy Gazy. Komisja udokumentowała także dwa przypadki, w których izraelski ogień prawdopodobnie zabił izraelskich cywilów. Według ustaleń ONZ w kibucu Be’eri całkowicie zniszczono około 34 proc. zabudowy. Wśród ofiar znalazło się również 40 dzieci, z których około jedna czwarta nie ukończyła dziesiątego roku życia. Raport Biura Specjalnej Przedstawicielki Sekretarza Generalnego ONZ ds. Przemocy Seksualnej w Konfliktach wskazuje ponadto na uzasadnione podstawy, by zakładać, że podczas ataku doszło do przemocy seksualnej, w tym gwałtów zbiorowych. O stosowaniu gwałtów jako broni mówią także świadectwa Izraelek i Izraelczyków, którym udało się przeżyć niewolę w Gazie. Human Rights Watch kwalifikuje to jako zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości.
Dla wielu Izraelczyków 7 października stał się momentem wielkiego kryzysu zaufania do władz. Izrael miał być bezpiecznym azylem dla osób uciekających przed antysemickimi prześladowaniami. Tymczasem właśnie na jego terenie doszło do najkrwawszej rzezi Żydówek i Żydów od czasów Zagłady. Panuje powszechne poczucie, że rząd zawiódł, a może nawet z premedytacją przyzwolił na katastrofę. Uczucie to potęguje ujawniona niedawno przez izraelski Haaretz informacja, że Netanjahu został uprzedzony na dziesięć dni przed atakiem przez prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Według tej samej gazety IDF zastosowało podczas ataku tzw. doktrynę Hannibala, by ograniczyć liczbę wziętych do niewoli. Doktryna zakłada otwieranie ognia do własnych obywateli, co stało się podstawą teorii spiskowej, wedle której to izraelska armia odpowiada za większość ofiar.
– Byliśmy w ogromnym szoku – mówi Michal Fridman, która 26 stycznia 2026 roku wraz z rodziną przeprowadziła się z Gedery do małej miejscowości na Dolnym Śląsku – Doszło do tragedii, której nikt się nie spodziewał. Mieliśmy poczucie, że Zagłada wydarzyła się jeszcze raz.
Jeszcze w dzień ataku mąż Fridman dostał powołanie do wojska jako żołnierz rezerwy. Przed 7 października nigdy nie myślała o opuszczeniu Izraela.
– Mamy dwóch synów. Gdybyśmy zostali w Izraelu, zostaliby powołani do wojska i zapewne skończyli w jednostkach bojowych – mówi. – Nie chcę, żeby moje dzieci trafiły na linię frontu. Nie chcę chować własnego osiemnastoletniego dziecka. Jeśli trafiliby do jednostek bojowych, szansa, że wrócą, nie byłaby wysoka.
Fridman przestała wierzyć, że w Izraelu jest jeszcze jakaś przyszłość. A jeśli jest, to tylko taka pełna przemocy, niekończących się wojen i nieustannego zagrożenia. Fridman również wyraża nadzieję, że sytuacja może poprawić się po nadchodzących wyborach. Ale czy sama zmiana rządu sprawi, że w Izraelu będzie dało się normalnie żyć?
– Można by zbudować dookoła Gazy jeszcze wyższy mur. Ale on nie ochroni nas ani przed dronami ani przed rakietami. Wielu sąsiadów Izraela nas po prostu nienawidzi i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował nas zabić. Tu w Polsce nikt nie chce zrobić nam krzywdy.
Choć Fridman doskwiera czasami brak kontaktu z innymi Izraelczykami oraz niewiele okazji do porozmawiania po hebrajsku, nawet nie myśli o powrocie. Dodatkowym atutem życia w Polsce jest dla niej kultura: ludzie są dla siebie milsi i trochę bardziej wyluzowani, niż w Izraelu. Obecnie czeka na kartę stałego pobytu, a jej mąż dąży do uzyskania uprawnień zawodowego kierowcy. Michal nie boi się nawet rosyjskiego ataku: czuje, że po tym, co przeżyła w Izraelu, nic jej już nie przerazi.
„Chciałbym móc opłakiwać to, co się wtedy wydarzyło”
W kolejnych tygodniach wojny narastało poczucie, że rząd przedkłada dążenie do „ostatecznego zwycięstwa” nad życie i bezpieczeństwo zakładników. Dla krytycznych wobec polityki państwa Izraelczyków sposób prowadzenia działań zbrojnych stał się kolejnym dowodem na to, że Izrael nie ma nad swoimi wrogami przewagi moralnej.
Do tego grona należy Barak Heymann, który wraz z partnerką i dziećmi przeprowadził się do Warszawy w 2025 roku. Na co dzień kręci filmy dokumentalne i pracuje w Collegium Civitas. Jest też przewodniczącym stowarzyszenia The Road to Recovery, które każdego dnia pomaga dziesiątkom chorych Palestyńczyków uzyskać niezbędną pomoc medyczną na terenie Izraela. O ataku Hamasu dowiedział się od palestyńskiej przyjaciółki mieszkającej w Gazie.
– Napisała, że ma nadzieję, że u nas wszystko w porządku, że się martwi i modli za nas – wspomina.
