Świat

Majmurek: Hegemonia śmiechu

W amerykańskiej kulturze istnieje o wiele większe niż u nas przyzwolenie na obraźliwy humor wymierzony w sławnych, potężnych i bogatych.

Republikanie swoje polityczne sukcesy z przełomu wieków zawdzięczali między innymi konserwatywnym radiowym show, setkom telewizyjnych kaznodziejów, wreszcie stacji Fox News. Tak budowali prawicową medialną hegemonię, alternatywną wobec głównonurtowych, liberalnych mediów sieć obiegu informacji i opinii, najskuteczniejszą broń w wojnach kulturowych.

Gdybyśmy mieli po liberalnej stronie szukać odpowiednika figury konserwatywnego spikera radiowego, byłby nim komik. Amerykańska komedia – poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak libertarianin Bill Maher czy nadworny komik Fox News Dennis Miller – od lat konsekwentnie stoi na lewo od amerykańskiego mainstreamu. Obojętnie, czy w formie stand-upu, telewizyjnej satyry czy komediowego serialu, konsekwentnie naśmiewa się z hipokryzji establishmentu, roszczeń grup religijnych, języka paniki moralnej i paranoi.

Prezydent i błazen

Ostatnio o telewizyjnej satyrze zrobiło się w Stanach głośno przy okazji występu Baracka Obamy w internetowym show Zacha Galifianakisa Between Two Ferns. Show ma bardzo prostą formułę: między tytułowymi dwoma paprotkami siedzi gość i prowadzący – Zach Galifianakis, komik znany z trylogii Kac Vegas czy występów w takich programach jak Saturday Night Live Show. Program celowo jest realizacyjnie nieporadny: widać taśmę klejącą i przewody od mikrofonów gości, napisy wyglądają jak wyjęte z archiwum grafiki komputerowej z okolic roku 1988. Celowo nieporadny, niechlujny i zaspany jest też sam prowadzący. Zadaje gościom najbardziej niezręczne, żenujące pytania. Justina Biebera, pyta jak czuje się w środku publicznego załamania nerwowego, kończąc wywiad z Charlize Theron, mamrocze: „Mam nadzieję, że twój ulubiony pies zdechnie”, w niektórych wypadkach w show dochodzi nawet do rękoczynów. Oczywiście, jest to pisane i odgrywane, ale bardzo śmieszne.

Do tej pory gośćmi Galifianakisa byli głównie aktorzy – Obama to pierwszy polityk, który przyjął zaproszenie. Galifianakis potraktował go bez taryfy ulgowej: pytał, „jak to jest być ostatnim czarnym prezydentem” i czy Obama zamierza wybudować swoją prezydencką bibliotekę na Hawajach czy „w swojej prawdziwej ojczyźnie Kenii”. Prezydent wszedł w konwencję, zręcznie odcinał się komikowi. Do programu przyszedł po to, by przedstawić wprowadzone przez siebie zmiany w systemie ochrony zdrowia. Opłaciło się znieść kilka żartów. Program z Galifianakisem i Obamą miał kilka milionów wyświetleń, po jego emisji ruch na stronie przedstawiającej zasady reformy zdrowotnej Obamy zwiększył się o kilkadziesiąt procent.

Pieczeń z celebrytów

Prawica oczywiście rytualnie skrytykowała występ. Gwiazda telewizji Fox News, Bill O’Reilly powiedział, że „Abraham Lincoln na pewno by nie wystąpił w takim programie”. Cóż, biorąc pod uwagę, że w czasach Lincolna najnowocześniejszym medium był telegraf, na pewno nie. Jednak mimo tych rytualnych potępień Amerykanie kupili taką formę komunikacji głowy państwa z narodem.

Wynika to w dużej mierze z tego, że w amerykańskiej kulturze istnieje o wiele większe niż w naszej przyzwolenie na ofensywny, obraźliwy humor wymierzony w sławnych, potężnych i bogatych. Co więcej, sławni i bogaci muszą czasem pokazać, że są w stanie przyjąć nawet bolesne żarty. Doskonale widać to w formule komediowego roastu, zwłaszcza tego co roku emitowanego w stacji Comedy Central. Na czym polega roast? Najprościej rzecz ujmując: celebryta będący bohaterem wieczoru jest hejtowany przez grupę komików (bądź postaci z show-biznesu jakoś związanych z komedią), którzy nie oszczędzają też siebie nawzajem.

