Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Nie wszyscy jesteśmy hipokrytami

Od dziesięcioleci dużo nam opowiadano o humanistycznych wartościach, na jakich opiera się demokratyczny świat Zachodu. Przyjęliśmy te wartości i uznaliśmy je za swoje.

ObserwujObserwujesz
Rzeźba Carla Fredrika Reuterswärda „Związany rewolwer” przed siedzibą ONZ w Nowym Jorku
Walka

Po katastrofie dwóch wojen światowych włożono ogromny wysiłek w skodyfikowanie i upowszechnianie wartości takich jak prawa człowieka i poszanowanie prawa międzynarodowego. Politycy i aktywiści świata zachodniego tworzyli instytucje, które miały stać na ich straży. Ale też zadbali o to, by kolejne pokolenia wychowywały się w przekonaniu, że są to fundamenty demokratycznego świata.

I wiecie co? W dużej mierze to zadziałało.

Część osób naprawdę poważnie traktuje dziś zasady, o których tyle im opowiadano. Na przykład taką, że nie wolno zabijać cywilów, nawet w odwecie za zamach terrorystyczny. Że nikogo nie wolno torturować. Albo że niezależnie od politycznych kalkulacji należy szanować prawo do ubiegania się o azyl.

Czytaj także Zupa pomidorowa – zbrodnia narodowa! Za koc termiczny – proces publiczny! Anna Alboth

I nagle okazuje się, że przedstawiciele tych samych elit politycznych, które przez dekady przedstawiały prawa człowieka, demokrację i rządy prawa jako największe osiągnięcia Zachodu i jego niepodważalny fundament, mają pretensje, że ktoś – na przykład młodzież – zbyt natarczywie dopomina się o te wartości. Że nie rozumie politycznych realiów, jest naiwna, nie akceptuje koniecznych kompromisów. A nawet, że odgrywa rolę „pożytecznych idiotów” różnych wrażych sił.

Kiedy w maju 2024 roku Hillary Clinton komentowała protesty studentów przeciwko wojnie w Strefie Gazy, stwierdziła lekceważąco, że młodzi ludzie „nie wiedzą zbyt wiele o historii Bliskiego Wschodu”. Kilka miesięcy później premier Izraela Benjamin Netanjahu poszedł jeszcze dalej. Przemawiając przed amerykańskim Kongresem, nazwał protestujących „pożytecznymi idiotami Iranu”.

Odsłania to znacznie głębsze pęknięcie aksjologiczne współczesnego Zachodu. Nasze elity chcą uchodzić za obrońców uniwersalnych humanistycznych wartości, ale też uparcie bronią (kogo lub czego?) przed „radykałami”, którzy w ich mniemaniu te wartości traktują zbyt dosłownie.

Powojenny projekt moralny

„Ta deklaracja może stać się międzynarodową Wielką Kartą Swobód dla wszystkich ludzi na świecie” – to słowa Eleanor Roosevelt, przewodniczącej Komisji Praw Człowieka, na temat Powszechnej deklaracji praw człowieka.

Deklaracja ta była częścią szerszej zmiany. W 1945 roku powstała Organizacja Narodów Zjednoczonych. Deklarację uchwalono trzy lata później. W 1949 roku przyjęto cztery konwencje genewskie, a w 1951 roku konwencję dotyczącą statusu uchodźców.

W sześć lat stworzono fundamenty nowego porządku międzynarodowego. Imponujące.

Był to także wielki projekt edukacyjny. W preambule Powszechnej deklaracji praw człowieka znalazł się zapis, że każdy człowiek i każda instytucja społeczna powinny dążyć „poprzez nauczanie i wychowanie” do zapewnienia poszanowania tych praw i wolności. Dodatkowo artykuł 26 deklaracji głosi, że jednym z celów edukacji ma być „umacnianie poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności”, a także rozwijanie zrozumienia, tolerancji i przyjaźni między narodami.

Czytaj także Zinn: Naszym problemem jest obywatelskie posłuszeństwo Howard Zinn

I tak się stało. W kolejnych dekadach prawa człowieka stały się nieodłącznym elementem szkolnej edukacji. Zapewne każdy z was uczył się na lekcjach o godności jednostki, równości wobec prawa, karaniu zbrodni wojennych czy konieczności ochrony prześladowanych. Wpajano nam, że Holokaust, wojny i totalitaryzmy powinny nas nauczyć, do czego prowadzi przekonanie, że pewnym grupom ludzi przysługuje mniej praw niż innym.

Język praw człowieka stał się oficjalnym językiem demokracji, szczególnie na tzw. Zachodzie. Powszechna deklaracja praw człowieka powstała dzięki współpracy przedstawicieli różnych części świata, ale to właśnie zachodnie demokracje szczególnie chętnie zaczęły przedstawiać uniwersalizm praw człowieka jako fundament własnej politycznej tożsamości. Podczas zimnej wojny stał się on jednym z najważniejszych argumentów na rzecz moralnej wyższości liberalnej demokracji nad jej politycznymi rywalami ze wschodu.

