Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Charytatywny influencing zamiast polityki, virale w miejsce realnych zmian

Tworzenie polityki wymaga więcej niż słomiany zapał i chwilowe zgromadzenie wyobcowanych jednostek. W poczuciu spełniania dobrych uczynków dryfujemy ku przepaści.

Kolaż ze zdjęć: schody smoleńskie, na nich Ostatnie Pokolenie oblewa czerwoną farbą syrenkę, na schodach plakat wyborczy Łukasza Litewki z pieskiem, z lewej osoby w żółtych kamizelkach, po lewej miesięcznica smoleńska z portretem Lecha i Marii Kaczyńskich, w tle płonące wierze World Trade Center
Walka

Kim jest dobry polityk? Czy jest mądry? Skuteczny? Otwarty? Niekoniecznie. To przede wszystkim człowiek, który wygląda jak spełnienie marzeń o dobrym polityku. Na tym piedestale stanął niedawno poseł Łukasz Litewka, znany ze swoich działań charytatywnych na rzecz dzieci i zwierząt, miłej dla oka aparycji, a także przedwczesnej, tragicznej śmierci. Celebryci i politycy od prawa do lewa rzucili się z kondolencjami. Zapewne czuli podskórnie, że uosabiał on współczesnego polityka z naszych kolorowych snów, warto więc było ogrzać się w tym blasku przynajmniej przez chwilę. Litewka sam dobrze wiedział, jak korzystać z medialnej uwagi, budując wizerunek działacza zajmującego się akcjami o dużym potencjale pozytywnej viralowości.

Czytaj także Teorie spiskowe na temat śmierci Litewki to dopiero początek Galopujący Major

Jak bardzo byśmy się od tego nie odżegnywali, żyjemy w dobie personalizacji polityki i żaden, nawet najrozsądniejszy pomysł systemowej zmiany nie przejdzie bez twarzy. Co więcej, mało kto będzie zwracać uwagę na niuanse – skupiać się będziemy na publicznej postaci. Jeżeli polityk jest lubiany, to można brać w ciemno. Jeżeli jest nielubiany, również nie trzeba zagłębiać się w szczegóły, należy odrzucić z automatu. Żeby daleko nie szukać, wystarczy prześledzić poparcie dla programu SAFE w ostatnich miesiącach. Program pozostał ten sam, za to podejście części polityków zmieniło się o 180 stopni. Za którą wersją argumentów poszli ich sympatycy? A może nie miało to znaczenia, ponieważ zdają się na swoich wybieralnych reprezentantów?

Dobry polityk jest jak taki jak my sami, tylko trochę lepszy. Przeglądamy się w nim jak w wyjątkowo łaskawym lustrze. Ma być stabilny, otwarty, szczery, decyzyjny. Dobrze, żeby był urodziwy, wysoki, miał rodzinę i wyglądał zdrowo (pompki Karola Nawrockiego i Rafała Trzaskowskiego w trakcie kampanii prezydenckiej nie wzięły się znikąd). Lepiej też, żeby był mężczyzną. Przyjemna aparycja przydaje się w szczególności, kiedy niewiele o polityku wiadomo, poza tym, że ma poglądy konserwatywne.

Dobry polityk powinien także sprawiać wrażenie autentycznego, ponieważ nic tak dziś nie wzbudza zaufania jak poczucie, że co z oczu, to z serca. Wszystko to może się przydać, ponieważ wedle najnowszego rankingu zawodów politycy szorują po dnie: senator cieszy się poważaniem większym jedynie od trenera biznesu, europoseł plasuje się na szóstym miejscu od końca, a poseł na Sejm raptem oczko wyżej. Do ratowników medycznych i strażaków ze szczytu listy daleko.

Co z tego wynika? Że warto dbać o wygląd i odgrywać autentyczność – a nikt nie robi tego lepiej od influencerów w mediach społecznościowych. Politycy uczą się więc „autentycznie” podkreślać swoją zwyczajność i bezpośredniość, dzielą się migawkami z domowej codzienności, emocjami oraz memicznymi ripostami mającymi świadczyć o ich dystansie i poczuciu humoru. O ile celebrytyzacja polityki postępuje od trzech dekad, jeszcze nie tak dawno temu wydawało się, że zadaniem dobrego polityka, nawet jako gwiazdy, jest tworzenie (nomen omen) polityk. Obecnie nie mniej istotna jest kreacja kontentu. W gospodarce uwagi zmienia się też logika działania: w nieprzerwanym cyklu informacji z ostatniej chwili nie ma co wdrażać reform, które są skomplikowane, a ich efekty odłożone w czasie, więc mało atrakcyjne – zamiast tego można robić reelsy, które przyciągają uwagę i ekscytują bez zwłoki.