W zeszłym roku „grillowany” był James Franco, który musiał znieść dziesiątki żartów na temat plotek o swoim homoseksualizmie („Nie można powiedzieć o Jamesie, czy jest homo czy hetero, on po prostu nie jest w stanie nie mrużyć oczu dość długo, by zobaczyć, z kim właściwie uprawia seks”), artystowskich pretensji („James ma prostą zasadę robienia filmów: jeden dla wszystkich, pięć dla nikogo”) czy katastrofalnego epizodu z prowadzeniem oscarowej ceremonii. Dwa lata temu Charlie Sheen – właśnie zwolniony z serialu Dwóch i pół – słuchał żartów o swoich problemach z narkotykami i seksem („na cześć Sheena penis zanurzony w kokainie nazywamy «sheenisem»”), przemocą małżeńską („Mike Tyson tak załatwiał swoich przeciwników, że mieli twarze bardziej zmasakrowane niż żony Charliego Sheena”) i alkoholem.

Takiemu traktowaniu poddają się nie tylko gwiazdy show biznesu, ale także takie postacie jak Donald Trump. Milioner, zapowiadający w 2012 roku start w wyborach prezydenckich, usłyszał od Jeffa Rossa: „Donald, jesteśmy podobni – obaj masturbujemy się, myśląc o twojej córce”, a od Snoop Dogga, że nie dziwią go prezydenckie ambicje miliardera, gdyż Obamowie „nie byliby pierwszą biedną, czarną rodziną, jaką Trump wyrzuci z ich domu”.

Porównajmy to z Donaldem Tuskiem ciągającym po sądach „Nie” za niewinny, jak na standardy opisanego przez nas programu, żart primaaprilisowy wkładający mu w usta kilka wulgaryzmów, a zobaczymy różnicę.

Codziennik satyryczny

Jak widzimy, satyra w Stanach nie boi się polityki. Polityczne żarty pojawiają się w najpopularniejszym w amerykańskiej telewizji satyrycznym show – Saturday Night Live. Mój ulubiony żart to scenka komentująca plan ratunkowy dla amerykańskich banków z 2008 roku.

Dostaje się w niej wszystkim: Bushowi za głupotę i brak pojęcia, co się dzieje, demokratom za hipokryzję, bankierom i japiszonom za chciwość, biednym za bezmyślność. Na końcu pojawia się sam George Soros (podpisany jako „właściciel Partii Demokratycznej”), który tłumaczy, że miliardy, jakie wyparowały z amerykańskiej gospodarki, znajdują się teraz w jego kieszeni.

Od amerykańskich komików dostaje się nie tylko religii, ale też Kościołom. Popularny komik Louis C. K. w swoim programie Louie często wykorzystuje antyklerykalne żarty, których innowacyjna obraźliwość zwłaszcza w Polsce wydaje się czymś niezwykłym. W jednym z odcinku pojawił się mokument przedstawiający jego dochodzenie na temat Kościoła katolickiego, w którym sam papież potwierdza, że „Kościół katolicki to odwieczna instytucja założona po to, by ruchać małych chłopców”. W innym odcinku, w parodii telewizyjnej politycznej debaty, komik broni masturbacji przed chrześcijańską działaczką, przekonując ją, że „jeśli Bóg patrzy na wszystko, co robimy, to nasze życie jest dla niego pornosem. Przy którym pewnie sam wali konia”.

Jednak prawdziwą instytucją amerykańskiej satyry politycznej jest The Daily Show with Jon Stewart. Program nadawany jest codziennie od poniedziałku do czwartku i ma formułę parodii telewizyjnych wiadomości. Stewart – sam identyfikujący się jako socjalista – analizuje najważniejsze newsy z innych stacji i naśmiewa się z nich. Zwłaszcza z wiadomości Fox News. Obojętnie, czy chodzi o obsesję stacji na punkcie biednych nadużywających (niezmiernie hojnej w Stanach, jak powszechnie wiadomo) opieki społecznej czy rzekomego „prześladowania chrześcijan” przez liberalne instytucje – Stewart mistrzowsko demaskuje głupotę prawicowego dyskursu. Wystarczy mu zmontowanie kilku fragmentów z programów Fox, kilka śmiesznych min i złośliwych komentarzy – i już nie jesteśmy w stanie traktować flagowego okrętu amerykańskiej opinii publicznej jakkolwiek poważnie.

Stewart nie ukrywa swoich poglądów, pozycji, z których się śmieje, wartości, jakie są mu bliskie. Zasięg jego programu pokrywa się z liberalną częścią amerykańskiej opinii publicznej, ale służy jako doskonałe narzędzie jej mobilizacji i integracji. Swój sukces Stewart zawdzięcza także umiejętnemu doborowi współpracowników. Jednym z talentów, jaki w ostatnich latach wyłonił się w show, jest brytyjski komik John Oliver. Odcinek, w którym Oliver masakruje punkt po punkcie argumenty przeciwników podwyższenia płacy minimalnej, obowiązkowo powinna obejrzeć każda lewicowa aktywistka. A każdy, kto chciałby ograniczenia dostępu do broni palnej w Stanach – materiał o tym, jak udało się to zrobić w Australii.