Prawa człowieka stały się więc częścią opowieści, którą Zachód snuł na własny temat. Opowieści o cywilizacji, która wyciągnęła wnioski z błędów i najtragiczniejszych doświadczeń swojej historii.

Stara historia

Historia Zachodu pełna jest szczytnych idei, którym elity sprzeniewierzały się w imię własnych interesów. Można patrzeć na to pesymistycznie, jak na długą historię zachodniej hipokryzji. Prawda. Ale istnieje również bardziej optymistyczna wersja tej opowieści, bo ruchy emancypacyjne często odwoływały się do tych oficjalnych ideałów i całkiem skutecznie domagały się, by zaczęto traktować je poważnie. Ta historia też jest prawdziwa.

Kiedy w 1789 roku rewolucyjna Francja ogłosiła Deklarację praw człowieka i obywatela, Olympia de Gouges opublikowała własną Deklarację praw kobiety i obywatelki, wzorowaną na dokumencie rewolucjonistów. Jej pierwszy artykuł głosił: „Kobieta rodzi się wolna i pozostaje równa mężczyźnie w prawach”. W innym miejscu autorka zauważała, że skoro kobieta ma prawo wejść na szafot, powinna mieć również prawo wejść na mównicę. Olympia de Gouges zginęła na gilotynie, ale prawa, których domagała się dla kobiet, stały się częścią uniwersalnych wartości Zachodu.

Podobne wyzwanie rzucili rewolucyjnej Francji zbuntowani niewolnicy z Saint-Domingue, francuskiej kolonii na Karaibach, dzisiejszego Haiti. W 1791 roku wybuchło tam wielkie powstanie przeciwko niewolnictwu. Oni też uznali, że ideały wolności i równości powinny odnosić się także do nich.

Pięć dekad później, w 1848 roku, odbyła się konwencja ruchu praw kobiet w Seneca Falls. Jej uczestniczki przyjęły Deklarację uczuć, wzorowaną na amerykańskiej Deklaracji niepodległości z 1776 roku. Oryginał głosił, że „wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi” (all men are created equal). Autorki dokumentu dopisały do angielskiej formuły jedno słowo: women.

Czytaj także Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi Tomasz S. Markiewka

Wedle podobnej logiki działały ruchy antykolonialne. Kiedy 2 września 1945 roku Ho Chi Minh ogłaszał niepodległość Wietnamu, rozpoczął przemówienie od przywołania amerykańskiej Deklaracji niepodległości, a następnie odwołał się do francuskiej Deklaracji praw człowieka i obywatela. Przypomniał słowa o tym, że wszyscy ludzie rodzą się równi i mają niezbywalne prawa do życia, wolności i dążenia do szczęścia, a następnie rozszerzył tę zasadę na całe narody. Skoro wszyscy ludzie mają takie prawa, to również wszystkie narody mają prawo do wolności i samostanowienia.

Albo weźmy Martina Luthera Kinga. 28 sierpnia 1963 roku, podczas Marszu na Waszyngton, wygłosił on słynne przemówienie I Have a Dream. Jednym z jego centralnych motywów była – a jakże! – niespełniona obietnica amerykańskiej demokracji.

King przypomniał, że autorzy Konstytucji wystawili wszystkim Amerykanom coś w rodzaju czeku – zobowiązania do zapewnienia obywatelom wolności i równości. Stany Zjednoczone nie wywiązały się jednak z tej obietnicy wobec czarnych obywateli. King nie zamierzał jednak z tego powodu odrzucać amerykańskich ideałów. Przeciwnie, mówił: „Nie wierzymy, że bank sprawiedliwości zbankrutował”.

Wszystkie te ruchy łączyło to, że zamiast odrzucać uniwersalne ideały z powodu hipokryzji Zachodu, domagały się, by rzeczywiście stały się uniwersalne.

Dzisiejsza młodzież, która tak bardzo irytuje część elit politycznych i komentatorów medialnych, upominając się o prawa człowieka i przestrzeganie prawa międzynarodowego, jest spadkobierczynią tej tradycji.

Czytaj także Przestrzeganie prawa jako forma buntu Slavoj Žižek

Krytyka w imię naszych wartości

Filozofowie mówią na ten sposób myślenia – krytyka immanentna. Polega on na ocenianiu instytucji i działań politycznych w świetle wartości, do których odwołują się ludzie działający w ich imieniu.

Tak właśnie można spojrzeć na protesty dotyczące Strefy Gazy czy traktowania ludzi na granicy. Nie jak na ataki „pożytecznych idiotów”, a raczej jak na próbę skłonienia nas, byśmy poważniej traktowali uniwersalne idee – te same, które uczyniliśmy fundamentem politycznej tożsamości.

Elity polityczne chciały wychować obywateli przywiązanych do zachodnich instytucji i zachodniego porządku. Część ludzi uznała: okej, ale w pakiecie bierzemy wierność zasadom, których te instytucje mają strzec. I trudno mieć do nich pretensje o to, że nie są hipokrytami.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x