Czytaj także Hiperpolityka. Gdy mobilizacja wyborców nie ma już wpływu na instytucje Jakub Majmurek

Jak znaleźliśmy się w tym miejscu? Po upadku żelaznej kurtyny, triumfie demokracji, dekadach zimnej wojny, obywatele tzw. globalnej Północy skupili się na indywidualnym rozwoju i uznali, że nie muszą zajmować się polityką. Wybierany w wyborach dobry polityk miał być inteligentny, decyzyjny i przyjazny – innymi słowy miał dawać poczucie, że nie trzeba się nim zajmować. Jednocześnie obowiązującym zaklęciem stało się „There Is No Alternative”. Czar zaczął niknąć po ataku na World Trade Center w 2001 roku, a prysł razem z zapaścią systemu pożyczek subprime w Stanach Zjednoczonych siedem lat później.

Ignorowanie polityki stało się trudniejsze, kiedy ludzi zaczęły dławić niekończące się kryzysy gospodarcze. Według politologa Eitana Hersha ludzie co prawda ponownie zainteresowali się polityką, ale jako kibice siedzący bezpiecznie na trybunach. Maksimum wysiłku stanowiło kliknięcie petycji w internecie. Ot, polityka jako hobby.

Inny politolog, Anton Jäger, obserwując w ostatnich latach wzmożenie na ulicach stwierdził, że wydarzyło się jednak coś więcej. Pozbawieni dawnego luksusu spokoju od polityki ludzie zaczęli żyć hurra-zrywami, od żółtych kamizelek po Black Lives Matter. Na rodzimym polu także nie brakuje przykładów: demonstracje Strajku Kobiet, aktywistów LGBT+, Ostatniego Pokolenia, a z drugiej strony miesięcznice smoleńskie i demonstracje pod TVP (nadal w likwidacji). Krótki zapłon jest, wyraźnych zmian brak. To hiperpolityka, w której jedno zbiorowe poruszenie zastępuje drugie, co daje poczucie ruchu. Ale to tylko pozór sprawczości. Tworzenie polityki wymaga więcej niż słomiany zapał i chwilowe zgromadzenie wyobcowanych jednostek.

Rzecz w tym, że na politykę rozumianą jako długofalowe działanie na rzecz wspólnoty nie ma przestrzeni, bo nie ma na nią czasu. Dobra polityka wymaga przemyślanych, wieloletnich działań. Co za tym idzie, dobry polityk to człowiek solidny. Tylko jak ma być rozliczany za solidność, jeżeli dostaje ledwie chwilę uwagi? W tak krótkim czasie zrobi najwyżej emocjonującą rolkę. Albo akcję społeczną. Politycy są zależni od algorytmów tak jak wszyscy inni ludzie wpięci w dzisiejsze media społecznościowe, ale stawką polityków jest dostęp do władzy, a nie doomscroll. Dlatego w tej logice nie res publica jest celem, działania jej dotyczące są tylko narzędziem do wygrywania wyborów. A wybory można wygrywać na różne sposoby, na przykład obiecując złote góry. Albo powrót do złotego wieku. Albo przekierowując frustracje wynikające z niedomagań systemu na nienawiść do innych.

Politykom wygodnie jest sypać tymi obietnicami, pozorując działania, a innym wygodnie jest je przewijać w feedzie. Nawet jeżeli ktoś te obietnice sprawdzi i spróbuje rozliczyć, zaraz pojawi się kolejny news. Można też, tropem posła Łukasza Litewki, w ogóle abdykować z zadań polityka i zająć się charytatywnym influencerstwem. Są okazje do virali i nagłych poruszeń serca. Na chwilę jest miło, ale systemowe problemy, wymagające wspólnych decyzji, a nie jedynie indywidualnych aktów, pozostają nierozwiązane.

Skoro politycy to trochę lepsza wersja nas, warto przemyśleć, kim jesteśmy my sami.

**

Helena Chmielewska-Szlajfer – socjolożka, adiunktka w Akademii Leona Koźmińskiego, Visiting Fellow w London School of Economics and Political Science, doktorat obroniła w The New School for Social Research. Autorka m.in. Reshaping Poland’s Community after Communism: Ordinary Celebrations oraz (Not) Kidding: Politics in Online Tabloids. Bada codzienne praktyki demokratyczne oraz politykę w internetowych tabloidach w Polsce, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x