Stewart zaprasza wielu komików, wśród nich Lewisa Blacka, kolejną postać określającą się – co niezmiernie rzadkie w Stanach – jako socjalista. Black w swoich występach analizuje cięcia podatkowe ekipy Busha i wygłasza długie, komiczne monologi na rzecz konieczności uregulowania kapitalizmu: „Większość ludzi jest zbyt głupia lub zbyt chciwa, by wszystko to mogło działać bez ścisłych regulacji”, konkluduje.

Pułapki przedrzeźniania

Innym talentem, który dał się poznać szerszej publiczności w programie Stewarta, jest Stephen Colbert. Dziś Colbert prowadzi swój własny show na Comedy Central, The Colbert Report. Podobnie jak program Stewarta, show Colberta utrzymane jest w formule parodii wiadomości telewizyjnych. Colbert przyjmuje jednak inną taktykę: zamiast wprost konfrontować się z absurdami prawicowej narracji, przedrzeźnia ją. Naśladuje, podkręcając ją do absurdu i wydobywa jej głupotę. Doskonałą ilustracją tej taktyki jest „adres” do Busha juniora, jaki Colbert wygłosił w 2006 roku. Komik z kamienną twarzą i pełną entuzjazmu powagą chwali tam prezydenta: „Wierzę, że najlepszy rząd to taki, który ma jak najmniej władzy. I jestem dumny panie prezydencie, że udało się panu wprowadzić taki rząd w Iraku”.

Zapraszając do swojego programu Marię Alochinę i Nadieżdę Tołokonnikową z Pussy Riot, Colbert wciela się w przyjaciela Putina („Razem z Władimirem jedźmy konno bez koszulki na polowania. Czasem nawet nie na polowania”) i zadaje im pytania w stylu: „Kiedy wreszcie homoseksualiści w Rosji zejdą ze swojej grzesznej drogi i odnajdą Boga?”.

Czasem ta taktyka nie do końca jest rozumiana. Niedawno na oficjalnym Twitterze show pojawił się tweet przedrzeźniający wypowiedź właściciela drużyny Washington Redskins, który zażartował, iż wobec protestów rdzennych Amerykanów dotyczących nazwy zespołu („czerwonoskórzy”) założy pomagającą im fundację. Twitter programu odpowiedział na to wpisem: „By pokazać azjatyckiej społeczności, jak o nią dbamy, powołamy Fundację Ching-Chong Ding Dong na Rzecz Spraw Ludności Azjatyckiej Czy Jakoś Tak”. Wpis wywołał oskarżenia o rasizm, a działaczka społeczności azjatyckich Amerykanów, Sue Park, rozpoczęła na Twitterze akcję #CancelColbert.

Wypad z klubu!

Skąd bierze się ten lewicowy przechył amerykańskiej komedii? Historycznie większość komików wywodziła się z wielkich miast północno-wschodniej Ameryki, między Chicago a Nowym Jorkiem. Większość z nich pochodziła także albo z żydowskiej, albo katolickiej mniejszości. A więc z tych grup, której jeszcze do niedawna traktowane były jako „biali drugiej kategorii” i które nawet dziś nie są „naturalną” grupą panującą w Stanach, czującą się jak w domu w instytucjach od wielu pokoleń akumulujących kapitał, władzę, prestiż i wiedzę. Miejskie powietrze, wielokulturowy klimat metropolii wyostrzyły ich zmysły i dowcip na tyle, by w pełni potrafili dostrzec i błyskotliwie opisać swoje położenie.

Patrząc na Amerykę z tej perspektywy, widzimy – jak George Carlin, legenda amerykańskiego stand-upu w swoim monologu – że Ameryka to „zamknięty klub dżentelmenów, do którego wy i ja nie mamy wstępu”.

Żyjemy w czasach, gdy nawet ze znaczniej skromniejszego klubu amerykańskiej klasy średniej wypraszanych jest coraz więcej osób. Według amerykańskich badań większość widowni przed 35 rokiem życia – w tej grupie wiekowej, której szczególnie trudno będzie zająć choćby klasową pozycję rodziców – woli „fałszywe” wiadomości w stylu Stewarta niż jakiekolwiek „prawdziwe”. I nie ma się co dziwić, skoro te prawdziwe uciekają od problemów tej grupy i są bezradne wobec szalonej narracji spod znaku Tea Party.

Wspólnota śmiechu, jaka buduje się przy tych programach, na pewno nie jest eskapistyczna. Czas pokaże, czy śmiech, jaki zapewnia dziś amerykańska polityczna satyra, będzie śmiechem rezygnacji, czy takim, który niesie zmianę. Czy zbuduje nową, progresywną hegemonię polityczną? Wszak rewolucja francuska też nie miałaby miejsca, gdyby nie słynna premiera Wesela Figara, śmiechem odbierającego ancien régimowi całą potrzebną do władzy powagę.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.