Świat

Domosławski z Meksyku: Kartele przejęły państwo. A może to państwo rządzi za pomocą karteli?

Kto tu kogo korumpuje?

1.

Narkowojna w Meksyku zebrała już żniwo – w przybliżeniu – 130 tys. zabitych i 30 tys. znikniętych (licząc od jej początku na przełomie 2006 i 2007 r.) We wrześniu ubiegłego roku rozpoczęła się nowa odsłona meksykańskiej tragedii: w stanie Guerrero na południu kraju policja zatrzymała 43 zbuntowanych studentów szkoły pedagogicznej w Ayotzinapie; następnie wydała ich lokalnemu kartelowi, który najprawdopodobniej wszystkich zamordował, a zwłoki „zniknął” nie wiadomo gdzie. Śledztwa z udziałem międzynarodowych specjalistów nie dały odpowiedzi, czy spalone na wysypisku śmieci szczątki należały do porwanych.

Szkoła pedagogiczna w Ayotzinapie to nie była zwykła podyplomowa szkoła, a zniknięci studenci nie byli ot, po prostu, przeciętnymi studentami.

Absolwenci takich szkół jak ta idą potem w lud, pracują w zapadłych wioskach, gdzie ręka państwa dociera niezwykle rzadko.

Mówią o nich: świeccy misjonarze – i nie jest to przesada, choć do Boga ci misjonarze się nie modlą. Piętnują niesprawiedliwości, korupcję, upominają się o prawa biednych i niewykształconych. Postaw niezgody uczą potem jako nauczyciele – zarówno swoich uczniów, jak i często ich rodziców.

Szkoły takie jak w Ayotzinapie utworzono krótko po rewolucji 1910 r. Kształciły nauczycieli niosących kaganek oświaty analfabetom na wsiach i w małych miasteczkach. Uczyli nie tylko pisania i czytania, także higieny i rzemiosła; rozprzestrzeniali egalitarne idee rewolucji.

Z czasem szkoły pedagogiczne zaczęły uwierać porewolucyjnych przywódców, którzy odchodzili od ideałów, w imię których dokonywali wielkiej zmiany. Tymczasem wiejscy nauczyciele uświadamiali dzieci wieśniaków o ich prawach i organizowali kolejne bunty. Ze szkoły w Ayotzinapie wyszli w latach 60. i 70. liderzy lokalnej guerrilli (utopionej przez rząd we krwi).

Jak widać – aż tak wiele się nie zmieniło. W ostatnich latach uczniowie tej szkoły buntowali się przeciwko korupcji władz lokalnych i krajowych, a także przeciwko związkom między władzami a przestępczymi kartelami.

Po ich uprowadzeniu we wrześniu zeszłego roku popularność zyskała teza, jakoby świat narko uprowadził meksykańskie instytucje publiczne, a może wręcz całe państwo, które jest obecnie na usługach przestępców. Źródłem tezy były okoliczności łączące burmistrza miasta Iguala, który okazał się człowiekiem miejscowego kartelu Guerreros Unidos, z porwaniem i zniknięciem 43 studentów.

2.

Dlaczego jednak dopiero zniknięcie tych czterdziestu trzech wywołało wstrząs? Wszak polityczne mafie i mafijna polityka rządzą od lat w stanach Tamaulipas, Coahuila, Sinaloa, Michoacan, Chihuahua, a ludzie znikają tam od dawna.

W czasie niedawnej podróży do Meksyku słyszałem, że dopiero w porwaniu 43 studentów w stanie Guerrero Meksykanie po raz pierwszy zobaczyli w sposób tak klarowny, że świat polityki i przestępczości są ze sobą zrośnięte. To wywołało szok. A był też inny powód. „W kraju, w którym wciąż jest wielu analfabetów, nauczanie czytania i pisania to w pewnym sensie nauczanie tego, czym jest sprawiedliwość – wyjaśnia znany pisarz Juan Villoro. – Zabić studentów szkoły pedagogicznej, czyli przyszłych nauczycieli, to jakby zabić naszą przyszłość”. Mocne.

Villoro zwraca uwagę, że środki przekazu diabolizują ludzi przestępczego świata, a przecież „nie przylecieli oni z innej planety”. „To nasi bracia, kuzyni, sąsiedzi. Jeśli nie zrozumiemy, że młodzi i biedni, którzy idą do karteli szukać swojej szansy, czynią to z braku innych perspektyw – nic się nie zmieni”.

Pójdźmy krok dalej i przypatrzmy się, co to znaczy. Porwani studenci ze stanu Guerrero i porywający ich policjanci, a potem cyngle miejscowego kartelu to zazwyczaj tacy sami biedacy – młodzi mężczyźni bez widoków na przyszłość. Przynajmniej potencjalnie – sąsiedzi.

3.

Ważnym etapem uświadamiania sobie, że „świat narko to my wszyscy”, było niedawne zatrzymanie Servanda Gomeza, bossa kartelu Kawalerowie Templariusze z innego stanu, Michoacan. Ten przywódca jednej z najbardziej krwawych band był zaledwie kilkanaście lat temu… nauczycielem w szkole pedagogicznej. To dokładnie taka sama szkoła jak ta, której studentów porwano w stanie Guerrero.

