Świat

Elon Musk to kolejne zagrożenie, a nie nadzieja dla wolności słowa

Dyskusja o wolności słowa najczęściej dotyczy tego, co wolno, a czego nie wolno lub nie powinno się mówić. A przecież znacznie ważniejsze jest: komu wolno. Kto ma dostęp do megafonu i kto decyduje, komu udzielić głosu. Czy tym kimś będzie teraz Elon Musk?

Najpierw dowiedzieliśmy się, że Elon Musk kupił 9,2 proc. udziałów w Twitterze, niedługo potem – że ma chęć na całość. Słynny miliarder zadeklarował, że jest gotów wyłożyć na stół 43 miliardy dolarów. To ponad 54 dolary za jedną akcję platformy, niemal 40 proc. więcej, niż były warte 1 kwietnia – tuż zanim Musk złożył swoją ofertę. Według Reutersa zarząd Twittera zgodził się na sprzedaż.

Co zrozumiałe, te informacje wywołały emocje i mnóstwo spekulacji. Podsycanych jeszcze przez samego Muska, który zadeklarował, że zależy mu przede wszystkim na wolności słowa: „Twitter stał się tak naprawdę placem miejskim. Dlatego to bardzo ważne, by ludzie mieli poczucie, że mogą się swobodnie wypowiadać w granicach prawa i żeby rzeczywiście tak było”.

Plac miejski imienia Elona Muska

Tego typu deklaracje spodobały się części osób, szczególnie amerykańskim konserwatystom, którzy uważają, że Twitter, tak jak wiele innych sfer debaty publicznej, jest podporządkowany „lewicowym ideologiom” – z kulturą unieważniania na czele. „Miejmy nadzieję, że mu się uda i odzyskamy wolność słowa na Twitterze” – stwierdził Jim Jordan z Partii Republikańskiej. Pozostałe głosy polityków z jego ugrupowania były utrzymane w podobnym tonie.

Elon Musk chce przejąć Twittera. Czy zrobi z niego raj dla prawicowych trolli?

Inni zareagowali mniej entuzjastycznie.

John Cassidy cytuje w „New Yorkerze” Alexa Stamosa, byłego pracownika Facebooka, który uważa, że metafora placu miejskiego jest myląca: „W przypadku Twittera ten plac miejski obejmuje setki milionów ludzi, którzy mogą wchodzić w pseudoanonimowe interakcje na [ogromną] odległość. Rosyjska farma trolli może wymyślić setki ludzi, którzy pojawią się na tym placu”.

Cassidy zastanawia się też, czy Musk zrezygnuje z inicjatyw, które mają ograniczyć ilość dezinformacji w mediach społecznościowych. Wszak – przypomina z kolei Robert Reich – sam miliarder ma na koncie wypowiedzi podpadające pod propagowanie fałszywych informacji. Na przykład przekonywanie, że dzieci są odporne na COVID-19.

Reich obawia się, że Musk pogłębi wszystkie dotychczasowe problemy związane z mediami społecznościowymi, gdzie – jak sam pisze – „często nie da się odkryć, kto decyduje o tym, jak są zaprojektowane algorytmy, kto wypełnia media społecznościowe kłamstwami, kto zatruwa nasze umysły pseudonauką i propagandą, kto decyduje, które wersje wydarzeń stają się popularne, a które pozostają w ukryciu”.

Zanim Rosja wystrzeliła rakiety, walczyły jej armie trolli

Nie wiadomo też, czy Musk wpuści z powrotem na Twittera Donalda Trumpa, który szykuje się do wyborów prezydenckich w 2024 roku. „Kontrowersyjny przedsiębiorca jest winien Amerykanom odpowiedź na to ważne pytanie polityczne” – pisze Cassidy.

Najtrafniej skomentowała to Shoshana Zuboff, autorka słynnego Wieku kapitalizmu inwigilacji. Cała dyskusja o tym, czy Musk zachowałby, czy zniósł reguły dotyczące propagowania dezinformacji, czy wpuściłby Trumpa z powrotem na Twittera, czy walczyłby z mową nienawiści, a może uznałby ją za dopuszczalną, jest świadectwem podstawowego problemu: odpowiedź na te wszystkie zasadnicze pytania zależy od widzimisię jednej osoby.

„Nagłówki dotyczące Muska/Twittera to wariacje na temat pytania »co zrobi Elon?«. To sygnał, jak bardzo jesteśmy zagubieni. Pogrążamy się w obsesji na punkcie jednego człowieka i jego kaprysów, ponieważ nie mamy jeszcze demokratycznych rządów prawa potrzebnych do zarządzania naszymi przestrzeniami informacyjnymi” – napisała Zuboff.

Wracając raz jeszcze do metafory Twittera jako placu miejskiego – co to za plac miejski, który jest czyjąś prywatną własnością? I to w dodatku własnością miliardera, który udowodnił wcześniej, że lubi wykorzystywać media społecznościowe do promowania agendy politycznej sprzyjającej jego interesom klasowym.

Te pytania kierują nas w stronę głębszego problemu związanego z tym, na co zwracamy uwagę, gdy rozmawiamy o wolności słowa i zagrożeniach, które na nią czyhają.

O co pytamy?

Kiedy dyskutujemy o wolności słowa czy pluralizmie debaty publicznej, dotykamy złożonego tematu. Możemy na przykład rozmawiać o tym, jak są traktowane osoby mające dostęp do największych kanałów komunikacji. Możemy też zadać inne pytanie: kto jest w ogóle dopuszczany do tych kanałów i kto ma nad nimi kontrolę? Z oczywistych względów Musk niechętnie podejmuje ten drugi temat, bo zamiast wcielać się w rolę czempiona wolności słowa, musiałby zacząć odpowiadać na niewygodne pytania związane z władzą nad współczesnymi „placami miejskimi”.

Nie on jeden unika tego rodzaju tematów. Dyskusja o wolności słowa skupia się ostatnimi laty głównie na tym, jak są traktowane znane osoby – np. czy obrońcy praw osób transpłciowych nie są zbyt agresywni dla J.K. Rowling i czy może ona komfortowo wygłaszać swoje opinie – a nie na tym, jak wygląda rozkład sił w największych mediach i platformach społecznościowych.

Być jak Elon Musk. Mesjasz czy patoinfluencer kapitalizmu?

Jakiś czas temu redakcja „New York Timesa” opublikowała tekst o kryzysie wolności słowa, w którym dowodziła, że ludzie powinni mieć „prawo do wypowiadania się i wyrażania opinii publicznie bez obawy, że zostaną zawstydzeni lub odrzuceni”.

Jak od razu zwróciło uwagę wiele osób, to bardzo dziwna definicja wolności słowa. Niby kiedy w historii świata było tak, że uczestnicy debaty publicznej mogli powiedzieć cokolwiek bez ryzyka, że ktoś ich za to skrytykuje czy oskarży o złamanie jakiejś ważnej normy? I czy na pewno chcemy, żeby ta zasada stała się naszym priorytetem?

Nie jest żadną tajemnicą, że cały ten spór toczy się w kontekście oskarżeń o to, że wokizm i kultura unieważniania „posunęły się za daleko”. Kiedy więc ludzie mówią o prawie do wyrażania swojej opinii bez obaw, to chodzi im zazwyczaj o to, że chcą wygłaszać poglądy uważane za konserwatywne i nie życzą sobie, żeby ktoś ich z tego powodu odsądzał od czci i wiary. Pozwólcie mi mieć wątpliwości na temat osób transpłciowych i nie atakujcie mnie za to!

Problem polega na tym, że próba ochrony konserwatywnych poglądów w stylu, który zaproponowała redakcja „New York Timesa”, czyli przez tworzenie na poczekaniu uniwersalnych zasad dotyczących wolności słowa, które kładą nacisk na prawo do wypowiadania opinii bez ryzyka zawstydzenia czy odrzucenia, ma niepokojące skutki uboczne.

Wyobraźmy sobie, że ktoś wygłasza opinię w stylu: „Putin miał pełne prawo zaatakować Ukrainę”. Czy naprawdę debata publiczna powinna być tak skonstruowana, aby taka osoba mogła spokojnie wygłaszać podobne poglądy bez obaw, że spotka się z ostrą ripostą? Czy ktokolwiek w praktyce byłby gotów przestrzegać tak rygorystycznej zasady? I czy w ogóle ma ona sens z punktu widzenia wolności słowa? Czy ta nie powinna oznaczać także wolności do ostrej krytyki osób, które naszym zdaniem wygłaszają skandaliczne opinie? Nawet wtedy, jeśli to oznacza, że te osoby poczują się „zawstydzone lub odrzucone”?

Chcecie wolności słowa na Facebooku, a próbowaliście demonstrować w galerii handlowej?

Im bardziej pogrążamy się w tego rodzaju dyskusjach na temat kultury unieważniania, tym bardziej tracimy z oczu drugi zestaw pytań dotyczących wolności słowa i pluralizmu debaty: kto jest wpuszczany do największych mediów, kto kontroluje te media i platformy społecznościowe – słowem: kto pełni funkcję bramkarza debaty publicznej? „New York Times” w swoim tekście na temat kryzysu wolności słowa nie podejmuje tego tematu; nie ma w nim nawet cienia autorefleksji nad tym, jaki jest rozkład sił w świecie mediów i platform społecznościowych. Zamiast tego działania Partii Republikańskiej, która wykorzystuje swoją władzę, by prawnie cenzurować programy nauczania w amerykańskich szkołach, są wrzucane do jednego worka z niedookreślonymi działaniami „anulującej autorytety” lewicy.