Sam atak nie był dla niego całkowitym zaskoczeniem. Jak sam mówi, trwanie „izraelskiego reżimu apartheidu”, musiało w końcu wywołać reakcję. Podziela przekonanie, że przyczyn obecnej katastrofy należy szukać na długo przed 7 października: upatruje ich w Nakbie i dekadach izraelskiej okupacji.
– Jeśli przez lata poniżasz człowieka, stosujesz wobec niego przemoc, deptasz go po twarzy nie pozwalasz mu normalnie oddychać, trudno się dziwić, że w pewnym momencie zacznie szukać okazji do zemsty, a nawet do zabicia swojego oprawcy – w tych słowach podsumowuje izraelską politykę wobec Palestyńczyków.
Heymann twierdzi, że Izrael nie jest zainteresowany osiągnięciem pokoju, a trwanie okupacji i blokady militarnej Gazy sprawia, że kolejne akty przemocy pozostają tylko kwestią czasu. Obawia się, że jeśli Izrael będzie nadal kontynuował czystki etniczne, 7 października może wydarzyć się ponownie.
– Smuci mnie i złości, że z powodu ludobójstwa, którego Izrael dokonał i nadal dokonuje w Gazie, trauma 7 października w pewnym sensie uległa zatarciu. To mnie bardzo boli, ponieważ chciałbym nadal móc opłakiwać to, co wtedy się wydarzyło, bo było to okropne i niewybaczalne.
Po 7 października Heymann odczuwa pewien wstyd związany ze swoją tożsamością. Czasami nosi koszulkę z napisem „Disgusted to be Israeli”.
– Izrael jest moim najukochańszym miejscem na świecie. Ale wstydzę się tego, co robi państwo, co robi wojsko, i wstydzę się za wszystkich Izraelczyków, którzy nie chcą się temu przeciwstawić.
W Polsce Heymann nie spotyka się z przejawami antysemityzmu, jednak ze względu na swoje poglądy bywa wykluczany przez rodaków mieszkających nad Wisłą. Choć czuje silną więź z ojczyzną i bardzo za nią tęskni, nie ma pewności, czy wróci tam z rodziną na stałe, m.in. z powodu atmosfery politycznej. W ostatnim czasie przylatuje do Izraela raz w miesiącu.
– Na początku 2024 roku musiałem na tydzień opuścić mój dom w Izraelu i usunąć konto na Facebooku – mówi. – Do dziś nie wróciłem na portal, bo skrajnie prawicowe grupy na Telegramie opublikowały moje dane tylko dlatego, że wyraziłem solidarność i współczucie dla Palestyńczyków w Gazie. Zamieścili moje imię i nazwisko, numer telefonu, adres, zdjęcie domu i twarzy, a nawet numer dowodu osobistego.
Także Karolina Polak, mieszkająca od 2024 roku w mieście na wschodzie Polski, uważa, że o tragedii 7 października nie można mówić w oderwaniu od cierpienia mieszkańców Gazy.
– 7 października był i pozostaje dla mnie wielkim wstrząsem – mówi. – Od tego momentu byłam już na trzech pogrzebach znajomych, którzy zginęli na wojnie, w tym mojego kolegi z ławki z czasów gimnazjum. Mogę sobie jedynie wyobrażać, co czują teraz mieszkańcy Gazy, którą izraelska armia niemal w całości zniszczyła.
Polak ceni sobie życie w Polsce przede wszystkim dlatego, że może się tu utrzymać z jednej pensji – co przy dzisiejszych kosztach życia w Izraelu graniczyłoby z cudem. Lubi również polską kulturę i poziom życia. Po 7 października nie spotkała się z wieloma przejawami wrogości, także dlatego, że swoją żydowską tożsamość ujawnia jedynie najbliższym przyjaciołom. Kiedyś, podczas jednej z domówek, wyszło na jaw, że pochodzi z Izraela. Reszta wieczoru upłynęła na opowiadaniu antysemickich dowcipów. Od tamtej pory woli nie mówić każdemu, skąd pochodzi.
Choć w Polsce czuje się dobrze i bezpiecznie, wciąż myśli o powrocie do Izraela. Zostawiła tam rodzinę, przyjaciół i ukochanego psa. Nie traci nadziei, że jej ojczyzna jeszcze kiedyś wróci do normalności. Uważa, że aby tak się stało, potrzebne są przede wszystkim zmiany w edukacji – takie, które uczą empatii i otwartości na inne kultury, a zarazem pokazują, do czego mogą prowadzić uprzedzenia i pochopne uogólnienia.
– Wielu dzieciom w Izraelu od małego wmawia się, że każdy Arab żyjący w Gazie jest terrorystą – mówi. – Że urodził się po to, by zabijać Izraelczyków. A to najzwyczajniej w świecie nie jest prawda.
– Od dawna wiadomo, jak można zapobiegać tragediom takim jak atak z 7 października – dodaje Librowski-Sher. – Niestety, przywódcy polityczni wciąż ignorują ostrzeżenia płynące z tekstów Hanny Arendt, Eriki Mann czy z eksperymentu Milgrama. Dlatego nie jestem pewna, czy przyszłość przyniesie zmiany na lepsze. Żeby mogły nastąpić, musimy nadal konsekwentnie sprzeciwiać się złu. Niezależnie od tego, czy mówimy o terrorystach z Hamasu, czy o izraelskich terrorystach-osadnikach.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!