Przez 15 lat Gomez był szkolnym nauczycielem, a zajmował się nie tylko pedagogiką. Uprawiał ziemię, stworzył lokalny ośrodek rehabilitacji dla uzależnionych od substancji psychoaktywnych, poświęcał się pracy z młodzieżą.

W jakim momencie i z jakiego powodu ten miejscowy misjonarz i idealista przeobraził się w bossa kartelu słynącego z wyjątkowego okrucieństwa?

Temat dla miejscowego powieściopisarza. Wiemy na pewno, że – jak mówi Villoro – nie przyleciał z innej plenety; był sąsiadem, mentorem, druhem, przyjacielem.

Tak jest w wielu regionach Meksyku. W stanie Sinaloa, kolebce współczesnych karteli, opowiadano mi, że większość wpływowych polityków korzysta od dziesięcioleci z narkofunduszy. Mniej więcej wie się, które firmy mają związki z narkobiznesem, nikt nie sprawdza ich wpływów i wydatków. To samo dotyczy ludzi, którzy mają fortuny. Wszyscy pracują mniej lub bardziej otwarcie dla potężnego kartelu, którego bossa – Chapo Guzmana – pojmano rok temu. W praktycznym funkcjonowaniu tego świata niewiele się zmieniło. Na miejscu głowy Chapo Guzmana wyrosły inne.

Narkoświat jest pełen szarości i niuansów. Legalne przenika się z nielegalnym, często nie jest jasne, czy to, co akurat widzimy, jest w istocie tym, co nam się wydaje. Na przykład: kiedy walka rządu z kartelami jest walką naprawdę, a kiedy – mimo pozorów prowadzenia walki – jest teatrem odgrywanym przed obywatelami.

W Guerrero, gdzie zniknięto 43 studentów, władza od zawsze należała do dynastii miejscowych kacyków, przechodziła z ojca na syna. Kacykowie – właściciele ziemscy, hodowcy, przedsiębiorcy – stanowili tu niepisane prawa i niewiele się w tej materii zmieniło. Narkobiznes, obecny w Guerrero od półwiecza, stanowi nieodlączną część lokalnej ekonomii, politycznego i społecznego pejzażu.

Daniel Moreno, redaktor magazynu internetowego „Animal Politico”, który tam dorastał, a jakiś czas temu musiał uciekać do stolicy w obawie o życie, objaśnia, że kartele dają ludziom pracę, organizują zabawy, budują nieraz drogi; słowem: zastępują słabo obecne władze publiczne. Na prowadzenie każdego typu biznesu w Guerrero należy mieć koncesję kartelu. Płaci się mu podatki, albo – jak kto woli – haracze. Kto nie płaci, musi się wynieść, o ile wcześniej nie straci życia. Płacą indywidualni taksówkarze i duże firmy transportowe, właściciele supermarketów i biedacy, sprzedający na ulicy tacos. Dziewczyny mające aspiracje w konkursach piękności wikłają się w związki z mafiami, bo innej drogi do sukcesu nie mają.

Czy można zatem powiedzieć, że świat narko uprowadził słabe państwo? Kłopot w tym, że nie wiadomo, kto uprowadził kogo.

Czasem to świat narko korumpuje i zastrasza rządzących. Czasem jednak to władze polityczne wykorzystują kartele do swoich celów i za ich pomocą sieją strach wśród ludności.

Twierdzenie, że to narkobiznes podbił państwo, uniewinnia i usprawiedliwia polityków, a przecież granice między obydwoma światami są nieczytelne. Naprawdę trudno orzec, czy to mafie trzymają państwo w szachu, czy raczej przedstawiciele władzy publicznej sprawują nieraz swoje rządzy przy pomocy karteli. (Czyż nie ten drugi mechanizm zadziałał właśnie w Guerrero, gdzie zniknięto 43 politycznie zbuntowanych studentów?)

I właśnie dlatego w Meksyku tak często można usłyszeć: – Nie bardzo wiadomo, gdzie jest wróg ani kim jest.

4.

A może cały ten meksykański kompleks narkotykowy najtrafniej opisał już ćwierć wieku temu kolumbijski noblista Gabriel Garcia Marquez, pisząc o swoim kraju, którym w latach 80. wstrząsała niemal identyczna narkowojna? Spójrzmy: „Łatwy pieniądz, narkotyk bardziej szkodliwy od noszącej błędne miano heroiny, wkradł się do kultury narodu. Kwitło przekonanie, że prawo stoi obywatelom na drodze do szczęścia, że nie trzeba umieć czytać ani pisać, że lepiej i bezpieczniej jest być bandytą niż uczciwym człowiekiem. Krótko mówiąc, życie kraju wypaczone zostało przez powszechną korupcję – stan właściwy społeczeństwom toczonym przez robaka permanentnej wojny (Raport z pewnego porwania).

