Do ciupy za talerz zupy! Za kratki za łyk herbatki! Do kicia za coś do picia! Trzy lata w pace za humanitarną pracę! Za dobre serce – kajdanki na ręce!
Możemy tak jeszcze długo. Pisać rymowanki, urządzić konkurs na najlepsze hasło, śmiać się z pomysłu, który wygląda jak scenariusz kiepskiej komedii o państwie policyjnym. Tylko że to nie jest kabaret. To propozycja polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. I mnie, po latach pracy humanitarnej na granicach Europy, naprawdę przestaje być do śmiechu.
MSWiA proponuje do trzech lat więzienia za świadome ułatwianie pobytu osobie przebywającej w Polsce niezgodnie z przepisami. Bez konieczności wykazania, że pomagający chciał na tym zarobić albo osiągnąć jakąkolwiek osobistą korzyść. A więc w centrum zainteresowania prawa może znaleźć się nie tylko człowiek, który handluje cudzą desperacją, ale też ten, który próbuje ulżyć w cierpieniu. Zamiast rozróżniać przemytnika od wolontariuszki, państwo proponuje przepis, który może pozwolić wrzucić ich – nas wszystkich – do jednego worka. A potem ten worek zawiązać paragrafem.
I bardzo proszę, nie dajmy sobie wmówić, że to jest sprawa jakiegoś lasu na końcu Polski.
Problem prawa, nie przepisu
Oczywiście najłatwiej wyobrazić sobie ten absurd w Puszczy Białowieskiej. Zmarznięty człowiek, termos z herbatą, koc termiczny i potencjalny akt oskarżenia. Ale przepisy nie mają korzeni jak drzewa. Nie zostają tam, gdzie je posadzono. Jeżeli państwo uzna, że bezinteresowna pomoc osobie o nieuregulowanym statusie może być przestępstwem, to dlaczego ta logika miałaby zatrzymać się na granicy polsko-białoruskiej?
Przenieśmy się do Warszawy. Jest zima: wolontariuszka rozdaje gorącą zupę osobom w kryzysie bezdomności. Czy zanim poda talerz, powinna zażądać paszportu? Sprawdzić wizę, kartę pobytu, datę jej ważności? Może przy termosie postawić terminal do weryfikacji dokumentów? A jeśli wie, że ktoś nie ma uregulowanego pobytu, czy ma odstawić chochlę i zadzwonić po Straż Graniczną?
Albo wyobraźmy sobie małoletnie dziecko bez opieki. Samo, bez rodziców, bez bezpiecznego miejsca do spania. Ktoś daje mu nocleg, ciepły posiłek, pomaga dotrzeć do organizacji pomocowej. Czy naprawdę chcemy tworzyć prawo, przy którym taki człowiek musi najpierw zastanowić się nad własną odpowiedzialnością karną? Od kiedy ochrona dziecka miałaby zaczynać się od pytania, czy jego dokumenty są w porządku?
A co z kobietą, która uciekła handlarzom ludźmi i trafia pod opiekę organizacji, np. takiej jak La Strada? Z prawniczką pomagającą komuś uporządkować status pobytowy? Z Kolumbijczykiem, którego pracodawca nie dopilnował formalności legalizacyjnych, a potem wyrzucił z pracy, i z polskim znajomym, który pozwala mu przespać się kilka nocy na kanapie? Czy kanapa też może stać się narzędziem przestępstwa?
System nieodpłatnego poradnictwa nie jest przecież zbudowany na zasadzie: najpierw udowodnij, że wolno ci tu być, potem dowiesz się, jakie masz prawa. Czasami właśnie po to człowiek potrzebuje porady, żeby móc swój pobyt uregulować! Trudno wymyślić bardziej przewrotną pułapkę: żeby zalegalizować pobyt, potrzebujesz pomocy, ale udzielenie ci pomocy może zostać uznane za ułatwianie pobytu nielegalnego.
To nie jest tylko problem złego przepisu. To problem prawa, które może być używane jak broń z regulowanym celownikiem.
Przy przepisach o zawieszeniu prawa do azylu widzieliśmy już, jak daleko można przesuwać granice praw człowieka za pomocą nieostrych konstrukcji prawnych. Teraz pojawia się kolejne ryzyko: zamiast precyzyjnie opisać czyn, który ma być karany, państwo tworzy szeroką kategorię, do której można próbować dopasowywać coraz to nowych ludzi i coraz to nowe sytuacje.
„Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”
To powiedzenie powinno być ostrzeżeniem przed nadużyciami władzy, a nie inspiracją do pisania kodeksu karnego. Prawo ma chronić nas przed arbitralnością państwa. Nie powinno dawać państwu coraz większej swobody wybierania, czyja solidarność jest dziś legalna, a czyja zasługuje na prokuratora.
Jest w tym wszystkim jeszcze szczególna ironia. Piątka z Hajnówki została uniewinniona, bo nie wykazano, że pomagała dla korzyści majątkowej lub osobistej. I co teraz proponuje MSWiA? Przepis, w którym nie trzeba już wykazywać takiej korzyści. Trudno nie zapytać, czy zamiast wyciągać wnioski z granic postawionych przez sąd, państwo próbuje po prostu przesunąć te granice ustawą.
Resort tłumaczy to walką z przemytem ludzi. Tylko gdzie jest dowód, że grożenie więzieniem za bezinteresowną pomoc rozbije siatki przemytnicze? Przemytnik nie przestanie zarabiać dlatego, że wolontariuszka przestanie rozdawać herbatę. Za to człowiek pozbawiony bezpiecznej pomocy może stać się jeszcze bardziej zależny od nieformalnych pośredników, wyzyskujących pracodawców i ludzi, którzy rzeczywiście handlują cudzą bezradnością.
Ile to wszystko będzie kosztować? Ile godzin pracy policji, prokuratury i sądów pochłonie sprawdzanie, kto komu dał schronienie, jedzenie, poradę albo transport? Ile pieniędzy wydamy na ściganie ludzi, którzy często za darmo wykonują pracę, której państwo samo nie potrafi zapewnić? I ile stracimy, kiedy organizacje pomocowe zaczną bać się kontaktu z instytucjami, z którymi powinny współpracować, choćby po to, żeby chronić dzieci i ofiary handlu ludźmi?
Najgroźniejsze w takich przepisach jest to, że ich skutki nie kończą się na osobach, które rzeczywiście zostaną oskarżone. Wystarczy kilka postępowań, kilka przeszukań, kilka lat życia spędzonych na bronieniu się przed zarzutami, żeby setki innych osób zaczęły się zastanawiać, czy warto pomagać. Nie trzeba wsadzić wszystkich do więzienia – przecież wystarczy sprawić, żeby każdy przed podaniem ręki pomyślał o paragrafie.
Demontaż państwa prawa jest zaraźliwy
Współzakładałam Grupę Granica, niosłam pomoc na wielu granicach Unii Europejskiej, ale także na ulicach Warszawy czy Berlina. Wiem, że w Polsce są tysiące ludzi, którzy nie przestaną pomagać. I nie powinniśmy godzić się na sytuację, w której zwykła przyzwoitość wymaga odwagi cywilnej, a podanie komuś herbaty staje się aktem nieposłuszeństwa.
To nie jest przepis o lesie na polsko-białoruskiej granicy i szalonych aktywistach. To przepis o tym, jak daleko państwo może wejść w nasze codzienne relacje. Jeszcze niedawno byliśmy dumni, że 70 proc. Polaków zaangażowało się w pomoc uchodźcom z Ukrainy. Nikt nie żądał wtedy od ludzi otwierających swoje domy, żeby najpierw zostali ekspertami od prawa migracyjnego. Wrażliwość na cudze cierpienie uznawaliśmy za narodową siłę, a nie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. A jeśli jutro przyjdzie nam pomagać uchodźcom docierającym z Litwy czy Łotwy? Czy znowu będziemy musieli zastanawiać się, po której stronie granicy, komu i na jakich warunkach wolno nam być przyzwoitymi?
I jest w tym jeszcze jedna, wyjątkowo gorzka ironia: czy naprawdę po to sprzeciwialiśmy się poprzedniej władzy i jej lekceważeniu praworządności, żeby dziś przyglądać się kolejnym próbom rozmontowywania prawa, tylko pod innym politycznym szyldem? Rozmontowywanie państwa prawa jest zaraźliwe. Zaczyna się od tych, których najłatwiej wykluczyć, a potem dosięga tych, którzy nie chcą się na to wykluczenie zgodzić. Aż pewnego dnia okaże się, że najbezpieczniejszą formą obywatelskiej przyzwoitości jest nieudzielanie pomocy.
I naprawdę nie chciałabym doczekać Polski, w której przed podaniem człowiekowi ręki trzeba będzie skonsultować się z adwokatem.
**
Anna Alboth – dziennikarka, aktywistka i ekspertka od mediów, migracji i praw człowieka. Od ponad 15 lat pracuje na europejskich granicach i w miejscach kryzysów humanitarnych, łącząc reportaż z rzecznictwem i odpowiedzialnym opowiadaniem o ludziach. Global Media Officer w Minority Rights Group, współinicjatorka Grupy Granica i Civil March for Aleppo. Mieszka między Warszawą a Berlinem.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!