Przypadek Warzechy

Polska jest doskonałym przykładem tego, co się dzieje, gdy debata fiksuje się na estetyce dyskusji, a nie relacjach władzy, które za nią stoją. Nie pomnę już, ile razy w ostatnich latach czytałem w czołowych mediach narzekania na temat tzw. młodej lewicy – że jest zbyt agresywna, wręcz bolszewicka, że chce odebrać ideowym przeciwnikom prawo do wypowiadania się. Te dyskusje miały jedną charakterystyczną cechę: owa „młoda lewica” nie była zazwyczaj do nich zapraszana – redukowano ją do roli bezkształtnej masy, twitterowego tłumu dzikusów gotowych cenzurować wszystko, co napotkają na swojej drodze.

Gdyby przenieść środek ciężkości na pytanie o dostęp do mediów, to może ludziom obawiającym się „bolszewizmu młodej lewicy” zaświtałaby w głowie myśl, że wciąż żyjemy w kraju, gdzie jeden Łukasz Warzecha ma w mediach większą obecność niż wszyscy aktywiści i aktywistki LGBT+ razem wzięci. To chyba też wskazuje na jakiś problem z wolnością słowa czy pluralizmem debaty publicznej?

Demokracja przegrywa internetowy wyścig zbrojeń

czytaj także

Albo weźmy nostalgię za starymi dobrymi czasami, która od czasu do czasu przebija w dyskusjach na temat wolności słowa. Czasami, gdy jeszcze nikt nie musiał się obawiać „unieważnienia”. Rzeczywiście, jeśli zerkniecie do archiwów i poczytacie, jak 15–20 lat temu dyskutowano w Polsce na temat rzeczy, które dziś są przedmiotem zaciętych sporów – jak prawa kobiet i osób LGBT+ czy problem nierówności społecznych – to zauważycie, że emocje były dużo bardziej stonowane. Ale wynikało to z tego, że dyskusja była zdominowana przez konserwatywne głosy, co skutkowało między innymi tym, że w ogóle rzadko kiedy podejmowano te tematy.

Może więc dyskusja jest dziś ostrzejsza, bo stała się odrobinę bardziej pluralistyczna? „Odrobinę”, wszak – patrz: przykład Warzechy – nadal odbywa się z przewagą konserwatywnych głosów. Mimo wszystko mamy do czynienia z postępem (i to nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, co z telewizją publiczną wyczynia PiS), ale jakoś to umyka, gdy dyskusja ogniskuje się wokół tematu kultury unieważniania. Co pokazuje, jak ważne jest to, na czym się konkretnie skupiamy, gdy rozmawiamy o wolności słowa. Zjawiska, które z jednej perspektywy wydają się regresem, z innej stają się symptomem zmiany w stronę większej swobody debaty publicznej.

Nie inaczej jest, gdy dyskutujemy o Twitterze i platformach społecznościowych. Może z tą różnicą, że ze względu na ich globalny zasięg i potęgę graczy w rodzaju Muska stawka jest jeszcze wyższa.

Władza

„Nie miejcie złudzeń: tu nie chodzi o wolność, lecz o władzę” – podsumowuje Reich swój tekst o Musku. To spostrzeżenie można uogólnić: w całej dyskusji o wolności słowa chodzi tak naprawdę o władzę. O to, kto ma prawo brać udział w debacie publicznej; co decyduje o tym, kto jest w domu i wytycza zasady, a kto jest gościem i może być w każdej chwili wyproszony.

Nie ma się co łudzić, że w tym sporze istnieją proste odpowiedzi – jakiś idealny wzór na organizację debaty publicznej. Nigdy nie mieliśmy takiego wzorca, nigdy nie było złotych czasów, gdy pluralizm dyskusji był idealny. A powstanie mediów społecznościowych tylko skomplikowało temat.

„Cancel culture”: wojna kulturowa trwa i wygrywa ją skrajna prawica

Jeśli jednak zależy nam, by ten spór o wolność słowa w ogóle miał sens, to powinien być przynajmniej szczery. A to oznacza wzięcie pod uwagę całego spektrum problemów związanych z debatą na temat pluralizmu debaty publicznej. Zarówno tych dotyczących traktowania uczestników tej debaty, jak i tych dotyczących tego, kto ma nad nią kontrolę.

W przeciwnym wypadku, pogrążeni w sporach na temat kultury unieważniania, nawet nie zauważymy, jak wylądowaliśmy w świecie, gdzie wszystkie najważniejsze parametry debaty publicznej zależą od kaprysu Elona Muska i kilku podobnych mu miliarderów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz S. Markiewka
Tomasz S. Markiewka
Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książek „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017), „Gniew” (2020) i „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat” (2021). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.
Zamknij