W Meksyku wzrost potęgi narkobiznesu przypadł na czas ustrojowej transformacji. Przez 71 lat monopolu Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej dominowała kultura niejawnych przysług, korupcji, bezkarności. Rząd był arbitrem konfliktów społecznych i rozdawcą przywilejów. Gdy było to korzystne, kooptował i korumpował swoich krytyków. Ludzie wszystkich klas i grup społecznych przywykli do pływania w mętnej wodzie i patriarchalnej władzy.

A teraz? „Witajcie w czasach chaosu! Osiem lat po transformacji demokratycznej Meksyk jest krajem krwi i ołowiu” – pisał w 2008 r. Juan Villoro. Z pewnością przemiana ustrojowa sama w sobie nie jest przyczyną narkowojny, tylko kontekstem, w jakim eksplozja przemocy stała się łatwiejsza. „Bezczelność czasów natychmiastowej satysfakcji sprzymierzyła się w Meksyku z bezkarnością – pisał Villoro. – Przeszłość i przyszłość, wartości tradycji i przyszłe nadzieje nie mają w tym świecie sensu. Istnieje tylko «tu i teraz»: sprzyjająca okazja; imperium kaprysu, w którym można mieć pięć żon, wynająć cyngla za 1000 dolarów albo sędziego za dwa razy tyle; życie poza wszelkimi normami, między kolorowym horrorem koszul od Versace, żyrafami ze szczerego złota, biżuterią wyglądającą jak insekty z Amazonii, zegarkiem, który pokazuje godzinę za 300 tysięcy dolarów…”

Świat narko świetnie zaadaptował niektóre zasady z epoki rządów PRI. Dzisiaj nie zawsze dąży do eliminacji wszystkiego, co znajduje się poza nim, bo kooptacja à la PRI okazuje się równie dobrym sposobem neutralizowania rywala, co zabijanie; czasem nawet lepszym. Narkobossowie od dawna kupowali kluby sportowe, stadiony, komisariaty policji, sędziów, polityków. Dzisiaj też to robią, ale – tak jak w stanie Guerrero – sami sięgają po władzę i już nie ma pewności, co było pierwsze, „jajko czy kura”, ani kto kim kręci.

W takiej aurze wyrosło nowe pokolenie młodych, z których wielu rzuca szkołę i szuka szansy w świecie występku; zwykle to biedni, którzy nie mają obiecujących perspektyw, ale nie tylko oni. Ci młodzi – jak mówi inny pisarz, Elmer Mendoza ze stanu Sinaloa, który opisuje w swoich powieściach dzisiejsze narkospołeczeństwo – nie zdążyli przyswoić sobie wiedzy o tym, jak działa legalny świat ani jak w nim żyć. Przyswoili sobie za to, że w świecie nielegalnym mogą mieć wszystko bez wysiłku, choć niezwykle często ryzykują życiem i umierają młodo.

5.

„Wszystkie drogi prowadzą do narko”. Cóż lepiej ilustruje to meksykańskie powiedzenie od listu, jaki kilka dni temu napisali do bossa lokalnego kartelu Los Rojos rodzice znikniętych 43 studentów ze stanu Guerrero. Zawiesili ten list na wielkich płachtach na ulicy w Iguali (tam, gdzie rządził burmistrz uwikłany w porwanie studentów). Dokładnie w ten sam sposób w całym Meksyku narkogangsterzy obwieszczają terroryzowanej ludności swoją wolę.

„Panie Santiago Mazari Hernandez, prosimy uprzejmie o pomoc w ustaleniu miejsca pobytu naszych synów, ponieważ zły rząd nie traktuje nas poważnie. Przeciwnie – rani nas swoimi kłamstwami. Jesteśmy biedni i podeptano naszą godność. Prosimy o wiadomość, w jaki sposób mógłby nam pan pomóc. Jesteśmy gotowi się spotkać…”

Rodziny wciąż mają nadzieję – przynajmniej tak twierdzą publicznie – że ich synowie żyją i są gdzieś więzieni.

Los Rojos to konkurencyjny kartel dla Guerreros Unidos, których rząd podejrzewa o zamordowanie studentów. Pan Santiago Mazari Hernandez odpowiedział rodzinom znikniętych, że chętnie się spotka. Ale powiedział też coś, co ma mu chyba zapewnić parasol ochronny przed ewentualnym skrytobójstwem: twierdzi, że władze (kraju? stanu?) chcą go zabić, aby prawda o porwaniu 43 studentów nigdy nie wyszła na jaw.

Czy ktoś potrafi przysiąc – powtórzmy – że to ludzie narko zawładnęli państwem, a nie ludzie państwa rządzą za pomocą kryminalnych metod?

Artur Domosławski – reporter zagraniczny i publicysta „Polityki”, w latach 1991–2011 w „Gazecie Wyborczej”; laureat nagród, m.in. im. Beaty Pawlak (2008) i Grand Press (2010); autor m.in. Gorączki latynoamerykańskiej, Kapuścińskiego non-fiction, Śmierci w Amazonii.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij